To nie był dobry dzień.
Z wielu powodów trudno mi było dzisiaj nie błądzić myślami. Udawać, że nie różni się on od setki tysięcy przeżytych już przeze mnie dni… Czy to w ogóle było możliwe? Uśmiechać się tak, jak zawsze, wspierać otaczających mnie ludzi z tym samym zaangażowaniem, oddać się pracy, projektom, których termin oddania zbliżał się nieubłaganie…
Dziś głośniej, niż zwykle, słyszałam pieśń morza.
— Wszystko w porządku? — głos Avy dotarł do mnie jak spod wody, przytłumiony… A może to ja się topiłam. Przetarłam oczy nasadami dłoni, starając się odzyskać choć strzępki skupienia, które pozwoliłyby mi przeżyć do wieczora. Wizja powrotu do leśnej głuszy, domu, który razem stworzyliśmy, była z jednej strony pociągająca jak nigdy, z drugiej wypełniała moje płuca czymś gęstym, ciężkim, sprawiającym, że wzięcie każdego kolejnego oddechu zdawało się wymagać nadludzkiego wysiłku.
Może naprawdę się topiłam.
— Hej, ziemia do Az!
Ava pomachała mi przed oczami, a ja zamrugałam szybko, nagle wyrwana z zamroczenia, które zjadało mnie żywcem. Docierające do mnie dźwięki ostatecznie wygrały z szumem w uszach, stając się w jednej chwili wręcz zbyt głośne, by się nie skrzywić.
Zmusiłam się do uśmiechu. Ava patrzyła na mnie chwilę bez słowa, po czym westchnęła, poprawiając opadające na oczy włosy, które wypadły z jej niedbałego dziś koka. Zmarszczyłam brwi na ten widok. Dla niej to też musiał być chyba niezbyt dobry dzień…
— Pytałam, czy mogłabym dzisiaj wyjść wcześniej — powiedziała spokojnym tonem, choć głos lekko jej zadrżał ze skrywanej irytacji. Odruchowo zgarbiłam ramiona, złapałam za leżący przede mną aparat, jakbym chwytała się koła ratunkowego. Jakby miał być tym, co utrzyma mnie na powierzchni, gdy wszystko nieubłaganie inne ciągnęło w dół. Musnęłam kciukiem przyciski na obudowie, nie wciskając żadnego. — Nie będzie tu raczej dużo ludzi, nikt nie jest umówiony na oglądanie obrazów, na wystawie są w zasadzie tylko twoje zdjęcia. Dasz radę, prawda?
Nie potrafiłam odpowiedzieć inaczej, niż skinieniem głowy. Ewidentnie coś ją gryzło, lepiej dla niej, jeśli będzie miała możliwość trochę dłużej odpocząć. Miała rację z tym, że dziś będzie trzeba tu siedzieć tylko po to, żeby nie zostawiać galerii otwartej bez nadzoru. Zawsze mogłam też po prostu zamknąć wcześniej, wtedy zdążę wrócić do siebie, zanim zajdzie słońce i droga przez las stanie się niezbyt przyjemna. A gdyby jednak był ruch, mieszkanie na piętrze zawsze pozostawało do mojej dyspozycji…
Moje myśli natychmiast powędrowały do stojącej w naszym salonie gitary. Chciałam jej dotknąć, wziąć w ręce, przejechać palcami po strunach, tak jak on to robił tak często… Wzrok mi się rozmazał. Zacisnęłam powieki, przyciskając zwinięte w pięści dłonie do oczu, starając się ogarnąć.
To tylko głupia cyferka w kalendarzu, przestań.
Powietrze pachniało tym samym zwiastunem burzy, co tamtego wieczoru. Te same sezonowe przyprawy do potraw, deserów, napojów, uderzały mój nos, gdy jechałam tu rano, towarzyszyły niemal wszystkim odwiedzającym galerię. Ta jedna piosenka, nagle wykopana przez stację radiową, puszczona niemal w zapętleniu, równo co godzinę od nowa cisnąc się do mojej głowy. A wraz z nią wspomnienia.
W końcu skapitulowałam, wyłączyłam radio w gabinecie, dając się otulić przyjemnej ciszy, która zapadła w miejscu muzyki. Desperacko potrzebowałam czegoś, czegokolwiek, co wyrwie mnie z tego stanu, choć na chwilę…
Praca. Może jak wyjdę na salę, ktoś mnie zaczepi, będzie miał do mnie jakieś pytania, może to jest właśnie to, co pozwoli mi zapomnieć.
Odległa wielka woda śpiewała cicho, zapraszająco. Szum w uszach ponownie zaczął narastać, gdy jeden ciężki krok za drugim zbliżałam się do drzwi. Nagle ważąca chyba tonę ręka nacisnęła metalową klamkę, wcale nie tak zimną, jak zwykle. Zerknęłam na moment, przyciągnięta tym niespodziewanym wrażeniem.
Opuszki moich palców zaciśniętych na metalu były sine.
Uchylone drzwi, kolejny krok, skok na głęboką wodę, wejście z przedsionka prosto do sali, gdzie kręciło się kilku zainteresowanych najnowszą wystawą. Nie miałam większego celu w tym, że się tu znalazłam, przez moment rozważałam odwrócenie się na pięcie i schowanie za kontuarem w przedsionku. Wszystko we mnie krzyczało jednogłośnie nie dziś.
Powinnam była poddać się już rano i nie wstawać w ogóle z łóżka.
Potarłam skronie palcami, przechyliłam lekko głowę, zastanawiając się, czy to nieprzyjemne wrażenie wody w uszach jest czymś realnym, czego mogę się pozbyć, czy jednak moja głowa płata mi znowu psikusy. Szum nie ustawał. Objęłam się ramionami, rozejrzałam po sali. Przykleiłam na twarz uprzejmy uśmiech, zmusiłam oczy, by przestały błądzić bez celu, skupiając je na jednej z postaci stojącej niemal w centrum sali. Przyglądał się fotografii.
Nieszczególnie chciałam podchodzić, nogi chyba same poniosły mnie w tamtą stronę, gdy zdecydowałam, że ucieczka nie będzie dla mnie żadnym rozwiązaniem. Mogłam stać jak kołek przy drzwiach, niepokojąc gości swoją sztywną dzisiaj postawą, albo po prostu przejść się po sali, bez prawdziwego celu, tylko udając, że jakiś mam. Och, w zasadzie, jakby się przyjrzeć, tamta ramka ze zdjęciem wisi krzywo…
Ruszyłam powoli, znowu krok za krokiem, odliczając do celu, jaki sobie postawiłam. Mój wzrok jednak nie chciał odpuścić uciekania raz po raz do mężczyzny, który tak długo przystanął przy fotografii z amfiteatrem. Raczej nie była tą przyciągającą tłumy. Szara, dla większości prawdopodobnie nijaka. Blada przy tych wszystkich fotografiach przyrody, nasyconych kolorami. Przez myśl przeszło mi pytanie, dlaczego akurat ona zwróciła jego uwagę.
Odwrócił się nagle. Nim zdążyłam uciec wzrokiem, nasze oczy się spotkały. Oczy… Zielone. Zielone oczy…
Nie wiem, czy na mojej twarzy odmalował się szok, jaki w tamtym momencie przeżyłam — ta mieszanina emocji, jaka mnie zalała. Pieśń morza na moment zamilkła, zastąpiona melodią nuconą tak dobrze znanym mi głosem… Potem i ona ucichła, gdy mężczyzna otworzył usta, a głos, który się z nich wydobył, nie był w najmniejszym stopniu podobny do tego, za którego brzmieniem tak tęskniłam. Zamrugałam, ponownie tego dnia nagle wyrwana z otępienia. Słuchałam tego, co ma do powiedzenia, jednocześnie przyglądając mu się uważniej i zdając sobie sprawę, że poza kolorem oczu nie łączyło ich nic. Żaden aspekt wyglądu, postawy, stylu mówienia…
To naprawdę nie był mój dzień. A jednak nieuprzejmym byłoby nie odpowiedzieć albo nie dać tej odpowiedzi całej mojej uwagi.
— A gdy już przeminie? — w głosie, ku mojemu zdziwieniu, nie słychać było drżenia, żadnej nuty niepokoju, który jeszcze przed chwilą czułam. Opuściłam jeszcze ręce luźno po bokach, żeby nie wyglądać na spiętą. — Możemy zachwycać się tym, co wiemy, że niedługo zamieszka w przeszłości. Takie rzeczy, sytuacje, doceniamy, zdaje się, tym bardziej, gdy mają jakiś nieprzekraczalny limit czasowy. Mając świadomość, że zostało tak niewiele okazji, by się nimi cieszyć, czerpiemy pełnymi garściami, korzystając z czasu, jaki otrzymaliśmy od losu — uśmiechnęłam się lekko, acz nie zdołałam ukryć nuty smutku, która przyszła wraz z tymi przemyśleniami. — Tylko jak wiele razy jedna osoba może to znieść i wciąż uważać za piękne?
Patrzył na mnie, czułam to. Mój wzrok jednak gdzieś w połowie mojej wypowiedzi powędrował na fotografię, która jeszcze przed chwilą tak go pochłonęła. Znałam dokładnie pierwotną barwę każdego z kolorów pokrywających to miejsce. Teraz tak odrapane, pozbawione magii czasów, gdy było w pełni świetności. Już nie rozbrzmiewało tysiącami brzmień, setkami głosów… Zapomniano o nim. Dawno temu.
— Po nocy zawsze nastaje dzień, a po burzy zawsze wychodzi słońce. Na wiele rzeczy nie mamy wpływu, dlaczego by więc nie skupić się na tym, co możemy jeszcze zmienić, zamiast roztrząsać przeszłość? — brzmiał na realnie zainteresowanego moją odpowiedzią. Mimowolnie wbiłam palce jednej ręki w przedramię drugiej. Nie do końca czułam towarzyszący temu ból. Wszystko znowu stawało się przytępione, a ja desperacko starałam utrzymać się na powierzchni. Wdech. Wydech.
— Też tak kiedyś myślałam. To piękne podejście — nie potrafiłam już oderwać wzroku od fotografii. Nie byłam pewna, czy będę w stanie utrzymać emocje na wodzy, gdy przestanę się na niej skupiać. — Doceniać każdą sekundę cennego czasu, jaki mamy. Tylko… — urwałam nagle, nie będąc pewna, jak ubrać myśl w słowa. Ponownie opuściłam ręce luźno po bokach. Na lewym przedramieniu zostały odciśnięte wyraźne półksiężyce przyciętych krótko paznokci.
— Tylko co? — dopytał mężczyzna. Nie czułam się jednak pospieszana. Zdaje się była w tym tylko i wyłącznie ciekawość.
Zamknęłam na moment oczy, zanim ponownie je otworzyłam, by spojrzeć na mężczyznę i uśmiechnąć się lekko, jakoś złagodzić słowa, które wypowiem.
— Wszystko przestaje być tak piękne i kolorowe w momencie, gdy do tego całego równania dodamy nieskończenie przemijające ludzkie istnienia, nie sądzisz?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz