TW: psychodeliczne gore.
To oko.
Próbowałam odnaleźć w głowie moment, gdy pierwszy raz tak bardzo zwróciłam na nie uwagę. Zwykle nie przypisywałam większego znaczenia cechom wyglądu osób, które spotykałam na swojej drodze. Paskudna blizna ciągnąca się od wewnętrznego kącika oka przez cały policzek, niknąc gdzieś na szyi? Częściowo rozkładające się ciało nieumarłego? Zupełnie nie miało znaczenia, bo zawsze najważniejsze było to, jaka osoba kryła się pod tym wszystkim. Czyste, dobre serce mogło być ubrane w najszpetniejszy garnitur. Grzechem byłoby to przeoczyć.
Kupiłam to mieszkanie na piętrze starej kamienicy, żeby przerobić je na dodatkowe studio. Cały mój sprzęt fotograficzny przestawał się już mieścić w galerii. Próbowałam zagaić rozmowę z tym człowiekiem, gdy wnosiłam pierwsze skrzynie po dość stromych, starych, wciąż jednak jeszcze pięknych, drewnianych schodach. Rzeźbione poręcze, wyślizgane dziesiątkami stóp stopnie… A u ich podnóża on. Starszy pan, milczący, lekko przygarbiony. Ubrany skromnie, choć elegancko, w wyglądający na niezwykle przyjemny w dotyku szary sweter, spod niego wystawał śnieżnobiały kołnierzyk koszuli, całości dopełniały elegancko wyprasowane, materiałowe spodnie. Przyglądał mi się, może wstydził się odezwać? Z resztą, to ja byłam nowym lokatorem, wypadało się przedstawić…
Tylko patrzył. Nie odezwał się słowem, a gdy cisza po moim ,,Dzień dobry, nazywam się Azura Wells, będę pomieszkiwać w tym lokalu na piętrze…” zrobiła się nieco zbyt niezręczna, po prostu odwrócił się na pięcie i zniknął za tymi drzwiami za jego plecami. Stałam tam potem jeszcze chwilę, zastanawiałam się, co zrobiłam nie tak, żeby go urazić aż do tego stopnia, że zupełnie mnie zignorował…
Widywałam go potem w zasadzie za każdym razem, gdy przyjeżdżałam. Zawsze ciepło go pozdrawiałam, początkowo słowami, potem już tylko skinięciem głowy i uśmiechem, uznając, że może za bardzo się narzucam. Może pragnął ciszy, a ja mu ją zaburzałam. Jakby się tak zastanowić, w starej kamienicy w istocie było niezwykle cicho, za każdym razem, gdy przemieszczałam się klatką schodową, słyszałam wyłącznie echo własnych kroków, odbijające się w pustce niegdyś na pewno pięknego holu. Teraz obdrapane ściany i te zakurzone, ozdobne kinkiety, opowiadały jedynie dawną historię świetności tego miejsca. Przez myśl czasem przechodziło mi pytanie, jak długo starszy mężczyzna tu mieszkał. Czy znał historię tego budynku? Z pewnością byłby bardzo ciekawym rozmówcą, a jednak…
Przesłonięte bielmem oko patrzyło prosto na mnie, choć przecież, zaćmione, nie powinno być w stanie niczego dostrzec.
Z czasem w mojej piersi zaczęło kiełkować zupełnie do tej pory obce dla mnie uczucie. Skąd wzięło się tam w ogóle ziarno dla tej zjadającej mnie od środka nienawiści? Coraz częściej pojawiała się w mojej głowie nadzieja, że gdy tym razem odwiedzę mieszkanie, starszego mężczyzny tam nie będzie. Było mi wszystko jedno, z jakiego powodu — nie mogłam znieść myśli, że znowu tam będzie, stał, niewzruszony, jak cień cichy. Obserwował. Białe oko, sępie oko, podążające za mną.
Czułam na sobie ten wzrok nawet, gdy znikałam na górze i za drzwiami własnego mieszkania. Śledził każdy mój ruch, nie pozwalał zaczerpnąć tchu. Każdy oddech bolał, jakbym nie była go godna. Nienawidziłam. Tego oka. Tego miejsca. Tego, co ono ze mną robiło.
Dlaczego więc coraz więcej czasu spędzałam w tym miejscu? Tak łatwo mogłam uciec. Powinnam! Powinnam była uciec. Odciąć się od tej przeklęcie rozrastającej się we mnie rośliny, tego ciernistego krzewu, raniącego mnie przy każdym ruchu, każdej myśli, cisnącego jad w moje myśli… Wyrwać to z korzeniami, wypalić, nie pozwolić na to, co ze mną robiło, póki jeszcze nie było za późno. Póki wciąż nie objęło całego mego serca, nie wpiło się w nie, żądne więcej, więcej… Zawsze za mało.
Nienawidziłam czuć tej nienawiści, która rozdzierała mnie od środka.
Pewnego dnia go nie spotkałam. Nie było go, na pewno, nie przewidziało mi się. Tego oka. Tego mężczyzny. Korytarz na dole był pusty, przeraźliwie pusty… Cisza odbijała się echem od ścian, wdzierała w uszy. Cisza…
Ocean. Nie słyszałam…
Coś skrzypnęło tuż za mną, ja obejrzałam się, niemal podskakując w miejscu, wystraszona. Stał tam, patrzył mi prosto w twarz, prosto w oczy. Bicie serca. Słyszałam bicie serca, tak wyraźne, jedyny dźwięk w ciszy ceglanych ścian. Jak zegarek owinięty w watę. Pulsowanie pod palcami, czy wydawało mi się, że je czuję? Spojrzałam tam, na swoje dłonie, były puste, tak, zdecydowanie, były puste. Ponownie spojrzałam na staruszka. Sępie oko. Białe oko. Coś w nim było takiego, że czułam dreszcz na karku, zimny pot wystąpił na czoło. Wdech. Rozedrgany głos, zachrypnięty, jakbym nie odzywała się od długiego, bardzo długiego czasu, opuścił moje gardło.
— Przepraszam, wystraszył mnie pan…
Nie odezwał się. Stał tam. Patrzył. Patrzył, a ja nie mogłam zrobić kroku, nogi miałam ciężkie, jakby buty, które tego dnia ubrałam, wykonane były z ołowiu. Rytmiczne uderzenia serca, ten dźwięk, taki pewny, miarowy, coraz głośniejszy… To biło moje, wystraszone serce, czy jego…?
Minął mnie, jak gdyby nigdy nic. Zniknął za drzwiami swojego mieszkania. To dudnienie, w ciszy korytarzy, cichło, jak się oddalał.
To jego, czy moje serce słyszałam?
Wróciłam na górę. Cisza przytłaczała, boleśnie przypominała o stracie, brakującym elemencie mojej rzeczywistości, tak zakorzenionym we mnie, że aż boleśnie dziwnie było nie słyszeć… Morze. Woda. Gdzie zniknęła ich pieśń? Poszłam do łazienki, napuściłam wody do wanny. Może kąpiel przywróci mi zdrowe zmysły? Bo przecież powinnam słyszeć, zawsze, gdzie bym nie poszła… Moje jedyne oparcie, niezmienny element codzienności, którego subtelna obecność stanowiła moje zakotwiczenie w rzeczywistości. Potrzebowałam ich śpiewu. Wołania. Przypomnienia.
Woda…
Weszłam do środka, najpierw jedna noga, potem druga, nie przejmując się tym, że nadal mam na sobie ubrania. Była tu, byłam w niej. Otaczała przyjemnym, znajomym chłodem moje ciało. Zanurzyłam się cała, łącznie z głową. Pasma mokrych włosów jak wodorosty unosiły się, falowały, przesłaniając pole widzenia. Nasłuchiwałam. Błagałam w myślach, by mi zaśpiewała. Zastąpiła tę niemiłą dla ucha ciszę.
Jednak jedyne, co otrzymałam, to ponownie to bicie serca. Miarowe. Nieznośne. Obrzydliwe. Zegar owinięty w watę. Nie fale rozbijane o brzeg, rytmiczne, piękne… nie pompa pompująca wodę. Uderzenie. Bum-tum. Bum-tum. Szmer przelewającej się krwi. I znowu. Bum-tum. Bum-tum.
Wyciągnęłam głowę z wody, gwałtownie, desperacko łapiąc powietrze. Wytrzeszczone oczy, strugi przezroczystej, lodowatej cieczy spływające po twarzy. Nie widziałam. Nic nie widziałam, tylko ten dźwięk, ten okropnie obrzydliwy dźwięk. To, i przeraźliwe zimno całego ciała. Pod opuszkami zziębniętych palców akryl budujący wannę wydawał się wręcz gorący. Parzył, mimo to tylko mocniej zacisnęłam na nim dłonie, wbiłam paznokcie w twardy materiał, nie zważając na ból.
Nie mogłam złapać tchu. Dlaczego nie mogłam złapać tchu? Dlaczego, dlaczego woda mi to robiła?
Bum-tum.
Bum
tum
Bum…
Tym razem naprawdę go nie było. Nie raz. Nie dwa razy, co jeszcze mogłabym uznać za przypadek. Może akurat, jak przyjeżdżałam, wychodził na spacer? Zakupy? Do tej pory zawsze był w domu. Wyjechał? Może odwiedzał rodzinę, może dlatego zawsze widziałam go samego — bo jego dzieci, rodzeństwo, ktokolwiek bliski, mieszkali daleko. Może chciał spędzić trochę czasu z krewnymi, może także to słyszał, to bicie serca, takie głośne, przyprawiające o mdłości ilekroć stawiałam stopy na parkiecie podłogi tego budynku. Wchodziłam w jego wnętrze, gorące, parne, ciche, a jakby żywe… Po co dalej tu przychodziłam? Praca pracą, ale ten ciernisty krzew nieproszonej emocji wciąż we mnie był, wciąż oczami wyobraźni widziałam to sępie oko, gdy tylko pomyślałam o tej kamienicy. Dlaczego się nie przeniosłam, skoro tak mnie to drenowało? Przecież mogłam. Nic nie trzymało mnie w tym miejscu, żaden sentyment, żadne radosne wspomnienia. Tylko to gorzkie wrażenie w ustach, odbijające się zgagą, ilekroć się tu pojawiłam.
Po co, po co wciąż tu przychodziłam?
Otwarte drzwi na klatkę, jak usta czekające na pokarm. Ten niegdyś czerwony, dziś po prostu brudny dywan wyścielający przedsionek, jak język gotowy, by posmakować kolejnego pysznego kęsa. Okna, czy to oczy? Białe okiennice, ta okropna, okropna biel…
Bum-tum.
Czy to dobiega spod podłogi? Spomiędzy szpar w tym wiekowym parkiecie… Tętent kopyt? Zbyt spokojny, zbyt miarowy… Oddech. Ciężki, urywany, gdy wchodziłam po schodach. Wzrok stale uciekał mi w kierunku drzwi do mieszkania staruszka. Każdy oddalający mnie od nich krok czyniłam powoli, z nadmierną uwagą, jakby jeden nieuważny ruch miał przesądzić o tym, że spadnę w otchłań bez dna. Bez powrotu.
Znowu zamknęłam się w łazience. Wanna pełna wody. Patrzyłam, jak na nieszczelnym kranie zbiera się powoli kropla, wzbiera, pęcznieje, aż staje zbyt duża i ciężka, by utrzymać się na pokrytym kamieniem metalu, którego nie sposób już doczyścić, tak zadomowił się na nim ten biały osad. Śledzę wzrokiem, jak spada, uszy spragnione znajomego śpiewu wody, czekają na ten plusk. Tak wyczekany, nareszcie…
Bum-tum.
Nie słyszę plusku, widzę rozchodzące się po spokojnej tafli koła. Zdaję sobie sprawę, że w pomieszczeniu jest ciemno, nie zapaliłam światła. Dlaczego, dlaczego ta woda jest tak ciemna? Stoję, nie potrafię się poruszyć, rozchodzące się po wodzie okręgi płyną ślamazarnie, jakby płaska powierzchnia płynu nie chciała zostać wzburzona, wzbraniała się jak tylko mogła… Jakby to nie była woda, tak czysta, podatna na kształtowanie, szepcząca do mnie pocieszająco, gdy tylko tego potrzebowałam.
Zmusiłam się, postąpiłam ten krok, pełen wahania, za nim kolejny. I kolejny. Stanęłam tuż przy wannie, kolanami dotykałam jej akrylowego, śnieżnobiałego brzegu. Nie byłam w stanie dostrzec dna. Wyciągnęłam rękę, powoli, nieznośnie powoli, moje własne serce pędziło na złamanie karku, pompowało krew przez moje żyły niestrudzenie, ale zbyt szybko…
Zanurzyłam dłoń w wodzie. Wodzie…? Ciesz, gęsta, ciepła… Cofnęłam rękę, jak oparzona.
Bum-tum. Bum-tum. Bum-tum.
Lepkie. Dopiero wtedy to poczułam — żelazo i kwas, oraz ta nużąca słodycz. Mój nos, przecież niezwykle wrażliwy, dziś był jakby otumaniony. Metaliczna woń osiadała na języku, mogłam jej wręcz posmakować, tak intensywna była. Odważyłam się spojrzeć, unieść dłoń do twarzy. Ciecz szybko schła. Tężała, ściągając nieprzyjemnie skórę. Poruszyłam palcami, przez głęboki burgund pokrywający mą dłoń jak rękawiczkę, natychmiast przebiegła siatka pęknięć, odsłaniająca czystą skórę pod spodem.
Bum-tum.
Spanikowałam, natychmiast zapaliłam to małe światło przy lustrze. Jedną, jedyną, łysą żarówkę, której nie miałam jeszcze czasu zastąpić lampką pasującą do całokształtu. Wbijałam wzrok w wannę. Kolejna kropla oderwała się od kranu i spadła do niecki. Kap. Kręgi na idealnie czystej wodzie rozeszły się tak znajomym schematem, po chwili dopiero się uspokajając. Znajome mruczenie fal odnalazło drogę do mojej głowy, pozwoliło wziąć oddech. Oczyścić receptory, gardło. Metaliczny posmak zniknął, jakby nigdy go nie było.
Dłonie miałam zupełnie czyste.
Kamienica wyglądała tamtego dnia zupełnie zwyczajnie. Słyszałam ocean. Nie widziałam dziwnych cieni, rzeczy, których nie było. Za to pod płotem zaparkował policyjny radiowóz.
Nie bałam się. Weszłam do środka, jak zawsze. Mój wzrok, jakby już siłą przyzwyczajenia, spoczął na drzwiach mieszkania mężczyzny. Były otwarte. Zmarszczyłam brwi, mimowolnie zatrzymałam się na ich wysokości, ściskając w dłoni pasek torby z aparatem przewieszonej przez ramię. Funkcjonariusze w służbowych mundurach stali tam, nie patrzyli na mnie, może nie zauważyli nawet mojego pojawienia się. Jeden intensywnie coś notował, drugi uważnie lustrował wzrokiem pomieszczenie.
Poszłam do siebie. Nikt mnie nie zatrzymał, nikt niczego ode mnie nie chciał, a nie starałam się być cicho. Zatrzymałam się u szczytu schodów, zawahałam. Spojrzałam raz jeszcze za siebie, mieląc w głowie informacje. Może powinnam sama do nich podejść, zapytać, o co chodzi? Gdy jednak spojrzałam znowu w kierunku drzwi do mieszkania, były zamknięte.
Zimny dreszcz powędrował mi w dół kręgosłupa. Na pewno przed chwilą były otwarte. Na pewno! Zbiegłam po schodach, gwałtownie otworzyłam drzwi do budynku. Klamka rozpędzonych drzwi wyślizgnęła mi się z dłoni, przejście otworzyło się na oścież, drewno z hukiem uderzyło o elewację.
Radiowozu nigdzie nie było.
Co ja w zasadzie robiłam tamtej nocy?
Wtedy, gdy ostatni raz widziałam staruszka i to jego okropne, sępie oko. Pamiętam tę ciszę, a w niej uderzenia serca głośne jak wystrzały. Leżałam w wannie. A potem?
Co było potem?
Dziwne myśli przechodziły mi przez głowę. Nie moje. Coraz częściej byłam tego pewna. One nie były moje. A jednak myślałam te myśli, czułam zżerającą mnie od środka nienawiść. Ten toksyczny bluszcz, ciernisty krzew raniący moje serce. Wbijający się w nie i pijący, chłepczący tak zachłannie to wszystko, czym do tej pory byłam.
Ten dom.
Pożerał mnie.
Kawałek
po
kawałku
zjadał…
Czy to jeszcze byłam ja?
Coś kazało mi zejść na dół. Stanąć naprzeciw drzwi do mieszkania staruszka. Wyciągnąć rękę, chwycić za klamkę. Przekręcić gałkę. Zamek ustąpił, drzwi stanęły otworem. Patrzyłam w mrok mieszkania. Nasłuchiwałam. Węszyłam.
Bum-tum.
Kwaśny odór śmierci. Tak ostry, że niezrozumiałym było dla mnie to, że nie czułam go z korytarza. Coraz głośniej słyszałam to serce. Już byłam pewna, że nie było moje. Dźwięk dobiegał spod podłogi, tak, na pewno, byłam pewna, że to tam znajdowało się źródło.
Krok
za
krokiem
Przeraźliwie powoli, ostrożnie, patrząc uważnie pod nogi. Znowu nie zapaliłam światła. Ciemność pożerała to miejsce, szczelnie zasunięte rolety antywłamaniowe sprawiały, że gdyby nie smuga światła wpadająca przez drzwi z klatki schodowej, nie widziałabym zupełnie nic.
B
u
m
-
t
u
m
Znowu metaliczny posmak w gardle, znowu to koszmarne wrażenie myślenia nie swoich myśli, ta wściekłość, obrzydzenie… przerażenie.
Nie zwariowałam.
Stanęłam na środku pokoju. Bicie serca było tak głośne, zdawało mi się, że podłoga aż drży zgodnie z wybijanym przez niego rytmem. Parkiet, idealnie położony, bez najmniejszej szpary. W pomieszczeniu panował idealny porządek. Pościelone łóżko. Poukładane na półkach książki. Dywan dorównany do linii tworzonych przez drewno podłogi.
Nie zwariowałem.
Zmarszczyłam brwi, spojrzałam na swoje dłonie, spodziewając się… Nie wiem, czego się spodziewałam. Nie dostrzegłam w nich nic niezwykłego. Gładka skóra, równo przycięte, niepomalowane paznokcie. Serce biło. Tam. Pod podłogą. Opuściłam ręce po bokach ciała, przykucnęłam w miejscu zupełnie dla mnie przypadkowym, a jednak byłam pewna… Byłam pewna, że gdy podniosę o, tę, lekko obluzowaną deskę parkietu, znajdę to, czego szukałam.
Szukałam tu czegoś?
Odpowiedzi. Tam są wszystkie odpowiedzi.
Z niezrozumiałych dla mnie powodów zrobiłam to. Moje ręce poruszały się same, w głowie nie było już żadnych myśli, jedynie to równomierne bicie serca. Stamtąd. Tam biło. Właśnie tam…
Zamiast deski parkietu trzymałam w rękach obciętą głowę.
Sępie oko.
Białe
półprzymknięta powieka
patrzyło na mnie
widziało
w
i
d
z
i
a
ł
o
Lepka ciecz spływała mi po palcach. Nadgarstkach. Przedramionach. Skapywała z ugiętych łokci na podłogę. Było jej tak dużo… Metaliczny posmak na języku, ostre nuty w nosie i ta gorycz, nie moja, ściskająca nie moje serce nienawiść.
Krew.
Tyle krwi…
Przestrzeń pod podłogą była nią wypełniona.
Wrzasnęłam. Tak, to na pewno był mój głos. Dlaczego nie czułam jednak tego przerażenia, które powinnam? Które czułam, przecież, na pewno, musiałam je czuć. Tylko nie moja nienawiść i radość... Radość? Obcięta głowa wypadła mi z rąk, z pluśnięciem wylądowała w tej dziurze pod podłogą. Widziałam, że zaraz obok niej w tej gęstej, burgundowej zupie, pływa dłoń. A tam, czy to… czy to serce?
Wycofałam się, pełzając tyłem po tej podłodze, zostawiając za sobą krwawą smugę. Krew na moich rękach nie zdążyła wszak zastygnąć. Moje plecy natrafiły na ścianę, chciałam zasłonić usta dłońmi, zdusić przeraźliwy szloch, który wzbierał w mojej piersi, jednak gdy przypomniałam sobie, czego nimi przed chwilą dotykałam…
Nie jestem szalony.
Zwymiotowałam. Potem drugi raz. Panika ściskała mi gardło, dusiła. Obrzydliwie słodki zapach krwi, bicie serca, jak zegarek owinięty w watę, dudnienie tak głośne, że zagłuszało wszystko, tak wyraźne… Łzy płynęły mi po policzkach, żołądek raz po raz ściskało nieprzyjemne uczucie. Przerażenie. Moje. W końcu. Moje emocje. Przerażenie, smutek, rozpacz utraty życia, zawsze tak cennego…
Ktoś stał w ciemności nad dziurą w podłodze. Patrzył. Na mnie? Nie… Na swoje dzieło. Patrzył i się uśmiechał, widziałam to, wygięte kąciki ust, bielące się zęby…
Szlochałam, nie potrafiłam się uspokoić. Cała się trzęsłam, gdy postać nachylała się nad dziurą, sięgała po leżącą obok deskę i starannie, tak by nie została najmniejsza szparka, umieszcza ją na swoim miejscu.
Młody mężczyzna. Podniósł na mnie wzrok. Oko. Jego oko…
To przeklęte, sępie oko.
— Nie jestem szalony — a jednak uśmiech na jego twarzy zdecydowanie przywodził na myśl szaleńca.
Wstał, ruszył w moją stronę. Nie byłam w stanie się ruszyć. Przykucnął naprzeciwko mnie, przesunął lodowatym palcem po moim policzku, ustach, brodzie… Bum-tum. Bum-tum bum-tum bum-tum. Powoli, przeraźliwie powoli, tempem tak nie pasującym do mojego galopującego serca… Nieskończoną chwilę później objął nimi na moją szyję, tuż na wysokości gardła. Delikatnie. Prawie czule.
Bum-tum.
— Nie jestem szalony.
Ścisnął.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz