28 czerwca 2026

Od Seymoura do Virgila

Struna westchnęła pod opuszką i zaraz ucichła. Seymour nie miał pojęcia, co właściwie chciał na niej zagrać. Palce same wędrowały po gryfie z nawyku, jakby ciało próbowało udawać, że to zwyczajny wieczór, że zaraz Vi klapnie przy nim z dwoma butelkami, zaśmieje się, wtuli w jego bok i wszystko będzie dobrze. Nic nie było dobrze. Drzwi sypialni pozostały uchylone jak nigdy, bo przecież jeśli szli spać, to razem, żaden nie zostawał, by dokończyć swoje rzeczy. Seymour miał wrażenie, że te drzwi są niczym paszcza jakiegoś potwora, uchylona i ziejąca, dysząca gorącem, gotowa, by po prostu go pochłonąć.
Pociągnął łyk piwa.
Tatuaże ledwo się tliły. Szafir, który zwykle pulsował mu pod skórą w rytm tego, co czuł – jego zwyczajowy wkurw, radość sponsorowana wilczą sierścią, ten cały bajzel emocji, który Silverthornowie zaklęli w tatuażach zamiast nauczyć się go wyrażać jak normalni ludzie – przygasł teraz do barwy zimnego popiołu, jakby ktoś przykręcił dopływ.
Pamiętał jeszcze, jak sobie z tym wszystkim radzić. Wepchnąć, zatrzasnąć, dokręcić zawór. Komora ciśnieniowa – tak to sobie kiedyś nazwał, jeszcze jako gówniarz w Thornhaven, gdy ojciec tłumaczył mu właściwości stopów, a Seymour, zamiast słuchać o granicy plastyczności, wyobrażał sobie, że jego własna pierś to taki zbiornik, do którego można upchać dowolną ilość naprężenia – dokręcić uszczelkę i nosić to ze sobą, byle nikt nie usłyszał syku. Lata praktyki. Mistrzostwo. Wpychał tam wszystko – ojca, Megajrę, każdą swoją porażkę, każde spojrzenie, które oceniało go i znajdowało niewystarczającym – i nosił ze sobą, nigdzie nie zostawiał. Jakoś szło. A potem przyszedł Vi i delikatnie pootwierał te wszystkie zawory swoimi puchatymi łapami, a ciśnienie powoli z niego uchodziło, dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu. Wskazówka manometru opadła i wydawało mu się, że tak już będzie zawsze.
Tępy idiota.
Odstawił butelkę na podłogę, bo na stoliku leżał jeszcze egzemplarz The Amplifier, który Norbert dał mu na drogę, i Seymour wolał na niego nie patrzeć. Chwycił gitarę porządnie, ułożył palce w konkretny akord, drugi, trzeci. Tak robił Ignis – gdy coś go rozpierdalało, siadał z instrumentem i przelewał ból w muzykę, w śpiew, w te swoje płomieniste kawałki, które potem leciały z każdego radia, i było mu lżej, bo Ignis był muzyką, stanowił z nią jedność, a ranę zamieniał w coś, co miało sens. Seymour zagrał frazę. Pustą, czystą technicznie, w dobrym tempie, bez jednej fałszywej nuty i bez… bez niczego. Dźwięki rozeszły się po salonie i nic na dobrą sprawę nie zrobiły, zwykłe fale akustyczne, nie muzyka. On tylko wydobywał dźwięk z instrumentu. Ignis uzdrawiał muzyką, siebie i wszystkich wokół, Seymour zaś potrafił wyłącznie robić hałas.
No to może inaczej.
Sięgnął po piwo, dopił, otworzył następne – Raam tak robił. Po Raamie wszystko spływało, los mógł mu walić cios za ciosem, a perkusista wzruszał ramionami, otwierał butelkę i jechał dalej, niepowstrzymany jak trzęsienie ziemi. Seymour pił i czekał, aż spłynie. Nie spływało. Wsiąkało w niego coraz głębiej, mieszało się z tym całym przechłodzonym gównem, które miał zamiast duszy.
Właśnie tym był teraz wewnątrz. Przechłodzoną cieczą. Wodą oziębioną daleko poniżej zera, która wciąż jest wodą tylko dlatego, że nikt jej nie tknął – czysta, gładka, metastabilna, udająca, że wszystko gra, dopóki nie trafi w nią jeden pyłek, jedno drgnięcie szkła, jeden cholerny zarodek krystalizacji. I wtedy zamarza cała naraz, w ułamku sekundy, z cieczy w kruchy lód. Seymour miał wrażenie, że wystarczy jedna rzecz, by metastabilność poszła w pizdu.
Spróbował oddychać głęboko tak, jak robił to Ioannis – wolno, równo, wypuszczając myśli z głowy jedna po drugiej, aż w środku zrobi się pusto i cicho, jak w głębi kosmosu. Odmieniec potrafił usiąść, zamknąć oczy i odpłynąć w inny wymiar, daleko w bezbrzeżny eter, gdzie ból go nie sięgał, gdzie wszystko było tylko przepływem, chwilą, niczym. Seymour zamknął oczy. Wdech. Wydech. Myśli nie odchodziły. Krążyły w kółko po tym samym torze, jak kulka w rynnie, wracając zawsze w to samo miejsce, do tej samej konkluzji, którą jego umysł – precyzyjny, do bólu logiczny – wyliczył już parę godzin temu.
Bilans się zgadzał.
Seymour rozłożył to sobie spokojnie, fakt po fakcie, tak jak rozkładał kiedyś skład stopu na pierwiastki. Vi był z nim. Vi go kochał – to znaczy zachowywał się dokładnie tak, jak zachowuje się ktoś, kto kocha, a Seymour, choć w wielu rzeczach był skończonym debilem, nie potrafił znaleźć w tym zachowaniu ani jednego fałszu. I właśnie to nie miało prawa się zgadzać, bo z drugiej strony równania siedział on – facet, który nie ma niczego. Nazwisko, które odrzucił, magia, której nie używał i gitara, na której tylko brzdąkał. Trzeba więc było gdzieś znaleźć zmienną, która domyka rachunek, jakiś powód, dla którego ktoś tak dobry, tak ciepły, tak pierdolenie wart wszystkiego zostawał przy kimś takim jak Seymour. I powód był jeden, oczywisty, leżał na wierzchu cały ten czas: pieniądze. Mieszkanie z dużym metrażem. Knajpy, gdzie nie patrzy się na cenę. Wygoda, której Vi nigdy nie miał, a której Seymour mógł dostarczyć tonami, bo akurat tego – tej jednej jedynej rzeczy – miał w nadmiarze.
I nie, to nie była wina Vi. To Seymour postanowił sobie wbić od razu, twardo, jak nóż w ciało, żeby przypadkiem nawet przez ułamek sekundy nie obrócić tej myśli przeciwko wilkołakowi. Vi był za dobry, żeby zostać z kimś dla pieniędzy z zimnego wyrachowania, ale nie był na tyle pojebany, żeby zostać dla niczego – a niczym Seymour właśnie był.
Da się to policzyć. Wszystko da się policzyć.
A potem coś przebiło się przez ten gładki rachunek, jak pęcherzyk powietrza uparcie pchający się ku górze przez stygnący metal – Thornhaven. Vi był z nim w Thornhaven. Vi siedział przy stole Cedrica i przyjmował jego lodowate pytania z uśmiechem, gasił konflikty, zanim Seymour zdążył wybuchnąć, naprawił między nimi coś, czego sam Seymour nie umiał naprawić przez trzydzieści lat, i robił to dzień po dniu, godzina po godzinie, w domu, który Seymourowi wyciskał z piersi całe powietrze. Czegoś takiego nie da udawać. Naprawdę. Nie da się aż tak długo i aż tak dokładnie udawać prawdziwego…
Dokręcił zawór.
Da się, jeśli stawka jest odpowiednio wysoka. Albo – i to było jeszcze gorsze, jeszcze bliższe prawdy – wcale nie trzeba udawać, jeśli się jest po prostu dobrym człowiekiem. Vi był uprzejmy dla każdego. Vi był miły dla każdego, to była fundamentalna cecha jego charakteru, by rozdać siebie wszystkim wokół, więc czemu, kurwa, miałby nie być ciepły dla faceta, z którym akurat mieszkał? Seymour po prostu wziął cudzą uprzejmość za miłość, bo był spragniony, bo był łasy na każdy okruch ciepła jak ten gówniarz, który tulił się do zimnego golema w pustej posiadłości, bo nikt mu nigdy nie pokazał tej różnicy. Skąd, do chuja, miał wiedzieć, że to nie to samo.
Proste. Bilans się domknął.
Została jeszcze ta druga sprawa, ta z rodziną, i Seymour rozpracował ją podobnie, bo umysł, gdy już wszedł na właściwe tory, szedł dalej, podążał za rozwiązaniem, tworząc kolejne kroki precyzyjnego dowodu. Bo przecież ktoś mógłby powiedzieć, że to bez sensu, że Vi go przecież przedstawił rodzinie – zaprowadził do Moerisów, posadził przy stole z mamą, tatą i swoim wygadanym bratem, i że to chyba o czymś świadczy. Owszem. Świadczyło o tym, że Magia i Lorenzo to mili, wyrozumiali ludzie, którzy kochają syna i przyjęliby przy stole każdego, kogo by przyprowadził, bez ryzyka, bez oceny, w czterech ścianach, gdzie nikt nie robi zdjęć. Przedstawić chłopaka takiej rodzinie to jedno. Ogłosić go całemu pierdolonemu światu – wszystkim fanom, paparazzi, każdemu brukowcowi, który zechce rozgrzebać ci życie do kości – to coś, czego się już nie cofa. Seymour to bardzo dobrze wiedział. I rozumiał doskonale, dlaczego Vi tak to rozegrał: trzymać tę przejściową, wygodną wersję dla siebie i dla rodziny, póki jest miło i cicho, a kiedy w końcu znajdzie się ten właściwy, docelowy partner, ten, z którym chce się spędzić resztę życia – wtedy łatwiej będzie wytłumaczyć rodzinie znalezienie nowego chłopaka niż walczyć z hordą oszalałych fanów byłego. Logiczne i przemyślane. Każdy zrobiłby tak samo.
Vi nie chciał iść z tym do świata. Vi wolał oddać kolczyki – te kolczyki, dla których Seymour wszedł po latach z powrotem do Kuźni, stanął przy kowadle z duszą na wierzchu i wykuł coś tylko dla niego – wolał wycenić to wszystko i sprzedać, niż przyjść i powiedzieć dwa słowa. Pomóż mi. Bo dwa słowa znaczyłyby, że ufa Seymourowi z czymś trudnym. A on nie ufał. I miał, kurwa, rację, że nie ufał, bo jedyne, co Seymour robił, to bawił się strunami i kurwił na wszystkich wokół.
Sięgnął po telefon, odruchowo, bo tak robił Arieth – gdy świat się sypał, basista zakopywał się w jakiejś nowej wiedzy, czytał, dowiadywał się, wkładał między siebie a ból warstwę informacji, faktów, których wcześniej nie znał, i jakoś go to trzymało. Seymour odblokował ekran, z tapety popatrzyła na niego roześmiana twarz Virgila.
Zablokował telefon. Odłożył.
Ignis się leczył muzyką, Raam alkoholem, Ioannis ciszą, Arieth wiedzą – każdy z nich miał swój sposób, każdy umiał jakoś znieść to, co przynosił los, a Seymour spróbował po kolei wszystkich czterech i ani jeden, kurwa, nie zadziałał. Bo oni byli z czegoś zrobieni, a on był wybrakowany od fabryki, miał gdzieś wewnątrz wadę odlewu, pęknięcie, którego żadne wyżarzanie nie da rady scalić. Słaby. Tyle z tego wynikało. Nie smutny, nie skrzywdzony – po prostu za słaby, żeby udźwignąć rzecz, którą inni dźwigali bez słowa.
Wiedział, że Vi nie śpi. Wilcze uszy nie spały nigdy, więc tam, za ścianą, leżał teraz pewnie zwinięty w kłębek i wsłuchiwał się w niego tak, jak Seymour wsłuchiwał się w sypialnię, i wystarczyłoby wstać, przejść te kilka metrów, wsunąć się pod kołdrę i przestać, po prostu przestać liczyć.
Dokręcił zawór do oporu.
Co Seymour miałby mu powiedzieć? Cześć, wiem już, że byłeś tu dla forsy, ale spoko, ja sam bym przy mnie nie został za darmo? Pokręcił głową, jakby mógł nią strząsnąć tę myśl. Wziął kolejny łyk ciepłego już piwa, ułożył palce na gryfie i zagrał jeszcze raz tę samą pustą frazę, czysto, technicznie, bez jednej fałszywej nuty.
Lód krzepł w nim powoli, warstwa po warstwie, gładko domykając się nad miejscem, w którym jeszcze niedawno coś biło.


Dzwoneczek nad drzwiami zabrzęczał wesoło, kłamliwie, zupełnie nie na miejscu, gdy Seymour wszedł do środka. Salon był jednym z tych przeszklonych, wyłożonych ciemnym drewnem i aksamitem przybytków, w których złoto leżało w podświetlonych gablotkach jak eksponat w muzeum, barwne kamienie migotały zachęcająco, obiecując, że wybranka powie „tak”, że teściowa spłonie, a kuzynek zzielenieje z zazdrości. Seymour wszedł tak samo naturalnie, jak wchodził do własnego pokoju, nie poświęciwszy większej uwagi ani tamtej mieniącej się kolii, ani nowej kolekcji inspirowanej egzotycznymi kwiatami, wyeksponowanej w samym centrum. Podszedł prosto do lady, za którą krasnolud z misternie zaplecioną brodą polerował coś z namaszczeniem kapłana.
— Dzień dobry — powiedział Seymour, opierając dłonie o szkło. — Niedawno trafiła tu para kolczyków z fioletowym berylem, wykonana przez Silverthorna. Chcę je odkupić.
Krasnolud uniósł wzrok znad swojej lupy. Lustrował go przez chwilę – schludna koszula, cienkie oprawki, włosy uczesane jak u kogoś, kto całe dnie spędza wśród książek, nie wśród wzmacniaczy – i Seymour widział dokładnie, jak w tej brodatej głowie obraca się kalkulacja. Kasa. Pewnie z dobrego domu. Sentymentalny. Da się ugrać.
— O jakich kolczykach mowa, proszę pana? — zaczął jubiler ostrożnie, odkładając ściereczkę. — Przez salon przewija się wiele wyrobów, niełatwo tak od ręki…
— Fioletowy beryl, szlif owalny, oprawa ze stopu uru z mithrilem, której i tak wam żaden skaner nie rozłoży na czynniki, bo nie ma jej w żadnej tablicy. Grawer to ciernisty krąg rodu Silverthorn. Są na zapleczu. Niech pan po nie pójdzie i przygotuje dokumenty do transakcji.
Krasnolud nie odpowiedział od razu, a w jego oczach zapaliło się to charakterystyczne zaciekawienie kogoś, kto właśnie zrozumiał, że nie ma do czynienia z przypadkowym klientem. Tym gorzej dla niego. Tym lepiej dla ceny.
— Rozumiem — powiedział wolno. Schował lupę do kieszonki, oparł się dłońmi o gablotkę, przyjął tę swoją pozę zawodowca, który zaraz wytłumaczy ci, dlaczego twój portfel zaraz schudnie. — Faktycznie, mam takie kolczyki na stanie. Wyjątkowy egzemplarz, prawdziwa robota Silverthornów, a takie rzeczy, jak pan z pewnością wie, nie pojawiają się na rynku praktycznie nigdy. Sam długo nie dowierzałem, póki nie przepuściłem ich przez skaner. — Zrobił pauzę, ważył słowa, oceniał Seymoura. — Z bólem serca bym się z nimi rozstawał. Mówimy o pozycji kolekcjonerskiej najwyższej klasy.
— Ile.
— To nie jest cena, którą można tak po prostu…
— Ile.
— Z całym szacunkiem, ale…
— Ile.
Chwila zawahania.
— Cztery miliony.
Seymour sięgnął do kieszeni po kartę i dowód.
— To gdzie są te dokumenty?
Nie zamierzał dyskutować. Żeby to zrobić, musiałby uznać, że pieniądze coś znaczą, a Seymour akurat tej jednej rzeczy miał tyle, że dawno przestała cokolwiek znaczyć – była jedynym, czego miał w nadmiarze, jedynym, co kiedykolwiek sobą reprezentował, więc niech krasnolud bierze swoje cztery miliony, niech bierze, ile chce. Cena nigdy nie była tu problemem.
— Ja… cztery to była cena wyjściowa, oczywiście jest przestrzeń do…
— Nie ma — przerwał mu Seymour. — Dokumenty.
Coś przemknęło po twarzy jubilera, jakaś rysa w tej profesjonalnej masce. Wstał, wymamrotał coś o przygotowaniu papierów, zniknął na zapleczu i wrócił z pudełeczkiem oraz plikiem dokumentów, jakieś rubryczki, karteczki, podpisy, pieczątki.
Seymour podwinął rękaw.
Szafir, przygaszony od wczoraj do barwy zimnego popiołu, obudził się, gdy tylko zbliżył dłoń do berylu w otwartym pudełeczku. Kolczyki poznały go, bo i jak miałyby nie poznać, skoro to on je wykuł, stał przy kowadle w Kuźni, on tchnął w nie tę odrobinę magii, wtedy, gdy wraz z Vi lecieli latającym dywanem ponad miastem – i odpowiedziały cichym, fioletowym rozbłyskiem, splatającym się z błękitem płynącym po jego ramieniu. Salon na sekundę zalał się chłodnym światłem dwóch barw.
Krasnolud zamarł z piórem w połowie drogi do papieru.
Patrzył to na świecące tatuaże, to na twarz Seymoura, i Seymour widział dokładnie ten moment, w którym do brodatej głowy dotarło, kto właśnie stoi po drugiej stronie lady. Że to nie żaden sentymentalny bogacz odkupuje cudzy drobiazg. Krasnolud właśnie zdarł cztery miliony z samego twórcy, każąc mu płacić krociowo za odzyskanie kawałka jego własnej roboty – i że ów zapłacił bez jednego drgnięcia powieki, co było gorsze od dowolnego targu, bo nie zostawiało nawet satysfakcji wygranej negocjacji.
— Panie Silverthorn, ja…
— Gdzie podpisać — spytał spokojnie Seymour.
Zamknął pudełeczko, nim światło zdążyło z niego do końca uciec. Nie otworzył go już potem ani razu, schował do wewnętrznej kieszeni, bliżej piersi, niż chciałby przyznać, a krasnolud coś jeszcze mówił, jakieś przeprosiny, jakąś gładką śpiewkę o pomyłce, o tym, że gdyby tylko od początku wiedział, lecz Seymour go nie słuchał. Wyszedł na ulicę, w blade poranne światło, z czterema milionami mniej na koncie i z tą jedną rzeczą odzyskaną, domkniętą, wyzerowaną.
Jedna zmienna mniej. Tatuaże znów przygasły.
Została jeszcze cała reszta równania, której żadną kartą nie dało się opłacić.


Z góry rozpierdol wyglądał jeszcze gorzej. Seymour zawisł na miotle nad ulicą, parę dachów od studia, oszacował szybko – ze dwie setki ludzi zbitych pod frontowymi drzwiami Voxa, połowa to fani z transparentami, reszta to dziennikarskie ścierwo z mikrofonami i kamerami, gotowe rzucić się na pierwsze, co wyjdzie z budynku. Norbert chciał ich przed południem. No to byli przed południem, tyle że razem z całym tym zlotem hien. Seymour już miał obniżać lot ku dachowi, gdzie zostawiał czasem miotłę, gdy telefon zawibrował.
Seymour twardo stał przy tym, że telefon jest dla niego, nie on dla telefonu, więc na palcach jednej ręki dało się policzyć kontakty, które wybudzały jego urządzenie ze snu, wyciągając z niego coś więcej, niż tylko małe mrugnięcie diody. Zawahał się tylko na moment, nim sięgnął, wydobył telefon, spojrzał na powiadomienie.
Skręcił w dół tak ostro, że zapiszczał mu czujnik przeciążenia.
— Vi.
Wilkołak poderwał głowę, a Seymour nawet za zasłoną okularów i kaptura widział tę panikę, była wpisana w całą postawę Vi. Nauczył się rozpoznawać nastrój wilkołaka, pokłosie jego wilczej natury, gdy ciało mówiło, kiedy głos milczał i jakieś pęknięcie otarło się nieprzyjemnie w piersi Seymoura, gdy uświadomił sobie, jak łatwo mu to przyszło.
— Wstań — powiedział, wyciągając rękę.
Zawahał się, czego nigdy wcześniej by nie zrobił, a potem sięgnął, dłonie splotły się i Seymour na chwilę pożałował, że ma rękę z ciała.
— Chodź, wsiadaj.
Ciało wiedziało, co robić, nawet jeśli mózg miał rozpierdol – to był ten rodzaj pamięci, która siedzi głębiej niż myśli, i Seymour zorientował się, że osłania Virgila własnym ciałem od strony skupionego na czymś innym tłumu, naciąga mu mocniej kaptur na twarz, wciska go na miotłę i siada przed nim, zanim zdążył sobie cokolwiek z tego wytłumaczyć. Vi oplótł go ramionami z tą znajomą, odruchową ufnością, i przez jedną zdradziecką sekundę wydawało się, jakby wczorajszy dzień nigdy się nie wydarzył.
Poderwał miotłę nad dachy, szerokim łukiem omijając front budynku, by jeden obiektyw nie złapał trzęsącego się wilkołaka wczepionego w jego plecy. Nie w ten sposób. Cokolwiek miało się dziś wydarzyć, miało się wydarzyć na ich warunkach, nie jako przypadkowa fotografia zinterpretowana z frywolnością licealisty na maturze. Wylądował na dachu, ściągnął Vi do bocznego wejścia, schodami w dół, korytarzami technicznymi, których nikt z tłumu nie miał jak pilnować, i dopiero gdy zatrzasnęły się za nimi drzwi studia, pozwolił sobie wypuścić powietrze.
Pudełeczko z kolczykami uwierało go w żebra przez całą drogę.
— W końcu jesteście — rzucił Raam z kanapy, rozjebany w poduchach, choć w jego postawie widać było niepokój. — Już myśleliśmy, że nie daliście rady się przebić.
Arieth siedział przycupnięty zaraz obok, kawałek dalej Ioannis. Skupienie malowało się na ptasim obliczu basisty, drugi muzyk przechylił lekko głowę, wsłuchując się w ton rozmowy. Ignis wstał, jego spojrzenie od razu spoczęło na Seymourze, przeskoczyło zaraz do Virgila, nim brwi ściągnęły się zrozumieniem.
— Weź, kurwa — burknął Seymour, wzruszając ramionami.
I wśród nich, na środku, w nienagannym garniturze, z teczką pod pachą i tym swoim wyrazem twarzy mówiącym mam wszystko pod kontrolą, choćby się waliło i paliło, stał Norbert.
— Dobrze. — Manager zerknął na Virgila, skalkulował coś na szybko. Norbert nie był idiotą i nie powiedział ani słowa o stanie wilkołaka. — Siadajcie. Teraz to my wychodzimy z inicjatywą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz