Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Turysta chciał polać spaghetti ketchupem. Zwołano komisję
Spokojne popołudnie w Luminarii przerodziło się w głośne wydarzenie, gdy przyjezdny turysta ze Zjednoczonych Ziem Północnej Vespy poprosił kelnera o butelkę ketchupu, którym zamierzał polać zamówione spaghetti. Miejscowy restaurator, człowiek z natury łagodny, zareagował oburzeniem graniczącym z rozpaczą, powołując się na świętość przepisu i pamięć przodków. Turysta nie rozumiał problemu. W ciągu godziny nad sprawą pochylił się zaimprowizowany komitet miejscowych kucharzy, który po naradzie trwającej całą sjestę orzekł, że przepis jest nienaruszalny, lecz gościa „można ułaskawić z uwagi na niewiedzę”. Vespanin, szczerze zdumiony całym zamieszaniem, stwierdził tylko, że „u nas leje się to na wszystko”. Tej uwagi już nie skomentowano.

Nagłówek

05 sierpnia 2026

Od Yangcyna – Rozdziobią nas kruki i zjedzą psy (I) [AU]

To był jeden z lepszych dni dla Yangcyna. Miał akurat wolne zarówno od jednej pracy, jak i drugiej, więc tradycji zrobił zadość i odwiedził swój ulubiony komisariat. Przywitał się ze wszystkimi, przyniósł smaczną kawę dla Fienny i jej kolegów z zespołu, odwiedził Andreę z Szarikiem, a nawet zadbał o zdrowie pana Tristana poprzez potajemną konfiskatę paczki papierosów, którą trzymał u siebie na biurku. Pogoda prezentowała się w porządku – choć niebo w większości zasłaniały chmury, nie było ani zimno, ani gorąco, co pozwalało na lepsze kombinowanie z warstwami ciuchów. Ubrany w prześwitującą nieco czarną bluzkę, białą, częściowo rozpiętą koszulę i długie cargo spodnie, Yangcyn przemierzał korytarze komendy, zwiastując swoją obecność nie tylko niesamowitą wręcz aurą absolutnego slayu, ale też stawianymi krokami przez grube podeszwy udekorowanych łańcuszkami butów. Szedł, jakby komisariat był wybiegiem, ogon za nim dyndał, jak gdyby chwaląc się swoimi błyskotkami; no totalna ikona, tak skromnie o sobie uważał.
Ach, no i nie można zapomnieć o drugiej totalnej ikonie.
W pięknej, czerwonej obroży ze srebrnymi gwiazdkami dreptał koło nogi Tost we własnej czworonożnej osobie. Uszy postawione, nasłuchujące otoczenia, nos pochłaniający wszystkie zapachy, z którymi nie miał na co dzień do czynienia, ogon kiwający się niemal w rytm ogona swojego opiekuna. Trudno było nie zwrócić uwagi na tę dwójkę – nawet odprowadzany do aresztu zbir podążył za nimi wzrokiem. Ach, ciężko dźwigać na swych barkach tyle aury!
Dzień robił się coraz lepszy, gdy dowiedział się, że miała się szykować jakaś akcja. Żwawo podbił do detektywa Marka, dobrego kolegi Fienny (czyli też Yangcyna) z innego zespołu, który miał właśnie wyruszyć z chłopakami, według jego słów, zakończyć niecny biznes. Nie było to ściganie gangu ani mafii, ani nawet rozbrajanie kasyna, ale po krótkim opisie ogoniasty chłopak szybko okazał zainteresowanie. Handel podejrzanymi magicznymi obiektami i oszukiwanie ludzi?
— Błagam, Mark, mogę jechać z tobą? — Złożył dłonie jak do modlitwy. — Jeszcze nie brałem udziału w przeszukaniu i konfiskacie, proszę! Proszę, proszę, proszę!
Zazwyczaj nieco pionowe źrenice tym razem były okrągłe jak dwie piłki, niemal mogące konkurować z tymi Kota w Kozakach. Tost siedział zaraz obok, również spoglądał na detektywa, jakby i on prosił.
— No już, już, nie rób tych swoich oczu, bo się popłaczę zaraz — zaśmiał się Mark, machnął przy tym niezgrabnie ręką. — Jasne, że możesz jechać, to nie jest jakaś wielka sprawa.
— TAK!
— Tylko załóż chociaż kamizelkę, żebyś się aż tak nie wyróżniał z tłumu.
— Jasne! — Pokiwał żywiołowo głową. — Tost też może?
— Jak znajdzie się na niego rozmiar, to jak najbardziej.
Oh, yeah! — Zatańczył krótko. — Będziemy mieli matching, Tościk!
Pies poderwał się na równe łapy, zaczął żywiołowo merdać ogonem.
Mark był jednym z najlepszych policjantów na tej komendzie. Bardzo pozytywny, chętny na pogawędki i nawet wyluzowany. Cynk przewidział, że dostanie zgodę na przyłączenie się do akcji. To nie było nic super poważnego, a ponadto on był wręcz idealnym towarzyszem! Sprawny, wysportowany, do tego w razie czego umiał sam unieszkodliwić opryszka, więc serio nie było żadnych wad w takim zabraniu go ze sobą!
Szybko się przebrał z Tostem i już po chwili jechali z innymi radiowozem. Przeczytał hobbistycznie nakaz, kierujący autem Mark po krótce wyjaśnił mu, co i jak. Policjant zakładał, że to będzie naprawdę szybka akcja, dlatego z góry przepraszał, jeśli Yangcyn będzie się nudził. Bzdury! Gdy przychodziło o policyjne akcje, Yangcyn nigdy się nie nudził! No, chyba że chodziło o siedzenie godzinami w samochodzie i czekanie, aż szanowny przestępca łaskawie wykona wyczekiwany ruch. Poza tym bawił się świetnie! To znaczy, to nie była zabawa, to były poważne sprawy. Ale wiadomo, o co chodzi. W każdym razie nawet w przypadku szybkich, prostych akcji Yangcyn chętnie się angażował. To nadal cenne doświadczenie do zgarnięcia, a jak pokaże, że w wielu polach sprawuje się świetnie, to policjanci chętnie będą z nim współpracować. Jak już wreszcie zda ten egzamin...
Grupa funkcjonariuszy wypadła z radiowozów, a zaraz po tym już znajdowała się w wyznaczonym lokalu. Sklep nie prezentował się jakoś specyficznie: niewielki, nawet podobny do innych o tej samej tematyce. Spoglądając na szyld, Yangcyn przechylił głowę lekko na bok. Magiczne Różności? No, chyba wśród tych różności były różne przekręty.
— Ja mam na wszystko papiery, przysięgam!
Młodo wyglądający, niewysoki chłopak gestykulował żywo przed Markiem, machając jakimiś kartkami, które skądś wyciągnął. Mark jednak stał niewzruszony niczym głaz ze skrzyżowanymi na piersi rękami.
— Mam ponownie pokazać nakaz? — rzucił poważnym tonem.
Ta, choć normalnie wyluzowany i pozytywny, zajmując się sprawami Mark potrafił pokazać swoją niezwykle skupioną stronę. W sumie był trochę jak Yangcyn. Pewnie dlatego się tak lubili. Jakby jeszcze się ubierał porządnie, to już w ogóle!
— Ja naprawdę wszystko mogę wyjaśnić! — ciągnął dalej oskarżony.
— Wyjaśni pan na komisariacie.
To powiedziawszy, odwrócił głowę i popędził pozostałych.
Czarodziej dalej stał przy Marku, coś tam skomląc i jęcząc jak zbite cielę, które ewidentnie nabroiło...

— Okej, tak wcale nie było.
Yangcyn przerwał opowiadanie, posłał Nikolaiowi wymowne spojrzenie. Siedzący naprzeciwko nich ocalały patrzył to na jednego, to na drugiego, unosząc brwi.
Demon wywrócił oczami, koniec ogona podskoczył w akompaniamencie głośnego westchnięcia.
— Dobra — machnął ręką — twoją wersję poznamy w następnej części. A teraz daj mi kontynuować. Powiedział, że da nam jedzenie w zamian za historię.
— Co może być oszustwem — szepnął Nikolai.
— Jak dobrze, że ty się na tym znasz. Mniejsza.

Yangcyn pomógł w noszeniu rzeczy. Jak się okazało, było tego mnóstwo, półki były praktycznie przepełnione. Eliksiry, różdżki, jakieś pudełka, których zawartości Cynk na własną rękę wolał nie sprawdzać, i wiele innych dziwadeł. Wyszedł ze sklepu, dźwigając pełne pudło, odetchnął głośno, wyrzucając z nosa resztki intensywnego zapachu kadzideł. To miejsce definitywnie nie było na jego węch.
Wrócił się z kolejnym pudłem. Minął właściciela sklepu, który stał swobodnie, ale cały czas pilnowany przez Marka i innego policjanta, żeby czasem nie wpadł na genialny pomysł próby ucieczki.
— To pewnie Elias na mnie nakapował — burknął pod nosem na tyle cicho, że tylko Yangcyn mógł go usłyszeć. — Albo ten dzieciak z heterofobią.
Coś tam jeszcze gmerał, ogoniasty postanowił to zignorować. Wypełnił drugie pudło, wyszedł z lokalu, gdy nagle przystanął. Podniósł głowę, spojrzał w pewnym kierunku. Miasto prezentowało się tak, jak zawsze. Szum pojazdów, gdzieś w tle rozmowy kilku osób, które obserwowały z oddali całą sytuację, dzwonek przejeżdżającego w pobliżu tramwaju. Ale słyszał coś jeszcze. Coś bardzo cichego, niemalże niesłyszalnego nawet dla niego. Ptaki poderwały się do lotu, zaczęły pędzić w przeciwną stronę. Gdzieś kilka psów zaczęło ujadać. Nawet Tost przykleił się do nogawki, zaskomlał cicho. Powietrze na moment zastygło, a krótko potem zerwało się, ciągnąc za sobą...
— Wszystko gra?
Mark stanął za nim, również zaczął obserwować tę samą część miasta. Przyjrzał się lecącym ptakom, po czym znów popatrzył na Yangcyna.
Czerwone oczy otworzyły się szeroko.
— WSZYSCY PADNĄĆ! — wrzasnął.
Następne rzeczy działy się z zawrotną prędkością.
Potężna fala energii przeszyła całą okolicę, szturmując wszystko na swojej drodze. Część szyb z głośnym hukiem roztrzaskała się w drobny mak, wszystkie samochody zaczęły piszczeć, niektóre nawet wybuchać. Coś się zawaliło, gdzie indziej jeszcze coś innego eksplodowało. Dźwięki z tych zdarzeń zjednoczyły się w krótką, acz niezwykle potężną kakofonię.
A potem nastała ciemność.
Yangcyn powoli podniósł powieki. W uszach panował głuchy pisk, zakłócający wszystko inne. Wykonał wdech, zakaszlał od drobinek kurzu i pyłu, drażniących jego nos. Spojrzał przed siebie. Tuż obok leżały rozbite rzeczy, które wypadły z upuszczonego pudła. Okna sklepu były roztrzaskane, a ulice ogarnęła szara, pylista chmura.
Pisk ustał; dopiero wtedy ogoniasty zdał sobie sprawę, że w mieście zapanowała kompletna cisza. Spróbował się podnieść, lecz szybko odkrył, że na jego nogi spadł ciężki kawałek gruzu. Zaklął z powoli, acz nieubłaganie narastającego bólu, po kilku męczących próbach udało mu się odwrócić na plecy. Po którymś razie skutecznie podniósł gruz na tyle, by się spod niego wyślizgnąć. Spojrzał na swoje nogi.
Wspaniale, nowe spodnie zrujnowane.
Nie to jednak było teraz jego największym zmartwieniem.
Przyjrzał się fiolce, a raczej jej odłamkom wbitym w lewe udo. Od razu pomyślał o najgorszym: jakaś nieznana substancja rozlała się, najprawdopodobniej trafiając do jego krwiobiegu. Czym prędzej zaczął wybierać ze skóry szkło, jednocześnie mocą lecząc rany. Zbliżył głowę do namokniętej części nogawki, powąchał. Wtem uniósł jedną brew.
Co jest? Barwnik spożywczy i sok z cytryny?
Jego uszu dobiegło ciche skomlenie. Pospiesznie wstał i pobiegł w jego stronę, szybko odnajdując Tosta.
— Ciiii, już jestem, już jestem — zapewniał czworonoga, wyciągając go ze sterty śmieci. — Już cię ogarniam.
Tost merdał ogonem, szczęśliwie, lecz słabo. Yangcyn nie zwlekał ani trochę, tylko dokładnie obejrzał jego ciało, aż ostatecznie postanowił po prostu uleczyć całego. Pies w końcu mógł się sam podnieść, w podzięce oblizał chłopakowi twarz. Tamten sprzedał mu porządne głaski, które zostały jednak szybko zakończone przez kolejne dźwięki, tym razem jęki.
Z uruchomionym trybem przetrwania oraz doświadczeniem byłego żołnierza Yangcyn zaczął przeszukiwać najbliższe otoczenie, a potem też cały sklep – tym razem nie pod względem przedmiotów, a ocalałych. Podbiegł do jednego z funkcjonariuszy, opuścił koniec ogona, gdy nie wyczuł tętna. Podobnie było też z innymi... w tym niestety Markiem. Chłopak ukląkł nad nim, powolnym ruchem zamknął mu oczy. Być może wiele osób w okolicy tak samo podzieliło los. Cokolwiek się stało... prawdopodobnie zebrało wielkie żniwo.
To przecież miał być dobry dzień. Zaczęło się tak pozytywnie. Wziął udział w akcji. Wszystko szło sprawnie.
Pokręcił głową. Nie miał czasu na rozmyślanie. Musiał znaleźć tych, co zdołali przeżyć. Kogokolwiek. Taki miał obowiązek.
Kątem oka dostrzegł ruch. Odwrócił się, ujrzał, jak jakaś skrzynia powoli zaczyna się sama unosić. Przeleciała ona tylko kawałek, by tuż po tym runąć na podłogę. Yangcyn szybko do niej skoczył.
Za to zjawisko odpowiadał właściciel sklepu. Czarodziej podniósł się do pozycji siedzącej, zakasłał parę razy, dłonią odpędzając kurz.
— Mogłem jednak wytrzeć dzisiaj te górne półki — rzucił do siebie.
Cynk sprawnie zignorował jego komentarz, a zaczął go skanować wzrokiem z góry na dół.
— Jesteś cały? — spytał.
Tamten spojrzał na niego.
— Nie dzięki wam — westchnął.
Sam się podniósł, tylko na moment stracił równowagę. Rozejrzał się po swoim lokalu...
— NIE, MÓJ SKLEP! MOJE WSPANIAŁE MAGICZNE RÓŻNOŚCI!
Yangcyn zasłonił rękami uszy, krzywiąc się nieznacznie. Nie ma za co, że chciał być dobry i pomóc. To drobiazg.
W ciszy obserwował czarodzieja, który padł na kolana i zaczął rozpaczać nad zniszczonymi rzeczami. Wziął on do rąk jakieś małe rozbite lusterko, coś tam powiedział, że oby tylko nie miał siedmiu lat nieszczęść. Wreszcie postanowił wstać i zobaczyć prawdziwy stan otoczenia. Wyjrzał przez okno, a raczej jego resztki, zastygł w bezruchu.
— Co się stało? — zapytał niepewnie, marszcząc lekko brwi w konfuzji, ale też pewnej obawie.
Słysząc to, Yangcyn również popatrzył w tym samym kierunku.
— Nie mam pojęcia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz