Merlin nigdy do końca nie rozumiał, czemu Song An za każdym razem czuł potrzebę podkreślania akurat tego faktu, bo przecież to było oczywiste – wszyscy tu byli śmiertelnikami, takie zielone szkoły organizowano raczej dla śmiertelników niż dla kogokolwiek innego – ale zdążył się już do tego przyzwyczaić.
Jego przyjaciele najwyraźniej byli innego zdania.
Bo trzeba było w tym miejscu zaznaczyć, że skoro Merlin opowiadał Song Anowi o swoich przyjaciołach ze szkoły, to siłą rzeczy opowiadał też przyjaciołom o Song Anie – o tym, jak się spotkali po raz pierwszy, kiedy Falkor uciekł na drzewo i nie chciał z niego zejść, i o tym, jak próbowali upiec przysmaki dla Falkora, a potem od wypieków przeszło do rozmów o magii. No i oczywiście, że opowiedział im ich ostatnią, najbardziej epicką przygodę, jak razem sprzątali las, spotkali gadające drzewo, koboldy i jak znaleźli smoczek zagrzebany pod wielką, kamienną żabą. I o ile Bernadette słuchała tych historii z zachwytem, a Guinevere z grzecznym powątpiewaniem, o tyle Hawthorn najwyraźniej do dzisiejszego ranka nie był do końca przekonany, czy ten cały Song An w ogóle jest prawdziwy.
— Wow — odezwał się Hawthorn, mierząc Song Ana wzrokiem od stóp do głów, jakby sprawdzał, czy nie prześwituje przez niego parking. — Czyli on jednak istnieje.
— No… istnieję — potwierdził Song An z lekkim zaskoczeniem.
— Czemu miałby nie istnieć? — zdziwił się Merlin.
— Bo zawsze mogłeś go sobie wymyślić — odparł Hawthorn z niewzruszoną pewnością certyfikowanego foliarza. — Opowiadasz nam o jakimś koledze, którego nikt z nas nigdy na oczy nie widział, z drugiej, tajemniczej szkoły, z którym przeżyłeś przygodę żywcem wyjętą z bajki. Statystycznie rzecz biorąc, halucynacja była całkiem rozsądnym wytłumaczeniem.
— Nie jestem halucynacją — zapewnił uprzejmie Song An. — Jestem śmiertelnikiem.
— To samo powiedziałaby halucynacja — zauważył Hawthorn.
Merlin uznał, że najwyższy czas wziąć sprawy w swoje ręce, zanim ta rozmowa zdąży zabrnąć w dziwne rejony.
— No więc — zaczął, prostując się trochę — to jest Song An, mój kolega, opowiadałem wam o nim i to wszystko była prawda, tak samo jak prawdą jest jego istnienie. — Zabrzmiało to dziwniej, niż zamierzał, więc szybko brnął dalej, zwróciwszy się do Song Ana. — A to są moi przyjaciele ze szkoły. Guinevere, Bernadette i Hawthorn.
— Miło mi — odezwała się Guinevere, wyciągając rękę w rzeczowym i uprzejmym geście.
Song An uścisnął jej dłoń z entuzjazmem.
— Bardzo, bardzo mi miło! Masz piękne imię. Czy to ty jesteś tą, która pilnuje, żeby Merlin niczego nie zapomniał?
Guinevere uniosła brew.
— Skąd wiesz?
— Merlin dużo o was opowiadał — wyjaśnił radośnie Song An, na co Merlin poczuł, jak robi mu się gorąco gdzieś w okolicy uszu, mimo że poranek był chłodny. — Mówił, że wszystko ogarniasz i że bez ciebie wszyscy daleko by nie zaszli.
— Merlin na pewno — mruknęła Bernadette, gdy Guinevere, przyzwyczajona do bycia chwaloną przez nauczycieli, ale nie przez ledwo poznane osoby, wymamrotała jakąś wymijającą odpowiedź.
Korzystając z okazji, Bernadette obrzuciła Song Ana spojrzeniem, które Merlin znał aż za dobrze – tym samym, którym taksowała każdego nowego chłopaka w promieniu kilometra, oceniając wzrost, opaleniznę i procent masy mięśniowej.
Na szczęście dla wszystkich zainteresowanych, a w szczególności dla samego Song Ana, werdykt wypadł negatywnie. Bernadette gustowała w chłopakach wysokich, opalonych i zbudowanych niczym meblościanka, Song An zaś, niewysoki, blady i szczupły, kompletnie nie wpisywał się w te gusta. Merlin odetchnął w duchu. Przynajmniej o to Song An martwić się nie musiał.
Co bynajmniej nie znaczyło, że Bernadette odpuściła. Bernadette nie odpuszczała, ona po prostu zmieniała cel.
— No dobrze, a powiedz mi coś — zaczęła, zniżając głos do tonu, który u niej zawsze oznaczał interesy. — Skoro masz znajomych w drugiej szkole i w ogóle… to czy masz może jakichś takich, no wiesz, wysokich i przystojnych kolegów? Z potężnym bicepsem i olśniewającym uśmiechem?
Song An rozpromienił się.
— Owszem! — odpowiedział z entuzjazmem. — Znam Dantego. To bardzo miły pan krawiec. Nauczył mnie nawet specjalnego pozdrowienia dla panów policjantów!
— To jest takie? — zdziwił się Merlin, nim Song An przeszedł do demonstracji.
Chłopak wyciągnął odważnie rękę, uniósł dłoń i z najszczerszym uśmiechem pokazał światu środkowy palec.
— Do budy, psie! — zawołał tym samym pogodnym tonem, którym enpece wołali „Hej, przyjacielu!”, jak już się wbiło trochę reputacji.
Zapadła cisza.
— …o rety — wykrztusiła Guinevere.
— Wow — wymsknęło się Bernadette.
Tylko Hawthorn uśmiechnął się od ucha do ucha, w jakiś cudowny sposób porzucając wcześniejszą podejrzliwość.
— No i to się nazywa pozdrowienie — podsumował, klepnąwszy Song Ana w ramię. — Jedyne prawilne dla organów władzy i manipulacji społeczeństwem. Ty chyba jednak jesteś w porządku.
— Dziękuję! — ucieszył się Song An, obdarzając świat kolejnym ze swych promiennych uśmiechów.
Coś zagrzechotało w jego plecaku, Bernadette zerknęła, uniosła brew.
— A to co?
Spojrzenia zwróciły się w stronę obiektu, Song An zaś zsunął plecak z ramienia, postawił go na chodniku.
— To jest moja lampa.
Spośród zwojów ubrań, pudełka wędzonego łososia i czegoś, co pachniało bardzo, ale to bardzo dojrzałym serem, wystawał mosiężny, staroświecki kształt.
— Czy to… lampa naftowa? — spytała Guinevere ostrożnie.
— Tak! — Song An był wyraźnie zachwycony, że ktoś zauważył. — Bo widzicie, wszystkie latarki przy mnie… To znaczy, latarki mogą zawieść! Nigdy nic nie wiadomo. Więc wziąłem coś pewniejszego, tak na wszelki wypadek.
I właśnie w tym momencie Hawthorn został obłaskawiony ostatecznie.
— Lampa naftowa — powtórzył, w głosie zabrzmiało zamyślenie, przeszło w podziw. — Bez baterii, bez sygnału, bez krzty elektroniki. — Odwrócił się do pozostałych z błyskiem w oku. — Wiecie, co to znaczy? Tego rząd nie zhakuje! Tego nikt nie namierzy, nie podsłucha, ani nie wyłączy zdalnie! — Znów poklepał Song Ana po ramieniu. — Stary, ty się legitnie znasz na rzeczy.
Merlin nie był pewien, czy Song An na pewno ogarniał wszystkie te teorie spiskowe i ciągłe podejrzenia Hawthorna, że właśnie oni są szpiegowani i inwigilowani przez jakieś tajne organizacje rządowe, ale może nie musiał tego ogarniać. Merlin wielu rzeczy nie ogarniał i co prawda nie zawsze wychodził na tym dobrze, ale najczęściej jakoś wychodził.
Guinevere otworzyła usta, by jakoś to skomentować, ale nie było jej to dane – w tej samej chwili od strony autokaru rozległ się głos nauczycielki, oznajmiający donośnie, że uczniowie obu szkół mają ustawić się do wsiadania, a bagaże ładować do luku, i to najlepiej dziesięć minut temu. Plac natychmiast wypełnił się szuraniem, tupotem i stukotem jadących po asfalcie kółeczek.
— Witaj przygodo! — zawołał radośnie Song An, energicznym krokiem kierując się w stronę autokaru.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz