30 czerwca 2026

Od Azelana do Daniela

Wieczorne, rozciągające się nad nimi niebo, zaszło gęstą, ciemną i rozproszoną mgłą. Wilgoć oprószonego resztkami deszczu betonu uderzyła gwałtownie w ich nozdrza, przypełzła po odkrytych szyjach i wślizgnęła się pod grube materiały krochmalonych koszul, przyprawiając ich ciała o nieprzyjemny, zimny dreszcz. Azelan, wysiadłszy w pośpiechu z samochodu, wziął głęboki wdech, napełniając płuca świeżością oddalonego od miasta powietrza. Szybkim ruchem ręki złapał za przydługi ogon krawata, czując, jak ten zaciska się na jego szyi niczym pętla uginającego się pod nieznanym ciężarem stryczka. Powiew lekkiego, niegroźnego wiatru uderzył wreszcie w bok jego sylwetki, przemknął między kosmykami nieułożonych, jasnych włosów, musnął blady, zaciśnięty polik. Azelan stwierdził, iż wolałby, aby w tej jednej chwili zrywający się z wolna szkwał porwał ze sobą również jego myśli, toczącą pierś emocję i, boleśnie owijające się wokół jego serca oraz wpijające się w nie cierniami, poddenerwowanie.
Unoszący się po ich starciu kurz wydawał się właśnie układać na azelanowych ramionach, w żadnym razie nie dając o sobie zapomnieć i wkradając się w każdą wolną przestrzeń między ubraniami, w dzielącą go od Daniela odległość i wyłożoną czerwoną kostką powierzchnię przed drzwiami niewielkiego, wiejskiego lokaliku. Azelan, nie wiedząc do końca co zrobić z wolnymi, rozedrganymi dłońmi, skrzyżował ręce na piersi, fuknął coś pod nosem. Mimo iż próbował wyrzucić z głowy słowa swojego towarzysza, te sprawnie wpełzły pomiędzy ciągliwe tkanki mózgu, ułożyły się wygodnie w dzielących myśli szczelinach i dokuczliwie, bez zgody właściciela, zaczęły wyciągać na wierzch głęboko zakorzenione w umyśle wspomnienia. Nie potrafił zrozumieć, co miała na celu jego uwaga. Co kryło się pod zadanymi następnie pytaniami, skrywanym w Daniela oczach rozczarowaniem? Co tak bardzo pragnął usłyszeć, a co, stłumione w Azelana myślach i rozdygotanej piersi, sprawiło, iż jedyne, co pozostawiła za sobą ta krótka wymiana zdań to wyraźnie odczuwalny niesmak i narastająca wokół nich irytacja?
Jakkolwiek wiele pytań nie gromadziłoby się pod twardą powierzchnią azelanowej czaszki, nic nie złościło go równie mocno, co fakt, iż w dziwnym poddaniu i kotłujących się w nim emocjach, nie potrafił odpowiedzieć na żadne z pytań Dworakowskiego. Nie umiał stwierdzić, co próbuje od środka rozerwać mu pierś. Co zaciska się na żebrach i je łamie, co omiata się ciasnym sznurem wokół jego płuc i nie pozwala regularnie oddychać. Wszystko to było obce, odległe. Zakopane gdzieś w głębokich kurhanach utraconej przyjaźni i nieopuszczającego go poczucia winy. Bo zwyczajnie łatwiej było nie czuć wcale. Odciąć trzymającą go przy resztkach człowieczeństwa pępowinę i poddać się powolnemu, tworzącemu z niego pustą, pozbawioną uczuć wydmuszkę, rozpadowi.
Dlatego, ze skutkiem większym lub mniejszym, nie pozwalał sobie dłużej czuć. Dlatego na otaczający go ludzkimi uczuciami świat wolał reagować zobojętnieniem i chłodnym, aroganckim niemalże, spokojem. Gniew pochłaniał za wielkie pokłady energii. Troska, którą pozostawiał szczelnie zamkniętą w starych ścianach swojego domu, osłabiała i wystawiała na ataki nieznajomych.
Zupełnie tak, jak teraz.
Skarcił w myślach samego siebie, pokręcił w zrezygnowaniu głową. Niepotrzebnie odwracał spojrzenie. Niepotrzebnie pozwolił, by jego oczy świdrowały sylwetkę dawno utraconego przyjaciela i by rozpaliły niewielkie ognisko, skrywanych gdzieś pod grubą warstwą otępienia, emocji. By dzielące ich zaledwie centymetry raz jeszcze przypomniały mu, iż Daniel – ten sam mężczyzna, który od przeszło roku traktował go niczym nieustannie pojawiającą się na jego ścieżce przeszkodę – był kiedyś dla niego kimś, kogo długo nie potrafił zapomnieć i dla kogo pojawił się właśnie tu, w Stellaire.
Tak, na początku był obcym – jedynym niepasującym trybikiem w zawiłych, tworzących Karymsk machinacjach, dodatkowym i niepoznanym wcześniej elementem w skomplikowanej układance ich miasteczka. Potem okazał się również kompetentnym, błyskotliwym partnerem. Jeszcze później kimś, kogo Azelan nie bał się nazwać, w toczonej przeciwko pladze bitwie, towarzyszem broni. A gdy gotów był uznać go za przyjaciela, gdy nie obawiał się dłużej odsłaniania przed nim swoich obaw, zmartwień i słabości, jedyne co pozostawił po sobie Dworakowski to nieprzyjemny posmak rozczarowania, tęsknoty i gnijącej gdzieś w ciemnym kącie nadziei.
Azelan spróbował otrząsnąć się z toczącej jego ciało złości. Miał ochotę krzyczeć. Odwrócić się w stronę blaszanej maszyny, jej kołpaki potraktować silnym, celnym i pełnym rozgrzanego gniewu kopniakiem. Kumulujące się w piersi emocje wydawały się rozdzierać go od samego środka. Najpierw rozrywały mięśnie dudniącego serca. Następnie silnym wybuchem łamały żebra, a oderwanymi odłamkami wbijały się w narządy dookoła. Wszystko to, by doprowadzić jego organizm do nieustannego krwawienia i rozdarcia ran, których nie widział, a które z każdą sekundą pozbawiały go kolejnych pokładów życia i sił.
Skierował się w stronę Daniela, gotowy dać upust swojemu poruszeniu w kilku kolejnych docinkach i złośliwej ironii. Zanim jednak złapał go za ramię, zanim zaskoczył Dworakowskiego atakiem od tyłu i wbił się kłami głęboko w jego wnętrzności, Daniel obrócił się w jego stronę, poderwał nerwowo głowę. Zderzyli się niemal piersiami. Oddech przy oddechu, serce przy sercu. Azelan wydał z siebie głęboki warkot, nie potrafiąc dłużej znieść silnego ucisku w mostku i zbierającego się pod kołnierzykiem koszuli potu.
Nie zdążył uporządkować przyspieszonego oddechu; nie zdążył nawet złożyć odpowiedniej do słów Daniela riposty i ciętej nagany, gdy Daniel, zapomniawszy jakby o rzuconej wcześniej uwadze, wsunął swoje palce między te jego, dokładnie tak samo, jak on sam zrobił to niedawną chwilę temu – po wyjściu z kościoła i przed urodzonym gdzieś po drodze nieporozumieniem. Azelan zacisnął niepewnie dłoń wokół dłoni przyjaciela, naturalnie i bez wcześniejszego pomyślunku. I dopiero gdy Daniel pociągnął go w stronę remizy, gdy zmusił go do zrobienia tych kilku kolejnych kroków i przestąpienia progu sali, Bashkin poczuł, jak targająca jego mięśniami złość odpuszcza i wycofuje się z wolna w głąb swej ciemnej, ukrytej gdzieś w zakamarkach azelanowego, pełnego bałaganu umysłu, celi.
Na kilka następnych minut Azelan całkowicie poddał się woli Dworakowskiego. Usiadł dokładnie tam, gdzie mu nakazano, przywitał z każdym, z kim powinien, przedstawił tym, którzy zdążyli dostrzec jego sylwetkę w otaczających kościół tłumach, lecz nie zdołali podejść, zwrócić uwagi i podać ręki. Nieświadomie i gwałtownie, jakby wyrwany z płótna jednej rzeczywistości, by siłą zostać wepchniętym w drugą, wciągnięto go w procesy i pułapki, których działań nie znał i których porządek wydawał się mu równie trudny do utrzymania w ryzach, co walczące ze sobą, utkwione gdzieś nad kruchymi kosteczkami kręgosłupa, emocje.
Gdy zadawali trudne pytania, szukał pomocy w ciemnych, doskonale znanych mu oczach siedzącego obok Daniela. Gdy brnęli ku odpowiedziom, którymi nie był w stanie zadowolić ich nieustępującego głodu, zaciskał znajomą dłoń i dotykiem błagał o wsparcie. Daniel jednak, ze spojrzeniem wyraźnie odległym i myślą odnalezioną gdzieś zupełnie poza ścianami okupowanej przez Dworakowskich sali, wydawał się nieporuszony prowadzonymi wokół niego rozmowami, ulegającymi przekształceniom koneksjom i nieustającą walką o azelanową uwagę. Bashkin stwierdził, iż czuje się niczym rzucony wilkom na pożarcie ochłap wyrwanych spod skóry podrobów. Wystawiony do walki z dzikimi zwierzętami wirował między jedną konwersacją a drugą, trzecią starannie podłapywał jednym uchem, czwartą drugim. Jak uległe siłom przeciwnika mięso, które w konkretnym miejscu zjawiło się tylko po to, by ułożyć pod sobą mogiłę i zapaść się w jej mroczne, przyjmujące ciepłem oparcie.
Zastanawiał się, czy Daniel ignoruje go celowo. Czy rozgrywający się przed nim teatrzyk, w którym w rolę ofiary wcielił się – czy tego chciał, czy nie – właśnie Azelan, miał być swego rodzaju karą za wszystkie z ostatnich chwil niedopowiedzenia i brak konkretnych, nigdy niewypowiedzianych, odpowiedzi. Ponieważ wobec narastającej wokół niego ściany niezrozumiałych słów i równie niezrozumiałych gestów, czuł się niewyobrażalnie mały. Jakby tajemnicze, górujące nad nim siły już dawno zdecydowały, co z nim zrobić, zanim on sam spostrzegł, że wpadł w sidła tych, których zadaniem było rozdysponowywać losem ludzi tak samo prostych i słabych, jak on.
Z rozrywającego go na kawałki chaosu wielkiego, w większości skupionego na nim, zgromadzenia, wyrwał go donośny, wyraźny głos jednej z danielowych ciotek. Obrócił spojrzenie w stronę starszej kobiety, uśmiechnął się dość niepewnie, skromnie. Nim zdołał jednak całkowicie przeanalizować jej słowa, uświadamiając sobie, czego właściwie dotyczy ów pytanie, poczuł pod stołem silny, nieprzyjemny uścisk Dworakowskiego. Azelan westchnął cicho, rozejrzał się dookoła. Wolną dłonią powędrował mimowolnie do krawata, raz jeszcze przyglądając się ozdobionemu przez Mavkę kawałkowi materiału.
Oczywiście, mógł skłamać. Mógł sprawnie obwieścić, iż autorem jest mała, nieistniejąca bratanica, lub syn dalekiego kuzyna, którego widzi bardzo rzadko, a którego zdołał ostatnio ugościć w swojej skromnej, starej chatce na obrzeżach Stellaire. Istniało wiele rozwiązań i jeszcze więcej kłamstw, by z sytuacji tej wyjść jak tako bez szwanku. Pytanie był w stanie sprawnie zamieść pod dywan ścielący parkiet nieustających rozmów i imprezy, pozwalając sobie na tę którą chwilę ułudy i pozostawionej gdzieś przed drzwiami lokalu prawdy.
Problem polegał jednak na tym, że nie potrafił. Jak mógłby wrócić do domu i spojrzeć Mavce wprost w jej szare, wyczekujące ojcowskiej pochwały, oczy, gdyby tak łatwo przyszło mu skłamać, a własne jej istnienie zataić i zakopać pod wydatnym nasypem absurdu i ułudy?
Westchnął, wysilił się na szeroki, serdeczny uśmiech.
— Dziękuję — odpowiedział krótko, nie mając jednak zamiaru kończyć na tym swojej odpowiedzi. Poprawił się nieco na krześle, dla zachowania pozorów sięgnął po miskę warzywnej sałatki. — Moja córka bardzo nalegała na to, by wybrać mi odpowiedni na tę imprezę krawat. I nawet Daniel nie miał tutaj za wiele do gadania.
Poczuł na swoich plecach spojrzenie Dworakowskiego. Wściekłe, rozdrażnione. Parzące niemal tak bardzo, jak rozżarzone do czerwoności żeliwo.
— Danielku! — głos babci Kazimiery rozległ się po całej sali, przyciągając spojrzenia wszystkich, znajdujących się właśnie w środku, gości. — Wiesz ty co! Jak mogłeś nigdy mi nie wspomnieć, że doczekałam się prawnuczki?
Daniel, w wyraźnej bezsilności, schował twarz w dłoniach.
— Babciu, to nie tak… — odezwał się, na chwilę wyłaniając swoje wielkie, brązowe oczy spod maski bladych, długich palców.
— Bogowie, aż ciężko mi w to uwierzyć. Cóż za niesamowity mężczyzna stanął na twojej drodze Danielku, naprawdę. — Azelan uśmiechnął się zawadiacko, kątem oka zerknął w stronę Daniela. — Nie dość, że wreszcie odciągnął cię od tych grubych książek, to jeszcze przekonał do założenia rodziny. Tak bardzo cieszę się twoim szczęściem, kochany.
— Babciu, posłuchaj mnie. — Daniel pochylił się ciężko nad stołem, niemal wstał. — Azelan i ja jesteśmy parą od niedawna. Dzieci były już dużo, dużo wcześniej.
Oczy babci Kazimiery błysnęły pod światłem tanich jarzeniówek. Azelan szybko dostrzegł w nich iskierkę wyraźnego podekscytowania i niezwykle prostej, ale w tym wszystkim również całkowicie szczerej, radości. Daniel usiadł z powrotem na swoim miejscu, zapadł się w krzesło. Wzruszył chudymi ramionami i dopiero po chwili zdał sobie sprawę jak karygodny i nierozważny popełnił właśnie błąd.
— Dzieci? Jest ich więcej?!
— Ośmioletnia dziewczynka i niedużo starszy chłopiec — wtrącił Azelan.
Daniel złapał go agresywnie za ramię, w oczach babci Kazimiery pojawiły się łzy.
— Nareszcie. Mój kochany wnuczek nareszcie układa sobie jakoś życie. Wielka szkoda, że z nimi nie przyjechaliście. Z chęcią bym ich poznała.
Azelan uśmiechnął się w stronę starszej kobiety.
— Jestem pewien, że nadarzy się do tego jeszcze odpowiednia okazja.
— Tak. Tak, na pewno. Na pewno się nadarzy. — Daniel wstał od stołu, cały czas jednak wpijając się boleśnie palcami w twardy, azelanowy bark. Bashkin syknął, zerknął w stronę przyjaciela. — Chodź. Napijmy się czegoś. Doskonale wiem, że chętnie byś się czegoś napił. Prawda?
Kiwnął niepewnie głową i przełknął z trudem ślinę, wiedząc, iż Daniel nie przyjmie teraz żadnej formy sprzeciwu, bądź oporu. Spojrzał ostatni raz w stronę pani Kazimiery, powoli podniósł się z krzesła i ruszył wraz z Dworakowskim w stronę niewielkiego, stojącego pod ścianą bufetu.
Bashkin wysunął rękę w stronę ułożonej ze szklanek piramidki. Zanim zdołał jednak chwycić za szklane, przezroczyste ucho, Daniel wpił się w wysoką sylwetkę swojego towarzysza i zepchnął go w bok, zupełnie jakby obawiał się, że niesforne, azelanowe ręce jednym uchwytem doprowadzą do wielkiej, równie szklanej katastrofy.
— Chyba się nie zrozumieliśmy, Bashkin. — Dworakowski chwycił za dwa, puste kubeczki, jeden z nich wepchnął ostrożnie w dłonie Azelana. Przystanął przy stalowym zaparzaczu do kawy, wraz ze sobą przesuwając również swojego towarzysza, a gdy upewnił się, że wokół nich nie stoi nikt, kto byłby w stanie podchwycić jego własne, uniesione szepty, kontynuował. — Ani za pierwszym razem, ani za drugim, ani za trzecim. Co ci mówiłem o dzieciach? Co mówiłem?! Że nie mówisz o nich, że o nich nie wspominasz i że tego jednego wieczora udajesz, że po prostu nie istnieją!
— Nie mogę udawać, że moich dzieci tak po prostu nie ma, oynon. — Azelan pozwolił, aby Daniel ponownie wyrwał mu z rąk naczynie i sam napełnił je czarną, ciepłą kawą – być może stwierdzając, że Bashkin i tak nie będzie w stanie zrobić tego odpowiednio dobrze. — Jak ty sobie to właściwie wyobrażałeś?
— Normalnie, Bashkin. Normalnie! Tak łatwo przychodzi ci nierozmawianie o innych, istotnych rzeczach, a o tej właśnie musisz? Jesteś tu na jeden wieczór! Nie potrzebujemy, by cała moja rodzina wiedziała o tobie więcej, niż jest to konieczne. Rozumiesz?
Azelan wziął mimowolnie krok w tył, schował się za splecionymi na klatce piersiowej ramionami. Siwe tęczówki badały wnętrze sali w poszukiwaniu jakiegokolwiek, możliwego do zahaczenia punktu, ostoi zrozumienia w otaczającym go wokół bałaganie – kotwicy niepozwalającej mu ponownie zapaść się w chaos kotłującej się w piersi złości, rozczarowania i szczerego, wyłaniającego się spośród reszty emocji, smutku. Poczuł, jak niesforny oddech grzęźnie mu w gardle, jak po dłoniach spływa nieprzyjemnie pot. Jak mięśnie, wcześniej napięte do granic możliwości, z wolna odmawiają posłuszeństwa, tracąc na swej sile i woli do podtrzymywania reszty ciężaru osłabionego cielska.
Coś, w tych kilku słowach sprawiło, że Azelan poczuł się, jakby stał na butwiejących deskach starej zapadni. Jakby w każdej chwili mógł załamać się pod samym sobą, upaść na podłogę niczym wiotka marionetka lub, zwyczajnie i w zgodzie z oczekującym na niego losem, poddać się nadchodzącej nieuchronnie karze. Wiedział, że pewnego dnia przyjdzie mu za to wszystko zapłacić. Za brak kompetencji, splamione krwią dłonie i oczy, które gasły pod rozcinającym ropiejące wrzody skalpelem. Przeznaczenie mogło równie dobrze dogonić go teraz – pod postacią rozzłoszczonego wzroku przyjaciela i jego, raniących równie mocno co szpic stalowych kleszczy, słów.
Był gotów zawrócić. Pozostawić Daniela bez słowa, z powrotem zasiąść na odpowiednim przy stole miejscu i wrócić do swej roli, rozszarpywanej i pozbawionej człowieczeństwa, miazgi sprasowanego mięsa. W ostatniej chwili odnalazł jednak wzrokiem jedną z danielowych, wysuniętych w jego stronę, dłoni. Nim zdołał uciec i schować się przed niespodziewanym dotykiem przyjaciela, palce Daniela ułożyły się miękko na jego zaciśniętym poliku, zupełnie tak, jakby od zawsze to właśnie tam, na skórze spaczonej bliznami i podyktowanymi głodem wklęsłościami, było ich miejsce.
— Nawet jeść kulturalnie nie potrafisz. Jesteś doprawdy beznadziejnym, ale to beznadziejnym, przypadkiem.
Azelan zamarł. Nie potrafiąc wykrzesać z siebie wystarczających pokładów sił, by skryć się przed obcą bliskością i uciec w ciemny kąt drugiego końca sali, stał znieruchomiały, pozbawiony umiejętności oddychania, umiejętności chodzenia i pozostawiony na pastwę tego, w którego oczach dostrzegał wyłącznie złość, frustrację i paskudnie szczere obrzydzenie. Kciuk Dworakowskiego musnął oprószoną lekkim zarostem skórę, Azelan poczuł nagle przy ustach słodkość pozostałych na wargach drobinek cukru. I wtedy, w ułamku sekundy tak krótkim, iż wydawał się zupełnie nie istnieć, dotyk Daniela złagodniał. Blade paluszki zatrzymały się gdzieś na zapadniętym poliku, poczuły pod opuszkami, zapomniane bądź skryte gdzieś pod grubą warstwą gniewu i reszty – niezwykle ciężkich do udźwignięcia – wspomnień, ciepło. Bashkin, nie wiedząc dłużej, na czym zatrzymać wzrok, zerknął w oczy przyjaciela i dojrzał coś, czego nie spodziewał się dostrzec ani teraz, ani kiedykolwiek indziej.
Tęsknota.
Tęsknota na tyle silna i na tyle miażdżąca, iż Daniel wydawał się całkowicie pod nią rozpadać – wykruszać się na drobne kawałeczki niczym zbita porcelanowa lalka, z której wnętrzności niespodziewanie popłynęła krew, wyjrzały narządy i przyklejone do kości ścięgna. Azelan gotów był podłożyć się pod ten niespodziewany, kuriozalny upadek. Gotów był zebrać rozsypane wokół niego okruszki, gotów na powrót ugnieść je w formę, stojącego przed nim i przegrywającego z nawracającymi falami nostalgii, przyjaciela. Narastający jednak pod sercem ból kompletnie mu to uniemożliwił. Mógł wyłącznie stać. Stać z uchylonymi w zaskoczeniu ustami, formującą się w gardle gulą i dziwną przypadłością, która powtórnie tego dnia wpiła się szponami w jego płuca i odmówiła przyjmowania kolejnych haustów, niezbędnego do przeżycia, powietrza. Był przekonany, iż lada moment rozpadnie się wraz z Danielem. Oboje runą w swoje ramiona, które – pozbawione twardości mięśni, stabilności szkieletu i miękkiej tkanki odchodzącej od tłuszczu skóry – zapadną się pod ciężarem drugiego, finalnie tak bliskiego im i nigdy do końca zapomnianego, człowieka.
Kto wie, jak długi by tak stali, nierozłączni, w tej dziwnej, intymnej niemal bliskości, gdyby jeden z Daniela wujków nie wpadł przypadkiem na plecy bratanka, posyłając go wprost w ramiona Azelana i ciepło, stojącego tuż obok, pełnego życia, ciała. Daniel, poczuwszy pod polikiem twardą powierzchnię azelanowego mostka, odskoczył pospiesznie od młodszego mężczyzny i zanim skierował się z powrotem w stronę stołu, posłał Bashkinowi gęstniejące od niezadowolenia spojrzenie. Chwycił za dwa, napełnione kawą kubki, kolejny raz odmawiając Azelanowi złapania za którekolwiek z naczyń.
— I niech mi to będzie ostatni raz, Bashkin. Pamiętaj, że poza tą salą nie łączy nas nic prócz profesjonalnej, czysto zawodowej relacji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz