Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Kary za książki oddane zbyt szybko
Biblioteka Narodowa Novendii ogłasza kary nie tylko za spóźnienia, ale i za zwrot woluminów „w stanie zdradzającym, że nie zostały przeczytane”. Powodem jest fala czytelników wypożyczających grube tomy wyłącznie dla prestiżu, nagrania jednej rolki na AllTube, i oddających je już następnego dnia nietkniętymi. „Książka to nie ozdoba,” oświadcza główny bibliotekarz „Zresztą, nawet ozdób nie traktuje się lekceważąco!”. Nowy regulamin przewiduje krótką rozmowę weryfikacyjną przy podejrzanie szybkim oddaniu książki, której niezaliczenie będzie skutkowało karą finansową. Pierwsi czytelnicy już protestują, że to za dużo pracy, na co bibliotekarz odpowiada, że książki są warte każdego poświęcenia.

Nagłówek

02 sierpnia 2026

Od Seymoura - Wolven Force (III) [AU]

Windholme zbliżało się z każdą godziną. Nierozumiejący magii zapachów, niewrażliwy na ich subtelny język, Seymour tłumaczył sobie otaczający ich leśny spokój bliskością cywilizacji, nie zaś obecnością gargantuicznego drapieżnika, postrachu księżycowych nocy, podążającego teraz u jego boku w formie szczupłego młodzieńca. Odkąd Vi do niego dołączył, las mruczał łagodnie za dnia, cichł wieczorami, gdy jedynie szelest przysypiających drzew wypełniał miękką ciemność, a odległe wycie czegoś groźnego, łamiące się nagle gałązki, gwałtowne szelesty budzące go w środku nocy, zniknęły jak dawne, blaknące wspomnienie. U boku wielkiego wilka, Seymour zaczął spokojniej spać, podświadomie kojarząc ciepło i zapach sierści z bezpieczeństwem, wiedząc, że puchate uszy nasłuchiwały odgłosów nadciągającego zagrożenia, a mokry nos gotów był go trącać i budzić, gdyby owo zagrożenie wymagało jego interwencji.
Las przerzedzał się wokół nich, wąska ścieżka zmieniła w prosty trakt, a ubitą ziemię zastąpił w końcu równy bruk.
— Byłeś kiedyś w Windholme? — spytał Seymour, lecz Vi pokręcił głową.
— Nie, nigdy. Widziałem je z daleka, ale nigdy nie miałem okazji wejść do środka.
— Nie byłeś ciekaw?
— Trochę — przyznał wilkołak. — Ale miałem przeczucie… że może nie warto ryzykować. Pojedynczy wędrowiec w tak niebezpiecznym regionie zawsze przyciąga uwagę, wydaje się nienaturalny, jakby coś ukrywał. Ludzie, jeśli tutaj żyją albo podróżują przez te ziemie, zawsze robią to w większej grupie.
— Dwójka podróżnych to już większa grupa — zauważył Seymour, wywołał parsknięcie śmiechem.
— Racja, wyglądamy już trochę bardziej prawdopodobnie. Wędrowny czarodziej i…
— …myśliwy? Tropiciel?
Vi skinął głową.
— Tak, to całkiem dobry opis — wrócił spojrzeniem do Seymoura. — A ty byłeś kiedyś w Windholme?
Czarodziej westchnął.
— Nie, nigdy, mało podróżowałem... Widziałem Windholme tylko w książkach. Wielkie miasto we wnętrzu góry…
— Krasnoludy nas tam nie wpuszczą.
— Wiem. Ale część nadziemna też jest niesamowita. Przynajmniej tak wyglądała na rysunkach…
Windholme, prastare miasto krasnoludów, wydrążone głęboko pod ziemią, sięgające samych korzeni strzelistych gór, było ponoć cudem architektury i triumfem inżynierii. Pokolenia budowniczych ryły tunele coraz głębiej i głębiej, a ich potomkowie ozdabiali rozległe kawerny dumnymi posągami Niethalfa i błogosławionych przez niego przodków. To tam powstawała zaklęta broń godna dłoni bohaterów, pancerze opierające się smoczemu oddechowi i niezwykłe przedmioty przywołujące cuda magii. Krasnoludy wysoko ceniły swe wyroby, wysoko ceniły też prywatność, dlatego owe legendarne hale zamknięto przed każdym, kto nie miał obfitej brody i nie potrafił obsługiwać kowadła. Windholme miało jednak swą nadziemną część, stworzoną z myślą o kontakcie z resztą świata, będącą czymś w formie placówki handlowej, gdzie podróżni mogli się zatrzymać, skosztować krasnoludzkiego miodu lub spróbować swoich sił z gorzałką, a kupcy obejrzeć towary i wynegocjować intratne umowy. Okoliczni rolnicy chętnie sprzedawali tu swe zbiory, bo krasnoludom dobrze szło ze wszystkim, co pochodziło z ziemi, jeśli tylko nie były to rośliny.
— W takim razie obaj zobaczymy sobie coś, czego żaden z nas nie widział — podsumował Vi.
— Witaj przygodo — odparł Seymour, łowiąc wzrokiem wyłaniającą się zza drzew masywną bramę.


Kamień. Kamień wszędzie.
Przysadziste budynki przypominałyby pobojowisko po zejściu kamiennej lawiny, gdyby nie to, jak równo i symetrycznie były ustawione. Regularne bryły, niczym żołnierze w formacji, układały się karnymi oddziałami, broniąc przystępu do zamkniętej części miasta, a wyryte na granitowych tablicach znaki gładko prowadziły podróżnych do celu. O pomyłce i zagubieniu nie mogło być mowy.
Seymour oglądał precyzyjną pracę kamieniarzy, bloki granitu pasujące do siebie jak ulał, jego wzrok wodził za geometrycznymi zdobieniami, klasycznymi i potęgującymi wrażenie przemyślenia, idealnego porządku. Tutaj nie było miejsca na żaden chaos, żadną frywolność i otwartość. Całe miasto przypominało krasnoludzki warsztat, w którym każde narzędzie miało swoje jedno, ustalone miejsce i przeznaczenie. Dawny Seymour oglądałby to miejsce z fascynacją, widząc triumf umysłu nad przyrodą, zachwycając się precyzją oraz krasnoludzką magią zdolną kształtować kości ziemi. Obecny Seymour doceniał ogrom pracy i doświadczenia potrzebny do wybudowania wszystkiego, lecz wśród kamiennych murów nie czuł się komfortowo, zdawały mu się zbyt sztuczne i masywne, jak coś, co nie było naturalną częścią przyrody, lecz modyfikacją wychodzącą zbyt daleko.
— Jak wrażenia? — spytał, zerkając na podążającego u jego boku Virgila.
Wilkołak garbił się nieco, Seymour zaś oczami wyobraźni niemal zobaczył te położone lekko uszy, szurający przy ziemi ogon, spięty i nastroszony kark.
— Trochę przytłaczająco — przyznał po chwili. — Kamienne miasto brzmiało interesująco, a z daleka wyglądało ciekawie. I nie zrozum mnie źle, jest naprawdę ładne. Ale kiedy już tu jestem…
— Trochę za dużo tego wszystkiego?
Vi przytaknął.
— Może się przyzwyczaję.
— Nie zabawimy tu długo — odparł Seymour. — Dla mnie to też trochę egzotyka. Potraktuj to po prostu jak nowe doświadczenie.
— Na pewno jest to… doświadczenie.
Karczmę znaleźli bez pudła. Zbliżający się wieczór zmuszał do szukania miejsca na nocleg i czegoś, co wypełni brzuch, Seymour zaś, zgarnąwszy nieco funduszy z ojcowskiej skrytki, dostrzegł, że fundusze te regularnie się kurczyły. Starczy im na parę dni wygodnego życia, ale gdyby wydarzyło się coś nieprzewidzianego, ta garstka monet na niewiele by się zdała. Przydałoby im się znaleźć jakiekolwiek zajęcie, Seymour zaś miał nadzieję, że karczma będzie dobrym miejscem na zasięgnięcie języka i znalezienie kogoś, kto potrzebowałby pomocy dwóch zdolnych i pracowitych mężczyzn. Do swej runicznej mocy młody czarodziej nie zamierzał się przyznawać, uznając, że podawanie się za czarodzieja, który umie trochę tego i trochę tamtego będzie o wiele lepszym pomysłem.
— Myślałem, że stoły i ławy też będą kamienne — zauważył ze zdziwieniem Virgil, gdy weszli do środka.
Kominek płonął wesoło, ogień grzecznie podrygiwał wśród otoczonych kamiennym ostrokołem polan, a wokół siedziało trochę podróżnych, grzejących zziębnięte górskim wiatrem dłonie przy płomieniach. Gwar wypełniał salę, ludzie siedzieli grupkami, mieszając się niemal po połowie z krasnoludami, a nad stołami unosił się mocny zapach wypieczonego, tłustego mięsa i ciężkiego alkoholu. Paru przysadzistych kelnerów z inżynieryjną precyzją dbało o to, by wszystkie kufle były pełne, klienci wymieniali się opowieściami o szlaku, przygodach, inni rozmawiali o interesach, mieli pomysły na biznes w okolicy. Seymour omiótł to wszystko spojrzeniem, nim ruszył w stronę szynkwasu, gestem zwrócił na siebie uwagę karczmarza.
— Co dla młodych panów? — odezwał się czarnobrody krasnolud, obdarzając ich oceniającym spojrzeniem spod przecinającej brew szerokiej blizny. — Kaszy jest pod dostatkiem, a żona wrzuciła właśnie steki na ruszt, będą prosto z ognia.
— To dla mnie ten stek — wciął się trochę za szybko Virgil. — Mało dopieczony…
— Podeszew tu nie serwujemy — obruszył się karczmarz, zwrócił do Seymoura. — Dwa razy? — Czarodziej skinął. — Dwa steki, dwa piwa… Zostają młodzi panowie na noc? Są jeszcze pokoje dla powierzchniowców.
— Tak, chętnie byśmy się zatrzymali.
— Na długo?
Seymour się zawahał, zerknął na Virgila, ten wzruszył ramionami, „Ile będzie trzeba” mówiło to spojrzenie.
— Zależy… szukamy pracy — przyznał Seymour.
— Ooo, tu się zawsze coś znajdzie — powiedział karczmarz.
Odwrócił się w stronę jednego z pomocników, krótka broda znaczyła jego młody wiek. Szybka wymiana słów, pomocnik zniknął w kuchni, buchnęło aromatem który sprawił, że brzuchy czarodzieja i wilkołaka donośnie zaburczały. Karczmarz parsknął śmiechem, wrócił do rozmowy.
— Może mogę młodych panów jakoś pokierować. Czym się panowie zajmujecie?
— Jestem czarodziejem — powiedział Seymour. — Uczyłem się tego i tamtego, nie mam konkretnej specjalizacji, ale poradzę sobie z różnymi rzeczami… — Karczmarz pokiwał głową, przeniósł wzrok na Virgila, lecz to Seymour kontynuował. — Mój towarzysz jest wprawnym myśliwym i tropicielem. Doskonale odnajduje się w okolicznych lasach.
— To dobrze żeście się panowie dobrali. Faktycznie, będzie co robić — przyznał karczmarz, biorąc do ręki jakiś kufel i szmatkę. Zaczął polerować szkło. — Mam znajomego miodosytnika. Ostatnio mi narzekał, że mu zwierzęta w szkodę wchodzą i pasieki niszczą. Jakby się wam udało jego problem rozwiązać, pewnie więcej niż dobrym słowem by podziękował.
— Brzmi jak coś, z czym powinniśmy dać sobie radę — przyznał Seymour, zerkając na Virgila. Wilkołak odpowiedział mu skinieniem. — Jak znajdziemy tego pana znajomego?
Padło imię i miejsce, gdzie mężczyznę można znaleźć, jeszcze trochę słów, by obaj młodzieńcy na pewno trafili, a potem steki zjechały z rusztu, piwo spieniło się w kuflach i burczące brzuchy wypełniły się w końcu tak oczekiwanym jedzeniem. Wśród kolejnych kęsów mięsa, Virgil i Seymour ustalili, że następnego ranka pojawią się w warsztacie miodosytnika.


— Aralgrin Brigremm, do usług — przywitał ich korpulentny krasnolud.
Urocze, złote ozdoby w kształcie pszczół dekorowały gęstą brodę o charakterystycznej, miodowej barwie, lecz spojrzenie krasnoluda pozostało czujne i oceniające. Odwiedzająca go dwójka młodych mężczyzn nie wyglądała na przedstawicieli handlowych żadnej spółki, nie wyglądała też do końca na parę szlachciców, więc nie pasowała do jego typowej klienteli. Front miodosytni był kameralnym sklepem, w którym indywidualni klienci mogli nabyć pojedyncze butelki różnych roczników miodu, a jeśli Brigremm ich dłużej znał, z chęcią dawał im do degustacji nowe przepisy, pomagał wybrać aromat, który najlepiej będzie pasował tak do ich gustów, jak i do podawanych potraw. Krasnolud uważał się za znawcę i eksperta, przez jego sklep przewijało się sporo osób, kontrakty piętrzyły się w kancelarii, a pracownicy uwijali przy kadziach, nadzorowali proces fermentacji. Dwóch chłystków, którzy właśnie niepewnie przekroczyli próg jego sklepu zdecydowanie nie wyglądało na znawców miodu.
— Nazywam się Seymour. — Odezwał się czarodziej przełknąwszy nazwisko i wskazał na towarzyszącego mu wilkołaka. — A to Virgil. Dowiedzieliśmy się, że ma pan problem z pasiekami.
— Aaa, prawda — Krasnolud się rozluźnił. Czyli nie klienci, a potencjalni pracownicy. — No, uczepiły się jakieś zwierzaki tego mojego miodu, za nic się pogonić nie dają. Co, panowie by mieli na to jakąś radę?
— Myślę, że coś udałoby nam się wspólnie omówić, ale potrzebowalibyśmy więcej szczegółów.
— Ha, więcej szczegółów. — Krasnolud zmierzył ich uważnym spojrzeniem. — Najsampierw to ja bym chciał więcej szczegółów usłyszeć, z kim dokładnie mam do czynienia, bo nazwisko Brigremm jest znane w mieście, lecz miana Seymour i Virgil niewiele mi mówią.
Nazwisko Silverthorn rozwiązałoby sprawę w okamgnieniu.
Seymour wziął się za wytłumaczenie, kim obaj oficjalnie są, z czym sobie poradzą i jak dobrze będą potrafili rozwiązać problem z pasiekami, krasnolud zaś gładził brodę, podkręcał wąsa i bawił się jedną ze swych złotych pszczółek, nim zdecydował się opowiedzieć, jaki dokładnie problem go trapi.
— To niedźwiedzie — przyznał w końcu. — Wchodzą mi w szkodę i kradną miód z pasiek.
— Niszczą je? — spytał Seymour.
— Właśnie nie — Krasnolud zmarszczył brwi. — Rozkładałem nawet pułapki, robiłem wokół pasiek ogrodzenie, lecz te miśki wszystko omijają, a potem wyciągają z pasiek całe plastry i kradną je dla siebie. Trafiły mi się bardzo mądre szkodniki — prychnął gniewnie.
— A coś oprócz tych pułapek i ogrodzeń…?
— Nie, jeszcze nie. Myślałem, że to pomoże, ale jak grochem o ścianę. Chyba będę musiał trutkę w lesie wyłożyć, to wtedy…
— Nie! — odezwał się nagle Virgil. Dwa spojrzenia zwróciły się na niego. — To znaczy… to będzie straszna strata. Nie wiadomo, co tę trutkę zje…
— Ano nie wiadomo, prawda. Pan tropiciel widzę, że na zwierzętach się zna.
Vi skinął niepewnie głową, Seymour zaś, znając go nieco lepiej, dostrzegł, jak napięcie opanowało całą postać wilkołaka. Rzucił mu pytające spojrzenie, ten jednak tylko potrząsnął głową. „Później ci powiem” odpowiedział bez słów.
— No, w każdym razie — kontynuował miodosytnik. — Jeśli się panom uda rozwiązać problem tych miśków-obżartuchów, jestem skłonny zapłacić jeden procent rocznego utargu ze sprzedaży miodu, a to jest tysiąc pięćset sztuk złota. Myślę, że to bardzo lukratywna oferta i…
— Weźmiemy tę pracę — odezwał się nagle Vi, znów ściągając na siebie spojrzenia. — To dobra oferta. Poradzimy sobie.
— Tak, doskonale — powiedział krasnolud, patrząc na niego tylko trochę dłużej. — W takim razie idę po mapę i pokażę panom, gdzie w ogóle są te moje ule.
Brigremm zniknął na zapleczu, Seymour zwrócił się do Virgila.
— Co się stało?
— Ja… ja ich chyba znam — odparł wilkołak, marszcząc brwi. — To nie są żadne niedźwiedzie, które kradną miód. To są zmiennokształtni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz