Kochany Anonimku!
Formularza dla nowych członków nie mamy, blog nie jest aż tak skomplikowany. Najlepiej dołącz najpierw do naszego Discorda - możesz tam spokojnie się rozejrzeć, poznać nas i zadać wszystkie nurtujące Cię pytania. Nie martw się przerwą od RP, chętnie pomożemy Ci się wdrożyć! <3

18 czerwca 2026

Od Merlina do Song Ana

— No teoretycznie znam — odparł Merlin, co było prawdą mniej więcej w tym samym stopniu, co stwierdzenie, że teoretycznie umie pływać, bo raz widział, jak ktoś to robił.
Przesunięcie kamienia nie mogło być przecież takie trudne. To w końcu była zwykła telekineza, czyli dokładnie to, czego jeszcze parę tygodni temu próbował nauczyć Song Ana nad nieszczęsną monetą i przypaloną kartką, więc skoro on sam telekinezę jako tako ogarniał, to zwykły kamień powinien podnieść bez większego problemu. Tak. Zwykły kamień. Wielkości średniej żaby, owszem, ale nie taki sporo większy od Falkora.
Merlin postanowił nie myśleć o tym, że ta jego telekineza najlepiej wychodziła mu wtedy, kiedy nie była nikomu potrzebna, a w sytuacjach kryzysowych miała tendencję do robienia rzeczy zupełnie innych, niż się od niej oczekiwało. Postanowił też nie myśleć o tornadzie z Uniwersytetu, o tym, jak skończyła się tamta historia, ani o tym, że jego magię trzeba było wtedy obezwładniać. Myślenie o takich rzeczach nigdy do niczego dobrego nie prowadziło, a poza tym było już serio późno i nie było czasu na rozkminy.
— Odsuń się trochę — powiedział, podwijając rękawy, jakby to cokolwiek miało zmienić. — I weź Śmieciarza na ręce, na wszelki wypadek.
— Na jaki wypadek? — spytał z zaciekawieniem Song An, biorąc szopa na ręce.
— No… na taki ogólny. Wszelki. Każdy jeden. Ale może będzie dobrze.
Song An posłał mu pogodny uśmiech.
— Jak my się za coś bierzemy, to zawsze jest dobrze.
W końcu tak, dodał w myślach Merlin, ale co po drodze…
Wyciągnął dłonie w stronę Żaby, przymknął oczy i skupił się tak mocno, jak tylko potrafił, czyli – jak sam podejrzewał –niezbyt. Poczuł, jak magia gromadzi się gdzieś w środku, ciepła i niecierpliwa, trochę jak Falkor tuż przed śniadaniem. Wyobraził sobie, że kamień delikatnie unosi się w powietrze, łagodnie i z gracją, niczym piórko, i przemieszcza spokojnie te kilkanaście metrów dzielących go od Wiekowego Drzewa.
Magia, rzecz jasna, miała na ten temat zupełnie inne zdanie.
Zamiast unieść się piórkowo i z gracją, kamień najpierw drgnął, potem zakołysał się, jakby próbował zdecydować, czy w ogóle ma ochotę współpracować, a następnie – i tu Merlin naprawdę nie miał pojęcia, w którym momencie coś poszło nie tak – dostał najprawdziwszych, żabich nóżek z pomocą których skoczył najprawdziwszym, żabim susem.
Re-re-kum-kum! — wydobyło się z kamiennej, żabiej gardzieli.
Kamienna Żaba wylądowała z hukiem, który strząsnął wodę z okolicznych krzaków, po czym, najwyraźniej zachęcona, skoczyła ponownie. I jeszcze raz. Skakała przez polanę dostojnie i z godnością, jak na damę jej wieku i tonażu przystało, miażdżąc po drodze jeden pieniek, jakąś paproć i – Merlin był prawie pewien – jego resztki jego nadziei na to, że ta akcja skończy się bez ofiar. Song An przyglądał się temu z otwartymi ustami, przyciskając Śmieciarza do piersi, a szop, zamiast w panice uciekać, śledził Żabę spojrzeniem paciorkowych oczu.
Po paru potężnych susach, Żaba wylądowała tuż u stóp Wiekowego Drzewa z mokrym o donośnym plask!
— Kto śmie… — zaczął gniewnie kasztanowiec, otwierając swoje świecące oczy — …kto śmie dobijać się do mnie o tej porze i jeszcze wjeżdżać mi na me korzenie?!
— Doprawdy — odparła Żaba, otrzepując z siebie mokre liście z miną damy, która właśnie wkroczyła na salony. — I to ma być powitanie? Sąsiadujemy ze sobą od kilku stuleci, a ty wciąż nie masz bladego pojęcia, jak należy przyjąć gościa.
Drzewo zaszumiało, kompletnie zbite z tropu.
— Gościa?! Ty sama tu przy… przyskoczyłaś! Na dodatek nieproszona, w środku nocy, w deszcz…!
— Właśnie dlatego — przerwała mu Żaba tonem nieznoszącym sprzeciwu. — Gość nieproszony jest tym bardziej gościem, że pojawia się wtedy, gdy gospodarz najmniej się go spodziewa. Obowiązkiem dobrze wychowanego gospodarza jest przyjąć go pod swe gałęzie, ugościć i nie robić scen. A ty co robisz? Scenę.
Stary potwór leśny, przywykły do tego, że na sam dźwięk jego głosu nawet wiewiórki dostają czkawki, najwyraźniej nie był przygotowany na to, że ktoś zamiast uciec, zamiast się przestraszyć, zamiast choćby grzecznie przeprosić, zacznie mu wytykać braki w manierach.
— Ja… — Drzewo zaszumiało, urwało, spróbowało jeszcze raz. — Posłuchaj, Żabo…
— Pani Żabo.
— …Pani Żabo. — Coś w głębi spękanej kory drgnęło, a gniewny grymas zaczął się powoli, bardzo niechętnie, rozluźniać. — Dobrze. Skoro już mowa o manierach…
I wtedy stało się coś, czego Merlin zupełnie się nie spodziewał. Wiekowe Drzewo wyprostowało konary, odchrząknęło z godnością starego arystokraty przyłapanego w szlafroku i z przesadną dwornością skłoniło gałęziami.
— Witaj zatem, dostojny gościu, pod moimi konarami — wyrecytowało tonem, w którym irytacja mieszała się z czymś zbliżonym do rozbawienia. — Czuj się jak u siebie. Kwiatami nie powitam, nie ta pora roku, ale osłony przed deszczem mam pod dostatkiem.
— O, proszę! — mruknęła Żaba, wyraźnie ułagodzona. — A nie mówiłam, że jak chcesz, to potrafisz? Początkowo myślałam, że jesteś po prostu gburem, a ty tylko wyszedłeś z wprawy.
— Przez długie wieki nikt mnie nie odwiedzał — przyznał kasztanowiec, coraz lepiej czując się widać w niespodziewanej sytuacji. — Możliwe, że wyszedłem z wprawy.
— Wiesz co — powiedział cicho Song An — chyba się polubili.
Merlin pokiwał głową. Nie powiedział nic, bo i jemu było dziwnie miło, a widok niecodziennej pary poruszył jakieś struny w jego sercu, związane z dawnym wspomnieniem, kiedy on był mały, a jego dziadkowie siedzieli i przekomarzali się na werandzie.
— …a, i jeszcze jedno — odezwał się nagle kasztanowiec, przerywając swój monolog o tym, że za jego czasów liście drzew opadały punktualnie. — Ci młodzieńcy. Czy to oni śmiecą?
— Nie my! — zawołał szybko Merlin, korzystając z okazji. — To znaczy, nie tylko nie my, ale w ogóle nie my! To koboldy roznoszą śmieci po lesie, ale już się tym zajęliśmy. Naprawdę! Mają je odnosić do kontenerów.
— Hm — mruknęło Wiekowe Drzewo, mrużąc zielonkawe oczy. — Koboldy… To brzmi prawdopodobnie. Je też często widuję, bez przerwy gdzieś biegają…
Żaba, najwyraźniej uznawszy, że formalności mają już za sobą, odchrząknęła z głębi swojego kamiennego wnętrza.
— Skoro już tu jestem i skoro mam wreszcie z kim porozmawiać — oznajmiła łaskawie — to chyba mogę wam oddać tę waszą… rzecz. Leżała pode mną od wieków. Strasznie uwierała.
I zanim Merlin zdążył zapytać, jaka rzecz, Żaba spojrzeniem wskazała miejsce, które do tej pory zajmowała. Tam, wśród sprasowanego igliwia i wilgotnej ziemi leżał wyglądający na bardzo, bardzo stary smoczek.
— No nie wierzę — wypalił Merlin.
— Czyli to jest ten smoczek — zainteresował się Song An, podbiegając w stronę dołka. — Chyba kiedyś coś takiego widziałem…
Merlin zaraz do niego dołączył, podniósł smoczek, przyjrzał się mu uważnie. Trudno było uwierzyć, że ten oślizgły kawałek gumy ma być kluczem do całej operacji, ale Merlin grał w wystarczająco dużo erpegów, żeby wiedzieć, że najważniejsze przedmioty w grze wyglądają nieraz jak coś, co normalny człowiek wyrzuciłby bez wahania.
Pożegnali się z nową, zaskakująco zgodną parą – Żabą i Drzewem, którzy zdążyli już przejść do narzekania na ślimaki – i ruszyli z powrotem. Tym razem nie musieli nawet prosić Śmieciarza, żeby ich poprowadził. Szop zeskoczył z rąk Song Ana, machnął ogonem i pewnym krokiem ruszył przez las, jakby od początku doskonale wiedział, gdzie jest jaskinia koboldów i tylko czekał, aż wreszcie ktoś go o to poprosi.
Deszcz do reszty już osłabł, a kiedy dotarli do oświetlonej ogniskiem groty, padała już tylko delikatna mżawka. Król koboldów czekał na nich przy piedestale, w swojej spranej koszulce i przekrzywionej plastikowej koronie, otoczony wierną świtą.
— Smoczek! — zawołał Merlin, unosząc zdobycz do góry niczym puchar. — Mamy smoczek!
Koboldy wybuchły kakofonią radosnych pisków. Król zbliżył się dostojnie, wziął smoczka w swoje łapki, obejrzał go z każdej strony (dobrze, że Merlin wytarł go trochę o spodnie), a następnie z największą czcią umieścił w plastikowych dłoniach lalki na piedestale.
Lalka mrugnęła.
— DZIĘKUJĘ, MAMUSIU — zaskrzeczała głosem, który Merlin miał słyszeć jeszcze nie raz w swoich koszmarach. — TERAZ MOGĘ SPAĆ! DOBRANOC!
Zamknęła oczy i zamilkła. Koboldy padły na kolana, wznosząc jakąś niezrozumiałą pieśń, a ich król odwrócił się do dwóch młodzieńców z miną głęboko usatysfakcjonowanego suwerena.
— Wy spełnić zadanie. My spełnić prośbę — oznajmił uroczyście. — Skarby nosić do skrzyń. My obiecać. Bóstwo zadowolone, my zadowoleni, wy bohaterowie, wszyscy zadowoleni.
— I teraz leci ostatnia cutscenka — podsumował Merlin.
Załatwienie reszty poszło zaskakująco gładko. Król wytłumaczył swoim poddanym, że błyszczące skarby, których nie wykorzystają, należy odnosić do wielkich skrzyń na skraju lasu, a Merlin, korzystając z chwili, dorzucił krótki, lecz treściwy wykład o tym, że butelki najlepiej do zielonej, a papierki do niebieskiej – choć w głębi duszy podejrzewał, że koboldy i tak wrzucą wszystko do jednej, ale będzie to i tak nieskończenie lepsze, niż obecny stan rzeczy. W ramach dobrej woli kilka koboldów odprowadziło ich aż do wylotu jaskini i pokazało ścieżkę – tę samą, której obaj z Song Anem szukali bezskutecznie przez pół wieczoru, a która, jak się okazało, biegła jakieś dziesięć metrów od miejsca, gdzie się zgubili.
— Wiesz co — powiedział Merlin, kiedy wyszli wreszcie spomiędzy drzew na znajomą, oświetloną latarniami uliczkę, wciąż taszcząc ze sobą worki pełne znalezionych w lesie śmieci — gdyby to była gra, to teraz byłby ten moment, kiedy w dzienniku zadań wszystko robi się szare i odhaczone.
— A jest jakaś nagroda? — spytał z zaciekawieniem Song An.
Merlin zastanowił się przez chwilę. Był mokry, zmarznięty, padał z nóg, a jego stary telefon dopiero teraz, na skraju lasu, postanowił złapać zasięg i zaczął wibrować pięcioma nieodebranymi połączeniami od mamy. Ale gdzieś w środku, pod tym całym zmęczeniem, drzemało ciepło satysfakcji z dobrze wykonanych questów.
— Pewnie, że jest — powiedział w końcu, uśmiechając się. — Idziemy do mnie, wysuszymy się porządnie i zjemy całe jedzenie. Mama na pewno coś upiekła — powiedział i zerknął na drepczącego zaraz obok Śmieciarza — Nam wszystkim należy się porządna kolacja za ogarnięcie tego wszystkiego.
Następnego dnia w lesie było czyściej, niż ktokolwiek pamiętał, organizatorzy sprzątania doliczyli się w końcu wszystkich uczestników, a Merlin spóźnił się na pierwszy dzień szkoły tylko dlatego, że zaspał. Co – biorąc pod uwagę, że dzień wcześniej wraz z Song Anem obłaskawili gadające drzewo, zapoznali je z gadającym kamieniem, dogadali się z koboldami i zwrócili bóstwu zaginiony smoczek – uznał za całkiem przyzwoity wynik.


Merlin dotarł na miejsce zbiórki dwadzieścia minut przed czasem, co samo w sobie było wydarzeniem na tyle bezprecedensowym, że przez chwilę poważnie zastanawiał się, czy aby na pewno dobrze odczytał godzinę. Wiadomość, przysłana mu zawczasu przez Guinevere, z mnóstwem wybuchowych emoji i gigantycznym „ZBIÓRKA 7:30!!!!!”, nie pozostawiała jednak złudzeń, a fakt, że Merlin po raz pierwszy w życiu zjawił się gdzieś przed wszystkimi innymi, postanowił uznać za dobry omen na resztę wyjazdu.
Plecak ciążył mu na ramionach niemiłosiernie. Pakowanie zaczął wieczorem, skończył w środku nocy, a efekt był taki, że miał ze sobą wszystkie posiadane pary gatek, wełniany szalik, sześć paczek krakersów, okularki do pływania i wiatraczek na baterie, za to latarki, której Guinevere kazała mu nie zapomnieć, zapomnieć zdążył. Mama machała mu jeszcze z okna, kiedy wychodził, a Falkor, obrażony, że nie jedzie, zaszył się pod jego łóżkiem i udawał, że Merlin nie istnieje. Smok miał talent do takich rzeczy.
Zielona szkoła. Tydzień w ośrodku gdzieś na odludziu, z lasem, jeziorem, górami i, jak głosiła plotka, wieczornymi ogniskami. Merlin miał cichą nadzieję, że po przygodach z zeszłego miesiąca jego prywatny limit dziwności został już wyczerpany na dobre i że tym razem las będzie po prostu lasem. Trochę drzew, trochę komarów (ale nie za dużo), zero gadających kamieni.
Była to, rzecz jasna, nadzieja płonna. Ale o tym Merlin jeszcze nie wiedział.
Na razie rozglądał się po placu przed szkołą, wypatrując znajomych twarzy i mając nadzieję, że nie będzie musiał stać tu sam jak palec, dopóki nie podjedzie autokar. Na szczęście długo czekać nie musiał.
— No nie wierzę — usłyszał za plecami głos Guinevere. — Jesteś pierwszy!
— Przyszedłem przed tobą — odparł Merlin z mieszaniną ostrożnej dumy i zdziwienia. — Aż sobie chyba tę datę zapiszę.
Guinevere obrzuciła go uważnym spojrzeniem człowieka, który nie wierzy w cuda, dopóki ich nie zmierzy, po czym ostrożnie postawiła swój starannie spakowany, profesjonalnie wyglądający plecak na ziemi. W przeciwieństwie do plecaka Merlina, dałoby się w nim znaleźć dosłownie wszystko, łącznie z apteczką, mapą terenu, wydrukowanym regulaminem ośrodka i, gdyby zaszła potrzeba, niewielkim namiotem. Guinevere miała same szóstki, czytała lektury, zanim nauczycielka od novendyjskiego zdążyła je zadać, i traktowała każdy wyjazd niczym skrzyżowanie projektu badawczego z operacją militarną. Merlin podejrzewał, że gdyby zielona szkoła zależała wyłącznie od niej, mieliby już rozpisane grafiki dyżurów przy zmywaniu.
— Latarkę wziąłeś? — spytała, nie podnosząc wzroku.
— No raczej — skłamał Merlin gładko.
— A krakersy?
— W nadmiarze.
— Tego akurat byłam pewna — mruknęła Guinevere, skinąwszy głową.
Na placu pojawiali się kolejni uczniowie, powoli zaczynało robić się gwarno. Naprawdę gwarno zrobiło się jednak, gdy pojawiła się Bernadette.
— Słuchajcie — rzuciła na powitanie, rzuciwszy modną torbę o ziemię. Poprawiła przyciasną, ale za to rzucającą się w oczy kurtkę i odetchnęła głębiej, próbując pozbyć się zadyszki. — To prawda, że jedziemy z inną szkołą?
— Tak jest — potwierdziła Guinevere, szybkim spojrzeniem oceniając na ile Bernadette jest przygotowana do trudów zielonej szkoły. — Wychowawczyni mówiła, że wynajęcie autokaru tylko dla nas byłoby nieopłacalne, więc będziemy go dzielić z klasą z innej szkoły.
— Z inną szkołą — powtórzyła Bernadette w zamyśleniu, a w jej oczach zapalił się błysk, który Merlin znał aż za dobrze i który nigdy nie wróżył niczego dobrego. — To znaczy zupełnie nowi ludzie, których jeszcze nie znamy. — Uśmiechnęła się szerzej. — A jak myślicie, będą tam jacyś przystojniacy?
— Oj daj spokój...
— No co? Pytam czysto teoretycznie.
— Ty zawsze pytasz czysto teoretycznie — zauważyła Guinevere — a potem teoria kończy się tym, że przez tydzień obrażasz się na chłopaka, który nawet nie wiedział, że istniejesz.
— To było raz — obruszyła się Bernadette. — Dobra, dwa razy. Ale tym razem mam naprawdę dobre przeczucie!
Bernadette miała naprawdę dobre przeczucie mniej więcej raz w miesiącu i jak dotąd żadne się nie sprawdziło, co ani trochę nie psuło jej entuzjazmu.
Wtem znikąd pojawił się Hawthorn. Na ramieniu ciążył mu barwny plecak o bardzo dziwnych wymiarach.
— Ja bym się tam na waszym miejscu wcale tak nie ekscytował — odezwał się chłopak, mierząc wzrokiem zapełniający się powoli plac. — Bo zastanawia mnie jedno. Skąd właściwie wiemy, że ta druga szkoła w ogóle istnieje?
Zapadła krótka cisza.
— …słucham? — odezwała się Guinevere.
— No pomyślcie. — Hawthorn zniżył głos, jak zawsze, gdy przechodził do sedna. — Nikt z nas nigdy o niej nie słyszał. Pojawia się znikąd, akurat na nasz wyjazd, akurat wtedy, gdy „brakuje nam ludzi do autokaru”. Wygodne, prawda? A co, jeśli to wcale nie są żadni uczniowie? Co, jeśli to podstawieni aktorzy, których ktoś wynajął, żeby nas obserwować i sprawdzać, jak się zachowujemy poza szkołą?
— Kto miałby ich wynajmować? — spytał Merlin zdębiały.
— Tego właśnie nie wiemy — odparł Hawthorn z głęboką satysfakcją, jakby brak odpowiedzi był najlepszym możliwym dowodem na to, że ma rację.
Hawthorn był równie bystry, co Guinevere, z tą drobną różnicą, że ona swój rozum kierowała na sprawdziany i kolokwia, a on – na wymyślanie coraz to nowych teorii spiskowych, i to z uporem godnym lepszej sprawy.
— A co, jeśli to my będziemy dla nich dziwni? — wtrącił Merlin, któremu akurat ta perspektywa wydała się dużo bardziej prawdopodobna.
— Będzie dobrze — orzekła Guinevere stanowczo, zamykając temat. — Nie są aktorami, nie są szpiegami, nie są dziwni i my też nie. To zwykła zielona szkoła.
W tym momencie na drugim końcu placu zrobił się ruch. Podjechał autokar – wielki, granatowy, po którym wyraźnie widać było, że lata świetności ma już dawno za sobą – a wraz z nim, jakby spod ziemi, wyrosła druga grupa uczniów. Tej szkoły Merlin nie znał: inne kurtki, inne plecaki, inne twarze, wszystkie nieznajome, wszystkie obce. Rozglądał się wśród nich z umiarkowaną ciekawością, próbując zgadnąć, czy wyglądają na dziwnych, czy nie, i właśnie zaczynał dochodzić do wniosku, że wyglądają po prostu na zaspanych, kiedy jego wzrok zatrzymał się na pewnej jednej, konkretnej sylwetce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz