27 czerwca 2026

Od Dantego do Ignisa

Byli najgłośniejsi w całym barze. Ich żyły zdawały się pulsować żywą energią, której, tak im się zdawało, nie zaznał nikt inny na tym świecie. Mieli za sobą kilka butelek płynnego złota oraz wieczór spędzony na robieniu tego, co wszyscy kochali – dostali zastrzyk mieszanki czyniącej ich niepowstrzymanymi, niezniszczalnymi i zupełnie wstawionymi.
— Morda, skurwysyny! — zawołał Dante, ku uciesze brygady chwiejąc się więcej niż trochę przy wstawaniu z krzesła. — Chcę coś powiedzieć i macie słuchać!
— Rybcia spełni nasze trzy życzenia w zamian za koncert? — zaczepił go Raam.
— Wszystkie trzy dupy ci zaraz obiję — odpyskował mu odważnie. — Toast!
— Będzie ciekawie — prychnął Seymour w butelkę piwa.
Szklanka wirowała syrenowi trochę przed oczami, ale żadne whiskey się z niej nie wylało.
— Za tę nieszczęsną bandę, którą przyszło mi nazywać przyjaciółmi. Nienawidzę was, dupki, za to, jak dobrze gracie.
Dante potoczył rozkojarzonym wzrokiem po zebranych twarzach i dostrzegł na każdej uśmiech, od tego markotnego Seymoura, po pełen zębów prezentowany przez Raam. Ioannis łagodnie kołysał ramionami, jakby w rytm wspólnego śmiechu, Arieth popijał cydr, Vi cieszył się razem z nimi, a Zapałka próbował udawać, że wcale nie ma ochoty się wyszczerzyć. Dante zastanawiał się intensywnie, jakimi słowami powinien opisać ich niezastąpiony, muzyczny podkład, jednak utwierdzał się w przekonaniu, że należało ten wieczór przeżyć, żeby go zrozumieć. Ignis zostawiał kawałek swojego serca na każdej scenie, na której przyszło mu występować, jakby rozdawał za darmo ulotki, i tak też stało się na pokazie. Zobaczył, co Dante zrobił z ubraniami, i bez zastanowienia z tą samą mocą przekazu zagrał.
Syrenia dłoń ścisnęła bark genashiego. Ignis niby chciał się wyrwać, ale coś bez przekonania. Spojrzał w górę na Dantego.
— Dziękuję — powiedział syren, coraz bardziej podpierając się na Zapałce niż go trzymając. — Bez was ten pokaz nie byłby taki sam.
— Kurwa, weź, Karp, powtórz, bo coś nie dosłyszałem.
— Właśnie, coś tak cicho bulgotałeś — wtrącił Seymour.
— Dante powiedział, że… — zaczął Arieth, ale jedna z dłoni Raama od niechcenia wylądowała mu przed ustami.
— Mówiłem, że dupki — prychnął Dante, przykładając ułożone w półuśmiech usta do szklanki.


— Nauczyłem się siebie samego doskonale okłamywać przez ciebie, idioto z niewyparzoną mordą — wycedził nienawistnie Kuttner, patrząc Dantemu głęboko w oczy i spotykając się z równie głębokim brakiem poczucia powagi sytuacji. — Nauczyłem się tego, żeby zaznać choćby krzty spokoju ducha w pracy z tobą. I tak zaślepiłem się tymi kłamstwami w ciągu ostatnich kilku tygodni, miesięcy! Aż zdążyłem uwierzyć, że…
Dante użył całej swojej silnej woli, żeby westchnąć w duchu, nie bezpośrednio przed Kuttnerem, inaczej szef dostałby tylko powód do rozpoczęcia nowego akapitu w tej niekończącej się tyradzie.
Jeszcze wczoraj pokaz był sukcesem. Kuttner całkiem niespokojnie mu wytłumaczył, że sukcesem to była zachowana przez niego resztka poczytalności.
Do zakładu Dante wparował z szerokim uśmiechem błyszczącym się od śnieżnobiałych kłów. Poprzedni wieczór, wciąż żywy w jego głowie, wprowadził go w jeden z najlepszych możliwych humorów, zaś jego niemieszczące się w samolotowym hangarze ego zostało wywindowane na nowy poziom, świecąc wokół wyprostowanych ramion jak boska poświata. Kreacje wyszły zjawiskowo. Publiczność została oczarowana. Nawet jakiś pomniejszy magazyn modowy zainteresował się jego pracą. Vox rozjebał go samego. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na powód do świętowania, które szczęśliwie zakończyło się brakiem kaca, bo pan doktor troskliwie zajął się syrenem mruczącym o swoim aksolotlu ubranym w śliczne sukienki. Kuttner jednak skutecznie pogrzebał całą pracę Bashara, doprowadzając Dantego do nieznośnego bólu głowy i narastającego zmęczenia.
Zdaniem szefa, pokaz mody zorganizowany w ten sposób był dowodem braku dojrzałości dwójki artystów zbyt kreatywnych i bezkompromisowych jak na własne dobro. Kuttnera guzik obchodziło, że Dante zrobił jakiś pokaz za jego plecami, chociaż z pewnością nie był z tego powodu zadowolony. Chodziło o to, z kim go zrobił. Vox Metallica zgarniali rok w rok okładki światowej sławy gazet muzycznych, bilety na ich koncerty wyprzedawały się w kilka sekund, a miliony miesięcznych słuchaczy na Songtify nie wzięły się znikąd. W skrócie – byli przechujami w swojej dziedzinie, nawet jeśli Dante ich tak na co dzień nie postrzegał. Dla niego przyjaciele, dla świata celebryci, których każdy krok był obserwowany przez fanów oraz media. Ktoś w tłumie szybko ogarnął, kto śpiewa, informacja poszła do internetu, a potem szambo wybiło. Kuttner musiał wyłączyć zupełnie stacjonarny telefon w zakładzie, zaś nowe maile na skrzynce przesuwały się przed oczami niczym wartki wodospad. Wszyscy nagle zapragnęli dostać kawałek odzienia od krawca, który współpracował z ich ulubionymi muzykami. Pewnie, że była to promocja dla zakładu, ale w tym wypadku granica została srogo przekroczona.
Wciąż, Dante zaciskał zęby przez drażniącą go frustrację, że cała jego oraz chłopaków praca sprowadziła się do czegoś takiego.
Telefon zawibrował mu w kieszeni. Syren zerknął ukradkiem. Wiadomość od Zapałki.

Pomachaj płetwami i rusz rybią dupę do studia

Norbi wymyślił plan zamordowania nas

Musi się ustawić w kolejce, Kuttner właśnie mnie morduje

Kurwa

— Ale co chcesz, żebym z tym zrobił? — przerwał Kuttnerowi Dante z nutą zirytowania w głosie, chowając z powrotem telefon. Ostatnie kilka zdań umknęło uwadze syrena, jednak na pewno pojawiły się tam takie słowa jak „brak piątej klepki”, „skaranie boskie” czy też ponadczasowe „patafian”. Nie potrzebował dłużej wysłuchiwać w kółko tego samego bełkotu, nawet jeśli Kuttner uważał inaczej.
Starszy mężczyzna wydawał się gotowy potraktować go nową dawką swoich niewybrednych opinii za tę próbę uciszenia go, ale się powstrzymał. W przenikliwych oczach pojawiło się coś, co nie do końca spodobało się Dantemu.
— Bardzo proste pytanie z prostą odpowiedzią — odezwał się, opierając dłonie na blacie i pochylając się lekko ku syrenowi. — Masz to odkręcić. Masz porozmawiać ze swoim równie genialnym kolegą i zrobić coś, co przychodzi ci z takim trudem – zastanowić się jak odpowiedzialny dorosły nad konsekwencjami swoich działań.
— Tylko tyle? — parsknął Dante i gdyby był nieco mniej sobą, zrozumiałby w porę, że lepiej by było mu tego nie robić.
— Zajmiesz się również odpisywaniem na te wszystkie maile — odparł bez zawahania Kuttner, z sadystyczną przyjemnością oglądając, jak Dantemu zsunęły się szkiełka z nosa. — Jesteśmy renomowanym zakładem krawieckim i ta opinia nie ucierpi przez twoje niechlujstwo. Każdej osobie odpiszesz w grzecznym tonie, że nie jesteśmy w stanie wykonać jej zamówienia.
— Tych maili jest ze cztery tysiące!
Siwa brew powędrowała bardzo powoli w górę, dając Dantemu czas potrzebny na zastanowienie się, czy naprawdę zamierzał jeszcze narzekać.
— W takim razie lepiej, żebyś zabrał się do pracy — skwitował krótko. — Dzisiejsze szycie również masz jeszcze do skończenia.


W studiu posadzono go na kanapie zaraz obok Zapałki jak dzieci w przedszkolu, które miały właśnie odpowiadać przed nauczycielem. Reszta Voxa siedziała wokół nich, ale Norbert miał swoje powody, żeby uwagę skupić na ich dwójce. Jeśli ekipa dorosłych pięciolatków odwalała jakiś szajs, najczęściej złotą burzę loków oraz bałagan czarnych kosmyków dało się zobaczyć na przedzie kompanii.
— Nie zapytam, który z was wpadł na ten pomysł, bo to nie ma znaczenia — podjął Norbi. — Z ciekawości jednak zapytam, co sądziliście, że się stanie, gdy zrobicie ten pokaz i podłożycie pod niego muzykę Voxa.
Dante z Ignisem wymienili spojrzenia.
Nie myśleli dalej, niż szła muzyka oraz moda. Rozgłos zrobiony w tłumie był elementem, nie fundamentem kierujący artystami. W centrum wszystkiego, co robili, tkwiła jedna i ta sama myśl niezmiennie przez te mijające lata – stworzyć coś. Zaczynali od chujowych szkiców, pracowali nad dobrymi fragmentami, aż mogli powiedzieć, że niektóre rzeczy wyszły im zajebiście. Bez tej supernowej wybuchającej w nich przy każdym nowym pomyśle nie zaszliby nawet kroku na swojej ścieżce dyktowanej przez prawdę wobec siebie i swojego tworu. Nie zakłamywali szczegółów. Przekazywali dzieło światu dokładnie w tej formie, w jakiej powstało w ich duszy, a co się z nim potem działo stanowiło oddzielną historię napisaną w kolejnym rozdziale. Oni zrobili to, co pragnęli, i w tym odnajdywali największe spełnienie. Dlaczego mieliby się przejmować czymkolwiek innym?
Odpowiedź leżała na stole. „Vox Metallica nie ma już scen, żeby grać”. „Topowy heavymetalowy wokalista gra na koncercie nieznanego krawca i projektanta. Przypadek czy głębszy układ?”. Do tego zdjęcia z baru, zrobione idealnie w momencie, gdy Dante położył dłoń na ramieniu Zapałki, a w kadrze paparazzi ich spojrzenia wyglądały wręcz na romantyczne wyznanie.
Poza byciem artystami mieli również obowiązki wobec świata. Kurwa.
— Że zrobimy dobry pokaz — burknął Dante.
— Z dobrą muzyką — dodał Ignis.
— I będzie zajebiście.
Norbi westchnął.
— Dlaczego ja to wciąż sobie robię — powiedział, chowając twarz w dłoniach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz