— Proszę pani, bo John właśnie wymiotuje pod siedzeniem!
Były w życiu Merlina zdania, których wolałby nigdy w życiu nie usłyszeć, a to akurat lokowało się w ścisłej czołówce: gdzieś pomiędzy „Przygotowany na sprawdzian z alchemii?” a „Jak ci idzie z rozprawką?”.
Przez jedną krótką, litościwą sekundę nic się nie działo. Cały autokar zamarł, jakby licząc, że jeśli nikt się nie poruszy, problem sam się jakoś weźmie i rozwiąże. A potem dotarł do nich zapach.
Merlin nie był pewien, jak coś tak strasznego mogło wziąć się z jednego nastolatka i za dużej porcji śniadania, ale fakt pozostawał faktem: woń rozlała się po wnętrzu autokaru z prędkością i determinacją, których nie powstydziłaby się żadna klątwa. Najpierw padli ci najbliżej Johna. Jakaś dziewczyna z przodu wydała zduszony dźwięk i zasłoniła usta dłonią, jej sąsiad zzieleniał, ktoś dalej jęknął „o nie, ja tego nie wytrzymam”, i Merlin z rosnącą grozą zrozumiał, że oto na jego oczach rodzi się reakcja łańcuchowa – bo nie ma na świecie nic bardziej zaraźliwego niż widok kogoś, komu robi się niedobrze, gdy samemu jest się już na granicy.
A trzeba w tym miejscu przypomnieć, że Merlin i jego koledzy chodzili do szkoły dla czarodziejów. Co oznaczało, że w sytuacji kryzysowej, zamiast po prostu otworzyć okno jak normalni ludzie, połowa autokaru odruchowo sięgnęła po magię. I tu właśnie zaczęły się prawdziwe kłopoty.
— Odsuńcie się, ja to ogarnę — rzuciła Guinevere tonem człowieka, który ogarniał już znacznie gorsze rzeczy, po czym wykonała schludny ruch dłonią i wokół ich piątki utworzyła się niewielka bańka czystego, chłodnego powietrza. Rzecz jasna, działało to wyłącznie w promieniu metra i wyłącznie dla nich, bo Guinevere, jak zwykle, robiła wszystko podręcznikowo i bezpiecznie.
Bernadette postanowiła pójść o krok dalej i pomóc całemu autokarowi naraz, co było gestem szlachetnym, lecz odrobinę przeszacowanym względem jej możliwości – wyczarowany przez nią podmuch faktycznie ruszył powietrzem, owszem. Jakiś skrupulatny fizyk na pewno zauważyłby, że kierunek był poprawny, lecz zwrot przeciwny i powietrze, zamiast uciec uchylonym u góry lufcikiem, przewaliło się mdlącą falą ku początkowi autokaru. Rozległ się zbiorowy jęk.
— Przepraszam! — pisnęła Bernadette. — Przepraszam, miało być lepiej!
— Mówiłem, że trzeba było nic nie robić — stwierdził Hawthorn, który jako jedyny nie zamierzał marnować magii na cudze nieszczęście i zamiast tego naciągnął kołnierz koszulki na nos niczym bandyta z westernu. — Zawsze jak ktoś próbuje „pomóc”, robi się gorzej. Oni tego oczekują!
Song An, jako jedyny niewzruszony tym całym kataklizmem, rozejrzał się po pobladłych twarzach z autentyczną troską i zrobił coś kompletnie innego, niż ktokolwiek się spodziewał.
— Słyszałem, że śmiertelnikom czasem robi się niedobrze z głodu. Może wszyscy są po prostu głodni? — zaproponował z nadzieją. — Mam jeszcze tego wędzonego łososia…
— Wiesz, może zrobimy tak, że damy prawdziwym dorosłym ogarnąć sytuację — powiedział szybko Merlin, kładąc dłoń na klapie otwieranego właśnie plecaka.
Song An wyglądał na lekko zawiedzionego, lecz na szczęście usłuchał.
Kierowca tymczasem najwyraźniej doszedł do tych samych wniosków, co reszta pasażerów – to znaczy, że jeśli natychmiast czegoś nie zrobi, skończy się to katastrofą biochemiczną o rozmiarach, których żadna firma autokarowa nie uwzględnia w cenniku. Włączył kierunkowskaz, zjechał z drogi i po kilku minutach, które dłużyły się gorzej, niż ostatnia lekcja przed wakacjami, autokar z ulgą wtoczył się na jakiś przydrożny parking.
Było to miejsce, jakich pełno za rogatkami każdego miasta, a których istnienia nikt tak naprawdę nie potrafi wyjaśnić. Niska, przygarbiona restauracja z wyblakłym szyldem, na którym dało się odczytać już tylko połowę liter, a obok niej sklep o szybach tak zakurzonych, że trudno było stwierdzić, czy w środku ktokolwiek jeszcze pracuje. Toalety, do których Merlin postanowił nie zaglądać, dopóki sytuacja nie zrobi się absolutnie rozpaczliwa. A dookoła – pola, droga, niebo i spłowiałe billboardy reklamujące papę dachową.
Drzwi otworzyły się z sykiem i uczniowie wysypali się na zewnątrz w popłochu, łapczywie chwytając świeże powietrze. Nauczycielki próbowały zaprowadzić jakiś porządek, krzycząc, że mają piętnaście minut, że nikomu nie wolno się oddalać i że John ma natychmiast iść do łazienki się ogarnąć. Nikt ich za bardzo nie słuchał.
Merlin oparł się o ścianę restauracji, wciągając w płuca powietrze, które nie pachniało dziełami Johna, i powoli zaczynał czuć, że może ten kryzys mają za sobą. Guinevere, Bernadette i Hawthorn zaraz dołączyli, a Song An stanął obok niego, rozglądając się po otaczającym ich, betonowym pustkowiu z taką miną, jakby trafił do najwspanialszego miejsca na ziemi.
— Co to za niezwykłe urządzenia? — spytał nagle, wskazując palcem.
Merlin podążył za jego wzrokiem. Pod ścianą sklepu stał rząd kolorowych automatów – tych starych, lekko już sfatygowanych, z wielkimi szklanymi kloszami pełnymi plastikowych kapsuł, w których czekały na swój los przeróżne drobiazgi. Wrzucasz monetę, kręcisz korbką, wypada jajo, a w środku – loteria. Mógł być tandetny pierścionek, mogła być kiepsko wykonana figurka, mógł być kawałek plastiku, którego przeznaczenia nie znał nawet producent.
— A, to? To takie automaty z niespodziankami — wyjaśnił Merlin. — Wrzucasz pieniążek, kręcisz i dostajesz takie jajko, a w środku jest jakiś losowy drobiazg. Nigdy nie wiadomo, co ci wypadnie.
— Wyrzucanie pieniędzy w błoto — dodała Guinevere.
— Zawsze chciałam, żeby wypadł mi stamtąd taki plastikowy pierścionek, ale trafiałam tylko piłki kauczukowe — westchnęła Bernadette.
— Ja kiedyś trafiłem samochodzik — Hawthorn wrócił myślami do wspomnień.
Oczy Song Ana rozbłysły tak, jak rozbłyskały zawsze, gdy świat śmiertelników serwował mu coś nowego.
— Losowy drobiazg — powtórzył z nabożnym przejęciem. — Czyli to taka świątynna wyrocznia! Wrzucasz daninę, a los sam decyduje, co jest ci pisane!
Merlin zamrugał ze zdziwieniem.
— No… mniej więcej — przyznał, bo właściwie nie potrafił temu zaprzeczyć.
Zanim ktokolwiek zdążył dodać cokolwiek więcej, Song An grzebał już w kieszeni w poszukiwaniu monety, a chwilę później z najwyższą powagą studiował małą, wyblakłą instrukcję obsługi. Ryciny były na tyle nieskomplikowane, że jakieś krnąbrne dziecko mogło śmiało zagarnąć rodzicom monetę i roztrwonić swój majątek na kolorowe drobiazgi z automatu. Song An pokiwał głową, zapamiętawszy chyba wszystko łącznie z kątem obrotu dźwigni, a następnie wsunął monetę w szczelinę automatu, jakby składał ofiarę na ołtarzu. Przekręcił korbką. Mechanizm zachrobotał, coś w środku stuknęło i z otworu na dole wytoczyła się przezroczysta kapsuła. Song An podniósł ją oburącz, z namaszczeniem należnym świętej relikwii, i otworzył.
W środku, zwinięta jak coś, co tylko czeka, żeby narobić kłopotów, leżała gumowa łapka na długiej, rozciągliwej gumce – taka, którą się rzuca, a ona z mlaśnięciem przykleja się do wszystkiego, czego dotknie.
— O — powiedział Merlin, i w tym dźwięku zawierało się całe doświadczenie chłopaka, który dorastał z siostrami i doskonale wiedział, do czego prowadzą takie zabawki w niepowołanych rękach. — Jeszcze trafiłeś taką brokatową.
— Co to jest? — spytał z zachwytem Song An, unosząc łapkę pod światło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz