Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Turysta chciał polać spaghetti ketchupem. Zwołano komisję
Spokojne popołudnie w Luminarii przerodziło się w głośne wydarzenie, gdy przyjezdny turysta ze Zjednoczonych Ziem Północnej Vespy poprosił kelnera o butelkę ketchupu, którym zamierzał polać zamówione spaghetti. Miejscowy restaurator, człowiek z natury łagodny, zareagował oburzeniem graniczącym z rozpaczą, powołując się na świętość przepisu i pamięć przodków. Turysta nie rozumiał problemu. W ciągu godziny nad sprawą pochylił się zaimprowizowany komitet miejscowych kucharzy, który po naradzie trwającej całą sjestę orzekł, że przepis jest nienaruszalny, lecz gościa „można ułaskawić z uwagi na niewiedzę”. Vespanin, szczerze zdumiony całym zamieszaniem, stwierdził tylko, że „u nas leje się to na wszystko”. Tej uwagi już nie skomentowano.

Nagłówek

16 września 2026

Od Bashara do Dantego

Drzwi trzasnęły, klatka schodowa rozbrzmiała echem pospiesznych, pozbawionych rytmu kroków, ucieczki byle dalej, byle szybciej, ale od siebie samego nie dało się uciec.
Bashar zastygł niczym posąg, mięśnie spięły się, przytrzymując ciało w miejscu, gdy serce i dusza zgodnie wyrywały się, by pobiec za ukochanym, lecz to umysł, ważący logicznie za i przeciw, zawierający całą encyklopedię zachowań i ich prawdziwego znaczenia, miał dla niego poprawną odpowiedź. „Zostań” cisnęło się na usta – słowo trudne dla niego, gorzkie i zabarwione popiołem, bo wypowiadał je już wiele razy i im więcej desperacji było w jego głosie, tym dotkliwiej popiół straty parzył jego dłonie.
Głębokie westchnienie wydobyło się z piersi lekarza, dłoń opadła na poduszki, gdzie wciąż pozostały resztki ciepła, przesunęła się po materiale, jakby tym gestem Bashar mógł jakoś przekazać Dantemu swoje własne uczucia. Wiedział, dokąd ten się udał. Giovanna opowiadała mu kiedyś przy herbacie, jak dorastający szybko, wściekły na cały świat chłopiec przychodził po szkole i nie chciał wracać do domu, i jak jej mąż uczył go najpierw oddychać, a dopiero potem uderzać. Scala dał syrenowi miejsce, w którym gniew nie był grzechem, w którym sztorm emocji mógł znaleźć swoje ujście i to miejsce, to podejście, zostało w sercu Dantego, nawet gdy samego trenera już zabrakło. Nie chciał odbierać Dantemu tego czasu, wyciągać go z miejsca, które było dla niego dobre, oferowało mu leczenie, którego nie potrafiło dać mu nic innego. Nie każdy krwotok należało natychmiast zatamować.
Nie należało jednak pozwolić krwi płynąć bez końca. Bashar widział w swoim życiu ludzi, którzy uderzali ból, aż ból stawał się jedynym, co czuli, i brali to za ulgę. Teraz zostawało mu liczenie, ile gniewnych fal musi przetoczyć się przez morze, by jego głos przebił się przez zawieruchę, nim spieniona woda zniszczy też nabrzeże.
Wstał, by zająć czymś ręce. Nie spieszył się, pakując naczynia do zmywarki, potem z uwagą starł blaty, poprawił ściereczkę w aksolotle wiszącą na rączce od piekarnika, przeszedł do łazienki, zastanawiał się chwilę nad koszem na pranie, nim wstawił program czyszczenia pralki. Nie potrafiłby skupić się w tej sytuacji na książce, zresztą w głębi duszy czuł, że byłoby to wręcz niewłaściwe. Wrócił do salonu, poprawił jedno z ustawionych na komodzie zdjęć, w końcu przystanął przy akwarium, obserwował chwilę rybki. Pływały spokojnie między bezpiecznymi murami swego podwodnego zamku, zaglądały w załomy, szukając resztek karmy i chowały się między falującymi wśród bąbelków powietrza wstęgami glonów. Bashar westchnął. Życie na lądzie wydawało się ostatnio bardzo skomplikowane.


Klub mieścił się w suterenie starej kamienicy przy bocznej ulicy i pamiętał czasy, w których Bashar był jeszcze kimś innym. Trochę schodów i zapach, który nie zmienił się pewnie od kilkudziesięciu lat – stara skóra, kurz, magnezja, wylewany przez bokserów pot, który wsiąkł już we wszystko, łącznie z ceglanymi ścianami. Stały tu ciężkie, żeliwne sprzęty, poznaczone dotykiem tysięcy dłoni: proste ławy, grube gryfy, talerze w jednej, metalicznej barwie, hantle śpiące na stojakach karnie niczym żołnierze w koszarach. Żadnych futurystycznie wyglądających maszyn, żadnych błyszczących konstrukcji z linkami i bloczkami, żadnych kolorowych, viralowych zabawek obiecujących spektakularne efekty przy minimum pracy. W kącie leżała sterta skakanek, a pod ścianą, na hakach wbitych w belki, wisiały worki – grube, skórzane, popękane na zgięciach i miejscami klejone taśmą, które wytrzymały już setki tysięcy uderzeń i gotowe są na drugie tyle.
O tej porze nie paliło się tu prawie żadne światło. Za dnia sala była jasna i pełna, kręciło się po niej mnóstwo młodych, każdy zajęty swoimi sprawami, pracujący nad formą, wyrzucający z siebie frustrację, skupiający się na technice. Powietrze wypełniał dźwięk rękawic uderzających o worki, skakanki uderzającej o podłogę, głos Petrusa liczącego uderzenia. Teraz jednak był tu tylko jeden człowiek i jedna zapalona lampa nad jednym workiem, a cała reszta hali tonęła w ciemności, w której majaczyły niewyraźne kontury sprzętów. Dante miał swój klucz – bywał tu na tyle długo i na tyle często, że po prostu dostał go od Petrusa – i przychodził czasem po zamknięciu, kiedy potrzebował sali dla siebie. Bashar stanął w progu, w cieniu, i przez chwilę po prostu obserwował.
Syren był w samych spodniach, pot płynął po plecach, złote włosy pociemniały od wilgoci, zlepiły się w jeden strąk. Dante uderzał w worek. Mocno, jedną serią za drugą, aż wyrobiona skóra trzeszczała, a łańcuch podzwaniał u belki, i przez chwilę, po prostu patrząc, można było niemalże uwierzyć, że wszystko jest w porządku, że to zwykły trening, że pod tym ruchem kryje się ten sam porządek, co zawsze. Bashar wiedział, że nie. To nie był ten właściwy rytm, worek nie powinien się tak kołysać, a łańcuch tak dźwięczeć. Róż owijek nie powinien przeciec czerwienią. Uderzenia przyspieszyły, coraz bardziej nieskładne, gdy Dante nie patrzył już, gdzie trafia, nie bił worka, tylko cokolwiek, co miał przed sobą, byle tylko wyprowadzić następny cios. Dyszał, urywany oddech uciekał z płuc niepełnymi, szarpanymi haustami, wracał przez zaciśnięte zęby, Dante uderzał na bezdechu i dobierał tlen dopiero, gdy zabrakło go zupełnie. To nie miało trwać długo.
Dante uderzył jeszcze raz, i jeszcze, i stanął – oparł się przedramieniem o worek, niemal zawisł na nim, gdy zwiesił głowę, oddychając ciężko, urywanie. Kaszlnął, a dźwięk ten przypominał bardziej ten cichy jęk tuż przed tym, jak ktoś zaraz się rozpłacze. Gniew ucichł, została po nim pustka oraz chłopiec zbyt wyczerpany, by dalej uciekać.
Bashar wyłonił się z cienia, niespiesznym krokiem podszedł bliżej, mimo iż serce chciało biec, i przystanął za syrenem tak, by ten zdążył wyczuć jego obecność, nim poczuje dotyk. Wyciągnął dłoń, ułożył ją na ramieniu znajomym gestem, który mówił jedno: jestem.
Dante nie odwrócił się od razu. Znieruchomiał pod znajomym dotykiem, a oddech, który dopiero zaczynał się wyrównywać, znów mu się poszarpał. Dopiero po chwili opuścił ramię z worka i obrócił głowę. Twarz miał mokrą od potu, oczy od łez, a na ich dnie lśniło raniące szkło.
— Nie powinieneś tu być — powiedział ochryple. — Nie chcę, żebyś mnie takim oglądał.
Bashar nie cofnął ręki.
— Jestem tam, gdzie chcę być.
Syren roześmiał się krótko, bez śladu wesołości, i spojrzał na własne knykcie. Poruszył dłonią, jakby chciał ją schować, w końcu tego nie zrobił. Zamiast tego odezwał się:
— Jestem taki sam jak on — powtórzył po raz kolejny. — Pamiętasz, co robiłem, żeby dobrać ci się do spodni? Na początku? — Głos załamał mu się w połowie i wrócił twardszy, podbarwiony nową falą gniewu. — Udawałem chorego. Wymyślałem sobie objawy, okłamywałem cię w żywe oczy, ukradłem kwiaty przerażonej babce na pooperacyjnym, śpiewałem ci pod oknem jak idiota. Nachodziłem cię na jodze, na padoku, w pracy, gdzie się dało. Powiedziałeś mi wtedy prosto w twarz, że traktuję ludzi jak zabawki i nikogo poza sobą nie słucham. — Zacisnął szczękę. — I oczywiście miałeś rację, jak zwykle. Dokładnie tak patrzył na ciebie on. Jak na sukienkę na wystawie.
Bashar milczał przez chwilę.
— Powiedziałem ci wtedy dużo rzeczy — odezwał się w końcu. — Twarde, dosadne, i wtedy prawdziwe, bo tak jak ty chciałeś osiągnąć pewien efekt swoim zachowaniem, tak i ja byłem zdecydowany dopiąć swego z pomocą słów. Lecz wybaczyłem ci to wszystko dawno temu, Dante, i zrobiłem to nie dlatego, że przyszedłeś pod drzwi zakrwawiony i było mi ciebie żal. Zrobiłem to, bo zdążyłem wtedy zobaczyć w tobie rzeczy, których ty w sobie nie widzisz do dziś.
— Bashar…
— Posłuchaj mnie. — Nie podniósł głosu. Jedynie przesunął dłoń z ramienia na kark syrena, na policzek, pogłaskał kciukiem zaschnięte łzy, ściągnął błękit z powrotem do siebie. — Ty spędziłeś całe lata, nienawidząc samego siebie. Jestem tego świadom, choć chciałbym, by rzeczywistość wyglądała inaczej. Czegoś takiego nie da się oduczyć przez jeden wieczór ani przez cały rok, niektórym nie wystarcza dekada czy stulecie. Toteż nie żądam, żebyś po jednej rozmowie wyleczył się z każdej zadanej ci w przeszłości rany i pozbył się każdej ze swych blizn. Lecz ja przez cały ten czas, odkąd cię znam, robiłem coś zupełnie przeciwnego temu, co tkwiło głęboko w tobie. — Krótka pauza. — Przez cały ten czas się w tobie zakochiwałem.
Dante otworzył usta, lecz nic nie powiedział. Krawędzie szkła nie wydawały się już aż tak ostre.
— Gdybym w którymkolwiek momencie zobaczył w tobie to, co zobaczyłem w Brunonie, nic by z tego nie wyszło. Nie zostałbym przy kimś takim. Nie potrafiłbym pokochać kogoś takiego. Wiesz, że nie wchodzę w relacje pochopnie, ja zaś znam samego siebie na tyle dobrze, by być pewnym co do swych reakcji i działań. — Urwał na moment, uśmiechnął się łagodnie. — A jednak jestem tutaj. To nie litość, przypadek ani skuteczna manipulacja. Nie mylę litości z miłością, nie zakochuję się przypadkiem, od pierwszego wejrzenia, a i manipulowanie mną jest taktyką mało skuteczną, a przy tym ryzykowną, niemożliwą do podtrzymania przez zbyt długi czas.
Dante odetchnął głębiej, pochylił głowę, wtulając się mocniej w dłoń Bashara.
— Ale jestem jego krwią — wydusił. — Wszystko, co we mnie jest, jest połączeniem jego i jej. Połowa od niego, połowa od matki. Taki już się urodziłem.
— Nie. — Słowo padło twardo. Bashar przysunął się bliżej, tak że patrzyli na siebie z bardzo bliska. — O tym właśnie zapominasz za każdym razem, gdy się nad sobą znęcasz. Nie jesteś sumą swoich rodziców, wypadkową ich nawyków, błędów i przekonań, kolażem stworzonym z ich fragmentów. Jesteś moim Dantem, odrębną istotą i twoje są błędy, kłamstwa, te ucieczki i zranione serca, które po sobie zostawiłeś, co do jednego. Ale twoje są też wzloty i starania — dodał, a głos wrócił do swego łagodniejszego brzmienia. — To ty postanowiłeś się zmienić. Ujrzałeś coś, o co warto walczyć i tę walkę podjąłeś, zamiast znów uciec, choć ucieczkę znałeś lepiej i to ucieczka była w tamtym momencie o wiele łatwiejsza. — Kciuk nie przestał zataczać łagodnych okręgów. — Chciałeś stać się lepszy przez miłość. Powiedz mi, Ukochany, czy Bruno zrobiłby coś takiego choćby raz w ciągu swego długiego życia?
Dante nie odpowiedział.
— Nie zrobiłby — powiedział Bashar za niego, ciszej. — Nawet nie przyszłoby mu to przez myśl, by zmienić cokolwiek w sobie. Jeśli już, to wszyscy wokół musieliby się zmienić. Ty jednak postąpiłeś inaczej, gdy tylko dostrzegłeś ścieżkę, której szukałeś nie wiedząc nawet, że to jej tak bardzo pragniesz. I dlatego nie jesteście tacy sami. Nigdy nie byliście.
Syren zamknął oczy. Oddech miał wciąż ciężki, ale inny – nie ten poszarpany, przetrenowany świst sprzed chwili, tylko głębsze, wolniejsze wdechy, gdy ciało zaczynało w końcu wierzyć, że wolno mu odpocząć. Dante osunął się do przodu, oparł czoło o obojczyk Bashara i tak został, mokry i roztrzęsiony, a demon trzymał go, obejmując szerokie barki, kulące się przed nim, gdy ciężar świata za mocno je przygniatał.
— Nie każę ci teraz przestać się bać — szepnął w jego mokre włosy. — Ani przestać go nienawidzić. Nie o to mi chodzi. Pragnę tylko, żebyś poszedł teraz ze mną do domu, i żebyś potem, w momencie, kiedy przed nim staniesz, wiedział jedno. Że nie idziesz tam sam i że nie idziesz tam jako jego kopia. Idziesz jako Dante, nie syn Brunona, bo Bruno nigdy nie był ci ojcem. I jeśli nie potrafisz zaufać swojej ocenie własnej osoby, zaufaj w takim razie mojej — powiedział z mocą. — Kocham cię, Dante, i znam cię lepiej, niż ty znasz sam siebie – bo ty patrzysz na siebie oczami ludzi, którzy cię skrzywdzili i których ty skrzywdziłeś, a ja patrzę na ciebie moimi własnymi, dostrzegając zarówno światło, jak i mrok. Wybrałem ciebie z pełną świadomością obu tych rzeczy i tej decyzji nie cofnę.
Dante skinął głową, ledwie, przy jego obojczyku.
— A teraz pokaż mi te ręce — dodał Bashar, już zupełnie innym tonem. — Na dziś kończymy z workiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz