Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Kary za książki oddane zbyt szybko
Biblioteka Narodowa Novendii ogłasza kary nie tylko za spóźnienia, ale i za zwrot woluminów „w stanie zdradzającym, że nie zostały przeczytane”. Powodem jest fala czytelników wypożyczających grube tomy wyłącznie dla prestiżu, nagrania jednej rolki na AllTube, i oddających je już następnego dnia nietkniętymi. „Książka to nie ozdoba,” oświadcza główny bibliotekarz „Zresztą, nawet ozdób nie traktuje się lekceważąco!”. Nowy regulamin przewiduje krótką rozmowę weryfikacyjną przy podejrzanie szybkim oddaniu książki, której niezaliczenie będzie skutkowało karą finansową. Pierwsi czytelnicy już protestują, że to za dużo pracy, na co bibliotekarz odpowiada, że książki są warte każdego poświęcenia.

Nagłówek

26 czerwca 2026

Od Merlina do Song Ana

Merlin nigdy do końca nie rozumiał, czemu Song An za każdym razem czuł potrzebę podkreślania akurat tego faktu, bo przecież to było oczywiste – wszyscy tu byli śmiertelnikami, takie zielone szkoły organizowano raczej dla śmiertelników niż dla kogokolwiek innego – ale zdążył się już do tego przyzwyczaić.
Jego przyjaciele najwyraźniej byli innego zdania.
Bo trzeba było w tym miejscu zaznaczyć, że skoro Merlin opowiadał Song Anowi o swoich przyjaciołach ze szkoły, to siłą rzeczy opowiadał też przyjaciołom o Song Anie – o tym, jak się spotkali po raz pierwszy, kiedy Falkor uciekł na drzewo i nie chciał z niego zejść, i o tym, jak próbowali upiec przysmaki dla Falkora, a potem od wypieków przeszło do rozmów o magii. No i oczywiście, że opowiedział im ich ostatnią, najbardziej epicką przygodę, jak razem sprzątali las, spotkali gadające drzewo, koboldy i jak znaleźli smoczek zagrzebany pod wielką, kamienną żabą. I o ile Bernadette słuchała tych historii z zachwytem, a Guinevere z grzecznym powątpiewaniem, o tyle Hawthorn najwyraźniej do dzisiejszego ranka nie był do końca przekonany, czy ten cały Song An w ogóle jest prawdziwy.
— Wow — odezwał się Hawthorn, mierząc Song Ana wzrokiem od stóp do głów, jakby sprawdzał, czy nie prześwituje przez niego parking. — Czyli on jednak istnieje.
— No… istnieję — potwierdził Song An z lekkim zaskoczeniem.
— Czemu miałby nie istnieć? — zdziwił się Merlin.
— Bo zawsze mogłeś go sobie wymyślić — odparł Hawthorn z niewzruszoną pewnością certyfikowanego foliarza. — Opowiadasz nam o jakimś koledze, którego nikt z nas nigdy na oczy nie widział, z drugiej, tajemniczej szkoły, z którym przeżyłeś przygodę żywcem wyjętą z bajki. Statystycznie rzecz biorąc, halucynacja była całkiem rozsądnym wytłumaczeniem.
— Nie jestem halucynacją — zapewnił uprzejmie Song An. — Jestem śmiertelnikiem.
— To samo powiedziałaby halucynacja — zauważył Hawthorn.
Merlin uznał, że najwyższy czas wziąć sprawy w swoje ręce, zanim ta rozmowa zdąży zabrnąć w dziwne rejony.
— No więc — zaczął, prostując się trochę — to jest Song An, mój kolega, opowiadałem wam o nim i to wszystko była prawda, tak samo jak prawdą jest jego istnienie. — Zabrzmiało to dziwniej, niż zamierzał, więc szybko brnął dalej, zwróciwszy się do Song Ana. — A to są moi przyjaciele ze szkoły. Guinevere, Bernadette i Hawthorn.
— Miło mi — odezwała się Guinevere, wyciągając rękę w rzeczowym i uprzejmym geście.
Song An uścisnął jej dłoń z entuzjazmem.
— Bardzo, bardzo mi miło! Masz piękne imię. Czy to ty jesteś tą, która pilnuje, żeby Merlin niczego nie zapomniał?
Guinevere uniosła brew.
— Skąd wiesz?
— Merlin dużo o was opowiadał — wyjaśnił radośnie Song An, na co Merlin poczuł, jak robi mu się gorąco gdzieś w okolicy uszu, mimo że poranek był chłodny. — Mówił, że wszystko ogarniasz i że bez ciebie wszyscy daleko by nie zaszli.
— Merlin na pewno — mruknęła Bernadette, gdy Guinevere, przyzwyczajona do bycia chwaloną przez nauczycieli, ale nie przez ledwo poznane osoby, wymamrotała jakąś wymijającą odpowiedź.
Korzystając z okazji, Bernadette obrzuciła Song Ana spojrzeniem, które Merlin znał aż za dobrze – tym samym, którym taksowała każdego nowego chłopaka w promieniu kilometra, oceniając wzrost, opaleniznę i procent masy mięśniowej.
Na szczęście dla wszystkich zainteresowanych, a w szczególności dla samego Song Ana, werdykt wypadł negatywnie. Bernadette gustowała w chłopakach wysokich, opalonych i zbudowanych niczym meblościanka, Song An zaś, niewysoki, blady i szczupły, kompletnie nie wpisywał się w te gusta. Merlin odetchnął w duchu. Przynajmniej o to Song An martwić się nie musiał.
Co bynajmniej nie znaczyło, że Bernadette odpuściła. Bernadette nie odpuszczała, ona po prostu zmieniała cel.
— No dobrze, a powiedz mi coś — zaczęła, zniżając głos do tonu, który u niej zawsze oznaczał interesy. — Skoro masz znajomych w drugiej szkole i w ogóle… to czy masz może jakichś takich, no wiesz, wysokich i przystojnych kolegów? Z potężnym bicepsem i olśniewającym uśmiechem?
Song An rozpromienił się.
— Owszem! — odpowiedział z entuzjazmem. — Znam Dantego. To bardzo miły pan krawiec. Nauczył mnie nawet specjalnego pozdrowienia dla panów policjantów!
— To jest takie? — zdziwił się Merlin, nim Song An przeszedł do demonstracji.
Chłopak wyciągnął odważnie rękę, uniósł dłoń i z najszczerszym uśmiechem pokazał światu środkowy palec.
— Do budy, psie! — zawołał tym samym pogodnym tonem, którym enpece wołali „Hej, przyjacielu!”, jak już się wbiło trochę reputacji.
Zapadła cisza.
— …o rety — wykrztusiła Guinevere.
— Wow — wymsknęło się Bernadette.
Tylko Hawthorn uśmiechnął się od ucha do ucha, w jakiś cudowny sposób porzucając wcześniejszą podejrzliwość.
— No i to się nazywa pozdrowienie — podsumował, klepnąwszy Song Ana w ramię. — Jedyne prawilne dla organów władzy i manipulacji społeczeństwem. Ty chyba jednak jesteś w porządku.
— Dziękuję! — ucieszył się Song An, obdarzając świat kolejnym ze swych promiennych uśmiechów.
Coś zagrzechotało w jego plecaku, Bernadette zerknęła, uniosła brew.
— A to co?
Spojrzenia zwróciły się w stronę obiektu, Song An zaś zsunął plecak z ramienia, postawił go na chodniku.
— To jest moja lampa.
Spośród zwojów ubrań, pudełka wędzonego łososia i czegoś, co pachniało bardzo, ale to bardzo dojrzałym serem, wystawał mosiężny, staroświecki kształt.
— Czy to… lampa naftowa? — spytała Guinevere ostrożnie.
— Tak! — Song An był wyraźnie zachwycony, że ktoś zauważył. — Bo widzicie, wszystkie latarki przy mnie… To znaczy, latarki mogą zawieść! Nigdy nic nie wiadomo. Więc wziąłem coś pewniejszego, tak na wszelki wypadek.
I właśnie w tym momencie Hawthorn został obłaskawiony ostatecznie.
— Lampa naftowa — powtórzył, w głosie zabrzmiało zamyślenie, przeszło w podziw. — Bez baterii, bez sygnału, bez krzty elektroniki. — Odwrócił się do pozostałych z błyskiem w oku. — Wiecie, co to znaczy? Tego rząd nie zhakuje! Tego nikt nie namierzy, nie podsłucha, ani nie wyłączy zdalnie! — Znów poklepał Song Ana po ramieniu. — Stary, ty się legitnie znasz na rzeczy.
Merlin nie był pewien, czy Song An na pewno ogarniał wszystkie te teorie spiskowe i ciągłe podejrzenia Hawthorna, że właśnie oni są szpiegowani i inwigilowani przez jakieś tajne organizacje rządowe, ale może nie musiał tego ogarniać. Merlin wielu rzeczy nie ogarniał i co prawda nie zawsze wychodził na tym dobrze, ale najczęściej jakoś wychodził.
Guinevere otworzyła usta, by jakoś to skomentować, ale nie było jej to dane – w tej samej chwili od strony autokaru rozległ się głos nauczycielki, oznajmiający donośnie, że uczniowie obu szkół mają ustawić się do wsiadania, a bagaże ładować do luku, i to najlepiej dziesięć minut temu. Plac natychmiast wypełnił się szuraniem, tupotem i stukotem jadących po asfalcie kółeczek.
— Witaj przygodo! — zawołał radośnie Song An, energicznym krokiem kierując się w stronę autokaru.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz