Stał na korytarzu, przestępował z nogi na nogę. Nie mógł ustać w miejscu, a już na pewno siedzieć. Dłonie mu się trzęsły, oddychał płytko, gdyby nie podkład, byłby blady jak ściana. Poprawił kołnierz białej koszuli, odchrząknął cicho.
To był ten dzień.
Dzisiaj debiutował.
W końcu minęło te kilka miesięcy. Prawie codziennie chodził do wytwórni, ciężko ćwiczył, zamieścił w albumie kilka piosenek, potem pomógł przy projekcie okładki, potem wziął udział w sesji zdjęciowej, potem był teledysk, ogarnianie strojów, przygotowania, próby, a potem...
Wszystko sprowadziło się do jednego.
Biała jak świeży śnieg falbana zafalowała, gdy znów zawrócił, idąc tą samą ścieżką po raz n-ty. Gdyby to był piach, najprawdopodobniej do tego momentu wydeptałby głęboki rów. Czy się stresował? Oczywiście, że nie! To był tylko drugi debiut w jego wszystkich wcieleniach, nic wielkiego! To nie tak, że na widowni czekały setki osób, które zaraz zobaczą jego pierwszy ever występ jako Cherry Moon, na żywo w dodatku! Wcale nie będzie go nagrywać kilka kamer, wcale nie będzie to transmisja na żywo!
Wykonał kilka głębokich wdechów, próbując się uspokoić. Już raz przez coś podobnego przechodził jako BenJohn. To nie jego pierwsze rodeo. Poradzi sobie. Był Złotoskrzydłym Cheoryeonem Moonem, utalentowanym muzykiem, wschodzącą gwiazdą. Będzie dobrze. Będzie dobrze.
Miał ochotę się rozpłakać.
Z jednej strony strasznie się bał. Wystarczyłby jeden błąd, by pozostawić bliznę na swojej karierze. Początki były najważniejsze, pierwsze wrażenie musiał zrobić jak najlepsze.
Z drugiej strony tliła się malutka, acz czekająca na podpałkę iskierka entuzjazmu.
Odkąd dostał w tym wcieleniu pierwszą gitarę, nie potrafił w pełni odrzucić wizji ponownego debiutu. Nawet jeśli na co dzień zajmował się czymś zupełnie innym, nawet jeśli przez większość czasu nie było tego po nim widać, myśl o powrocie na scenę krążyła niczym kometa. Kiedyś sobie powtarzał, że nie mógł, nie powinien, musiał się skupić na czymś innym.
Teraz miał dogonić swoje największe marzenie, które już raz wypuścił z rąk.
— Na pewno pójdzie ci świetnie — usłyszał.
Poczuł dłoń na ramieniu. Przystanął, odwrócił się, żeby ujrzeć menedżera. Mężczyzna posyłał mu ciepły, pokrzepiający uśmiech, tak jak słowa zapewniający, że wszystko się powiedzie.
Muzyk przygryzł dolną wargę.
— Jeonghoon-nim
uprzejma końcówka dodawana do imienia, można to zinterpretować jako „panie Jeonghoonie”
, proszę, nie mów mi takich słów — zaczął — bo się rozpłaczę i trzeba będzie poprawiać makijaż.
— W takim razie trzymam kciuki za to, że rozwalisz scenę.
— To też ma pozytywne znaczenie.
— Serio? — zdziwił się. — Młodzież teraz wszystko rozumie na opak. Właśnie, twoja komórka chwilę burczała, więc postanowiłem ci ją przynieść.
Słysząc to, Cheoryeon uniósł brew. Przyjął do rąk urządzenie, odblokował ekran. Białe źrenice błysnęły mocniejszym światłem.
Dostał kilkanaście wiadomości od Suyeon. Kilka pierwszych mu kibicowało, reszta to były memy i inne śmieszne obrazki. Kotki, pieski, dziwne zbliżenia na Bingsu, rozmazane zdjęcia nich samych – była spora różnorodność. Wszystkie jednak wywołały dokładnie te same emocje u Złotoskrzydłego. Podniósł głowę, chwilę poruszał oczami, w końcu zamrugał parę razy. Jeszcze raz zerknął na wiadomości, po czym oddał komórkę Jeonghoonowi.
Ktoś zawołał jego imię, pospiesznie ruszył za głosem. Zatrzymał się przed wejściem za scenę, wziął głęboki wdech. Sprawdził działanie in-ear'ów, stylistka ostatni raz poprawiła mu grzywkę. Popatrzył w stronę schodów.
— Hwaiting!
koreańska przeróbka określenia „fighting”, używana jako taki motywator, oznacza mniej więcej „powodzenia”, „dasz radę”
— ktoś cicho zawołał.
Za nim powtórzyło kilka innych osób. Cheoryeon odwrócił się, spojrzał na obecnych przy nim członków staffu oraz menedżera.
— Hwaiting! — odparł, zaciskając niemocno dłonie w pięści.
Wszedł po schodach, z łatwością dotarł na środek jeszcze nieoświetlonej sceny. Nikt go nie widział, ale on za to mógł ujrzeć morze białych światełek. Tyle osób czekało na jego występ. Tyle par oczu szukało jego sylwetki.
Reflektory stopniowo się zapalały, aż oświetliły postać muzyka. Po sali rozniosła się fala krzyków, widownia zaczęła żywiołowo wymachiwać światełkami. Wielkie skupisko lampek za nim ujawniło granatowe tło z fioletowymi, ruchomymi wzorami.
Cherry Moon zbliżył mikrofon do ust, zebrał w sobie oddech.
Jego historia właśnie się rozpoczęła.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz