11 września 2025

Od Virgila do Seymoura

To była jedna z tych alei sklepowych, do których Seymour pasował idealnie, a on już nieszczególnie. Przepych uważano za naturalny, ceny nie dziwiły, spacerowicze kroczyli z wdziękiem, postukując obcasami butów droższych od wynajmu niektórych mieszkań w stolicy. Seymour urodził się w tym świecie. Virgil przez większość swojego życia nawet nie patrzył w jego kierunku. Ale gdy byli razem, to przestawało mieć znaczenie – Vi nie czuł się jak intruz, a muzyk zawsze miał dla niego słowa uspokojenia, gdy wilkołakowi wydawało się, że każdy bogacz go ocenia. Bawili się, niepomni na otaczający ich świat.
Tylko teraz nie było z nim Seymoura, jedynie przerażenie trzymające go za gardło, ciągnące w stronę salonu jubilerskiego. Szeroka, przeszklona witryna zapraszała blaskiem licznych brylantów i kamieni szlachetnych, kusiła złotem i kunsztem wykonania biżuterii.
Niepewnie oraz cicho, Virgil wszedł do środka, wyglądając raczej na zagonionego do wnętrza jak wystraszone bydło niż dobrowolnie zainteresowanego lokalem klienta. Jasność salonu go przytłaczała – czuł się brudny, wyobcowany w tym wielkim pomieszczeniu rozświetlonym kryształowymi żyrandolami i strategicznie ustawionymi lampkami, by wyciągać najpiękniejsze błyski z biżuterii. Z niego światło wyciągało każdą skazę, każdą niepewność i strach spinający jego barki. Kolumny wyrzeźbione wedle antycznych, solmaryjskich stylów zdawały się bronić przystępu do reszty lokalu. Mahoniowe szafy przeszklone od przodu wcale nie zachęcały go do zajrzenia do środka, odkrycia diamentowych skarbów, rząd gablotek stanowiący ladę nie nęcił bogactwem ślubnych pierścionków. Nie, ten elegancki wystrój salonu dbał o to, by Vi na pewno wiedział, że nie jest u siebie.
Był prawie pewien, że zaraz zemdleje pod gablotką z kolią wartą więcej od jego rodzinnego dom.
— Dzień dobry, w czym mogę pomóc?
Niski, przetaczający się przez pomieszczenie głos jak echo przez kopalniany szyb wystraszył trochę wilkołaka. Za jedną z kolumn zdołał zniknąć krępy krasnolud, dlatego Vi go wpierw nie dojrzał. Jubiler mierzył w niego spojrzeniem ciemnych, lecz błyszczących bystrością oczu niczym powierzchnie dwóch wyszlifowanych, czarnych diamentów. Ubrany w schludny, prosty garnitur, jego prezencję wyszczególniały kolczyki zajmujące całą małżowinę uszną, pierścienie zdobiące duże dłonie i trzy grube warkocze zaplecione z siwiejącej brody. Czoło permanentnie przecinały głębokie zmarszczki skupienia.
— Dzień dobry. — Jego własny głos wydał mu się zbyt wysoki, piskliwy, jak drapanie paznokciem tablicy. Był po prostu fałszywy. Virgil odchrząknął, zebrał się w sobie, choć niewiele z jego nerwów zostało. — Chciałbym wycenić i sprzedać kolczyki — wypluł pospiesznie słowa, jakby te miały zaraz ugryźć go w język jadowitymi kłami.
Aż do tego dnia starał się nie myśleć o tej chwili, nie analizować jej, nie zastanawiać się dogłębnie nad tym, co musiał powiedzieć, inaczej stchórzyłby do reszty i nie zdobył tych pieniędzy. A gdy już owa chwila nadeszła, Vi odniósł wrażenie, że ona nie dzieje się naprawdę. Że to wszystko jest zbyt absurdalne i dołujące, by coś takiego mogło go jeszcze spotkać. Tak dobrze układało mu się z Seymourem, byli razem szczęśliwi, ale Eneasz właśnie uwielbiał niszczyć wszystko, co dobre i szczęśliwe, tak jak zniszczył go na koniec kursu rzeźbiarskiego. Umysł odpływał, zajmując miejsce gdzieś z boku. Stawał się biernym obserwatorem niedoli, która przecież nie go dosięgała. Usta poruszyły się ledwie moment temu, lecz Vi mógłby przysiąc, że to wcale nie on się odezwał.
Może właśnie dlatego, że było mu za dobrze, Eneasz musiał się pojawić. Przypomnieć mu, że w głębi jest on faktycznie niczym i wszystko, co ma, mu się nie należy.
— To niech pan pokaże te kolczyki — zachęcił jubiler, powątpiewająco lustrując zastygłego jak ten słup wilkołaka. Jego klienci byli raczej siłą szturmującą lokal z wysokimi wymaganiami, odziani w garnitury i żakiety, a te trzęsące się cztery patyki na krzyż wyglądały co najmniej na zagubione. Ale marka to marka, dobre imię należało utrzymać przed każdym.
Vi zarejestrował fakt sięgania do torby drżącymi rękami, odnotował w myślach, że niewielkie, aksamitne pudełeczko prawie wyleciało ze zdrętwiałych palców. Wciąż próbował pojąć, że to on kurczowo ściska w dłoniach prezent na swoje pierwsze urodziny spędzone z Seymourem. Świat wydawał się płynny, uformowany złudnie na podobieństwo rzeczywistości koszmar, z którego nie dało się wybudzić.
Aksamit koił zlodowaciałą stresem skórę i tylko mocniej dobiło to Vi. Pamiętał doskonale tamten lot na dywanie pod gwiazdami, łobuzerski uśmiech Seymoura, gdy wydobywał z kieszeni prezent, ciepło jego ciała wtulonego w niego. Pamiętał wszystko z tamtej chwili i przy podawaniu pudełeczka jubilerowi czuł się, jakby oddawał cząstkę siebie.
Krasnolud wydobył z miękkiego wnętrza kolczyki, fachowym okiem ocenił je przelotnie, nim sięgnął do kieszeni spodni, a w jego dłoni pojawiła się lupa jubilerska. Lupa z pewnością na miarę znawcy, konkurująca raczej o miano miniaturowego mikroskopu, bo wystarczyło naciśnięcie z boku guziczka, by drobiazg rozwinął się niczym kwiat o poranku, prezentując różne przekładnie, powiększenia, dwa źródła światła – białe oraz ultrafioletowe – i inne skomplikowane funkcje, dla których Virgil nie znał nazwy. Mężczyzna przyłożył urządzenie do prawego oka, metal doskonale wpasował się między jego łukiem brwiowym a dołem oka, jakby był nieodłącznym elementem ciała, i jubiler przystąpił do dokładniejszych oględzin.
Wykonywał swoje zadanie bez pojęcia, ile kolczyki znaczyły dla Vi, wilkołak nie mógł go o nic winić. Mimo to coś skręcało się boleśnie we wnętrzu od patrzenia, jak ktoś traktuje jego ulubioną biżuterię tak… zwyczajnie. Przekłada ją w dłoniach bez uśmiechania się na śliczny, fioletowy błysk kamienia, nie patrzy ciepłym spojrzeniem na pracę ukochanych dłoń. To w końcu tylko biżuteria dobrze znana krasnoludowi z jego codzienności. Lecz dla Virgila jubiler właśnie wybebeszał jego wspomnienia, najbardziej prywatne chwile, które Vi dzielił wyłącznie z Seymourem. Pocierał kciukiem o miękką krawędź metalu, oceniając wyjątkowość tamtej gwieździstej nocy, dumał nad głębokim fioletem, wsłuchując się w słowa melodii o latającym dywanie i próbował dojść, czy głos muzyka brzmi wystarczająco czysto. Bez sentymentu, bez miłego uczucia wzbierającego w piersi przy każdym przejrzeniu się w lustrze. Vi odwrócił wzrok, gotów wyrwać zaraz kolczyki jubilerowi, krzyknąć, że nigdy nie zrozumie on ich wartości i uciec, bo to wszystko było zbyt trudne do przełknięcia.
— Prawdziwy beryl? — zapytał jubiler, unosząc na niego spojrzenie znad biżuterii.
Wilkołak skinął sztywno głową, jakby jego ciało było zardzewiałym mechanizmem z nienaoliwionymi złączeniami. Tak po prawdzie to nigdy nie pytał dokładnie Seymoura o materiały, z których robił biżuterię, ale Seymour był Silverthornem. Wnioski nasuwały się same.
Przyjąwszy odpowiedź, jubiler oglądał jeszcze przez chwilę kolczyki, zerknął na charakterystyczny grawer – ciernisty krąg. I wtedy coś się zmieniło. Dziwne politowanie przebiegło po twarzy krasnoluda, a biżuteria kompletnie straciła jego uwagę. Odłożył kolczyki do pudełeczka, swoją lupę zaczął przecierać wyciągniętą z wnętrza marynarki chusteczką. Nie odezwał się, póki nie skończył i nie odłożył wszystkiego na szklaną gablotkę, nie oparł się o nią dłońmi.
— Ile za nie pan chce?
— Pół miliona — odpowiedział Vi z całą pewnością, której nie czuł. Kolczyki nie były warte pół miliona – były bezcenne tak jak każde wspomnienie z Seymourem.
Właśnie wycenił część uczucia ukochanego czarodzieja na pół miliona. Było mu niedobrze z samym sobą.
Jubiler przyjął ze spokojem ofertę, postukał palcem w szkło pod swoją dłonią, przeciągając pełne napięcia milczenie. Vi zaciskał dłonie na pasku torby, aż mu kłykcie pobielały. Chciał już zwyczajnie stąd wyjść, zwymiotować własny wstyd podchodzący mu pod gardło kwaśną gulą.
— Jak dla mnie — podjął jubiler, patrząc nieco z ukosa na wilkołaka, rezerwa wyraźnie odbijała się w jego oczach — kolczyki są warte góra trzydzieści tysięcy. Dobra biżuteria, ale nic więcej.
Wpierw Virgil się nie poruszył. Wchłaniał powoli to, co zostało do niego powiedziane, jakby jego umysł musiał nasiąknąć słowami krasnoluda. Trzydzieści tysięcy. Eneasz nie przyjmie tyle za swoje milczenie. Trzydzieści. Tysięcy. Vi dość oględnie wiedział o rzeczach wytwarzanych przez rodzinę Seymoura i ich wartości, ale wyspecjalizowana wiedza nie była mu potrzeba, by stwierdzić, że stary ród czarodziejów nie dorobił się sławy oraz posiadłości poprzez robienie zaklętych kolczyków za trzydzieści tysięcy.
Vi zacisnął szczękę. Momentalnie rozbolało go pół twarzy.
— Nie — powiedział w miarę spokojnie, czując, jak zmęczenie, presja, tajemnica, strach oraz frustracja przeobrażają się w niski, wilczy warkot, desperacki po zagonieniu zwierzęcia w kozi róg. — To nie jest możliwe.
Jubiler westchnął ciężko. Dla niego rozmowa była skończona.
— Jestem w fachu od czterdziestu lat, wiem…
— Nie — przerwał mu stanowczo Virgil. Krasnolud zmarszczył brwi w niezadowoleniu, ale wilkołak pozostał nieugięty. — Przyjrzał się pan symbolowi od strony ucha dobrze?
— Przyjrzałem się — burknął mężczyzna. — Ale nikt z autentyczną biżuterią Silverthornów nie potrzebuje jej wyceny. Coś takiego nie krąży swobodnie po rynku, bo i oni już tego zwyczajnie nie robią dla rynku. Jak pan to znalazł przypadkiem na strychu u babci, to mogę tylko tyle powiedzieć, że to podróbka, choć dobrze zrobiona.
Wilk kłapnął zębami, dociśnięty zupełnie do muru.
— Pan spojrzy jeszcze raz — odparł Vi, perfekcyjnie naśladując mocny ton Seymoura, gdy wygrażał on wszystkim istniejącym złamasom. — Uważniej. I przepuści je przez skaner magii. — Obruszenie widoczne w każdej zmarszczce na twarzy jubilera zreflektowało nieco wilkołaka. Spuścił przelotnie wzrok, splótł dłonie przed sobą. — Proszę.
Pokorny szacunek wobec specjalisty przypadł krasnoludowi bardziej do gustu. Mężczyzna trochę poburczał, trochę powzdychał, w końcu zgodził się, poniekąd ze względu na sentyment do wielkich geniuszy rzemiosła. Zabrał kolczyki na zaplecze, by przyjrzeć im się na prośbę klienta, a gdy zniknął z pola widzenia, Virgil wypuścił głośno powietrze, nieświadomy, że je w ogóle wstrzymywał.
Cała nadzieja mogła legnąć w gruzach tu i teraz. Kolczyki były jego jedynym sposobem na zdobycie pieniędzy. Jeśli nie dostałby za nie wystarczającej sumy, to… To Eneasz kazałby mu skamleć na kolanach o te zdjęcia. Upodliłby go w sposób, którego nie miał czasu wykorzystać na studiach, cieszył się bezradnością, w którą go wpędził. A potem i tak zażądałby pieniędzy. Vi przetarł twarz trzęsącą się dłonią, próbując się uspokoić.
Da radę. Zapłaci Eneaszowi. Zajmie się wszystkim. Zajmie się Seymourem. Spalenizna ciągnąca się za Eneaszem nie dosięgnie jego drogiego czarodzieja, a on prędzej czy później zdoła spojrzeć na siebie w lustrze, nie myśląc o tym, że wycenił coś pozbawionego ceny.
Oczekiwanie się przedłużało, Virgil próbował nie rzucać się po pomieszczeniu niczym zamknięte w klatce zwierzę. Jego wzrok przesuwał się po złocie i srebrze w gablotkach, lecz zdawał się nie dostrzegać niczego, jedynie własną, wewnętrzną rozpacz. W końcu czuły słuch wychwycił poruszenie na zapleczu, mocne kroki krasnoluda zmierzającego z powrotem do niego. Oblicze jubilera wyraźnie się zmieniło. Fachowa, obojętna maska opadła nieco, zdębienie ściągało rysy mężczyzny w pełen szoku, wręcz zgłupienia wyraz. Przelotnie spojrzał na wilkołaka i pospiesznie otrząsnął się ze swojego stanu, choć niedowierzanie wciąż tkwiło w jego oczach jak połyskujący kamień osadzony głęboko w ścianie jaskini.
— Istnieje możliwość, że mogłem niedoszacować wartości… — wytłumaczył się ostrożnie, kładąc na gablotce pudełeczko.
Vi ugryzł się w język, by nie rzucić niemiłym komentarzem. Przynajmniej jubiler brał go wreszcie na poważnie.
— Ale pół miliona nadal nie dam — odpowiedział wtem krasnolud, stawiając między sobą a Virgilem chłodny mur profesjonalizmu.
— Co? — wykrztusił wilkołak. — To ile?
Krasnolud pociągnął po kolei za każdy warkocz ze swojej brody, spoglądając na kolczyki. Obojętna kalkulacja wydawała się całkowicie wiarygodna.
— Trzysta tysięcy.
— Czterysta pięćdziesiąt — odbił błyskawicznie Vi, choć kosztowało go to wszystko, by wydusić z siebie stanowczy głos, gdy jedyne, czego chciał, to się w tym momencie rozpłakać i przytulić do Seymoura.
Jubiler zmrużył oczy.
— Trzysta pięćdziesiąt.
— Czterysta pięćdziesiąt. — Wilkołak trwał przy swoim, bliski błagania, by mężczyzna przestał dalej rzucać ceny.
— Czterysta. To naprawdę dobre pieniądze za te kolczyki.
Żadne pieniądze nie były za nie dobre. Ale jeśli jeszcze przez sekundę Virgil miałby udowadniać, że część serca Seymoura może zostać tak po prostu wytargowana, to by się rozpadł do reszty. Wziął głęboki, drżący oddech. Powiedział cicho:
— Czterysta tysięcy.
Tyle powinno wystarczyć. Eneasz i tak zdecydowanie prosił o za wiele, jednak Vi już nie dbał o to. Sprzedał wspomnienie, kawałek uczucia, własną szczerość. Ale przynajmniej miał szanse zapewnić Seymourowi bezpieczeństwo, a to było ważniejsze od wszystkiego.
Uśmiech krasnoluda był nieco zbyt szeroki.
— Przygotuję umowę.
Vi wypełnił rubryczki umowy, od razu zapominając, co właśnie napisał. Cały koniec wizyty u jubilera dokładnie tak wyglądał, jak gdyby Virgil przeżył go w jakimś transie. Był papier. Był jubiler zerkający wyczekująco na biżuterię. Była wyciągnięta w jego stronę dłoń, którą uścisnął z nawyku, chociaż szczerze nie miał pojęcia, co właśnie zrobił takiego wartego uścisku. Były kolczyki znikające na zawsze pod aksamitem pudełeczka. Piękne wspomnienie naznaczone krechą sadzy. A potem salon przepadł i Virgil nagle stał sam na chodniku, obojętny na podmuchy wieczornego wiatru bijące go w twarz.
Nigdy więcej nie zobaczy kolczyków, nie poczuje ich wspierającej siły przy rzeźbieniu, tak jakby to sam Seymour rozmasowywał obolałe ramiona, zachęcał go do dalszej pracy. Były czarodziej nie odgarnie jego loków, nie ucałuje go tuż przy uchu, mówiąc, jak ślicznie mu w tym fiolecie. Nigdy więcej Seymour nie będzie wiedział, ile znaczyło dla niego to, że muzyk się przełamał, wszedł do Kuźni i stworzył niepowtarzalny prezent.
Vi odszedł za róg budynku, by jubiler nie musiał oglądać, jak wilkołak cały okropnie drży i zagryza wargi, żeby nikt go nie usłyszał.


Noc ciężkim woalem ciemności spowijała skwerek wokół niego. Obdarta z gwiazd i księżyca, nieprzenikniona i lepka niby ropa. Vi znał ten skwerek, tę ławkę, nad którą migotała stara latarnia. Przesiadywał tutaj nieraz z Eneaszem, gdy byli ze sobą na studiach, bo po przeciwnej stronie genashi miał swoje mieszkanie. Kolejna zagrywka, kolejne przypomnienie, że nic wilkołak nie znaczy. Tak jak wtedy, tak i teraz.
Z mroku wyłoniła się powoli postać, choć jej ciemne kontury słabo odznaczały się na tle nocy. Eneasz rzucił pod nogi papierosa, zgniótł go butem, usiadł zdecydowanie za blisko jak na komfort Vi. Wilkołak jednak nie zamierzał dać mu satysfakcji i się odsunąć. Już wystarczająco długo trzymał ogon między nogami.
Wykonał parę kliknięć w telefonie, wpisał kod w aplikacji banku. Tyle mu pozostało po kolczykach Seymoura – historia wypłat na koncie. Wciąż nie potrafił pojąć, jak coś tak niezwykłego dla niego mogło zostać sprowadzone do czegoś tak nijakiego.
— Wysłałem ostatni przelew — odezwał się cicho, kryjąc zmęczone oczy za grzywką. — Ostatnie sto.
Eneasz zaśmiał się cicho, jadowicie.
— Czyli o sto za mało. Seymour za ciebie nie policzył?
— Nie dostaniesz więcej — warknął wilkołak przez samą wzmiankę o muzyku. Eneasz nie miał prawa nawet wypowiadać jego imienia. — Ani ode mnie, ani od dziennikarzy.
Coś błysnęło w złotym spojrzeniu. Coś jak drwiący podziw dla jego mocnych słów.
— Chyba mógłbym nawet polubić tę nową wersję ciebie — odparł na granicy pomruku, wyciągając dłoń, by oprzeć je o wilczę kolano.
— Nie dotykaj mnie — syknął Virgil i odtrącił rękę mężczyzny.
Bolesny, zaskoczony krzyk wyrwał się z gardła, gdy tylko się dotknęli. Vi zabrał prędko dłoń, przyjrzał się wykwitającemu oparzeniu na jej wierzchu. Nie było duże, lecz zdecydowanie paliło jak diabli. Rzucił spojrzenie Eneaszowi, parszywie uśmiechniętemu. Na jego palcach błyszczały dwa srebrne pierścienie.
— Widzisz, Vi? — zamruczał. — Cokolwiek nie zrobisz, i tak jesteś przegrany w konfrontacji ze mną, mniej lub bardziej.
Virgil przemilczał to, jak bardzo skończony byłby Eneasz, gdyby tylko Seymour dowiedział się o wszystkim. Przemilczał wbrew wszystkiemu, co w nim krzyczało i wołało w potrzebie imię czarodzieja.
— Obiecałeś, że usuniesz zdjęcia — powiedział miast tego, ochronnie przyciskając drugą dłoń do oparzenia.
Eneasz dał sobie rozkoszną chwilę podziwiania Vi w desperacji, zanim wyciągnął telefon, pokazał mu ekran. Przeszedł do galerii, gdzie trzymał cały album z jego i Seymoura zdjęciami. Miał ich dwieście, niektóre różniące się ledwie sekundą, lecz idealnie obrazujące zażyłość ich dwójki. Virgil najchętniej wyrwałby Eneaszowi telefon i roztrzaskał go o ziemię.
— I po krzyku — odparł genashi, przenosząc wszystko do kosza, dodatkowo go opróżniając. — Teraz widzę doskonale, jak bardzo kochasz Seymoura.
Ale Vi go już nie słuchał. Przed oczami miał tylko ten album, zdjęcia zrobione z ukrycia. I dołującą go świadomość, że wcale nie zrobiło mu się lepiej po zobaczeniu, jak Eneasz usuwa dowód swojego szpiegostwa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz