Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Turysta chciał polać spaghetti ketchupem. Zwołano komisję
Spokojne popołudnie w Luminarii przerodziło się w głośne wydarzenie, gdy przyjezdny turysta ze Zjednoczonych Ziem Północnej Vespy poprosił kelnera o butelkę ketchupu, którym zamierzał polać zamówione spaghetti. Miejscowy restaurator, człowiek z natury łagodny, zareagował oburzeniem graniczącym z rozpaczą, powołując się na świętość przepisu i pamięć przodków. Turysta nie rozumiał problemu. W ciągu godziny nad sprawą pochylił się zaimprowizowany komitet miejscowych kucharzy, który po naradzie trwającej całą sjestę orzekł, że przepis jest nienaruszalny, lecz gościa „można ułaskawić z uwagi na niewiedzę”. Vespanin, szczerze zdumiony całym zamieszaniem, stwierdził tylko, że „u nas leje się to na wszystko”. Tej uwagi już nie skomentowano.

Nagłówek

01 sierpnia 2026

Od Vaerila — Jeszcze będą o tym śpiewać legendy [AU]

TW: śmierć, krew, gore, body horror, w sumie spodziewajcie się wszystkiego próba samobójcza.
— Zapowiada się największy ślub w historii tego królestwa.
Wysoki mężczyzna o brązowych włosach wszedł skocznym krokiem do pogrążonej w półmroku sypialni, głośno trzaskając za sobą drzwiami. Przeciągnął się leniwie, a następnie posłał uśmiech siedzącemu na pobliskim łóżku zgarbionemu młodzieńcowi.
— Nic, tylko pogratulować, mój drogi braciszku!
— Nie ma tutaj czego gratulować — odparł mrukliwie młodszy z mężczyzn, krzywiąc się. — Wiesz przecież doskonale, że jest to ostatnia rzecz, którą chcę robić. Całe te zaślubiny to doprawdy nieśmieszny żart!
— Nie zawsze dostajemy tego, czego chcemy. Vaeril, przecież nie jesteś już dzieckiem, więc przestań wreszcie dramatyzować.
Młodzieniec na te słowa naburmuszył się i zaplótł ręce na piersi w geście protestu. To, że nie był już dzieckiem, wcale nie oznaczało, że musiał od razu się żenić!
— Po prostu uważam, że nie jest to do końca sprawiedliwe.
— Chciałbyś sprawiedliwości? Nikt nie powiedział, że życie jest sprawiedliwe. — Jego brat, Derek, zaśmiał się i wzruszył ramionami. — Czy sprawiedliwe jest to, że ty dzisiaj masz ślub z księżniczką, a mnie wysyłają na wojnę? Chciałbyś się może ze mną zamienić? Bo jeśli tak, to chętnie!
Vaeril spuścił bez słowa głowę.
W czasie, gdy jego brat dowodził armią i zaciekle bronił zachodnich granic, odbyły się zorganizowane naprędce zaręczyny. Wprawdzie, zgodnie z tradycją, pierwszeństwo w zawarciu małżeństwa przysługiwało pierworodnemu synowi, jednak ze względu na jego nieobecność, wyjątkowe okoliczności oraz skomplikowaną sytuację majątkową rodu Iversenów ten wątpliwy zaszczyt przypadł młodszemu z rodzeństwa, Vaerilowi.
Kandydatka wywodziła się z najprawdziwszej i najszlachetniejszej rodziny królewskiej. Była drugą córką Króla Zacharego, władcy Środkowych Wyżyn. W czasie pośpiesznego poszukiwania dla niej godnego małżonka, tak się (niestety dla Vaerila) złożyło, że w królestwie nie znalazł się żaden inny szlachcic o równie znamienitym nazwisku, więc oczywisty wybór padł na któregoś z braci Iversenów.
Okazało się bowiem, że księżniczka aktualnie znajdowała się w stanie błogosławionym. Tożsamości ojca dziecka broniła zaciekle i bynajmniej, oczywiście, że nie był nim Vaeril. Król, gdy tylko dowiedział się o nadchodzącym nieślubnym dziecku ukochanej córki, popadł w niemałą panikę. Osiwiał, drżał, bełkotał. Jego potomkini nie mogła posiadać syna z nieprawego łoża! Przecież to oznaczałoby skandal na skalę całego królestwa! Musiał znaleźć się więc mężczyzna, który weźmie na swoje barki odpowiedzialność za całe to nieszczęsne zamieszanie i uchroni jego ukochaną córuchnę przed utratą twarzy.
Wtedy też rozpoczął swoje gorączkowe poszukiwania.
Tak się tez nieszczęśliwie złożyło, iż ród Iversenów od pewnego czasu zmagał się z poważnymi problemami natury finansowej. Dawne źródła dochodów znacząco osłabły, pozostawiając rodzinę z mnożącymi się długami. Gdy tylko więc po okolicy rozeszła się wieść o chęci wydania za mąż królewskiej panny, Fryderyk Iversen nie zwlekał nawet chwili. I w ten sposób doszło do pośpiesznych zaręczyn. Księżniczka miała wnieść do rodziny pokaźny posag, który rozwiąże wszelkie problemy finansowe Iversenów, a jej nieślubne dziecko uzyska szlacheckie i powszechnie szanowane nazwisko. Plan niemal idealny, obie strony powinny być zadowolone z takiego układu.
I wszyscy byli, tylko nie Vaeril. Prawdę mówiąc, miał do wszystkich wokół wielki żal, że nikt nawet nie raczył zapytać go o zdanie. Po prostu wstał pewnego dnia i oznajmiono mu, że zaraz się żeni. Swoją przyszłą żonę widział może raz, dwa w całym swoim życiu. Nigdy nie zamienili ze sobą nawet słowa, a za już chwilę miał spędzić z nią resztę swoich dni, a co najgorsze — zostać ojcem jej dziecka! A może i wielu przyszłych?! Czy nie tego będą wszyscy wokół oczekiwać...?
Ta myśl dogłębnie go przerażała. Kręciło mu się w głowie i zaczynało brakować tchu, gdy tylko sobie o tym przypominał. A myślał o tym przez ostatnie kilka dni. Nie chciał takiego życia. Tak cholernie bał się nadchodzącej przyszłości. Wszystkie jego plany i nadzieje przepadły w jednej chwili. To, co jeszcze niedawno zdawało się być na wyciągnięcie ręki, oddaliło się bezpowrotnie. Pragnął podróżować, zwiedzać najdziksze zakamarki tego świata i żyć bez jakichkolwiek konsekwencji czy zobowiązań. A wkrótce utraci całą swoją niezależność już na zawsze. Przepadnie ona szybciej, niż zdąży jej w pełni posmakować.
Istniał jeszcze jeden powód. Powód tak pilnie skrywany na dnie serca Vaerila, skrywany nawet przed samym sobą. Powód, którego nawet on jeszcze nie do końca rozumiał. Lub też zrozumieć się bał. Coś wewnątrz niego nie spełniało narzuconych przez społeczeństwo oczekiwań. Wyróżniało spośród innych mężczyzn na tyle, iż same myśli o tym sprawiały, że brakowało mu tchu. Czuł niewyobrażalny strach, ale równocześnie nie potrafił żyć przeciwko swojej naturze. To było częścią niego. Od najmłodszych lat życia. Nawet jeśli próbował, nie mógł tego zmienić. A może tak naprawdę, w głębi serca, nie chciał niczego w sobie zmieniać? Ta inność sprawiała, że był przecież sobą.
— Uśmiechnij się, to przecież nie koniec świata — powtarzał z rozbawieniem Derek, kręcąc się w kółko po sypialni. — Czeka cię dostanie życie w nieskończonym dobrobycie i dostatku. Tylko głupiec by się nie cieszył.
— A więc chyba jestem głupcem.
Miał już na siebie założone szaty ślubne. Choć wykonano je z najlepszych materiałów, uszyto u znanych w całym królestwie krawców i ozdobiono samymi drogocennymi kamykami, Vaeril czuł, że wygląda w nich wyjątkowo żałośnie. Jego twarz była bledsza niż zwykle, pozbawiona jakiegokolwiek rumieńca przypisywanego zakochanym. Drżał na całym ciele, jakby już za chwilę miał spotkać się z kresem swojego życia. Stanął na krawędzi bez możliwości cofnięcia się choćby o krok. Nie mógł zawrócić, nie mógł przecież odmówić. Musiał iść naprzód, nawet jeśli wiązałoby się to z niechybnym upadkiem w pogrążoną w ciemności przyszłość.
Rytmiczny stukot butów Dereka wybił Vaerila z dalszego użalania się nad sobą. Pan młody podniósł głowę i zerknął na swojego brata z niemałym poirytowaniem. Miał już dość jego widoku — tej beztrosko uśmiechniętej twarzy i rozbawionego spojrzenia. Miał dość tego, że nikt go nie próbował nawet zrozumieć.
Wtedy też Vaeril zwrócił uwagę dziwny przedmiot zawieszony na szyi Dereka. Brat bawił się zawieszką, obracając ją w palcach. Przyglądał się jej w ostatnich promieniach słońca.
— Tata będzie niezadowolony, jeśli dowie się, że nosisz to paskudztwo zamiast rodzinnego medalionu — wytknął mu Vaeril. Ta drobna złośliwość dała mu odrobinę satysfakcji.
— Że to? — Derek zaśmiał się cicho, prezentując powieszony na najzwyklejszym sznurku obły amulet. — To jedna z moich zdobyczy wojennych. Podoba ci się?
— Jest absolutnie obrzydliwa.
Prawdę mówiąc, Vaeril miał wiele racji. Podszedł bliżej i zmrużył oczy, aby przyjrzeć się nowej ozdobie na szyi brata. Pierwszy raz w życiu widział coś podobnego. Przedmiot na pierwszy rzut oka przypominał jajo. Wykonany został z czerwonego minerału. Vaeril nie potrafił jednak rozpoznać, czy był to kamień, czy jakieś inne tajemnicze tworzywo. Właściwie to nawet nie mógł się skupić na strukturze amuletu, ponieważ całą jego uwagę pochłonęły jego dziwaczne zdobienia. Wyglądały one… jak twarz! Szlachcic przysiągłby, że na obłym kształcie medaliku rozpoznaje nos i zarysy oczu.
Cała ta ozdoba wydawała mu się być doprawdy makabryczna. Vaeril skrzywił się na jej widok, przeszły go dreszcze i pośpiesznie odsunął się od brata.
— Nie przystoi nosić czegoś takiego — wyraził swoją szczerą opinię. — Zdejmij to i natychmiast się tego pozbądź. Od razu widać, że jest przeklęte.
Derek zaśmiał się cicho w odpowiedzi. Pogładził palcem gładką powierzchnię jajowatej ozdoby, a następnie schował ją przed wzrokiem brata pod koszulę.
— W porządku, w porządku. Więcej go nie zobaczysz. Tylko nie złość się dłużej, bo z taką miną przestraszysz swoją przyszłą żonę.
Słowa te nie brzmiały zbyt miło, ale Vaeril nie miał siły na kolejną kłótnię. Jego nerwy tego dnia już wystarczająco zostały wystawione na próbę. Chociaż uważał nowe akcesorium brata za dość… specyficzne, nie chciał dłużej drążyć tego tematu. W końcu teraz miał ważniejsze zmartwienia na swojej głowie.
Słońce powoli chyliło się ku murom miasta, pogrążając okolicę w mroku nadchodzącej nocy. Ruchliwe ulice zaczynały powoli cichnąć.
— Czas na ciebie, braciszku. — Derek klasnął w dłonie i odszedł od okna, kierując się w stronę drzwi. — Nie spóźnij się tylko, bo twoja panna już na pewno na ciebie czeka!
Ze względu na konieczność ukrycia ciąży księżniczki zdecydowano się na nietypową porę zaślubin. W mroku nocy nikt nie byłby w stanie dostrzec po jej sylwetce błogosławionego stanu. Tak doniosła dla całego królestwa uroczystość wymagała obecności licznych, znamienitych gości — ich pominięcie zostałoby odebrane jako jawny brak szacunku. Przy takiej liczbie osób utrzymanie tajemnicy wydawało się jednak niemal niemożliwe. Sięgnięto więc po pretekst dawnej tradycji, przekonano kapłanów, a następnie zaaranżowano ceremonię tak, by odbyła się pod osłoną nocy. Cała ta maskarada służyła jednemu celowi, aby prawda nigdy nie ujrzała światła dziennego. Tymczasem, gdy tylko księżyc osiągnie pełnię, Vaeril wypowie sakramentalne „tak”. Lecz na samą tę myśl ogarniał go lęk.
Znów zakręciło mu się w głowie. Poczuł mdłości, a jego ciało mimowolnie zaczęło drżeć. Czuł, że to jego ostatnie chwile wolności. Wkrótce wszystko miało się zmienić. Wiedział, że czeka go wygodne życie w pałacowych komnatach, wspaniałe przyjęcia i służba na każde skinienie palca, ale wszystkie te zalety nie pokrywały się z prawdziwymi pragnieniami młodego szlachcica. On… po prostu inaczej sobie wyobrażał swoje życie.
— Vaeril. — Derek nagle zatrzymał się w drzwiach. Nie patrzył na brata, a jego dłoń zaciśnięta była na koszuli w miejscu, gdzie skryty został wcześniej tajemniczy amulet. — Nie zamartwiaj się. Zapewniam, że to będzie ślub, o którym jeszcze będą śpiewać legendy.
Jego głos brzmiał nietypowo i tajemniczo. Ton miał całkiem niepodobny do siebie, wybrzmiewała w nim nuta czegoś specyficznego, czego Vaeril nie potrafił nazwać. Jakby dziwacznego oczekiwana? Ulgi? Derek nic więcej nie powiedział, nie odwrócił się, nie pożegnał. Odszedł w ciszy bez wyjaśnień, zamykając za sobą drzwi do komnaty.
Vaeril został całkiem sam w pogrążonej w mroku komnacie. Otoczony czterema ścianami i przytłoczony własnymi myślami. Pierwszy raz w życiu czuł taką przytłaczającą samotność. Ależ jakie to było paradoksalne! Wkrótce, już za kilka krótkich chwil, do końca swoich dni, nigdy nie będzie sam.
Od dziecka wszyscy poświęcali mu wiele uwagi. Był oczkiem w głowie każdego mieszkańca dworku — od rodziców, brata, po służbę. Powszechnie dbano, aby się nie nudził, nie bał, przypadkiem nie zranił. Rozpieszczano go na każdym kroku. Vaeril przywykł do tego. Przywykł do bycia tym ukochanym dzieckiem, któremu na wszystko pozwalano, któremu niczego nigdy nie zabraniano, któremu wybaczono każde mniejsze czy większe przewinienie. Szlachcic dorastał w przepychu i w poczuciu, że jeśli czegoś pragnie, po prostu może to wziąć. Że może mieć wszystko, czego tylko zapragnie.
Tym razem było inaczej. Nie mógł się zbuntować, nie mógł odmówić. Pierwszy raz w życiu czuł się więc taki bezsilny. Tak absolutnie żałosny, bez jakiejkolwiek szansy na ratunek. Wszyscy wokół gratulowali, winszowali wspaniałej przyszłości. Możliwe, że przynajmniej część z tych osób nawet skrycie mu zazdrościła. Vaeril czuł więc, jakby był jedynym człowiekiem pod słońcem, który nie widział najmniejszych zalet aktualnej sytuacji. Nikt nie potrafił go zrozumieć. Albo nikt też nawet nie próbował tego zrobić.
***
Kaplica znajdowała się w prawym skrzydle królewskiego zamczyska. Stanowiła ona podłużną salę z ławami po obu stronach. Przez sam środek do zdobionego złotem ołtarza prowadził czerwony dywan. Ściany obwieszono religijnymi symbolami i ręcznie malowanymi obrazami tak gęsto, że gdziekolwiek by się nie popatrzyło, nie było przed nimi ucieczki. Święci z ikon rzucali surowe spojrzenia każdemu, kto tylko postawił swoją stopę wewnątrz kaplicy.
Vaeril czuł na sobie ich przytłaczający wzrok. Miał wrażenie, że obserwują go oni z każdej możliwej strony. Tak, jakby wiedzieli, jakie wątpliwości niesie w swoim sercu młodzieniec. Jakby znali wszystkie jego głęboko skrywane pragnienia. Nienawistnie oceniali go za niechęć do zbliżających się zaślubin. Za niechęć… do kobiety.
Wkrótce obszerną salę kaplicy wypełnili znamienici goście: odziani w bogato zdobione szaty szlachcice i szlachcianki ze znanych rodów zajęli wolne ławki na tyle sali, gdy najbliżsi Vaerila usiedli na samym przodzie, a zaraz po nich do kościoła wkroczyła pieczołowicie chroniona przez straż rodzina królewska. Wraz z ich pojawieniem się na sali zapanowało niemałe zamieszanie — wszyscy ruszyli, aby przywitać króla i powinszować mu wspaniale przygotowanej uroczystości. W zbitym tłumie ludzi Vaeril, mimo wytężania wzroku, nigdzie nie potrafił dostrzec swojego brata. Czyżby Derek jeszcze nie przyszedł? Vaerila ogarnął strach. Liczył na jego obecność, w końcu tuż przed chwilą rozmawiali. Bez brata czuł się wyjątkowo samotny i porzucony. Potrzebował jego uspokajającego tonu głosu, motywującego spojrzenia, dalszych zapewnień, że wszystko będzie w porządku. Teraz narastały w nim złe przeczucia.
Wreszcie, po kilku minutach, które Vaerilowi dłużyły się w nieskończoność, pojawił się. Derek stanął samotnie na końcu sali. Z jakiegoś powodu nie dołączył do najbliższej rodziny. Oparł się jedynie o ścianę tuż przy głównych drzwiach kaplicy i czujnym spojrzeniem obserwował zgromadzonych gości. Z nikim się nie witał, do nikogo się nie odzywał. Nie spojrzał nawet w stronę brata, choć Vaeril uporczywie próbował nawiązać z nim kontakt wzrokowy. Pan młody potrzebował wsparcia najbliższej mu osoby, liczył na odrobinę otuchy w tej trudnej chwili. Niestety, mógł polegać wyłącznie na sobie. Wkrótce z żalem odwrócił wzrok od Dereka i spojrzał na matkę.
Bernadeta Iversen siedziała wyprostowana z dumy. Raz po raz kiwała głową do witających ją gości, dziękowała za składane gratulacje. Na jej twarzy pojawił się łagodny, uprzejmy uśmiech. Szczerze cieszyła się z powodu zaślubin syna. Gdy tylko dowiedziała się o zaręczynach, nie potrafiła myśleć o niczym innym. Swoją kreację szykowała już od kilku dni, pragnąc przyćmić pozostałe szlachcianki, może nawet samą królową. Bernadeta miała teraz na sobie piękną, szmaragdową suknię i wyglądała w niej naprawdę zjawiskowo — kolor ten podkreślał barwę jej oczu, sprawiał też, że kobieta doprawdy promieniała. Vaeril zastanawiał się, o czym ona teraz myśli? Może o swojej pięknej synowej? Możliwych wnukach? Pan młody mógł tylko to przypuszczać, ale dokładnie widział, że jego matka wydaje się być naprawdę szczęśliwa.
Tego samego nie można było jednak powiedzieć o jej mężu. Fryderyk siedział ze zmarszczonymi brwiami, splecionymi na piersi rękoma i tylko niezrozumiale odburkiwał na składane gratulacje. Uroczystość zdawała nie obchodzić go wcale. Dla niego liczyły się wyłącznie interesy, nie cała ta śmieszna farsa. Pewnie nie mógł doczekać się już chwili, aż królewska córka wniesie do rodziny obiecany kapitał. Vaeril domyślał się, że jego ojciec nawet w tym momencie oblicza, na co przeznaczy pozyskane w ten sposób pieniądze. Najpewniej w pierwszej kolejności spłaci wszystkie długi, a to na pewno sprawi, że ich rodzina odzyska dawny szacunek. Zapowiadały się dobre czasy dla rodu Iversenów.
Wszystko to miało odbyć się jednak kosztem Vaerila. On sam długo zastanawiał się, czy powinien czuć dumę z powodu wyciągnięcia rodziny z opresji, czy wręcz przeciwnie. Nie potrafił nawet zdobyć się na wymuszony uśmiech. Przerażające widmo nadchodzącej szarej przyszłości wisiało nad nim i tylko czekało na swoje niechybne spełnienie. Nie było już żadnego ratunku.
Z zamyślenia wyrwał go rytmiczny dźwięk organów. Wyprostował się raptownie i poczuł, jak jego oddech przyspiesza. Zaczęło się. Nadeszła ta godzina. Vaeril zadarł głowę. Przez szklany sufit kaplicy widział księżyc i gwiazdy. One pozostaną ciche i obojętne tak samo, jak zawsze, gdy on już za chwilę wypełni swoje przeznaczenie. Na próżno szukał więc wśród niemych obserwatorów pocieszenia.
Wreszcie do środka weszła ona.
Księżniczka Arnella wyglądała doprawdy zjawiskowo — plotki o tym, że jest najpiękniejszą kobietą w królestwie nie okazały się być kłamstwem. Odziana w białą suknię i welon skupiła na sobie uwagę wszystkich gości, którzy z zachwytu nie potrafili oderwać od niej wzroku. Szła powoli, krok za krokiem, sunąc po czerwonym dywanie, wyglądając jak śnieżnobiały łabędź spokojnie dryfujący po tafli jeziora w czasie wschodu Słońca. W ręku, idealnie na wysokości brzucha, niosła pokaźny bukiet róż. Miała czarne włosy. Długie, lśniące i kręcone. Fale loków spływały wzdłuż sukni, rytmicznie bujając się w rytmie jej kroków. Kobieta patrzyła w dół, jakby bała się podnieść wzrok na swojego przyszłego męża. Nie wyglądała na szczęśliwą.
Vaeril dostrzegł smutek w jej oczach dokładniej, gdy stanęła tuż przed nim. Nie uśmiechała się. Wręcz przeciwnie — wyglądała, jakby już za chwilę miała się rozpłakać. Próbowała nie patrzeć na narzeczonego, unikała jego wzroku. Błądziła spojrzeniem po zgromadzonych, jakby to wśród nich szukała ostatniego ratunku.
Rozumiał ją. Rozumiał ją — lepiej niż ktokolwiek ze zgromadzonych. To nie on powinien tutaj stać. Miejsce Vaerila należało do jej ukochanego. Kogoś bliskiego, z kim naprawdę pragnęła założyć rodzinę. Kogoś, kogo kochała mimo dzielącej ich różnicy społecznej. Vaeril nie był tą osobą. Był kimś zupełnie obcym. Kimś, kogo miała pełne prawo nienawidzić. Kimś, kto, choć nie z własnej woli, stanął na jej drodze do szczęścia.
Wprawdzie nie znał jej wcale, ale wiedział, że zasługiwała na coś znacznie lepszego. Ale obydwoje nie mieli już wyjścia. Wciąż jednak żywił się złudną nadzieją, że mimo całej tej maskarady, uda im się zostać przyjaciółmi. Albo chociaż nie znienawidzić się. Nie czuł najmniejszej wrogości do Arnellii. To przecież nie była jej wina. W innych okolicznościach może nawet znaleźliby wspólny język i się polubili. W tej chwili wszystko wydawało mu się jednak być przesądzone. Współczuł jej tak samo, jak współczuł samemu sobie.
Niedługo później uroczystość rozpoczęła się na dobre. Chór radośnie wyśpiewywał religijne pieśni, a ksiądz równie donośnie wypowiadał słowa modlitwy. Nic z tego nie zdawało się jednak docierać do uszu Vaerila. Słyszał on tylko przyspieszone bicie własnego serca i swój płytki oddech. Szumiało mu w uszach. Był przerażony, całkowicie otępiały. Powietrze łapał szybko, drżał, choć usilnie próbował zachować pozorną równowagę. Często uciekał wzrokiem, szukając w tłumie zgromadzonych osób znajomej twarzy brata. Derek tym razem patrzył prosto w kierunku Vaerila. Wpatrywał się w niego intensywnie, śledził każdy jego ruch, a w jego spojrzeniu lśniło wyczekiwanie. Czyżby też nie mógł doczekać się końca tej nieszczęsnej ceremonii?
Wkrótce nie tylko Vaeril, ale również księżniczka Arnella, już do końca swoich żyć będą musieli pozostać w związku, który nie satysfakcjonuje żadnej ze stron. Mieli przecież także zostać rodzicami dziecka, którego prawdziwy ojciec nie jest nawet znany z imienia. Już zawsze razem jako rodzina, do grobowej deski. Dopóki śmierć ich nie rozłączy.
Aż wreszcie nadszedł najbardziej wyczekiwany przez prawie wszystkich moment całej ceremonii. Chwila, której Vaeril obawiał się najbardziej. Ksiądz donośnym, dźwięcznym głosem najpierw zwrócił się do panny młodej:
— Czy ty, księżniczko Arnello, chcesz wziąć sobie tego oto mężczyznę za męża?
Wszyscy goście umilkli. Nawet chór przestał przygrywać, a więc w kaplicy zapanowała głucha cisza. Księżniczka Arnella wpatrywała się przerażonym spojrzeniem w Vaerila. Po chwili jednak wzięła głęboki oddech, odwróciła wzrok i wyszeptała krótkie:
— Tak.
Ona wypełniła swój obowiązek.
Wtedy też kapłan odwrócił się w kierunku Vaerila i ponowił pytanie:
— Czy ty, paniczu Iversen, chcesz wziąć sobie tę oto kobietę za żonę?
Nie. Pragnął zaoponować, zaprzeczyć. Vaeril czuł, że żadne ze słów nie jest w stanie przejść mu przez zaciśnięte z paniki gardło. Poczuł dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa. Miał wrażenie, że znajduje się właśnie w swoim najgorszym koszmarze. Pragnął zapaść się pod ziemię, zniknąć, ale spojrzenia wszystkich gości w niemym oczekiwaniu zwrócone były właśnie na niego. On stał na piedestale, na ślubnym kobiercu — na szubienicy z pętlą, która zaciskała się na jego gardle z każdą sekundą zwłoki, pozbawiając tchu i logicznego myślenia. Uwięziła go, nie dając najmniejszej szansy na ratunek.
— Tak.
Jego głos zabrzmiał słabo, prawie niesłyszalnie, ale już za chwilę poczuł błogą ulgę. Zrobił to. Udało mu się. Przełamał się, spełnił oczekiwania rodziny. Nikogo nie zawiódł. Nikogo, oprócz samego siebie.
Kaplicę przeszła fala wiwatu. Vaeril właściwie nie miał pojęcia, co się wokół niego dzieje. Czuł się, jakby był w amoku. Cały świat wokół wirował, dźwięki nakładały na siebie i szumiały mu w uszach. Ręce pana młodego dygotały, podczas wymiany obrączek ze swoją żoną. Nie wiedział, co właściwie robi, a jego ruchy były karykaturalnie niezdarne i powolne.
Wtedy też uroczystość dobiegła końca. Sakramentalne “tak” wybrzmiało. Misja łącząca obie rodziny została właśnie pomyślnie wykonana. Goście klaskali i życzyli parze młodej wszystkiego, co najlepsze. W kaplicy zapanowała wrzawa — śmiano się, wykrzykiwano z radością imiona małżonków. Vaeril i księżniczka Arnella wciąż ramię w ramię stali na kobiercu, patrząc żałośnie to na siebie, to na wiwatujący tłum. Obydwoje nie mogli zmusić się do uśmiechu. Na zawsze połączeni w nieszczęściu.
Nie wiedział, czy był to przypływ jakiegoś tajemniczego niepokoju albo innego wewnętrznego przeczucia, czy może po prostu pod wpływem chwilowej ulgi uniósł oczy i spojrzał w stronę szklanego sufitu, ale tej samej chwili zobaczył coś niezwykłego. Coś, czego nie spodziewał się zobaczyć.
Księżyc, wcześniej pozostający w lśniącej pełni, zaszedł czernią. Jego tarcza została zasłonięta, a on sam po chwili rozbłysnął krwistą czerwienią. Vaerila przeszedł dreszcz niepokoju. Nigdy w całym swoim życiu nie widział czegoś podobnego. Ogarnął go strach. Cofnął się o krok, nie odrywając wzroku od przerażającego zjawiska na niebie.
Księżniczka Arnella pierwsza spostrzegła jego przerażenie i powiodła wzrokiem w kierunku, w który właśnie się wpatrywał. Wkrótce i ona znieruchomiała z szokiem wymalowanym na twarzy. Jej śladem poszli pierwsi goście, którzy także podnieśli swoje głowy, aby następnie również zastygnąć w strachu. Już kilka chwil później kaplicę ogarnął chaos.
— Co to ma znaczyć?!
— Cóż to za barwa?! Niechże ktoś mi to wyjaśni!
— Toż to musi być zły omen!
Vaeril wstrzymał oddech. Zły omen? Od samego początku, od tych nieszczęsnych zaręczyn, po samą uroczystość — wszystko wydawało mu się naznaczone jakimś cholernym przekleństwem! Klątwa ta ciążyła na nim odkąd tylko usłyszał o nadchodzącym ślubie. Czyżby teraz cała ta pechowa passa miała osiągnąć swoją niechybną kulminację?
Jak na zawołanie, wraz z tą myślą Vaerila, ziemia się zatrzęsła. Kamienne ściany wydały z siebie niepokojący jęk, szyby zadrżały, a część świec zgasła pod wpływem nagłego podmuchu wiatru. Coś zawyło, krzyknęło, wydało z siebie obrzydliwy, mrożący krew w żyłach jęk.
Wtedy w kaplicy zapanowała panika. Nikt nie miał pojęcia, czego właśnie jest świadkiem. Vaeril próbował zawołać swojego brata, ale Derek zniknął mu z pola widzenia. Widział tylko, jak niemal rozpływa się on w mroku nocy. Znika, nie oglądając się za siebie. Jedynie tajemniczy amulet na jego szyi zalśnił złowrogo w blasku krwawego księżyca, a następnie przepadł w ciemności wraz ze swoim właścicielem. To był ostatni raz, gdy Vaeril widział Dereka.
Później rozpętało się piekło.
Nie wiedząc czemu, goście z krzykiem rzucili się do ucieczki. Vaeril wtedy jeszcze tego nie widział. Stał w pewnej odległości, więc wciąż jeszcze pozostawał nieświadomy zagrożenia. Trzymająca się do tej pory obok niego księżniczka ruszyła biegiem w stronę swojego ojca. W tej samej chwili salę przeszedł rozdzierający wrzask.
Wszystko zaczęło się trząść. Ziemia pod nogami gości zadygotała. Ściany i kolumny zaczęły spadać z hukiem na ziemię. Wokół zapanowała ciemność. Iversen spodziewał się końca, ale nie takiego.
Vaeril poczuł okropny zapach. Nigdy w całym swoim życiu nie czuł czegoś takiego. Przypominało to mieszaninę siarki i zgniłych jaj. Okropny odór wdarł się w jego nozdrza, zmuszając go do zakrycia sobie twarzy i zmrużenia oczu. I wtedy je ujrzał. Rozmyte, niewyraźne, mroczne kontury.
Przerażające bestie zaczęły wypełzać z dziury w podłodze, pchały się do kaplicy oknami, cisnęły przez uchylone drzwi. Ich ciała były potworne — nie przypominały niczego, co Vaeril do tej pory widział. Były poskręcane, wygięte, naszpikowane kolcami, dodatkowymi kończynami, uzbrojone w szpony i setki zębów, liczyły wiele oczu. Miały w sobie coś zwierzęcego, ale też okrutnie ludzkiego; ich spojrzenia i uśmiechy przyprawiały o dreszcze. Nadciągały powoli, z każdej ze stron otaczając znajdujących się w kościele ludzi. Poruszały się nienaturalnie, a każdy ich ruch przepełniał grozą.
Vaeril w pierwszej chwili miał wrażenie, że śni. Wierzył, że jest to koszmar spowodowany stresem i strachem przed nadchodzącym ślubem. Niestety, wszystko to było tak cholernie prawdziwe.
Kaplica zatrzęsła się pod naporem spowitych mrokiem potworów, szklany dach pękł pod ich ciężarem. Rozległ się ludzki krzyk.
— Uczta! To nasza uczta! — W tej samej chwili okrutne, podniecone śmiechy wypełniły salę. Te głosy nie należały do ludzi. Nie należały nawet do tego świata.
Goście weselni zaczęli krzyczeć w przerażeniu. Całą kaplicę ogarnął zamęt, Ludzie próbowali uciekać, za wszelką cenę ratować swoje życie. Przepychali się między sobą, deptali po sobie, jęczeli i błagali o litość. Wszystko to na darmo.
Vaeril obserwował to z oddali, choć tak naprawdę od okrutnej masakry dzieliło go dosłownie kilka metrów. Wtedy też poczuł ból. Nikt nie stał w jego pobliżu, nikt go nie zaatakował. Mimo tego, poczuł bolesne pieczenie tuż w okolicy obojczyka. Sięgnął tam drżącą ręką i powoli opuścił wzrok. Jego palce pokrywała świeża krew.
Koszula w tym miejscu doszczętnie przesiąknęła czerwienią. Vaeril odsunął materiał, a jego oczom ukazał się tajemniczy symbol. Nie miał pojęcia, co on oznacza, czym jest i jak się tutaj znalazł. Nie mógł jednak oderwać wzroku od sączącej się z niego obficie krwi.
Po raz pierwszy w życiu został zraniony. Ta krew… była jego krwią. Przez moment nie potrafił tego pojąć — patrzył tylko, jak spływa po skórze, zbyt ciepła, zbyt ciemna, zbyt realna. Dotąd nikt nigdy nie odważył się go tknąć. Nikt nie podniósł na niego ręki. Był nietykalny. Chroniony. A jednak teraz stał tu. Ranny. Zawsze był chorobliwie ostrożny, unikał wszystkiego, co mogło go skrzywdzić. Od dziecka otaczano go troską, pilnowano każdego kroku i dmuchano na zimne, jakby cały świat miał go roztrzaskać przy pierwszej okazji. Krew była czymś obcym. Czymś, co dotyczyło innych. Nigdy jego.
Na widok ciepłej substancji wypływającej z jego ciała poczuł największe przerażenie w swoim życiu. Całkiem zapomniał już o strachu związanym ze ślubem. W osłupieniu wpatrywał się w czerwień na swoich palcach i spływających po klatce piersiowej strużkach krwi. Pierwszy… pierwszy raz w życiu czuł taki ból… Pierwszy raz w życiu ktoś wyrządził mu krzywdę.
W głowie miał pustkę. Wszechobecne wokół krzyki odbijały się w jego uszach głuchym echem. Potrzebował medyka. Potrzebował pomocy. Ktoś musiał mu pomóc!
— Mamo, ja…
Podniósł wzrok i ujrzał przed sobą widok, którego nikt nigdy w całym swoim życiu nie chciałby zobaczyć. Tuż przed jego oczami rozgrywała się krwawa rzeźnia.
Wygłodniałe bestie rzuciły się na bezbronnych ludzi i rozpoczęły swoją ucztę. Krew spływała ze ścian, jej kałuże pokrywały całą kamienną posadzkę. Powyrywane części ciał niczym śmieci walały się wokół: dłonie, nogi, a nawet głowy martwych gości weselnych znajdowały się niemal wszędzie w zasięgu wzroku. Ich wnętrzności porozrzucane były po podłodze, a ich widok doprowadził Vaerila prawie do wymiotów. Powstrzymał jednak mdłości i zaczął się rozglądać, szukać pomocy, błagać, aby ktoś wyrwał go z tego koszmaru.
Mimo próśb i nawoływań, oprócz przeraźliwych krzyków, jęków i żałosnego płaczu w odpowiedzi słyszał jedynie okrutne:
— Uczta, uczta!
Nie widział już swoich rodziców, nie widział brata. Ale tak naprawdę nie chciał ich zobaczyć, nie chciał nawet wyobrażać sobie tak okropnego widoku.
Vaeril osunął się po bocznej ścianie, jego nogi drżały, stały się miękkie, niezdolne do ucieczki. Mógł tylko patrzeć i w ciszy obserwować piekło, którego właśnie został świadkiem. Potwory nawet na chwilę nie przerywały swojej uczty. Na oczach Vaerila rozrywały ciała mniej lub bardziej znanych mu osób. Bestie sapały przeraźliwie, mlaskały, głośno przełykały oderwane kawałki mięsa swoich zdobyczy. Walczyły pomiędzy sobą o co lepsze kąski.
Szlachcic mógłby przysiąść, że gdzieś pośród tej okrutnej czerwieni widzi nikły biel sukni księżniczki Arnellii. Kątem oka dostrzegł czerń jej pięknych czarnych, kręconych włosów…
Vaeril na własne oczy widział też, jak siwa głowa króla upada z głuchym hukiem na podłogę, a wraz z nią spada złota korona. Przedmiot kilkukrotnie dźwięcznie odbił się od posadzki i poturlał się wzdłuż czerwonego dywanu, aż w końcu żałośnie zatrzymał się i zanurzył w pobliskiej kałuży krwi.
Cała kaplica roiła się od przerażających stworzeń. Gdziekolwiek by się nie spojrzało, stawało się świadkiem sceny z koszmarów. Vaeril siedział na ziemi, z trudem łapiąc oddech. Ściskał nowo powstałą ranę, a krew sączyła mu się przez palce.
I w tej właśnie chwili stanął oko w oko z bestią. Został wreszcie zauważony. Makabryczna istota o wielu kończynach zbliżała się do niego powoli. Skradała się niczym wilk czający się na bezbronną owcę. Potwór nie musiał go ścigać, nie spieszył się, ponieważ dobrze wiedział, że jego ofiara jest absolutnie niezdolna do stawiania oporu.
Vaeril mógłby przysiąc, że demoniczne stworzenie szeroko się uśmiecha, prezentując dwa rzędy lśniących kłów. Potwór oblizał się, szepcząc okrutne:
— Uczta, uczta…
Nie mógł się ruszyć. Zamarł, patrząc w czerwone ślepia zbliżającej się bestii. Potwór był już niedaleko. Vaeril czuł wydobywający się z jego paszczy odór. Chciał uciekać, ale nie potrafił. Chciał się bronić, ale nie miał czym. Nigdy w całym swoim życiu nie czuł się taki bezradny, jak teraz, gdy spojrzał samej śmierci prosto w oczy. Nie mógł oderwać swojego wzroku od makabrycznego stworzenia, które zawisło nad nim, szykując się do kontynuowania uczty. Lepka ślina stwora kapała na ziemię, spływała też powoli na ślubne odzienie Vaerila.
Tak bardzo niczego nie rozumiał. Skąd te potwory się tutaj wzięły? Co było powodem ich pojawienia się? Dlaczego tutaj? Dlaczego akurat teraz…?
Jego myśli przecinała setka pytań, ale na żadne z nich nie potrafił znaleźć odpowiedzi. Ale czy to miało znaczenie, jeśli zaraz i tak jego życie miało skończyć się w tak marny sposób?
Pragnął tak wiele, pragnął wolności, decyzyjności nad swoim losem. Rozpaczał nad ich utratą przez kilka ostatnich dni. Jakże był wtedy głupi! Nic z jego dotychczasowych trosk nie miało znaczenia. Nie w chwili, gdy stoi twarzą w twarz ze swoim niechybnym końcem.
Bestia wreszcie ruszyła do ataku. Vaeril nie był na to gotowy. Ale nikt nie jest gotowy na własną śmierć. Nie wiedział, co nim wtedy kierowało, jednak w akcie ostatniej desperacji, kopnął stojący tuż obok mosiężny świecznik. Do tej pory płonął dzielnie, aby rozświetlić nową drogę życia młodym małżonkom, stanowił ostatnie źródło światła w pogrążonej w ciemności kaplicy, teraz spadł prosto na ogromne cielsko bestii. Potwór zawarczał, jęknął, ale pośpiesznie odsunął się od ognia. Zasyczał w jego kierunku wrogo. Wtedy też Vaeril na krótką chwilę odzyskał trzeźwość umysłu. Czy te mroczne potwory boją się światła?
Wypełzły z ciemności, pojawiły się wraz z nocą. Nawet teraz unikały światła — wszelkie świecie zgasły po drugiej stronie komnaty, cała masakra odbywała się pod osłoną mroku, nawet gwiazdy na nocnym niebie przestały lśnić, jakby odwróciły swój wzrok od rzezi.
Nie miał nic do stracenia, musiał podjąć desperacką próbę. Vaeril niezdarnie przekoziołkował się po ziemi i chwycił leżącą na podłodze świecę — ostatnią, która jeszcze płonęła. W jej nikłym blasku szukał ratunku. Ze łzami w oczach błagał, by drobny płomień nie zgasł. Czuł, że został już całkiem sam. Ostatni w wątłym świetle, ostatni żywy. Wokół rozbrzmiewały dalsze przeraźliwe krzyki, ale wśród nich przebijały się także tajemnicze szepty, groźby, śmiechy i pojękiwania. Vaeril cofnął się o krok, a płomień niebezpiecznie zadrżał. Szlachcic zatrzymał się. Powoli, niemal bezszelestnie sunąc przez ciemność, przedostał się na drugą stronę ołtarza. Tam znajdowała się niewielka zakrystia. Najciszej, jak tylko potrafił, zamknął za sobą drzwi. Skulił się w nikłym blasku świecy i zaczął się modlić. Nie pochodził z religijnej rodziny, nie znał żadnych słów modlitw. Po prostu błagał o ratunek, a łzy spływały mu po policzkach.
Po dłuższej chwili ostatnie krzyki w kaplicy wreszcie ucichły. Po nich zapanowała cisza tak przeraźliwa, że Vaeril zaczął się jej obawiać. Co, jeśli teraz przyjdą po niego? Że go tutaj znajdą? Czekają pod drzwiami, aż zdradzi swoją obecność?
Płomień świecy oświetlał pomieszczenie. Dawał nikłe ciepło i równie nikłą nadzieję. Vaeril nie potrafił oderwać od niego wzroku. Szukał w płomieniu ratunku, chociaż czuł, że na to już za późno. Siedział skulony, rozdygotany i doszczętnie przerażony. Jego rana krwawiła, ale on nie wiedział, jak ją opatrzyć. Czuł się żałosny, bezradny i absurdalnie słaby. Ale przynajmniej wciąż żył. I to chyba było najważniejsze.
Blask słabo odbijał się od złotej obrączki na palcu Vaerila. Przed chwilą ją założył. Teraz straciła już swoje znaczenie. Jakież to było ironiczne.
Po jakimś czasie świeca zgasła. Wydała z siebie cichy syk, a następnie zamilkła. Wąski dym uniósł się ponad nią, zwiastując jej ostateczny koniec. Vaeril próbował jeszcze rozdmuchać żar knota z nadzieją, że uda mu się jeszcze przywrócić ogień do życia, ale jego starania były daremne. Jej płomień zgasł już na zawsze, pozostawiając zakrystie we wrogim mroku.
W ciemności Vaeril znowu poczuł strach. Ogarnęła go narastająca panika. Próbował poukładać w swojej głowie wszystkie wydarzenia, których był świadkiem. W pierwszej chwili, otępiały z szoku, wierzył, że całe te krwawe zaślubiny naprawdę były snem. Nic, co widział, nie mogło przecież być prawdą. Takie rzeczy po prostu nie mają prawa bytu!
Ale wtedy zauważył zakrwawioną koszulę, przypomniał sobie o tajemniczej ranie. Na widok wyrytego na bladej skórze symbolu powróciły wszystkie koszmarne wspomnienia. Na nowo stały się one żywe. Piekło, którego doświadczył, było przeraźliwie realne. Cholernie prawdziwe.
Nie wiedział, ile czasu minęło. Minuty w ukryciu dłużyły mu się w nieskończoność, gdy on wciąż pozostawał skulony i absolutnie przerażony. Tak cholernie bał się wyjść na zewnątrz. Obawiał się, że gdy tylko opuści swoje bezpieczne schronienie, ponownie zostanie wrzucony w okrutny wir rzezi. Nie chciał znów tego doświadczyć. Już nigdy więcej.
Cisza wokół stała się przytłaczająca. Po przeraźliwych wrzaskach i jękach nocy nie było już śladu. Vaeril słyszał teraz tylko przyspieszone bicie własnego serca. Słuchał go tak długo, aż wreszcie sam miał go dosyć. W końcu zebrał w sobie resztki odwagi i pogruchotanej szlacheckiej dumy, wstał z miejsca, a następnie ostrożnie uchylił drzwi. Okazało się, że na zewnątrz było już widno. Nadszedł ranek. Słońce wstało tak, jak każdego innego dnia. Tak, jakby nic nigdy się nie stało. Zapowiadał się piękny, wiosenny dzień.
Powoli, rozglądając się we wszystkie strony, opuścił swoją kryjówkę. Tak jak poprzedniego dnia stanął na ołtarzu. Tym razem nie widział już jednak uśmiechniętej twarzy matki i zmarszczonych brwi ojca. Nie widział dumnego króla ani jego małżonki. Nie było podekscytowanych gości. Nie było śladu po pięknej księżniczce Arnellii. Wszystko stało się rozmytym wspomnieniem.
Zamiast tego jego oczom ukazał się makabryczny widok: w centrum zniszczonej kaplicy znajdował się stos ludzkich ciał. Lub przynajmniej tego, co z tych ciał pozostało. W tym nie było już niczego ludzkiego. Krew kapała z połamanych kości i resztek poobgryzanych kończyn. Zdążyły już zacząć śmierdzieć, a nad samą mięsną masą zaczęły pojawiać się owady.
Vaeril odwrócił wzrok. Nie potrafił dłużej patrzeć na to przeraźliwe odkrycie. Jego spojrzenie przesunęło się na zniszczone ściany, popękane szyby, poplamioną posoką podłogę. Wreszcie zatrzymało się na królewskiej koronie. Jakaś bestia najpewniej przez przypadek weszła na nią, wbiła w ziemię i doszczętnie zmiażdżyła. Symbol dumy i potęgi został zdeptany w jedną krótką noc, jakby była to tylko błahostka. Tak samo przepadło wiele ludzkich żyć… Zniknęły z okrutną łatwością, przypominając, jak ulotne i żałosne one bywają.
Niespodziewany świst przeciął powietrze. Vaeril ledwo zdążył zareagować, gdy tajemnicze ostrze błysnęło mu tuż przed twarzą. Zatrzymało się idealnie przy jego szyi, tak blisko, że czuł chłód metalu na swojej skórze. Nerwy szlachcica i tak pozostawały wystarczająco nadszarpnięte — nie krył swojego przerażenia, wrzasnął, cofnął się o krok, przy okazji zahaczył nogą o wyszarpaną z czyjegoś ciała kość, a następnie boleśnie upadł na ziemię.
Tajemniczy cień zasłonił blask Słońca. Przestraszony Iversen powoli uniósł wzrok i ku swojemu zaskoczeniu zobaczył przed sobą… człowieka! Żywego, najprawdziwszego człowieka! Był to odziany w lśniącą, białą zbroję rycerz. Vaeril nie widział jednak jego twarzy, ponieważ chronił ją bogato zdobiony hełm z zamkniętą przyłbicą.
Przez krótką chwilę nieznajomy w milczeniu wpatrywał się w szlachcica, wciąż kierując ostrze w jego stronę. Ostatecznie jednak musiał stwierdzić, że Vaeril nie stanowi dla niego najmniejszego zagrożenia, więc opuścił miecz, odsunął się i przechylił powoli głowę. Następnie przemówił, a w tonie jego głosu usłyszeć można było żal:
— Oh, nieszczęsna istoto. Lepiej byłoby dla ciebie, gdybyś zginął.
Słowa te przeraziły Vaerila. Niczego nie rozumiał. Na jego twarzy wymalował się szok. Otworzył usta z zaskoczenia. Nie spodziewał się usłyszeć czegoś takiego… Nie teraz, gdy dosłownie przeszedł przez piekło i wyszedł z tego w jednym kawałku!
Rycerz niczego jednak nie wyjaśnił. Odwrócił się na pięcie i zaczął odchodzić, zostawiając skonfundowanego szlachcica samego. Vaeril jeszcze dłuższą chwilę nie mógł się otrząsnąć. Wpatrywał się w oddalającego się nieznajomego, próbując pojąc skierowane w swoim kierunku słowa.
— Przeżyłem! Czy nie to jest najważniejsze?
Głos Iversena zabrzmiał słabo, niemal jak szloch. Jakby szukał potwierdzenia, że jeszcze żyje. Rycerz na te słowa zatrzymał się i odwrócił głowę w jego kierunku.
— Doprawdy tak myślisz? — zapytał z dziwnym rozbawieniem. — Wierz mi, że niektóre losy są gorsze od śmierci.
Losy gorsze od śmierci? Jakie to miało znaczenie w sytuacji Vaerila? Przecież żył. Przetrwał.
— C-co chcesz przez to powiedzieć? — Nawet nie krył swojego strachu. Słabo podniósł się z ziemi i ostrożnie zbliżył się do rycerza.
Mężczyzna zatrzymał się. Bez słowa wskazał palcem ranę, która wczoraj w tajemniczy sposób pojawiła się na ciele Vaerila, a teraz widać ją było dokładnie przez porwaną koszulę.
— Masz w ogóle pojęcie, co oznacza ten symbol?
Oczywiście, że nie wiedział, więc od razy pokręcił przecząco głową.
— To znak ofiary — wyjaśnił krótko rycerz. — Zostałeś naznaczony. Bestie już wiedzą, że należysz do nich i nie zawahają się, aby wrócić i wkrótce odebrać swoją własność. Ten symbol sprawił, że będziesz widzieć te potwory. A to działa w obie strony. One także będą widziały ciebie. Właśnie przekroczyłeś granicę świata żywych, mój drogi.
Serce Vaerila zabiło szybciej, wstrzymał oddech.
— Czy to znaczy, że ja… że ja już nie żyję?
— Nie. Choć ten los byłby dla ciebie znacznie łaskawszy — mówiąc to, rycerz zlustrował szlachcica wzrokiem. — Przeznaczenia nie da się oszukać. Wczoraj pisana była ci śmierć. Mogłeś wydłużyć swoje cierpienie o dzień, może dwa, ale oni po ciebie wrócą. Wrócą specjalnie po ciebie. Ten znak ich przyciągnie. Możesz uciekać, ale znajdą cię wszędzie.
Na te słowa szlachcic przycisnął dłoń do rany. Zacisnął na zakrwawionej szacie palce. Skulił się i wbił wzrok w poplamioną posoką posadzkę.
— Ale przecież udało mi się przeżyć… — odparł żałośnie, ponownie osuwając się na kolana. — Światło… To ono ich odgoniło... Jeśli znów się pojawią, znów mogę pozostać w świetle…
Nie godził się na taki koniec. Ostatkiem sił zdobył się na odrobinę buntu wobec tego wszystkieg. Buntu o swoje własne życie.
— Demony miały wczoraj wystarczająco obfitą ucztę. — Rycerz wzruszył ramionami. — Wolały w pierwszej chwili napełnić brzuchy lepszą strawą. Mimo to, możesz być pewien, że gdy powrócą wygłodniałe, nie będą już wybrzydzać.
Mężczyzna znów zaczął odchodzić. Wtedy Vaeril zauważył, że idzie on w stronę swojego konia. Był to największy ogier, jakiego widział w całym swoim życiu. Całkiem siwy, również zabezpieczony czymś na kształt zbroi. Po obu stronach jego ogromnego cielska zwisały przepełnione, ciężkie juki.
— Nim odejdziesz — Vaeril zwrócił się błagalnie do nieznajomego — czy możesz opowiedzieć mi, co właśnie się tutaj stało? Dlaczego… dlaczego to się wydarzyło?
Słońce miło przygrzewało. To był naprawdę piękny dzień. W jego blasku Vaeril klęczał przed tajemniczym rycerzem, a jego policzki znów zrobiły się mokre od łez. Potrzebował odpowiedzi. Chciał poznać prawdę. Za wszelką cenę. Czuł, że na nią zasługuje.
— Słyszałeś o Ręce Boga?
Na te pytanie Vaeril pokiwał głową. Dawno temu słyszał legendę o pięciorgu potężnych demonicznych władcach, którzy paradoksalnie niegdyś byli ludźmi — porzucili oni jednak swoje ziemskie losy, a następnie oddali się służbie czystego zła. Wkrótce zdobyli moce tak potężne i tak okrutne, że samymi myślami mogli kształtować świat. Żaden śmiertelnik nie mógł się z nimi równać.
Była to jednak bajka, którą opowiadał mu brat przed snem, aby go nastraszyć. Vaeril traktował tę opowieść raczej w kategoriach pozbawionego znaczenia straszaka na niegrzeczne dzieci. Do tej pory nie wierzył w nią nawet przez krótką chwilę.
— Czy ma to związek z tą… tą masakrą? — Głos Vaerila wciąż łamał się ze strachu. Z każdą chwilą rozmowy czuł coraz większy niepokój.
— Nie inaczej — przytaknął spokojnie rycerz. — A wiesz, kim są apostołowie?
Tego Vaeril nie wiedział. Potrząsnął przecząco głową.
— Ludzka chciwość nie zna ograniczeń — kontynuował nieznajomy mężczyzna. — Czasem, aby spełnić swoje pragnienia, należy wspomóc swojemu szczęściu. Nawet, jeśli to byłoby nieczyste zagranie. Są ludzie, którzy mają dość czekania na poprawę swojego losu. Rzucają więc wyzwanie Ręce Boga. Oczywiście, nie toczą z nimi walki, bo byłaby to bitwa z góry przegrana, jednak w zamian za odpowiednią ofiarę, mogą zyskać przychylność któregoś z członków Piątki. Im wspanialsza darowizna, tym bardziej wartościowa nagroda. Osoba, która porzuciła w ten sposób własne człowieczeństwo, otrzyma potężną moc i stanie się apostołem Ręki Boga.
Rycerz na chwilę zamilkł, spoglądając w stronę stosu trupów. Kiwnął w ich kierunku głową, aby zwrócić uwagę Vaerila.
— Ktoś, kto zorganizował wczorajszy rytuał i poświęcił tych wszystkich możnych szlachciców, pewnie cieszy się już dużą przychylnością Ręki Boga. Tak wspaniałej uczty apostołowie nie mieli zapewne od stuleci.
Nie rozumiał. Vaeril, chociaż słuchał opowieści rycerza, miał wrażenie, że niczego z tego nie pojmuje. Słowa prawie do niego nie docierały, nawet jeśli próbował skupić się na każdym z nich. Wciąż zastanawiał się, dlaczego akurat jego to spotkało? Jego bliskich? To było po prostu takie niesprawiedliwe!
— Więc każdy tak zwyczajnie może wezwać całą chmarę potworów i poświęcić niewinnych ludzi? Tak po prostu? — dopytywał drżącym głosem, dygocząc z przerażenia, starając się poukładać w głowie elementy porozsypywanej układanki.
— Nie. Potrzebny jest klucz, który otworzy przejście pomiędzy naszym światem materialnym a tym astralnym — wyjaśnił rycerz. Niespodziewanie wyciągnął z zawieszonej na końskim boku torby pewną rzecz. — To behelit.
Na widok przedmiotu Vaeril zamarł. Wpatrywał się w niego w bezruchu z czystym przerażeniem w oczach. Behelit? Przecież… przecież on już go widział…
Tajemnicza rzecz — klucz do wywołania rzezi wyglądał niemal identycznie jak makabryczny amulet, który pokazał mu Derek tuż przed ślubem! Ten sam jajowaty kształt, zarys twarzy, wielkość… Vaeril nie mógł oderwać od niego wzroku. Wpatrywał się w niego pusto, jakby nic innego na świecie teraz nie miało znaczenia.
Po dłużących się w nieskończoność sekundach wydukał z siebie krótkie:
— Ale t-to niemożliwe.
A następnie się zaśmiał. Wybuchnął głośnym śmiechem, a z jego oczu popłynęła kolejna fala łez. Nie przerywał swojego histerycznego rozbawienia. Swoim absurdalnym zachowaniem zwrócił uwagę rycerza, który zatrzymał się zdumiony i spojrzał na młodego szlachcica.
— Po twojej reakcji domyślam się, że widziałeś już behelit. Czyli mniemam, że wiesz, kto jest za to odpowiedzialny?
Vaeril milczał przez krótką chwilę. Wbił wzrok w ziemię. Przecież nic z tego nie miało sensu. Nic nie łączyło się w całość. To wprost nie było możliwe! Jednak Derek sam mu go pokazał. Nie było żadnej mowy o pomyłce, choćby próbował bronić go za wszelką cenę.
— Mój brat — wydusił z siebie w końcu, a jego głos zabrzmiał wyjątkowo słabo, jakby zaraz miał stracić przytomność. — Przed ślubem pokazywał mi to przeklęte ustrojstwo! Chwalił się nim, jakby była to najważniejsza rzecz pod Słońcem!
Wciąż się śmiał. Nie potrafił powstrzymać tego żałosnego rozbawienia. Miał dość. Miał dosyć wszystkiego! Przez chwilę nawet myślał o tym, że faktycznie byłoby znacznie lepiej, gdyby też wczoraj został rozszarpany przez te diabelskie stwory. Przynajmniej teraz nie musiałby dowiadywać się tej okrutnej prawdy.
Rycerz miał rację, powinien umrzeć.
— Dlaczego on to zrobił?! — Vaeril krzyknął w stronę swojego rozmówcy, jakby to jego winił za całe to nieszczęście. Po chwili opanował się jednak. Wziął głęboki oddech, otarł łzy. Zdawało się, że na chwilę odzyskał trzeźwość umysłu. — Nie. To nie mógł być on. Derek nigdy by tego nie zrobił. Nigdy by mnie nie skrzywdził! Nie pozwoliłby, aby cokolwiek mi się stało. Nie on…
— Behelit sam wybiera, komu służy — wyjaśnił beznamiętnie rycerz, obracając amulet w palcach. — A brama do świata astralnego otwiera się też tylko wtedy, gdy jego właściciel czuje rozdzierający żal. Domyślam się, że poświęcenie całej rodziny z reguły przynosi wiele rozpaczy. Twój brat zorganizował ci doprawdy niezapomniany ślub.
— “To będzie ślub, o którym jeszcze będą śpiewać legendy” — przypomniał sobie Vaeril, a jego słowa zabrzmiały słabo. Czy Derek miał na myśli…? Czy już wtedy planował zamach na najbliższych?
Szlachcic zacisnął dłonie w pięści. Przygryzł wargę tak mocno, że już po chwili poczuł metaliczny smak krwi. Jej obecność nie budziła w nim już strachu. Nie miał zresztą czasu, by się nad tym zastanawiać. Umysł Vaerila opanowało nowe uczucie — obce, niezrozumiałe, a jednak podsycające w nim wściekłość. Czuł, jakby cały świat walił mu się na głowę. Wszystko, w co wierzył i co kochał… czy to możliwe, że od początku było tylko kłamstwem?
Był zdruzgotany. Vaeril miał wrażenie, że jest ostatnim głupcem, któremu dopisało jedynie ślepe szczęście. Przeżył tylko dlatego, że miał farta. Nic więcej. Nieprzewidywalna fortuna okazała się jego niespodziewaną (i być może ostatnią) sojuszniczką. A może było wręcz przeciwnie? Może mściła się za jego niechęć do zaślubin i dlatego odebrała mu wszystko, co było mu bliskie?
Bo w końcu zdradził go ktoś najbliższy. Vaeril ufał Derekowi ponad wszystko. Nigdy, nawet przez chwilę, nie zwątpił w jego intencje. Wychowywali się razem i odkąd tylko sięgał pamięcią, byli nierozłączni. Derek zawsze stał po jego stronie, wspierał go w najtrudniejszych momentach.
Ale wszystko nagle się skończyło. Przepadło w najmniej spodziewany sposób. Mimo to Vaeril wciąż nie potrafił zrozumieć, dlaczego jego brat posunął się do czegoś tak makabrycznego. Poświęcił całą swoją rodzinę. Osoby, które kochały go i szanowały ponad wszystko. Czy Derek naprawdę nie miał wyboru? Czy długo się wahał? Czy choć przez krótką chwilę żałował?
A co najważniejsze — dlaczego w ogóle to zrobił?
Próbował odpowiedzieć sobie na te pytania, ale nie znajdował żadnych logicznych wyjaśnień. Vaeril zastanawiał się, czy przegapił jakieś znaki? Może Derek dawał mu sygnały już wcześniej, a on, będąc głównie skupiony na swoich problemach, bezwstydnie egoistyczny, po prostu je zignorował? Brat musiał mieć powody! Inaczej przecież nigdy nie zrobiłby bliskim krzywdy… Nie Vaerilowi…
Mimowolnie zaczął się obwiniać. Gdzieś w głębi serca czuł, że to on od początku był przyczyną wszystkich nieszczęść. Nie zasłużył na to, aby przeżyć. Łzy ponownie napłynęły Vaerilowi do oczu. Był tak żałosny. Miał ochotę skulić się gdzieś i po prostu poczekać na śmierć. Bo przecież, zdaniem rycerza, i tak nie mógł od niej uciec. Będzie ścigała go do samego końca, aż ostatecznie osiągnie swój zamierzony cel. Moment też został tylko odrobinę wydłużony w czasie.
Wtedy też nieznajomy mężczyzna zaczął odchodzić. Wskoczył na konia i już zamierzał odjechać, gdy Vaeril zwrócił się do niego po raz ostatni:
— To co mam zrobić?
Brzmiało to doprawdy żałośnie, ale Iversen naprawdę nie wiedział, co ma dalej ze sobą począć. Został sam na tym świecie. Sam, i co najgorsze, naznaczony klątwą! Nie było nikogo, kto mógłby mu pomóc. Wszyscy bliscy albo nie żyli albo okazali się być źródłem jego położenia. Tylko tajemniczy rycerz zdawał się go rozumieć. Był nieoczekiwaną ostatnią deską ratunku.
Tajemniczy mężczyzna westchnął. Zastanawiał się przez chwilę, aż niespodziewanie przechylił się, zaczął odpinać oraz przekładać przyczepione do konia przedmioty, aby wkrótce wyciągnąć miecz. Bez ostrzeżenia rzucił nim w stronę Vaerila, który nie kryjąc zaskoczenia, wzdrygnał się.
Ostrze ze świstem przecięło powietrze i wbiło się w ziemię tuż klęczącym szlachcicem.
— Już rzuciłeś wyzwanie przeznaczeniu — odparł rycerz. — Masz więc dwa wyjścia. Możesz dalej walczyć o swój los albo zakończyć tę historię tu i teraz.
Vaeril poczuł dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa. Zrozumiał aluzję rycerza. Przez krótką chwilę naprawdę ją rozważał. To potrwałoby tylko moment. Ułamek sekundy bólu, a potem wieczny spokój. Koniec udręki. Nie wiedział już, jak wiele jest jeszcze w stanie znieść. Widział rzeczy, o których nigdy nie zapomni. Wypaliły się w jego pamięci i powracały za każdym razem, gdy choć na chwilę zamykał oczy. Patrzył w oblicze samej śmierci. Czuł jej oddech na karku. Czekała cierpliwie na jego decyzję, pogrążona w mrożącym krew w żyłach milczeniu.
Drżącą dłonią, z ogromnym wysiłkiem, wyciągnął miecz. Przyjrzał się mu uważnie. Broń była niezwykle piękna — smukła, doskonale wyważona, wysublimowana, niewątpliwie wykuta ręką wybitnego kowala. Nigdy wcześniej nie widział podobnego metalu. Miał wrażenie, że jego powierzchnię pokrywa cienka, lśniąca powłoka. Ostrze odbijało światło z taką intensywnością, że musiał zmrużyć oczy.
Zadrżał, gdy chłód metalu dotknął jego szyi. Powoli uniósł ostrze wyżej. Na jego krawędzi pojawiły się pierwsze krople krwi. Vaeril wstrzymał oddech. Chciał zakończyć wszystko właśnie teraz. Lecz nie potrafił. Nie miał odwagi. Był tchórzem.
Ręka odmówiła mu posłuszeństwa. Miecz odsunął się od szyi, po czym wyślizgnął z jego palców. Z głuchym hukiem uderzył o ziemię.
Vaeril pragnął żyć. Łzy same napłynęły mu do oczu. On naprawdę nie chciał umierać.
Wtedy też tajemniczy mężczyzna, który do tej pory w ciszy przyglądał się całej tej dramatycznej scenie, odchrząknął, aby zwrócić na siebie uwagę młodzieńca. Widocznie zauważył, że podjął on już ostateczną decyzję, więc beznamiętnie kontynuował swoje wyjaśnienia:
— Jest zaklęty. Jego blask ochroni cię przed demonami. Dopóki będziesz go dzierżyć, żadna bestia nie zbliży się do ciebie. Dobrze byłoby też, gdybyś nauczył się z niego korzystać.
To Derek walczył. Od najmłodszych lat szkolono go w szermierce. Wszyscy powiadali, że ma do tego niezwykły talent. Niewielu było w stanie dorównać mu w pojedynku. Olśniewał swoimi umiejętnościami każdego, nawet najgorliwszych przeciwników. Brał udział w wielu pojedynkach i wychodził z nich zawsze zwycięsko.
O Vaerilu nie dało się powiedzieć tego samego. On nie walczył. Nigdy go to nie interesowało. Właściwie to brzydził się przemocą. Nie potrafił nawet poprawnie utrzymać miecza w dłoni. Szybko się męczył, miał złą postawę. Był absolutnym beztalenciem.
Teraz jednak nie miał wyboru. Zadecydował. Niezależnie od tego, czy tego chciał, czy nie — musiał nauczyć się walczyć. Musiał koniecznie nauczyć się dzierżyć miecz. Swoją ostatnią nadzieję.
— Broń ta posiada jeszcze jedną niezwykłą właściwość. — Rycerz zeskoczył z konia, wziął porzucone ostrze w dłonie i ponownie wbił je w ziemię. — Jej cień niezależnie od pozycji światła wskazuje drogę do Lasu Wróżek. To tam wykuto ten miecz.
— Wróżki? — powtórzył Vaeril, otrząsnąwszy się z pierwszego szoku. — Ale… ale wróżki… przecież nie istnieją.
— Na twoim miejscu modliłbym się, żeby jednak istniały. I żeby też miały nad tobą litość — mruknął mężczyzna, kierując się ponownie w stronę swojego konia. — Las Wróżek to najbezpieczniejsze miejsce na tym świecie. Jeśli pozwolą ci ze sobą zamieszkać, nie będziesz musiał dłużej uciekać. Tam nie dosięgnie cię żadne zło i będziesz mógł w spokoju doczekać końca swoich dni.
Vaeril przejechał wzrokiem najpierw po lśniącym ostrzu miecza, błyszczących na nich kroplach świeżej krwi, a następnie na rzucony przez ostrze cień. Faktycznie sprzeciwiał się on Słońcu, wskazując przeciwny kierunek.
— Więc wystarczy, że tam pójdę?
Rycerz powoli skinął głową.
— Nie mów tego, jakby to było proste. To nie będzie łatwa droga — zaśmiał się mężczyzna. — A teraz bywaj. Do zobaczenia. Być może.
Odjechał, zostawiając Vaerila samego. Wtedy szlachcic zdał sobie sprawę, że nawet nie poznał tożsamości swojego rozmówcy. Nie zdążył zapytać go o godność, pochodzenie ani o najważniejsze — powód zjawienia się w kaplicy. Nie czuł jednak wielkiego żalu. Intuicja podpowiedziała mu, że pewnego dnia ich drogi jeszcze się skrzyżują.
Słońce było już naprawdę wysoko. W milczącej rozpaczy oświetlało ruiny kaplicy i piętrzący się w niej makabryczny stos ciał. Wkrótce mieszkańcy miasteczka przebudzą się i odkryją masakrę, która miała miejsce pod osłoną nocy. Raptem dowiedzą się, że król i jego cała szlachetna rodzina nie żyje. Wtedy w stolicy niewątpliwie zapanuje chaos. Rozpocznie się okrutna walka o władzę. Nadejdą mroczne czasy.
Ale Vaeril zbyt długo nie zaprzątał sobie tym myśli. Czuł, że w tej chwili przestał być jego problem. Rycerz powiedział mu, że przestał być już częścią tego świata.
W milczeniu podniósł miecz, przejrzał się w jego ostrzu. Otarł krew z policzka, starł resztki łez. I ruszył w drogę. Tak cholernie pragnął przetrwać, a skoro istniało miejsce, gdzie będzie mógł żyć w spokoju, musiał dotrzeć tam za wszelką cenę. Skoro jeszcze oddychał, to miał szansę przetrwać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz