Elias utkwił wzrok w porzuconej mapie i ołówku. Cisza otoczyła ich nie nagle, ale stopniowo – sączyła się powoli aż wypełniła przestrzeń między nimi. Kątem oka widział nawołującą z korytarzy ciemność, czekającą cierpliwie na ich kolejny ruch. Ot kolejne miejsce do odkrycia, kolejna tajemnica do rozwiązania, kolejna przygoda do przeżycia.
Mimo to nie poruszył się, siedząc nieruchomo na niewielkiej skale, rozmyślając nad historią Isidoro.
Opowieść o sfinksie i królu poruszyła w jego wnętrzu coś znajomego.
— Dlaczego Prialan zapadł w sen? — zapytał nagle. — Brakowało mu zagadek?
Isidoro posłał mu wyrozumiały uśmiech.
— Chyba bardziej brakowało mu przyjaciela. Po odejściu króla Saladyna musiał być bardzo samotny — Jasnowidz zawahał się, po czym dodał nieco ostrożniej: — Możliwe, że łatwiej było zasnąć niż wpuścić do serca kolejnego śmiertelnika, który na koniec też pozostawi po sobie bolesną pustkę.
Elias kiwnął lekko głową. Spojrzał gdzieś w bok.
— Chyba go rozumiem.
— Tak?
Ramię otarło się o niego, gdy Isidoro nachylił się próbując złapać jego spojrzenie, i sam nie wiedział czemu, ale zrobiło mu się lżej.
— Dawno temu, to właśnie ludzie podjęli się wyzwania i wiedli prym w wyznaczaniu pionierskich granic magii. Badali, odtwarzali zapomniane zaklęcia, a czasem układali zupełnie nowe — zaczął opowiadać, spokojnie wypowiadając każde słowo. — Był taki okres w moim życiu, gdy stroniłem od towarzystwa wszelkich istot. Nie za bardzo wiedziałem, co działo się wtedy na świecie. Nie wiedziałem, że na kontynencie magia wraca do życia. Po prostu starałem się przetrwać z dnia na dzień, nic nadzwyczajnego, prawda?
Zamilkł na moment, jakby myślami przeniósł się w zupełnie inne miejsce.
— Pewnej nocy zostałem zaatakowany przez grupę potworów.
— Potworów?
— Tak. — Jego głos stwardniał na moment. — Niezwykle inteligentne i krwiożercze bestie, które wylęgły ze swego rodzaju mutacji magii. Wiecznie nienasycone, pozbawione jakichkolwiek emocji. Mogły wyglądać niepozornie, jak ludzie, ale brakowało im tej specyficznej energii życiowej, której zresztą byli tak bardzo głodni. Kiedyś postrach osad, teraz praktycznie wymarłe, zapomniane wspomnienie.
— Praktycznie wymarłe?
— Czasem zdarzają się niedobitki.
Isidoro przełknął ślinę. Uśmiech zniknął z jego twarzy, jakby nigdy go tam nie było.
— I co się wtedy stało?
— Uratowała mnie młoda czarodziejka. — Coś czułego zatańczyło w mroźnych oczach elfa. — Nazywała się Mira. To właśnie ona wprowadziła mnie w meandry magii i została moją mistrzynią. Gdyby mnie wtedy nie odnalazła, nie zostałyby po mnie nawet kości. Nigdy nie zakochałbym się w magii, nie przeżył tylu przygód. — Spojrzał na jasnowidza i uśmiechnął się lekko. — Nie spotkałbym ciebie.
Pozwolił tej chwili potrwać, śledząc drgnięcie kącików ust drugiego mężczyzny i odprężając się w bijącym od niego cieple.
— Zmierzam do tego, że — podjął znowu — kiedy przyszedł jej czas… nie czułem smutku. Byłem bardziej zawiedziony ulotnością jej krótkiego życia, niewykorzystanego potencjału, trochę zgorzkniały, że zostawiła mnie bez odpowiedzi na tak wiele pytań. — Zawahał się. — Byłem zły, że nasza przygoda się skończyła.
Zapadła krótka cisza.
— Co zrobiłeś? Po tym jak odeszła? — zapytał Isidoro.
— Zacząłem samodzielnie szukać odpowiedzi. I znalazłem je, ale to już nie było to samo. Czegoś brakowało. — Uciął, wzruszył ramionami, po czym kontynuował: — Musiało minąć sporo czasu bym zdołał pojąć, czego mi brakuje. Tak jak wspomniałeś: łatwiej jest zasnąć, zapomnieć i uciec z powrotem w ramiona samotności.
— Czy czasem… Czy kiedykolwiek pomyślałeś, że chciałbyś o tym wszystkim zapomnieć? O przeszłości?
— Nie. Nie mógłbym. — Spojrzał na Isidoro. — Pamiętam wszystkie złe rzeczy — uśmiechnął się łagodnie — ale te dobre też.
Przywołał w pamięci obraz mistrzyni. Tak żywy, jakby jeszcze wczoraj stał z nią twarzą w twarz. Długi warkocz jasnych włosów zawsze bujał się w rytm jej energicznego kroku, a Elias zawsze blisko niej, kroczył wytoczonym przez nią śladem. Jej dźwięczny śmiech podrywał ptaki do lotu, gdy tańczyła boso w zaczarowanym polu barwnych kwiatów. Istotnie sama wyglądała wtedy jak kwiat, wesoły kwiat, który nie mógł usiedzieć na łodydze i oderwał się, aby trochę pofruwać. Elias stał zwykle nieruchomo i spoglądał potem w ziemię, zdumiony tym całym wielorakim, żwawym życiem, które wykwitało z magii pod jego stopami.
Zawsze była krok przed nim, zawsze obok, by poprawić go, zanim zdążył popełnić błąd. I choć jej zaklęcia przetrwały wieki, to na całym świecie nie było prawdopodobnie nikogo, kto by ją zapamiętał.
Nikogo – poza Eliasem.
— Pamiętam śmiech mistrzyni — podjął dalej — starych przyjaciół i to jak bardzo mnie kochali. I zapamiętam też naszą przygodę.
— To musi strasznie boleć. Wszystkie te wspomnienia.
— Tak, ale gdybym ich zapomniał, ich głosy, twarze… wtedy naprawdę by odeszli.
Isidoro długo nic nie mówił. Przyglądali się sobie na tyle, ile pozwalał panujący wokół półmrok.
— Dziękuję, że się tym ze mną podzieliłeś.
Elias odwrócił prawie nieśmiało wzrok.
— To nic takiego. — Machnął ręką i wstał z kamienia. Im dłużej siedział tym bardziej zaczynała mu doskwierać niska temperatura kopalni. — Chodźmy już lepiej.
Isidoro nic więcej nie powiedział. Zebrali się i ruszyli dalej.
Założyli, że na mapie wkradł się błąd, a błędy przecież się zdarzały. Nic nowego ani nadzwyczajnego.
Minęli rozpadlinę, a że spotkali ich już wiele po drodze – raz większe, raz mniejsze – Elias kompletnie nie zwracał już na nie uwagi. Nie wiedział, jak głęboko sięgały ani nie tracił czasu, by zaglądać w ziejącą ciemnością przepaść. Mieli tylko mapę aktualnego poziomu, to co kryło się pod nimi, nie było im znane i całkiem możliwe, że nikomu innemu też.
— Kręcimy się w kółko. — Usłyszał za plecami głos Isidoro.
Jego towarzysz zatrzymał się z błyskiem niepokoju na twarzy.
— Po czym to stwierdzasz? — zapytał Elias, podążając za wzrokiem jasnowidza.
— Ta rozpadlina — zaczął Isidoro z lekkim drżeniem. — Przechodzimy obok niej już trzeci raz.
Elias uniósł brwi, podrapał się po rudej czuprynie.
— Na pewno?
— Na pewno.
— Czyli jednak — westchnął czarodziej. — Zgubiliśmy się.
— I co teraz? Nic nie idzie tak jak powinno, nasz sprzęt ledwo działa, mamy za mało prowiantu, a moje… a moje wskazówki wcale nie pomagają.
Elf przystanął przy szczelinie i śmiało spojrzał w czarną dziurę.
— Może coś przeoczyliśmy — mruczał do siebie, głowiąc się nad nie tak banalnym rozwiązaniem ich sytuacji.
Isidoro długo milczał, jakby zastanawiając się nad czymś. Nie umknęło uwadze Eliasa, że mężczyzna chciał poruszyć jakiś temat, jednak kiedy już otwierał usta, szybko je zamykał i znikał we wnętrzu własnych myśli.
— O co chodzi? — zapytał wprost i jasnowidz spojrzał na niego z zakłopotaniem.
— Nic. To znaczy, po prostu… tej nocy przyśniło mi się, że dno jaskini rozstąpiło się pode mną i zacząłem spadać w straszną czeluść… ale nim sięgnąłem dna, przebudziłem się. Teraz już nie wiem czy był to tylko sen… czy może coś więcej.
— Brzmi jak wskazówka. W takim razie chodźmy to sprawdzić — oznajmił bezceremonialnie Elias i nachylił się niebezpiecznie nad szczeliną o szerokości porównywalnej do rozmiarów samochodu.
— Zaraz. Co? — Isidoro złapał go mocno za nadgarstek, pociągnął do tyłu. — Właśnie ci powiedziałem, że nie jestem tego pewny. Tak naprawdę odkąd się zgubiliśmy to już niczego nie jestem pewny. Nie ufam sobie, ani temu dokąd to wszystko zmierza.
— Ale ja ci ufam — zauważył Elias.
Isidoro westchnął, chude ramiona opadły smętnie, bezradnie, a wraz z nimi upuścił na ziemię plecak. Oparł się o przeciwległą ścianę i schował głowę w dłoniach.
— Jak tak możesz?
Elias spojrzał na niego, jakby wyrosła mu druga głowa.
— Ufać ci?
— Tak. Dlaczego? Nawet nie znasz mnie aż tak dobrze.
Elf zbliżył się do towarzysza, ujął nieco wychłodzoną dłoń, uścisnął czule i zajrzał w te błękitne oczy, teraz ogarnięte strachem i wątpliwościami.
— To prawda — zgodził się z nim.
— Więc dlaczego?
Czarodziej uśmiechnął się delikatnie.
— Bo jesteśmy drużyną.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz