Tobias ze zgarbionymi ramionami i poczuciem niezrozumienia bijącym wyraźnie z jego młodzieńczej, pełnej zgubnej nadziei twarzy szukał właściwej teczki w regale po przeciwległej stronie pomieszczenia, tymczasem Elise cichcem opuściła własne stanowisko, by zabrać z paszczy drukarki kopię spisanego przez nią raportu o zabezpieczonych śladach biologicznych. Tristan niby przypadkowym gestem sięgnął po paczkę papierosów leżącą na jego biurku, zaraz na prawo od Navarry, dzięki czemu znalazł się przy niej wystarczająco blisko, żeby reszta usłyszała szemranie, a kapłanka fizycznie poczuła niechęć w jego cichych słowach:
— Tak ci nagle zależy na potencjalnych ofiarach jak na swoich pupilkach w więzieniu?
— Każdy ma wartość, której nie należy lekceważyć — odpowiedziała mu spokojnie.
Ten spokój doprowadzał go do kurwicy.
Nawet nie potrafił stwierdzić, jak to się stało, że Navarra wylądowała w jego grupie. Jednego dnia przyjmował sprawę i nowy duet skazańców – świeżo upieczonych absolwentów, którzy nie mieli nic do gadania w kwestii przydzielenia – a następnego wchodził do biura opanowanego przez plagę łagodnego spojrzenia i morskiej soli. Układy w układach. Powinien był się zapytać, czy do kawy też mu napluła, skoro wykazała się taką chęcią do mieszania się w jego sprawy. Wyraźna niechęć zaznaczona na prawie samym początku, spotęgowana wrogością do wszelkiej religijności, stanowiła wiarygodny obraz jego odczuć, choć niepełny. Tristan rozpoznawał okazję z wprawą wytrenowanego psa tropiącego, bo często od dobrego jej wykorzystania zależało zdobycie cennych wskazówek, zaś Navarra, stojąca tu, w jego jaskini, przypisana jako konsultantka odpowiadająca przed nim, była okazją.
Nie zapomniał o Angusie, a tym bardziej nie zapomniał o rozmowie, którą odbył z kapłanką w więzieniu. Jego sprawiedliwość wciąż czekała na wymierzenie. Potrzebował tylko więcej czasu, więcej skupienia, żeby rozbić muszlę i przerwać szum sączący się z niej do ucha Angusa. A potem zostanie tylko zadanie ciosu.
Zaskakujące, że Marhalt na tę myśl pozostał równie milczący, co przy wejściu do biura.
Tristan prychnął raz jeszcze, zanim się obrócił i pomaszerował do okna. Oboje wiedzieli, że nie było to uległym oddaniem pola, lecz rozpoczęciem następnej tury, przemieszczeniem się, by z innego kąta przymierzyć się do ataku. Detektyw otworzył na oścież okno, niewiele myśli poświęcając kilku piętrom dzielącym go od chodnika, jeszcze mniej przyklejonej do ściany tabliczce z zakazem palenia, pod którą odpalił papierosa, przykrywając ją zaraz siwym dymem. Tobias i Elise powrócili na swoje miejsca, zerknęli na niego bez słowa.
Nigdy by się do tego nie przyznał, ale też czasami oddalał się na te kilka kroków od świeżyny dla ich dobra. Rzecz jasna, oni tego tak nie widzieli, czując się obserwowani oraz oceniani, jednak prawda była taka, że ta odległość pozwalała im myśleć. Wrażenie lodowatego niczym stal spojrzenia wwiercającego im się w tył głowy stanowiło lepszą alternatywę, niż gdy Tristan stał między nimi, traktowany jak wyrwa bez dna, do której każdy boi podejść się zbyt blisko. Niedorobione zębatki w głowie zamierały, pomysły milkły w połowie zdania i wydawali się czekać, aż starszy detektyw da im wszystko to, czego sami nie mogli znaleźć za pierwszym razem. Dlatego zgorzkniały agent palił swojego taniego papierosa przy tym samym zawsze oknie, i nikt nie widział w tym niczego więcej poza zwykłym nawykiem. Może i nienawidził bycia wykorzystywanym jako niańka, bo wszyscy starali się unikać pracy z nim, ale to nie znaczyło, że mu nie zależy zupełnie na zobaczeniu w tym zawodzie osób myślących czymś więcej niż tylko dwoma umierającymi szarymi komórkami.
— Malarz z Court Lane… — zaczął Tobias.
Tristan aż się zjeżył.
— Jeszcze raz usłyszę — przerwał ostro chłopakowi, który nagle wydał się chętny do schowania za monitorem — jebane czułe słówko nadane temu ścierwu i osobiście wywlokę na korytarz idiotę, który odważył się otworzyć swoją bezużyteczną jamę ustną. Sprawca. Morderczyni. Chuj. Sucz. Jak zwał, tak zwał. Media mogą sobie nazwać seryjnych pojebów jebanym Kubusiem Puchatkiem, gówno mnie to obchodzi, ale w tym biurze nie bawimy się w pierdolone tytuły szlacheckie dla zwykłych kanalii.
Z całego swojego zepsutego serca nienawidził tej praktyki czyniącej ze zbrodni chwytliwe nagłówki gazet. Jakby przestępcy zasługiwali na przemyślenie głupiego przydomka i ochrzczenie ich anonimowości czymś więcej niż siarczystym splunięciem.
— Morderca bądź morderczyni — zaczął znów Tobias, rzucając niepewne spojrzenie Tristanowi, lecz gdy detektyw zaciągnął się papierosem, kontynuował — to prawdopodobnie jedna osoba zaangażowana w dwie zbrodnie, które wydarzyły się prawie zaraz po sobie: zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem studentki Felicity Fletcher, lat dwadzieścia cztery, oraz księgowej Arabelli Quinn, lat trzydzieści dwa.
To powiedziawszy, przesunął po blacie w stronę Navarry folder z raportami oraz zdjęciami miejsca zbrodni bez otwierania go. Gdy kapłanka zajrzała do środka, odwrócił wzrok.
A Tristan patrzył wprost na nią. Na jej gładką, młodą twarz, która wykrzywiała się powoli w maskę współczucia oraz litości jak wyłaniający się spod gliny model. Czy gdyby trzymała ją wystarczająco długo w palącym słońcu jego spojrzenia, pękłaby w końcu? Patrzył na jej oczy, śledzące linie rozciętego ciała niczym matka starająca się pogładzić zdarte kolano, wyszeptać z bólem „och, jak mogło to się stać”. Nie oderwała ich od żadnego zdjęcia, tak jak jej dłonie nie puściły kartek, nie zamknęły folderu z oburzeniem do swoich bogów, że dopuszczono do tej zbrodni. Gdyby nie jego uprzedzenie do zawodu kapłańskiego, mógłby jej nawet uwierzyć, że z bólem przyjęła obraz nienazwanego bestialstwa, ale dla niego wszyscy z imieniem jakiegokolwiek boga na ustach byli aktorami mającymi wciągnąć na swoją scenę niczego nieświadome dusze. Jak miała czelność z żalem przyglądać się zmasakrowanemu ciału, gdy ani krztą tego żalu nie podzieliła się z ofiarami Angusa?
Na miejsce obu zbrodni wysłano jednego z najlepszych techników Głównego Biura Śledczego, który widział wystarczająco zła na tym świecie w ciągu swojego życia, by móc nazywać się biografem śmierci, choć on preferował, gdy wszyscy wołali na niego po prostu Clem. Clement Fournier był pierwszą osobą, której Tristan w pełni zaufał na początku swojej pracy w organizacji. Jego fachowość połączona z chęcią poznania odpowiedzi na trudne pytania sprawiły, że młody, nieopierzony agent ze zbyt wielką ambicją w oczach nie czuł się tak zagubiony w swoich początkach w terenie, gdy wciąż chciał lecieć za krzaki zwymiotować. Clement uśmiechał się do niego tym doświadczonym uśmiechem, który zapewniał, że będzie lepiej. Że z czasem tak jak on będzie się pochylał nad nabrzmiałymi gazem brzuchami starych ciał, myślał nad znaczeniem zdartej z ciała skóry, pytał siebie, dlaczego koniec przyszedł tak szybko, skoro wcześniej morderca trzymał swoje ofiary przez kilka dni w piwnicy. Będzie bliskim towarzyszem śmierci i będzie patrzył jej prosto w oczy przy zadawaniu swoich pytań, ponieważ z nią nigdy się nie kłóciło, tylko w ciszy po popełnionej zbrodni dyskutowało.
— Nie wiem, co ci powiedzieć, Tristan — wymamrotał Clement po wyjściu z budynku na Court Lane, gdzie znaleziono Fletcher. Trzymał twarz schowaną w dłoniach, zaś ramiona mu się trzęsły, a głos łamał jak Tristanowi w jego pierwszych miesiącach służby, gdy przyzwyczajał się do wnętrzności rozrzuconych pod swoimi stopami, nie na prezentacji, którym Clement przyglądał się jak zbyt tłustej szynce u rzeźnika. Detektyw chciał coś powiedzieć, ale co powiedzieć człowiekowi, który to ciebie uspokajał wieki temu? — Po prawie trzydziestu latach w tym zawodzie dochodzisz do momentu, gdy dzieci z poderżniętymi gardłami stają się po prostu kolejnym elementem miejsca zbrodni i już dłużej nie śnią ci się po nocach. Gdy przestaje cię dziwić, co można zrobić drugiej osobie. — Clement podniósł wzrok i Tristan w tamtym momencie wolał, żeby mężczyzna tego jednak nie zrobił, bo w jego oczach dostrzegł własne poczucie słabości względem niewymierającego okrucieństwa. — Ale to? Jak? Jak?
Drżące „jak?” Clementa prześladowało go od rozpoczęcia tej sprawy.
— Jedyne, co wydaje się łączyć ofiary, to płeć. Może brakuje nam danych, żeby… — Tobias nagle pobladł, poruszył ustami jak ryba wyrzucona na brzeg. — Ja pierdziele, to źle zabrzmiało. Chciałem powiedzieć…
— Brakuje nam danych — powtórzył po nim Tristan. Głos, pewny i rzeczowy, zawisł w powietrzu z ciężarem dymu wypełniającego jego płuca. Drapał w gardło, ale detektyw nawet się nie skrzywił.
Lekcja numer jeden dla spłoszonego młodzika: nie da się uratować wszystkich. Tristan przepracował wystarczająco długo w tym zawodzie, przejrzał wystarczająco wiele dokumentów, poszlak i zeznań, by móc porównać materiał ze swoich poprzednich spraw z obecną i dojść szybko do wniosku, którego nikt nie chciał powiedzieć na głos – będą kolejne ofiary, zanim znajdą potwora. Będzie krew, będzie cierpienie, będzie zło, a oni wyplują sobie płuca, żeby choćby o milimetr wyciągnąć się w tym wyścigu na prowadzenie. Widział wielu agentów stawiających się temu myśleniu, sam taki był przez lata, jak kretyn karmiąc się nadzieją, że niczym jakaś siła wyższa zatrzyma następne zabójstwo, bo przecież już jest na tropie, już tak niewiele mu brakuje. Łatwo było mówić, że robiło się to dla ofiary, gdy tak naprawdę próbowano wyciszyć własne sumienie świadome swojej bezsilności.
— Ale pracujemy z tym, co mamy — dodał stanowczo, z pewnością nie zamierzając czekać z założonymi rękami aż do przyjścia kolejnej tragedii. — Dla niektórych z tych skurwieli siedzących w więzieniu wystarczającym powodem, żeby zabijać, było krzywe spojrzenie rzucane im przez innych w ich ulubionej restauracji, gdy siorbali zupę, bo przypominało im to o bijącej ich żelazkiem mamusi. Potrzebujemy schematu, punktu zaczepienia, po którym możemy dojść do potencjalnej ofiary albo miejsc polowania.
— W tym rzecz — westchnął Tobias, wpatrując się w swoje tabelki danych — nie ma żadnego schematu.
— To znaczy, że go jeszcze nie znaleźliśmy.
— Na razie wszystko wydaje się przypadkowe — kontynuował młody specjalista. — Ich pochodzenie, powiązania, ubiór, praca. Miejsca zabójstw to opuszczone budynki, ale w całym Stellaire nie ma wystarczająco policji, żeby obsadzić po dwóch policjantów na każdy opuszczony budynek w mieście.
— Seryjne zbrodnie popełnione na przypadkowych ofiarach nie są kompletną nowością — wtrąciła Navarra, kierując słowa do Tristana. Folder wciąż tkwił w jej dłoniach, szeroko otwarty, jak same wypatroszone, pokazane w pełni od środka ofiary.
Detektyw wykrzywił usta w grymasie, milcząc przez chwilę. Żar papierosa zbliżał się niebezpiecznie do dłoni, ale jego uwaga pozostała wyzywająco wbita w kobietę niczym klin próbujący podważyć fałsz w jej oczach.
— Nie — przyznał chłodno. — Ale to również chujowa hipoteza. Sam nigdy się z czymś takim nie spotkałem, a w całych archiwach widziałem może kilka akt z takim przypadkiem. W tej zjebanej podświadomości mordercy mają typ. Cechę. — Kapłanka prawie niezauważalnie przekrzywiła głowę, a Tristan miał dziwne wrażenie, jakby wcale nie mówił już do grupy. — Coś, co przyciąga ich do tej jednej osoby i nie pozwala im od niej odejść, inaczej uznają to za marnotrawstwo. — Strzepnął popiół, wygasił niedopałek w kubku robiącym za popielniczkę. Spuścił na moment wzrok na nią z poczuciem, że właśnie wyłonił się spod wody i uszy mu się odetkały. — Mamy dwie ofiary, kobiety. Płeć zawęża niewiele, ale jest kierunkiem.
— Szukanie struktur w świecie odgórnie ich pozbawionych, znaczenia w chaosie — powiedziała kapłanka, jakby myślała na głos. I to zdecydowanie zbyt głośno. — To nauka wyniesiona nie tylko ze studiów kryminalistycznych.
Tristan, wyciągnąwszy kolejnego papierosa z paczki, z zapalniczką gotową w dłoni, bardzo poważnie zastanowił się, jak łatwopalne są religijne szaty.
— Nie wyniosłem jej również z własnej dupy, jeśli o to ci chodzi.
Tobias starał się ukryć uśmiech.
— Ofiary mogą wyglądać na przypadkowe, ale nie można zbrodniom odmówić przemyślenia — włączyła się Elise, do tej pory w skupieniu ich słuchająca. — Wielebna spojrzy na te zdjęcia.
Fotografie przedstawiały główny powód, dla którego już po dwóch zabójstwach zaczęto mówić o seryjnym mordercy bądź morderczyni – obrazy, po dwa na każdą zbrodnię, teraz trzymane przez techników w celu głębszej analizy. Stanowiły zbyt przemyślany, charakterystyczny element całej scenerii grozy, żeby myśl o kolejnym ataku nie spłynęła zimnym potem po plecach funkcjonariuszy.
Jeden wykonano całkiem dobrą techniką, przedstawiający dokładnie miejsce zbrodni jeszcze zanim do niej doszło. Drugi był dużo bardziej interesujący, wyglądając jak zwymiotowane resztki, w których zaczęło grzebać dziecko. Ekspresyjne odpryski żółci, błękitu oraz czerwieni nie przypominały żadnego konkretnego kształtu, będąc póki co w mniemaniu Tristana chorą fantazją umysłu. Oba twory różniły się od siebie na tyle, że rozważał nawet poszukiwanie dwóch, nie jednej osoby odpowiedzialnej za zbrodnie. Sytuacja z obrazami powtórzyła się przy zmasakrowanej księgowej, lecz tym razem dziecko bawiące się wymiotami wydawało się nieco starsze, bardziej doświadczone w przypadkowym mieszaniu kolorów oraz kształtów. Poznawało świat, tak jak poznawało odcienie okrucieństwa, bo nawet rany zadane ofiarom nie miały ze sobą niczego wspólnego. Inne narzędzia, inny powód śmierci, jedna przez jakiś czas związana i cięta godzinami, druga w pewnym momencie połamana i bita. Jedyne, co uczyniono im obu, to cierpienie trwające dłużej, niż wydawało się to możliwe.
— Widzisz jakiś religijny symbol zniszczenia na tych wysrywach? — zapytał cierpko Tristan, puszczając dym nosem.
Kapłanka nie zwróciła uwagi na jego tanią zaczepkę. Ułożyła fotografie w swych dłoniach, oceniając je zaskakująco profesjonalnym okiem.
— Nie. Dostrzegam jednak rozchwianie. I wizję na stabilność.
Tristan zamarł w pół ruchu. Bruzda między jego brwiami znacząco się powiększyła.
— Wizję, kurwa, na co?
— Pierwszy obraz to amalgamat nieskładnych myśli — odpowiedziała Navarra, jakby czytała tekst wprost z obrazu. — Zbiór wszystkiego i niczego. Ale drugi… — Cokolwiek, co czaiło się w tej pauzie między słowami, schowało się za szybko, żeby Tristan zdążył to wyłapać. — Drugi ma znamiona wyłaniającego się z trzewi chaosu rozsądku. Młodego, chwiejnego niczym niemowlę rozsądku. Na amalgamat zaczyna być naniesiony schemat. Widział detektyw te linie? One nie są przypadkowe, reszta owszem.
Poszedł, ciągnąc za sobą strugę dymu, podążył wzrokiem za jej palcem obrysowującym elementy ekspresyjnego obrazu pozostawionego przy drugim ciele. Pojedyncze linie faktycznie zdawały się wskazywać na jakąś formę, przyciągane do środka przez niewidzialną siłę grawitacyjną. Wyglądało to jak owal. Albo głowa?
— Widzę — wycedził przez zęby.
— Ta osoba potrafi malować — przyznała Elise. — Jej dzieła nie są pozbawione znaczenia. Pytanie tylko, do czego zmierzają.
— Czy udało się zebrać odciski z obrazów? — zapytała ją kapłanka, ale młoda techniczka pokręciła głową.
— Tutaj pojawia się kolejnym problem. Ciała nie są starsze niż kilka dni, ale znalezione przeze mnie ślady biologiczne są w takim stopniu degradacji, jakby minęły co najmniej trzy tygodnie. Nie jestem w stanie przebadać dobrze tych resztek.
— Podsumowując: tkwimy w dupie — wciął się Tristan. — Ale to się zmieni.
Drugi niedopałek wylądował w innym kubku z niedopitą kawą, chyba należącą do Tobiasa, patrząc po jego minie. Agent zabrał z krzesła swoją marynarkę, zarzucił ją na ramiona bez poprawiania kołnierza czy krawatu.
— Tobias — młodziak wyprostował się jak na baczność, słysząc ton tnący w pół jakikolwiek sprzeciw, zanim ten jeszcze padł — szukaj dalej powiązań między ofiarami. Gdy cię zapytam, czy obie chodziły tym samym przejściem dla pieszych w drodze do domu, masz znać na to odpowiedź. Elise, zastanów się raz jeszcze, czy nie da się przepuścić tych śladów biologicznych przez jakieś testy i wykryć magiczną ingerencję.
Jego wzrok padł na Navarrę. Stała ze splecionymi dłońmi przed nim i miał wrażenie, że rzuca mu wyzwanie. Z ogromną przyjemnością by ją po prostu zostawił w biurze, ale spuszczanie jej z oka i pozwolenie na mieszanie w głowach jego podwładnych było jedną z najgorszych możliwych decyzji. Wypluł z siebie niechciane słowa:
— Kapłanka jedzie ze mną.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz