29 czerwca 2026

Od Dantego do Mishki

Z pokoju przesłuchań wyszli, bez wątpienia, z tarczą, w dumę ubrani jak w drugą skórę, z lekką peleryną krnąbrności przerzuconą przez ramię. Choć próbowano ich poniżyć, próbowano sprowadzić na ziemię i zmusić do uległości, ani Mishka, ani Dante na takie sponiewieranie nie pozwolili z jednego bardzo prostego powodu – pojęcie uległości w ogóle należało znać, żeby się poddać natrętnym policjantom. Ich wątpliwa znajomość słownika nie grała akurat tutaj roli.
Dante chwycił Mishkę pod ramię, a przynajmniej chwyciłby, gdyby nie przeklęte kajdanki wciąż ciążące mu na nadgarstkach. Zerknął wymownie w stronę podążającego za nimi cyklopa, ale ta pozbawiona ducha skała, która nazywała siebie chodzącym i żyjącym organizmem, miała bardzo obojętne zdanie o wygodzie syrena. Zatem Dante zadowolił się krótkim spacerkiem w ramię przy zielonym ramieniu sięgającym mu dużo wyżej od przeciętnego mieszkańca stolicy, zaznaczając wszem wobec, że choć ich duet był skuty, z pewnością nie był niegroźny.
Nie było kwestią dyskusji, czyj numer Dante właśnie wstukiwał w wysłużony, stacjonarny telefon, co odczuł na własnych przyciskach zbyt wiele dłoni niesłusznie złapanych obywateli. Numer ten syren podałby z pamięci w zupełnym, alkoholowym zamroczeniu, a jeśli przytomność by go zawiodła, breloczek z odpowiednimi danymi renomowanego pana doktora dyndał przy jego torbie jako nieodłączny jej element.
— Doktor Bashar Karim przy telefonie, słucham — odezwał się po drugiej stronie profesjonalny, doskonale znany głos, zaraz wywołujący na twarzy Dantego szeroki uśmiech.
— Panie doktorze, dzień dobry!
— Najdroższy? — Cudownym było słyszeć, jak ton mężczyzny momentalnie złagodniał. — Wszystko w porządku?
— Ależ oczywiście, jestem z dobrą przyjaciółką na mieście. Opowiadałem ci o Mishce, prawda? — Podstawił słuchawkę do elfiego ucha. — Myszunia, przywitaj się.
— Panie doktorze, dzień dobry!
— O, widzisz, dziewczyna się już nauczyła.
— Ta od demonstracji?
Oho, medyczny zmysł potrzebował ledwie wstępu do anamnezy, żeby podłapać trop możliwej diagnozy. Dante uśmiechnął się, w swoim mniemaniu, całkiem niewinnie.
— Dokładnie ta. Jedyna, niepowtarzalna, gotowa własną piersią bronić zagrożonego środowiska, Myszka. — Młoda elfka przyjacielsko szturchnęła go łokciem pod bok. — Świetnie się razem dzisiaj bawiliśmy, dopóki nie spotkaliśmy na naszej drodze bandy niszczycieli uśmiechów dzieci, którzy skonfiskowali mi między innymi telefon.
Jak na alarm, złota czupryna szarpnęła się w bok, do towarzystwa ciemnozielony kucyk zafalował i w niezwykle poważnym, wymownym geście obywatelskiej niezgody na haniebne traktowanie, ich dwójka pokazała język czekającemu niedaleko cyklopowi. Gdyby istniało jeszcze niebo, które mogłoby go wysłuchać, pan komendant z pewnością by spróbował do niego się odezwać, lecz po tym jednym przesłuchaniu zdążył on zużyć telefon do wszystkich bogów.
— Niemytych i brudnych, i okropnych, i poplutych! — prychnęła Mishka, z tym noskiem zadartym pod same chmury.
— Śmiało zakładam, że mówimy o policji.
— Prawdziwa zaraza tego świata. — Dante pokręcił głową.
— Śmierdząca i zakłamana, i wytentegesowana, i głupiolotna!
— Sam słyszałeś.
— Zatrzymali was.
— Kochanie, stawiałem im się, naprawdę — zamruczał obronnie syren, na palcu obkręcając sobie kabel telefonu. — Niestety liczebność ostatecznie przeważyła o naszym losie i zostaliśmy zmuszeni do przebywania w brutalnych warunkach. Mają szczęście, te ściśnięte mundurem balerony, że mi przypadkiem ciuchów nie podarli, bo mieliby dopiero problem.
Cichy, stłumiony śmiech pana doktora wpadł mu przyjemnie do ucha.
— Który komisariat?
— Ten, co zawsze.
— Mogę tam być za około dwie godziny — krótka pauza — może jedną.
— Moja Miłości, nie śmiałbym cię pospieszać ani stresować. My z Myszką sobie świetnie tutaj poradzimy do twojego przyjazdu, niezmiernie przeze mnie wyczekiwanego, oczywiście. — Puścił oczko do elfki, w tym samym momencie pokazując środkowy palec cyklopowi, którego potrzaskana cierpliwość przeżywała kolejny kryzys. — Posiedzimy, pogadamy kulturalnie…
— Nie wątpię, że wy sobie poradzicie — przerwał mu łagodnie Bashar, z uśmiechem pobrzmiewającym w słowach — ale nie jestem przekonany, czy to samo mogę powiedzieć o komisariacie. Nie zróbcie sobie krzywdy, Skarbie.
— Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. Panie doktorze, do zobaczenia.
— Pa-pa! — zawołała jeszcze Mishka do słuchawki.
Pan komendant bynajmniej nie wyglądał na zadowolonego faktem, że ten pan doktor zamierza stawić się na komisariacie, ale cóż, sam na siebie sprowadził ten los, Dante z Mishką byli przecież gotowi opuścić policyjne mury bez niczyjej opieki. Mimo to wizja pozbycia się ich dwójki była wystarczająco dobra, choć nie tak dobra, by zaprzestać swojego niesprawiedliwego okrucieństwa. Kajdanki tak, jak się wpijały w skórę, tak tam pozostały, komendanckie uszy zaś okazały się głuche na protesty, jakby mężczyzna im w ogóle nie ufał. Posadził ich w korytarzu, tuż przy biurku dyżurnego, pokaranego obszernym wykładem na temat pilnowania tej zielonej energii napędzanej morskim sztormem, po czym odszedł do swojego gabinetu, odprowadzany szczytem mimicznych obelg.
A potem zostali tylko oni, dyżurny i irytujące tykanie zegara.
— Dziękuję — odezwała się wtedy Mishka, stukając o siebie czubkami zaufanych butów, jakaś taka nagle przygarbiona, niepewna.
— Za co, Myszka?
— Że Bashar przyjedzie i nas odbierze. Gdyby nie on, no to…
Nie dokończyła, ale Dante i tak usłyszał niewypowiedzianą myśl. No to byłabym sama.
— Mysza, za nic nie dziękuj — parsknął pogodnie syren, gdy coś się w nim ścisnęło, w tym miejscu, w którym trzymałą całą tę pozbawioną rozsądku potrzebę do bronienia innych. — Razem w tym jesteśmy i razem z tego wyjdziemy. Bashar to bardzo dobry człowiek, najlepszy, jakiego znam. Jakby coś ci się w to twoje śliczne czółko stało, to by zaraz opatrzył. — Pstryknął ją delikatnie w owe czółko, zasłużenie dostając to samo w odpowiedzi.
Zaraz jednak, pod tym złotym chaosem robiącym za fabrykę wyłącznie genialnych pomysłów, urodził się jakiś nowy.
— A ty kogoś masz, Myszka? Albo na oku masz?
— Mam czy nie mam, co to za różnica, jak czasu ni mam, gospodarstwo przeta samo się nie utrzyma. — Wzruszyła szczupłymi ramionami.
— Ano może by się znalazł ktoś, kto razem z tobą tego czasu by ni miał — powtórzył po niej, w tym pozornie obojętnym tonie. — Byście sobie razem bez tego czasu o kury dbały, zioła zbierały, herbatę piły.
Elfka wydymała nieznacznie usta, zerknęła na niego kątem oka.
— A kto by się chciał bawić w te moje mishkowe przygody?
Śmiech wyrwał się z szerokiej piersi, gdy doskonale rozpoznał to spojrzenie, nieraz widziane w lustrze, gdy usłyszał ten głos, nieraz słyszany we wnętrzu własnej głowy. Aż nie mógł się nadziwić, ile czasu minęło – cała wręcz wieczność – od momentu zostawienia jednego i drugiego za sobą, zawiniętych w całun innego życia.
— Ja też długo myślałem, że nie ma nikogo, kto by moje dantejskie przygody wytrzymał — wytłumaczył, widząc lekko ściągnięte, zielone brwi starające się rozszyfrować syreni śmiech. — Bo za głośno, bo za dużo, bo za bardzo, zawsze za bardzo. I miałem to poczucie, że jestem ciężarem. — Zawiesił na moment głos, przyglądając się uważnie słuchającej go Mishce, tej Mishce, która z uśmiechem na twarzy wyliczała wszystkie gospodarcze obowiązki, bez jednego zająknięcia, że jest trudno, męcząco. — Ale prawda jest taka, że wcale nie jesteśmy ciężarem, Mishka. I nie musimy przepraszać za to, że jest nas wszędzie pełno. To jest nasz urok i nasza siła. A prosić o zrozumienie tego nikogo nie musisz. Właściwa osoba sama to zobaczy.
Jeszcze chwila zielonego spojrzenia, jakby zawisłego na słowach syrena, jeszcze chwila nieprzekonanej miny, w końcu Mishka kiwnęła lekko głową, pozwoliła sobie na cień uśmiechu. Nawet jeśli nie we wszystko mu wierzyła, to niewielkie ziarenko możliwości zostało zasiane, zaś tłumaczyć farmerce nie musiał, że takie ziarenka nie wykwitały szybko.
— No — rzucił cichcem, nachylając się nieco do spiczastego ucha — a teraz czas coś ze sobą zrobić.
— Ale co takiego?
Kieł błysnął w półuśmiechu, który nie zwiastował niczego dobrego.
— Pozwiedzać, póki Bashara nie ma. Może granatnik tu gdzieś mają?
— A co z nim? — Kiwnęła dyskretnie brodą na dyżurnego przyklejonego do swojego biurka i jakichś papierów.
— Potrzebujemy dywersji…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz