Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Turysta chciał polać spaghetti ketchupem. Zwołano komisję
Spokojne popołudnie w Luminarii przerodziło się w głośne wydarzenie, gdy przyjezdny turysta ze Zjednoczonych Ziem Północnej Vespy poprosił kelnera o butelkę ketchupu, którym zamierzał polać zamówione spaghetti. Miejscowy restaurator, człowiek z natury łagodny, zareagował oburzeniem graniczącym z rozpaczą, powołując się na świętość przepisu i pamięć przodków. Turysta nie rozumiał problemu. W ciągu godziny nad sprawą pochylił się zaimprowizowany komitet miejscowych kucharzy, który po naradzie trwającej całą sjestę orzekł, że przepis jest nienaruszalny, lecz gościa „można ułaskawić z uwagi na niewiedzę”. Vespanin, szczerze zdumiony całym zamieszaniem, stwierdził tylko, że „u nas leje się to na wszystko”. Tej uwagi już nie skomentowano.

Nagłówek

09 sierpnia 2026

Od Bashara – Ten zamek mógłby mieć dwóch panów (VII) [AU]

Minęło kilka dni od wieczoru, w którym Bashar opowiedział historię o panu podziemi i mężczyzna czuł, że coś się zmieniło. Dante bywał w bibliotece częściej, nie tylko po to, by obserwować z cienia, ale by po prostu być. Czasem przynosił Basharowi kielich wina, drobną przekąskę, czasem rzadką księgę, którą, jak twierdził, „przypadkiem znalazł”, albo jakieś opowieści, które jakoś tak mu się przypomniały. Nie rozmawiali wiele, ledwie tyle by opowiedzieć tę historię, lecz cisza między nimi nie była już ciężka i napięta. Stała się komfortowa.
Tamtego dnia Bashar czuł, jak w sercu narasta frustracja. Przed nim leżał otwarty, przepięknie iluminowany manuskrypt, lecz mimo prób odcyfrowania treści, jego wnętrze pozostawało niezgłębioną tajemnicą. Tekst, napisany w archaicznym dialekcie, który podróżnik ledwo rozpoznawał, mieszał ze sobą medycynę, alchemię i coś, co wydawało się czarną magią. Ryciny przedstawiały skomplikowane procesy destylacji, cykle planetarne i schematy ludzkiego ciała, na które naniesiono nieznane Basharowi symbole.
Westchnął ciężko, przecierając zmęczone oczy. Wydawało mu się, że próbował już wszystkiego – porównywał symbole z innymi tekstami, szukał odniesień w słownikach, lecz na próżno – utknął w martwym punkcie.
— Jakiś problem, gawędziarzu? — Głos Dantego, cichy i głęboki, rozległ się tuż za jego plecami.
Bashar nawet nie usłyszał, kiedy hrabia podszedł, podskoczył lekko na krześle, odwracając się.
— Panie… — urwał, westchnął. — Tak, właściwie tak. Ten manuskrypt... Jest fascynujący, ale nie potrafię go w pełni zrozumieć. — Zmarszczył brwi. — Zdaje mi się, jakby autor celowo zaciemnił jego znaczenie, używając szyfrów i zapomnianego języka, broniąc przystępu do swej wiedzy.
Dante przechylił głowę, podszedł bliżej, zerknął na otwartą księgę ponad ramieniem Bashara. Oczy przez chwilę śledziły misterne litery.
— „Transmutacja krwi i ducha”. Dzieło Paracelsusa Młodszego. Uważano je za zaginione... Gdzie je znalazłeś?
— W sekcji poświęconej filozofii naturalnej, między traktatami o astrologii i ziołolecznictwie — odparł Bashar. — Znasz je, panie?
— Znałem autora — mruknął Dante obojętnie, jakby to było najzwyklejsze stwierdzenie na świecie. Pochylił się jeszcze niżej, a te długie, złote loki opadły Basharowi na ramię. Hrabia wskazał palcem na jeden z symboli. — To nie jest szyfr. To alchemiczny skrót oznaczający „quinta essentia”. A ten fragment — przesunął palcem po linijce tekstu — nie jest napisany w dialekcie, tylko w fonetycznym zapisie języka, którym posługiwali się budowniczowie pierwszych akweduktów. Autor był po prostu ekscentrykiem.
Bashar patrzył z zafascynowaniem, jak Dante z łatwością tłumaczy fragment, który jemu zajął całe popołudnie bezowocnych prób.
— Niesamowite... Ale ten proces, który opisuje... destylacja krwi w celu oddzielenia „esencji życiowej”... To przecież niemożliwe. To musi być metafora.
— Nie, to nie metafora — powiedział Dante, prostując się, a w jego oczach pojawił się dawno niewidziany błysk pasji. — To nauka, choć niekompletna. Paracelsusowi brakowało kluczowego składnika, katalizatora, który stabilizowałby proces. Wstań i chodź ze mną. Chcę ci coś pokazać.
Nim Bashar zdążył zaprotestować, Dante odwrócił się i ruszył w głąb biblioteki, dając mu znak, by poszedł za nim. Poprowadził go do części zamku, jednej z wielu, której Bashar jeszcze nie widział. Ukrytej i sekretnej, gdzie za ukrytymi w regale drzwiami znajdowało się laboratorium.
Pomieszczenie przytłaczało – szklane kolby, alembiki i retorty lśniły w świetle lamp, zastawiwszy długie stoły. Między nimi zaś spoczywały precyzyjne narzędzia, niezwykłe urządzenia, był też mikroskop, moździerze gotowe rozetrzeć minerały w gładki pył i półki uginające się pod ciężarem słojów z zasuszonymi ziołami i dziwnymi substancjami. W powietrzu unosił się zapach sterylności, siarki i czegoś metalicznego.
— Paracelsus myślał, że kluczem jest kamień filozoficzny — kontynuował Dante, podchodząc do jednego ze stołów i biorąc do ręki kryształ pulsujący bladym światłem. — Ale mylił się. Prawdziwym katalizatorem jest... coś znacznie starszego.
Położył studiowany przez Bashara manuskrypt na wolnym miejscu na stole, tuż obok skomplikowanej aparatury.
— Pokaż mi, co zrozumiałeś z tego procesu, Bashar.
Bashar zawahał się tylko chwilę. Dante znów zwrócił się do niego po imieniu – nie było już „lekarza”, „gawędziarza” czy „śmiertelnika”, był Bashar – a pytanie nie było rozkazem, lecz zaproszeniem do współpracy.
— Myślę, że pierwszy etap polega na podgrzaniu krwi do temperatury, w której... — zaczął, wskazując na odpowiednią rycinę.
Dante skinął głową, słuchając uważnie.
— Dokładnie. Lecz naczynie musi być wykonane ze szkła wulkanicznego, inaczej dojdzie do niepożądanej reakcji...
Spędzili razem całą noc, rozważając tajemnice świata. Ich głosy, jeden spokojny i metodyczny, drugi pełen pasji i wiekowej wiedzy, mieszały się w cichym laboratorium, rozbrzmiewając między przywykłymi ciszy utensyliami. Dzielili się teoriami, korygowali nawzajem swoje błędy i wspólnie pracowali nad rozszyfrowaniem starożytnej tajemnicy. Nie byli już panem i nieproszonym gościem – byli dwoma naukowcami, dwoma umysłami zjednoczonymi przez wspólną fascynację.
Gdy pierwsze promienie świtu wdarły się przez wysoko umieszczone okno laboratorium, zastając ich pochylonych nad stołem, Bashar zrozumiał, że znalazł w tym zamku coś znacznie cenniejszego niż tylko zaginioną wiedzę.
Znalazł partnera.


Wspólna praca w laboratorium stała się nową normą, a dni spędzone w bibliotece płynnie przechodziły w wieczory wśród alembików i starożytnych formuł. Bashar czuł, że mury między nim a Dantem kruszeją z każdym mijającym tygodniem. Jednak dopiero tej nocy miał zobaczyć, co się za nimi kryje.
Gdy wracał późno z laboratorium do swojej komnaty, Bashar przechodził przez jedną z mniej uczęszczanych galerii. Długi korytarz tonął w mroku, rozświetlanym jedynie bladym światłem księżyca wpadającym przez wysokie, gotyckie okna, a spokojna cisza, do której mężczyzna zdążył się już tak dobrze przyzwyczaić, powtarzała echo jego kroków. Wtem coś przerwało ten spokój, lekarz gwałtownie przystanął.
Nie był to zwykły hałas, raczej stłumiony, pełen furii i bólu odgłos pękającego drewna, zaraz po nim brzęk tłuczonego szkła. Bashar nie zastanawiał się długo, cichym krokiem podążył za dźwiękiem.
Dobiegał z jednego z bocznych pokoi. Drzwi, zawsze zamknięte na głucho, broniące przystępu do środka, teraz stały uchylone, lecz w geście tym nie było nic zapraszającego. Dla każdego innego gościa widok ten wraz z odgłosami byłby jasnym sygnałem, by odwrócić się na pięcie i ruszyć swoją drogą, lecz Bashar już dawno przestał być zwykłym gościem, a mieszkająca w jego sercu ciekawość okazała się silniejsza, niż ostrożność. Pchnęła go ona ku drzwiom, skusiła, by zajrzał do środka.
Komnata była niewielka, urządzona jak prywatny gabinet, nie zaś salon. Miękki dywan ścielił się u stóp rozległego, ciężkiego biurka, którego polerowany blat zastawiono mnogością bibelotów. Ściany kryły się za masywnymi regałami pełnymi ksiąg i traktatów, a gdzie wśród tej armii wiedzy pojawiała się wyrwa, tam ścianę zdobił obraz lub fikuśny kinkiet. Pokój sprzyjał skupieniu i pracy, nie pozwalał myślom krążyć, lecz wskazywał im jasny cel.
A przynajmniej wskazywałby, gdyby nie dziejąca się w nim scena.
Środek dywanu zaścielały szczątki rozniesionego w drzazgi, rzeźbionego krzesła, wśród nich zaś lśniły odłamki rozbitego szkła, jakaś ramka, fragmenty malowanego płótna. Pośrodku tego chaosu stał Dante, spięty i gniewny, miotający się niczym zwierzę w klatce. Odwrócony do drzwi plecami, nie dostrzegł jeszcze rubinowego spojrzenia obejmującego z troską jego sylwetkę. Dłoń hrabiego zaciskała się na jakimś niewinnym filigranie, nim mężczyzna gwałtownym ruchem wzniósł pięść, cisnął przedmiotem w przypadkowym kierunku. Metal gruchnął o kamień, poturlał się kawałek, lecz Dante nie zwrócił na niego uwagi. Ręce szukały kolejnej ofiary, znalazły ją w uroczej, porcelanowej statuetce. Palce zacisnęły się z taką siłą, że kruche ramię pękło, ostra krawędź zraniła, z dłoni poleciała krew.
Ostatni moment, ostatnia szansa na to, by się wycofać, właśnie minęła, gdy Bashar pchnął drzwi, wszedł do środka. Dante obrócił na niego spojrzenie przepojone na równi gniewem, co i bólem.
— Wyjdź.
— Jesteś ranny — stwierdził Bashar, podchodząc bliżej. — A ja jestem lekarzem.
— Nie potrzebuję lekarza.
— Pozwól, że to ja wystawię diagnozę.
Mógł mu się wyrwać, mógł kazać iść precz, mógł zrobić wiele rzeczy, lecz Dante nie zrobił żadnej z nich. Pozwolił, by Bashar wyjął mu z dłoni popękaną statuetkę, by otarł zebraną wokół rany krew.
— Samo się zagoi.
— Rana na dłoni tak — przyznał Bashar, patrząc, jak rozcięcie zasklepia się na jego oczach. — Lecz rana serca, choć stara, nadal się nie zagoiła.
Dante prychnął.
— Pozwalasz sobie na zbyt wiele.
— To ty dajesz mi swe pozwolenie, panie. Pozwolenie, które możesz w każdej chwili cofnąć… — powiedział Bashar, wciąż trzymając jego dłoń — …lecz tego nie robisz.
Hrabia nie odpowiedział, a w jego mroźnobłękitnych oczach, najczęściej lśniących dumą, ostatnio coraz częściej rozbawieniem bądź zaciekawieniem, odbił się głęboki, dojmujący żal.
— Myślałem, że pozbyłem się wszystkiego, co było z nim związane — zaczął enigmatycznie. — Wszystkich jego podarków, wszystkich pamiątek, wszystkich kłamstw. Ale coś jeszcze zostało, ten jeden portret, i kiedy go zobaczyłem… — urwał, wzrok uciekł w stronę resztek szkła na dywanie, dreszcz przebiegł przez poranioną dłoń. — Sam go malowałem. I przypomniały mi się czasy, gdy naiwnie sądziłem, że ten zamek może mieć więcej niż jednego pana.
Bashar odnalazł wzrokiem fragmenty podartego portretu. Spoglądały z niego dziwnie zielone, wężowe oczy.
— Pamiątki po bolesnych wydarzeniach nie muszą być tylko powodem do cierpienia — powiedział Bashar, wracając spojrzeniem do twarzy hrabiego. — Mogą być przypomnieniem. Przypomnieniem o tym, co było, ale przede wszystkim o tym, jak wiele się od tamtego czasu zmieniło.
— I o czym niby miałoby mi to dokładnie przypomnieć? Że byłem łatwowiernym idiotą?
— Że jesteś silny, panie — odezwał się Bashar. — Że cokolwiek wtedy się wydarzyło, jesteś tutaj, przetrwałeś, i jesteś kimś więcej, niż ofiarą tamtej sytuacji. Że nauczyłeś się, by już nigdy nikomu nie pozwolić się w ten sposób potraktować.
Chusteczka wróciła do ścierania krwi, odsłaniając gładką skórę.
— To ty decydujesz, jakie znaczenie nadasz swej historii i czy jej rozdziały będą jedynie brzydką, wiecznie bolącą blizną, czy czymś więcej.
Hrabia nie odezwał się od razu.
— Bashar, jak sądzisz… — zaczął, a jego głos miał jakieś trudne do określenia zabarwienie. — Czy serce, które ma wiele blizn, może w końcu stać się tak zniekształcone, że przestanie przypominać serce?
Lekarz schował chusteczkę, lecz nie wypuścił dłoni hrabiego.
— Sądzę, że wręcz przeciwnie. Blizna na sercu to nie zniekształcenie, lecz doświadczenie i dowód na to, że takie serce potrafi odczuwać głębiej i mocniej niż to, które pozostaje gładkie. Przecież wciąż potrafi bić.
Puścił niespiesznie jego dłoń, lecz spojrzenia wampira i człowieka pozostały splecione. W oczach Dantego, w tej jednej, krótkiej chwili, Bashar dostrzegł coś, czego nie widział wcześniej – nie ból, nie gniew, ale kruchą, drżącą nadzieję.
Nadzieję, że słowa lekarza mogą być prawdą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz