Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Niebezpieczni przestępcy uciekli z więzienia na miotłach przemyconych w torcie
Novendyjska policja poszukuje trójki groźnych przestępców, którzy w miniony weekend zbiegli z zakładu karnego pod Stellaire w sposób tyleż zuchwały, co – zdaniem śledczych – „uwłaczający regulaminowi zakładu”. Miotły, na których dokonano ucieczki, przemycono do celi wewnątrz olbrzymiego tortu urodzinowego, dostarczonego przez pracownika usługi Lisek, dowożącej zakupy online. Co gorsza, jak ustalono, były to modele wyścigowe – szybkie, zwrotne i doskonale znane z nielegalnych wyścigów. „Od dawna mówiłem, że ta subkultura skończy się w więzieniu,” komentuje zmęczony rzecznik policji. „Nie sądziłem, że dosłownie z niego wystartuje. Jedyne dobre to to, że tort był wyśmienity.”

Nagłówek

13 października 2026

Od Nikolaia — Freaky Femboy Friday — Odcinek Halloweenowy [AU]

Wypad na kajaki wydawał się dobrym pomysłem. Dopóki nie okazało się, że wlicza się w to brak wygodnego łóżka, ciepłej wody do kąpieli i dostępu do internetu. A co najgorsze - te kajaki same nie płynęły. Trzeba było własnoręcznie wiosłować.
Szczególnie narzekał na to Lilian.
— Wracam do domu — powtarzał średnio co pół godziny, gotowy zamówić taksówkę. Brak zasięgu pokrzyżował jednak jego plany. Nie mogąc już się wycofać, niechętnie spoglądał na wręczone mu wiosło.
— A gdzie mam spakować swoje rzeczy? — Nikolai z nieufnością spoglądał na kajak, już wypchany walizkami Liliana. Trzema.
— Vaeril i Sammy mają zapas miejsca — odparł Lilian ze wzruszeniem ramion. — Poświęćmy ich słynny, wielofunkcyjny dziesięciolitrowy płyn 13 w 1. Nikt po nim nie zapłacze.
— Zapłaczesz, jak będziesz chciał się umyć — wtrącił Vaeril. — Lilianie, a pamiętasz, że umawialiśmy się, że bierzemy ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy?
— Dokładnie. Tak jak mówiłem, możecie wyrzucić zbędny balast.
— Chłopaki, robi się ciemno, a my nawet nie wypłynęliśmy… — jęknął Sammy, wymownie spoglądając na zachodzące słońce.
— Mamy czas. I ważniejsze sprawy na głowie. Gdzie mam wcisnąć swoją torbę? — Nikolai oskarżycielsko spojrzał na Liliana.
Ten ponownie wzruszył ramionami.
— Było się nie spóźniać.
— Chcę przypomnieć, że to na ciebie czekaliśmy co najmniej pół godziny.
— Ale to ja pierwszy włożyłem do kajaka swoje rzeczy.
Lilian i Nikolai zmierzyli się wzrokiem. Napięcie rosło, a stojący nieopodal Vaeril i Sammy spojrzeli po sobie bezradnie.
— Daj tę torbę — westchnął elf, wywracając oczami. — Jeszcze mamy miejsce na naszym kajaku.
— A nie można było tak od razu? — Lilian uśmiechnął się zwycięsko i klasnął w dłonie. — To kto wiosłuje?
— Ten, kto ma najwięcej rzeczy — poinformował Nikolai i nim Lilian zdążył odpowiedzieć, zajął miejsce w kajaku. Celowo usiadł na jednej z porzuconych w nim toreb. Z czystą satysfakcją spojrzał w kierunku swoich towarzyszy. — To płyniemy?
Lilian nic nie powiedział, choć Vaeril, który zdążył najlepiej już go poznać, wiedział, że cisza z jego strony nie zwiastuje niczego dobrego. A to oznaczało też, że cały wyjazd raczej na długo zapadnie im w pamięci. Zresztą, jak każde inne spotkanie do tej pory.
Pomysł wspólnego wypadu zainicjował Vaeril. Pozostali zgodzili się, choć do daty samego wyjazdu i wypożyczenia kajaków, chyba nie zdawali sobie sprawy, na co właściwie się piszą.
Pojechali sami. Niezależni. Gotowi stawić czoło wyzwaniom. Przekonani, że poradzą sobie z każdym problemem. Wsiedli więc do łódek: Sammy i Vaeril płynęli razem, Nikolai i Lilian początkowo kręcili się w kółko na rzece, ale ostatecznie w akompaniamencie niekończących się kłótni, dogonili swoich towarzyszy.
Wszystko przebiegało względnie pomyślnie, do momentu zadania przez Sammy’ego kluczowego pytania:
— Poda mi ktoś mapę?
Odpowiedziała mu cisza.
— Kto jeszcze korzysta z mapy? — Po dłużej chwili, Lilian odezwał się jako pierwszy.
— No nie wiem, ktoś kto wybrał się na wypad kajakowy? — Nikolai odwrócił się do niego. — Zapakowałeś tyle rzeczy, a nie pomyślałeś o mapie?
— Mówisz do mnie tak, jakbym wiedział, że utknę na otwartej rzecze — prychnął Lilian, a następnie dodał ściszonym głosem: — Powinienem wierzyć Sorenowi, kiedy mówił, że Vaeril inaczej rozumie pojęcie dobrej zabawy.
— Oh. — W tym momencie Sammy zdał sobie sprawę, że faktycznie nikt tej mapy nie wziął. Oznaczało to, że skazani byli na płynięcie w ciemno. Zarówno dosłownie, jak i w przenośni.
— Zresztą, po co nam mapa, skoro płynie z nami „jasnowidz”? — Lilian wskazał wiosłem na Nikolaia.
— Wskazałbym drogę wahadełkiem, ale akurat go nie wziąłem, bo ja pamiętałem, że mamy zabrać tylko najpotrzebniejsze rzeczy.
Wydawało się, że nie ma już dla nich nadziei. Że zginą zapomnieni (wszyscy, poza Lilianem, co sam podkreślił, wyrażając swoje katastroficzne obawy), a ich szczątki po kres dziejów będą niesione przez leniwy prąd rzeki do samego oceanu (choć rzeka ta nie miała ujścia w oceanie).
Wtem na horyzoncie, całkiem niespodziewanie, wyłoniła się ich ostatnia deska ratunku. A właściwie to wyspa. I wcale się nie wyłoniła. Po prostu tam była. Zapewne od lat, ale skąd mogli to wiedzieć? Nie mieli mapy.
— Szperacz na prawą burtę! — wykrzyknął niespodziewanie Lilian, przechylając się we wskazanym kierunku tak, że cały kajak niebezpiecznie zadrżał.
— A możesz po ludzku? — Nikolai, siedzący na tej samej łodzi, ledwo utrzymał ją w równowadze.
— Telefon, latarka, szybko! — Entuzjazm Liliana nie osłabł.
— Lilianie, usiądź! — poprosił Vaeril z drugiego kajaka. — Jeśli wpadniesz do wody, to nawet nie wezwiemy pomocy.
— Ktoś musi wami poprowadzić — prychnął muzyk. — Usiądę dopiero na lądzie.
Dzięki odrobinie światła z telefonu Nikolaia, bezpiecznie udało im się osiąść na mieliźnie pobliskiej wysypy. Była niewielka, pośrodku jej rósł wierzbowy las. Równie nieduży, ale gęsty i tajemniczy.
Wspólnymi siłami wyciągnęli kajaki na piaszczysty brzeg. Sami odetchnęli z ulgą, z radością orientując się, że znaleźli miejsce, w którym mogli spokojnie spędzić noc. A przynajmniej w to wierzyli.
— Umie ktoś rozkładać namiot? — zapytał Vaeril, wyciągając torby ze sprzętem.
Sammy nieśmiało podniósł rękę.
— Ja umiem. Ale nie taki — powiedział beztrosko Lilian, jednocześnie czyszcząc buty z piachu.
— Taki to umiemy chyba wszyscy — uświadomił go Nikolai.
— Chociaż w tym się zgadzamy. — Lilian zrobił kilka kroków w głąb wyspy. Jego buty znowu były pełne piachu. — Nie wiem, jak wy, ale ja na pewno tutaj nie śpię.
— Możesz spać w kajaku ze swoimi rzeczami. — Czarodziej nie omieszkał dręczyć go dalej. — Chyba, że się nie zmieścisz.
W czasie ich kolejnych sporów Vaeril i Sammy podjęli morderczą próbę rozłożenia namiotów. Marną próbę. Ale przynajmniej jakąkolwiek.
O ile Sammy wykazał się faktyczną wiedzą z zakresu znajomości przetrwania, tak niestety trafił na nierównego sobie przeciwnika. Wspominał, że nigdy nie widział tak wielkiej płachty i tylu śledzi, ale sprawa wyjaśniła się, kiedy wyszło na jaw, że to Lilian był odpowiedzialny za zakup.
— Nie będę spać w byle czym — tłumaczył się, ignorując zmagania swoich towarzyszy. Sam odpoczywał na suchym pniu drzewa nieopodal.
Po dłużej chwili walki z namiotem i czasem (było ciemno), wreszcie coś, co miało przypominać rysunek z instrukcji obsługi, stanęło na równym gruncie. Mogli wreszcie wejść do środka i rozłożyć swoje rzeczy. Lilian robił to najdłużej, skrupulatnie znosząc wszystkie walizki do środka. Przy okazji zajął najwięcej miejsca (miał do tego prawo, bo gdyby nie on, powtarzał, spaliby pod gołym niebem).
Na miejsce rozwiązanego problemu, niestety szybko pojawił się kolejny. Ogień. Sammy podjął próbę rozpalenia ogniska, ale zapalniczka Vaerila zamokła podczas przenoszenia mokrych kajaków z wody na ląd.
— Gdyby był tu Alex, podpaliłby to drewno w mgnieniu oka — mruknął Nikolai, obserwując ich marne zmagania.
— Gdyby był tu Asher, w ogóle byśmy się nie zgubili. I nie musiałbym wiosłować — dodał Lilian.
— Gdyby był tu Janek, zaopiekowałby się nami wszystkimi… — Sammy westchnął nad paleniskiem.
— Gdyby był tu Soren… właściwie nic by się nie zmieniło. Tylko faktycznie musiałbym wyrzucić ten płyn.
— A czy jedną z trzynastu funkcji nie jest przypadkiem łatwopalność? — podłapał Lilian.
Vaeril głośno westchnął. Chyba własne wstrzymał krzyk rozpaczy.
— Poszukajmy czegoś na rozpałkę — zaproponował Sammy. Nikolai doceniał młodego lekarza za niełatwą próbę podtrzymania ich ekipy w ryzach. Wspólnie więc zagłębili się pomiędzy szumiące wierzby. Witki smagały po twarzy i ramionach, zostawiając po sobie chłód i płynący z bycia na obcym lądzie dreszcz niepewności.
Niespodziewanie Lilian zatrzymał się, rozejrzał, obejrzał za siebie i zapytał:
— Czy wy też słyszycie ten dzwon?
— Dzwon? — Nikolai uniósł brwi. — Dzwoni, to ci we łbie.
— Riposta bystra jak twój chłopak.
— Ta? Mój przynajmniej jeszcze nie osiwiał. A to nie świadczy o tobie zbyt dobrze.
— Ej, wiesz jak trudno dbać o takie włosy? — wtrącił Vaeril z defensywą. — Nawet trzynaście produktów nie wystarcza…
— No, ty na pewno nie wiesz — odpalił Lilian. — Chociaż Asher pewnie też nie…
Kłótnie, choć równie dobrze można byłoby ją nazwać standardową wymianą zdań, przerwał niespodziewanie huk dzwonu. Echo odbiło się pomiędzy pniami drzew i ogarnęło całą wyspę. Młodzi mężczyźni obejrzeli się za siebie.
— Zapraszam do mojej głowy. — Lilian posłał pełne triumfu spojrzenie Nikolaiowi. — Przeproś, inaczej śpisz na dworze.
— Przełóżmy tę rozmowę na później — błagał Sammy, próbując zdusić kolejną sprzeczkę w zarodku. — Wydaje mi się, że na opuszczonej wyspie dzwony nie oznaczają niczego dobrego.
— Myślę, że Sammy ma rację — poparł przyjaciela Vaeril. — Lepiej wracajmy, bo i tak żaden z nas nie umie rozpalić ogniska. Nawet z rozpałką.
— Ja umiem. Ale też nie takie — mruknął Lilian. — A dzięki waszej wspaniałej decyzji, nie będę mógł skorzystać z tej wspaniałej umiejętności.
— Alex to genashi ognia. Jestem pewien, że płonie mocniej.
— Czy to znaczy, że wypala się szybciej?
Nim zauważyli, Sammy i Vaeril oddalili się, kierując się ponownie w stronę obozowiska. Ta dwójka zdecydowanie miała dość tych bezsensownych przepychanek. Woleli posiedzieć przy namiocie, choćby w ciemności, niż głupio narażać się na zabłądzenie wśród wijących się wokół wierzbowych witek. Wszystkie drzewa wyglądały niemal identycznie — utracenie z pola widzenia odpowiedniej drogi zdawało się więc być realnym zagrożeniem, a żaden z młodych mężczyzn nie miał ochoty błądzić nocą wśród zarośli. Szczególnie, że tajemniczy dzwon przestał dzwonić wyłącznie w głowie Liliana. Teraz słyszeli go wszyscy – głośno i wyraźnie. Zdawać by się mogło, że jego rytmicznie brzmienie pochłaniało całą wyspę, nie pozostawiając szans na ucieczkę od hałasu.
Powrócili w okolice namiotu, gdzie rozsiedli się na przerzedzonej kupkami piachu trawie. Przez chwilę rozważali, czy na pewno chcą pozostać przez całą noc na wyspie. Pojawił się nowy pomysł, aby wrócić do kajaków i spróbować popłynąć wraz z nurtem w nieznane — istniała realna szansa, że przecież uda im się gdzieś bezpiecznie dotrzeć. Szybko jednak odrzucili tę ideę w obawie, że w ciemności mogą rozdzielić się albo trafić na wystające kamienie, korzenie czy konary drzew. Wywrócony kajak i zimna kąpiel w nieprzeniknionym mroku nocy była ostatnim, czego teraz potrzebują. Ostatnim, czego mogli właściwie doświadczyć w swoim życiu w ogóle. Wspólnie podjęli decyzję, że pozostaną na wyspie do świtu, a wraz z pierwszymi promieniami słońca wyruszą w dalszą podróż. Wierzyli, że pewnie wcale nie są daleko od najbliższej cywilizacji. Rozbrzmiewające wokół dzwony to potwierdzały — gdzieś w okolicy musieli znajdować się ludzie. Rano zdecydowanie uda im się ich odnaleźć.
— Może to nie jest dobry moment, aby się do tego przyznać — podjął nieśmiało Nikolai, kiedy tylko udało im się uzgodnić dalszy plan działania. — Ale pamiętacie, że jestem czarodziejem? Tak właściwie, to mogę nam wyczarować ognisko.
— A nie mogłeś przypomnieć sobie tego, załóżmy, jakieś dwie godziny temu? — rzucił mu z wyrzutem Lilian. — Co to za kłopoty z pamięcią? Zaawansowana demencja w tak młodym wieku? To się leczy.
— Może gdybyś nie zajął całego miejsca w kajaku, to przypomniałbym sobie wcześniej. — Wzruszył ramionami czarodziej. — Każdemu może wypaść coś z głowy. Szczególnie, gdy ma się tak wiele talentów, którymi można się pochwalić.
Nim kolejna sprzeczka eskalowała, Vaeril wyprosił, aby Nikolai zrobił swoje magiczne czary-mary i wykrzesał dla nich ogień. Czując się niczym łaskawy i dobroduszny Prometeusz, czarodziej wyprostował się, przygotował z pozbieranych na brzegu patyków i suchej trawy niewielkie palenisko, a następnie pstryknięciem palców wywołał kilka iskier, od których ognisko zapłonęło. Okolica wokół namiotu wreszcie nabrała ciepłych barw.
— Nie miejmy więcej wątpliwości, kto lepiej rozpala. — Nikolai puścił Lilianowi oczko. Podpierając się ramionami o piach, przysiadł się bliżej ognia, ciesząc się jego ciepłem i znajomych zapachem spalenizny.
Pozostali wkrótce zajęli miejsce wokół niego. Atmosfera wreszcie się uspokoiła i zaczęła przypominać faktyczny przyjemny wypad z przyjaciółmi pod namiot. Młodzi mężczyźni rozluźnili się, wyciągnęli prowiant oraz alkohol, aby w akompaniamencie przyjemnej rozmowy (o chłopakach) spędzić ostatnie chwile, nim udadzą się spać.
Nawet dudniący za ich plecami dzwon zdawał się być bardziej odległy, mniej przerażający.
Najedli, napili się i wreszcie postanowili wykorzystać złożony z trudem namiot. Położyli się w nim między walizkami Liliana. Niektórzy szybko zaczęli narzekać, że jest im niewygodnie, że woleliby spać teraz w ramionach kogoś innego. Nie mogąc jednak nic na to począć ani poprawić marnych obozowych warunków, ostatecznie udało im się zasnąć.
Pobudka, jak to też zwykle bywa podczas nocowania w namiocie, wcale nie była przyjemna. Nieprzepuszczalny materiał, zgodnie z obietnicą producenta, nie przypuszczał niczego — nawet odrobiny świeżego powietrza. Wewnątrz panował nieubłagany zaduch. Młodzi mężczyźni właściwie już obudzili się z bólem głowy i nadzieją, że więcej nie będa musieli tego powtarzać.
Nikolaia bolały plecy od nocy spędzonej na cienkiej karimacie. Czuł każdą z obolałych kości, wstał pokrzywiony i niewyspany bardziej, niż kładł się spać. Wybawieniem okazało się uchylenie suwaka i wpuszczenie do środka namiotu świeżego powietrza.
Przyjemny powiew i chłód poranka wkrótce rozbudził pozostałych obozowiczów. Wstali oni jednak w równie kiepskim stanie, co Nikolai.
— Przypomnijcie mi, żebym następnym razem, gdy którykolwiek z was zaproponuje podobny wyjazd, odmówił — powiedział Lilian na przywitanie. Jedną ręką poprawiał włosy, drugą trzymał małe lusterko, w którym aktualnie się przeglądał. — W tamtej walizce mam krem pod oczy. Vaerilu, podasz mi go?
Elf jęknął, podnosząc się ze śpiwora. Spełnił jednak prośbę przyjaciela, wygrzebując spomiędzy wielu kosmetyków ten odpowiedni. Właściwie całą tę walizkę po przegi wypełniały wszelkiego rodzaju produkty z kategorii pielęgnacja. Stanowiły one absolutny kontrast do płynu 13w1, który Vaeril i Sammy wzięli jeden, tak na spółkę.
Głodni, wyżuci z życia, niewyspani i narzekający na brak bieżącej wody (choć wokół znajdowała się rzeka), wyszli na zewnątrz. Rozejrzeli się wokół z dziwnym wrażeniem, że coś się zmieniło. Pierwszy różnicę spostrzegł Sammy.
— Czy nie wydaje wam się, że brzeg jest bliżej namiotu?
Miał rację. Woda sięgała miejsca, w którym jeszcze wczoraj rozpalili ognisko. Wszystko wskazywało na to, że przez noc poziom rzeki się podniósł i teraz niebezpiecznie zbliżał się do ich namiotu. Wokół niego rosły gęste kępy trawy, a cały krajobraz nie przypominał niczego, co młodzi mężczyźni pamiętali z poprzedniego wieczoru.
Najdziwniejsze wydawały się jednak wyżłobienia w piachu. Nikolai zauważył je w okolicach namiotu, a jego instynkt od razu krzyczał, że tajemnicze dziury nie oznaczają niczego dobrego.
— Lilian, pakuj te swoje graty na kajak! Zbieramy się stąd.
Okazało się to wcale niełatwym zadaniem. Oczywiście wszyscy zrozumieli powagę sytuacji i zaczęli się pospiesznie szykować do odpłynięcia z wyspy, lecz szybko przekonali się, że wcale nie będzie to łatwe.
— Kajaki są pełne wody — jęknął Sammy, zaglądając do łódek. Wkrótce z przerażeniem odkryli, że znajdują się w nich dziury.
Gdzieś w oddali słychać było dudnienie dzwonu.
— Jak to się w ogóle mogło stać? — Vaeril za wszelką cenę starał się odkryć sekret podziurawionych kajaków. Przyglądał im się z każdej strony. Nadaremno — nic wokół nie wyglądało tak, jakby mogło zagrażać łódkom. Wszystko wskazywało na to, że dziury ktoś zrobił celowo.
— Tak czułem, że ten wypad pod namiot to beznadziejny pomysł! — żalił się Lilian, załamując ręce i siadając na jednej ze swoich walizek. — Przysięgam, że jeśli jeszcze kiedyś będę miał ochotę się z wami spotkać, to tylko w cywilizowanych warunkach.
— Może przepłyniemy rzekę wpław? — Sammy stanął na brzegu. — Nie jest tak daleko, widać stąd drugi brzeg.
— To nie wchodzi w grę — odparł pospiesznie Vaeril, gdy tylko usłyszał pomysł swojego przyjaciela. — Nie umiem pływać. Nie ma szans, że w ogóle wejdę do wody.
— Czy przypadkiem wypad na kajaki nie był twoim pomysłem? — wypomniał mu Lilian. — Co tobą kierowało? Bo wątpię, że rozsądek.
Vaeril wzruszył ramionami.
— Czy to źle, że chciałem spędzić trochę czasu ze swoimi przyjaciółmi? — mówiąc to, zaplótł ręce na piersi. — Zresztą, gdybym zaproponował to, co lubię, na pewno byście się nie zgodzili.
— To, co lubisz, proponuj Sorenowi — wtrącił oschle Nikolai. Wyminął pozostałych mężczyzn i zaczął kręcić się wokół podziurawionych kajaków. Zastanawiał się, czy istnieje jakakolwiek szansa na ich naprawę.
— Przydałoby się jakiś wodoodporny materiał — zauważył Lilian, niespodziewanie dołączając do czarodzieja. — A później coś trwałego do załatania dziury.
— Materiał namiotu jest nieprzemakalny. — Sammy włączył się do rozmowy. — Można byłoby go wykorzystać.
— Mój nowy namiot? — Lilian uniósł brwi.
— Cóż, jeśli wolisz zamieszkać w nim na zawsze na tej wyspie, nikt nie będzie cię powstrzymywać — mruknął Vaeril, przewracając oczami.
Nim którykolwiek zdążył zareagować, tajemniczy dzwon rozbrzmiał tak głośno, jakby znajdował się tuż obok nich. Ich ciała zadrżały od potężnego dźwięku. Skulili się, nie mogąc znieść jego natężenia, i przycisnęli dłonie do uszu. Rozlegający się huk stawał się nie do wytrzymania. Nieprzychylna rzeczywistość nie pozostawiała najmniejszych złudzeń — musieli się wydostać. I to prędko.
Wraz z mrożącym krew w żyłach dudnieniem oczom młodzieńców ukazał się niecodzienny widok — rosnące w pobliżu wierzby zapadły się. Powoli, z początku niemal niezauważalnie, zaczęły osuwać się w dół, prosto do piaszczystego lejka, który w niewyjaśniony sposób pojawił się tuż pod nimi. Drzewa spłynęły do dziury gładko, niespiesznie, przechylając swe wijące się gałęzie w stronę stojących na brzegu młodych mężczyzn.
— Potnijcie ten namiot. — Lilian bez zastanowienia zmienił zdanie. — Stać mnie jeszcze na wiele takich.
Vaeril okazał się być przygotowany na taką ewentualność. Zawsze, jak przyznał, nosił ze sobą przenośne wielofunkcyjne cacko — scyzoryk, nożyczki, śrubokręt, korkociąg i wszystko inne, czego w danej chwili akurat potrzebujesz. Podobno to kompaktowe narzędzie bywało przydatne podczas zwiedzania urbexów.
— Nigdy nie wiecie, kiedy zaplątacie się w jakieś cholerstwo. W takich chwilach warto mieć ze sobą coś ostrego — tłumaczył elf, tnąc płachtę namiotu na mniejsze części. — Ale nie mówcie Sorenowi, że coś takiego czasem mi się zdarza.
Wkrótce na plaży leżały już rozdzielone fragmenty sztywnego materiału. Następnie, najściślej, jak tylko potrafili, owinęli nimi podziurawione dna kajaków. Nie mieli gwoździ ani niczego innego bardziej wytrzymałego, więc użyli szarej taśmy, którą zapakował Nikolai:
— To podstawa każdej konstrukcji i każdej wyprawy — mówił. — Bez szarej taśmy nie ruszam się z domu.
— Czy w drugiej kieszeni nosisz ze sobą też WD-40? — dopytywał Lilian, obserwując zmagania Nikolaia z płachtą i taśmą.
— A po cholerę, skoro Vaeril i Sammy wzięli ze sobą płyn 13w1?
Kilkanaście minut i zbliżających się dudnień dzwona później kajaki zostały zabezpieczone izolacyjnym materiałem. Wyglądały całkiem stabilnie — oczywiście, jak na ograniczone możliwości młodych mężczyzn.
— Musimy jednak utwardzić czymś dno — przypomniał rozsądnie Sammy. — Może spleciemy ze sobą witki? Mamy tu ich pod dostatkiem, a Janek nauczył mnie kiedyś pleść kosze. Mogę pokazać wam, jak się to robi!
Z braku lepszego rozwiązania, ścięli tyle elastycznych gałązek, ile zdołali unieść. Spieszyli się, choć żaden z nich nie potrafił właściwie podać żadnego sensownego wyjaśnienia ich niepokoju. Nie licząc niesłabnącego, rytmicznego pohukiwania dzwonu. Wzbudzał on w nich nieuzasadnione przerażenie. Im głośniej bił, tym młodzi mężczyźni bardziej ochoczo wsłuchiwali się w instrukcje Sammy’ego. Wkrótce (po upływie prawie godziny, może dwóch) udało im się spleść ze sobą wystarczająco witek, aby uzupełnić nimi braki w podłożach kajaków. Wprawdzie konstrukcja ta wyglądała niezbyt stabilnie — z powodu braku czasu i odpowiedniego skupienia drewniane przeplatanki były krzywe i niewarte zaufania, lecz po oklejeniu ich pozostałościami namiotu i szarą taśmą, spełniły swoje zadanie. A przynajmniej budziły nadzieję, że przetrwają kontakt z wodą.
Rzeka przybierała, jej nurt zdawał się pędzić szaleńczo i agresywnie obijać się o brzegi. Vaeril z niepokojem patrzył na kołyszącą się wodę. Z większym jednak niepokojem spoglądał na załatane przez nich kajaki. Sammy pokrzepiająco poklepał go po ramieniu.
— Dadzą radę — mówił. — A w razie komplikacji, zostało nam jeszcze trochę szarej taśmy.
— Pocieszające.
Słońce znajdowało się już dość wysoko. Praca nad kajakami trwała cały poranek. Cała czwórka była wyczerpana, głodna i zestresowana. Narzekanie jednak nie przynosiło żadnych korzyści, więc wszyscy zagryźli zęby i dokończyli budowę.
— Wodujmy te łajby — zarządził wreszcie Lilian i niczym prawdziwy kapitan, oparł jedną z nóg o kajak.
Nie mieli czasu, aby zwlekać. Wkrótce obie łódki niepewnie kołysały się na wodzie. Choć dziury zasklepione zostały w sposób prowizoryczny (i naprawdę żałosny), dno nie nabierało wody. Oznaczało to sukces.
Zanim jednak zajęli miejsce w kajakach, musiała odbyć się typowa dla Nikolaia i Liliana kłótnia o walizki. Czarodziej upierał się, że zbyt duża ilość bagażu sprawi, że zatoną. Jego towarzysz argumenty te puszczał mimo uszu. Przypominając, że to dzięki niemu — a właściwie dzięki jego namiotowi — udało się ponownie postawić łódki na wodzie, uciął dyskusję. Walizki popłynęły z nimi.
Sammy i Vaeril nie sprzeczali się. Elf trochę niechętnie wsiadł do kajaku, mamrocząc coś o tym, że inaczej wyobrażał sobie swój koniec. Nie zdradzał jednak więcej szczegółów. Sammy usiadł bliżej dziury, ściskając w jednej dłoni wiosło, w drugiej szarą taśmę. Był w gotowości na ewentualne poprawki.
Wreszcie udało im się odpłynąć z tej przeklętej wyspy. Dzwon zabił po raz ostatni.
Wściekły nurt porwał kajaki. Nikolai jeszcze przez chwilę obserwował szumiące w oddali wierzby. Nie odrywał wzroku od kołyszących się na wietrze witek. Choć mogło mu się to jedynie zdawać, przysiągłby, że widział przemykające wśród nich cienie. Drobne, nikłe, niemal niezauważalne, ale jak najbardziej prawdziwe. Rozmyte sylwetki majaczące między gałęziami, które w milczeniu przyglądały się młodym mężczyznom nerwowo wiosłującym, byle tylko oddalić się od tego przeklętego miejsca.
Płynęli długo. Właściwie do wieczora. Powoli zaczynali tracić nadzieję na to, że jeszcze kiedykolwiek opuszczą swoje wodne więzienie. Rzeka wiła się, zakręcała, błądziła, nie dając najmniejszej szansy choćby na chwilę wytchnienia.
Aż wreszcie ujrzeli przed sobą Ziemię Obiecaną — a właściwie pomost ze znajomym logiem wypożyczalni kajaków. Ostatkiem sił przyspieszyli.
Niemal ucałowali zbawienny ląd. Zrobiliby to, gdyby nie krzywe spojrzenie pracownika wypożyczalni, który złapał się za głowę, kiedy tylko zobaczył stan, w jakim zostały mu zwrócone łódki.
— Czy wyście oszaleli?! Wiecie, ile naprawa tych kajaków będzie kosztować?!
Nie dał im najmniejszej wiary w to, że się zgubili. Z rozbawieniem tłumaczył, że rzeka nigdzie nie skręca, że nie posiada żadnej tajemniczej odnogi. A co najważniejsze — żadna wierzbowa wyspa nie istnieje. Pracownik bezceremonialnie wyśmiał czwórkę wyczerpanych mężczyzn.
— Popiliście dobrze, prawda? — prychał z rozbawienia. — Ale wciąż musicie zapłacić za szkody.
Nikolai wziął głęboki oddech. Poprawił zmierzwione wiatrem i wodą włosy.
— Stać mnie, aby wykupić cały ten twój żałosny przybytek — rzucił urażony. — Ale nic nie zwróci mi szkód, jakie ten wypad wywarł na mojej psychice.
Nigdy więcej nie wybrali się na wspólny wypad pod namiot. Poprzestali na kulturalnych spotkaniach w pobliskich kawiarniach. Okazało się, żeby dobrze się bawić, nie potrzebują niczego więcej, niż wina i aktualnych gorących ploteczek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz