29 czerwca 2026

Od Dantego do Ashera

— Pierdol — wycedził obezwładniony mężczyzna przez zęby tak zaciśnięte, aż Dante przysiągłby, że dosłyszał kruszejący kość zgrzyt — się.
Kieł wyraźnie pojawił się w ostrym, morderczym uśmiechu kogoś, kto wbrew wszystkim ostrzeżeniom rzucanym przeciwnikowi, wszystkim bólom szarpiącym go przy każdym ruchu i wbrew jakimkolwiek przebłyskom rozsądku, właśnie tej odpowiedzi chciwie, z apetytem wyczekiwał. Była jak cienka stróżka krwi zmieniająca bezruch w oceanie na furię fal gnających po swoją zdobycz, bo przecież ostrzeżenia brzmiały zniewagą, ból pulsował błogo w rytm rozjuszonego tętna, a ciężar rozsądku nigdy nie zwyciężał ze wrośniętą w jego kości walką. Pewna granica została o krok przekroczona. Metaliczna woń cieknąca z otworzonych ran łaskotała w wyczulony na nią nos.
— Robię to regularnie, dziękuję — zamruczał Dante, przyciskając mocniej mężczyznę, by unieść pięść potrafiącą równie sprawnie zatopić się w miękkie ciało, co obnażone kły i może, gdyby się na chwilę zatrzymał, zobaczyłby w sobie syna swojego bezimiennego ojca, zaznajomionego bliżej z krwią niż z dłonią odwróconą polubownie wnętrzem do góry.
Dlatego uderzył. Raz, szybko i pewnie, bez myślenia, kim był, poza wkurwionym delikwentem w barze potrafiącym się bić.
Twarde, wyrobione knykcie trafiły czysto w nos. Uderzenie odezwało się lekkim odrętwieniem w dłoni, przeszło we wyblaknięte mrowienie na wysokości przedramienia. Świeża krew trysnęła z uszkodzonych tkanek, rozmazana na bladej skórze i drażniąca mocniej jego żołądek, samą jego skórę, na której osiadły jej resztki.
Fiołkowe oczy zapłonęły nowym, zimnym blaskiem nienawiści chwytającej za gardło syrena. Mężczyzna wierzgał, na próżno tracąc siły pod większym od siebie bokserem, ale jeśli tylko tyle mu pozostało, tyle zamierzał najwyraźniej zrobić. Dante w sekundzie następującej po pierwszym ciosie przymierzył się do kolejnego, pewny, że jeśli frajer będzie się nadal tak stawiał, w końcu złamie mu nos.
Poczuł palce wżynające się z desperacką siłą w swój biceps blokujący ruchy nieznajomego, ale nie przez to jego pięść zboczyła nieznacznie z kursu. W tej wgniecionej tarczy, w którą zamienił swoją twarz mężczyzna, zbitej z alkoholu, adrenaliny oraz ukierunkowanej na bardzo prosty cel złości, nieproszenie odbiło się światło i posłało w stronę Dantego przebłysk czegoś znanego.
Gość się bronił, a przy tym przyjmował pięści, jakby były jedyną walutą zdolną zapłacić za koszt oddychania przez niego w tym zasranym świecie.
— Zadzwonię na policję — rozległ się nagle czyjś głos, ledwo przebijając się ponad warknięciami, sapnięciami i łomotem skłóconych ciał.
Dante zatrzymał się w pół ruchu, siwy również, lecz żaden z nich nie odwrócił oczu od siebie, póki nie upewnili się, że ten drugi wziął na wstrzymanie. Dopiero po jednej, napiętej chwili mierzenia się wzrokiem, zerknęli na właściciela słów – syren uniósł głowę, nieznajomy dupek wykręcił swoją na tyle, o ile mógł.
Zaczerwienione czoło barmana wystawało razem z jego niespokojnymi oczami nad mokrym od alkoholu blatem.
— Wyjdziecie stąd wreszcie — powtórzył barman nieco pewniej, z większą mocą, chociaż do wychylenia się bardziej ponad kontuar nie wydawał się chętny — albo zadzwonię na policję.
Groźba zawisła w powietrzu, ale cienka niczym latawiec, łatwa do zdmuchnięcia mocniejszym powiewem złego humoru ze strony któregokolwiek z nich. Nawet barman o tym wiedział, patrząc po jego rozbieganym spojrzeniu próbującym ocenić zmieniającą się dynamikę sytuacji. Po tym krótkim popisie swoich umiejętności ani Dante, ani siwowłosy nie wyglądali raczej na osoby zdolne łatwo się przerazić wizją paru mundurowych z pałkami. Syren był bliski od rzucenia wyzywającego dzwoń, ale komisariat znajdował się dużo dalej niż dom z Basharem, i jeśli istniało coś zdolnego zatrzymać sztorm w samym jego środku, to była to potrzeba wrócenia w ukochane objęcia.
Żelazny ucisk na powalonym mężczyźnie zelżał, pierś uniosła się w łapczywym oddechu. Dante zsunął się z niego trochę nieskładnie, ale wstał już z zaskakującą, przyrodzoną płynnością. Bar, wcześniej rozhulany pijackimi rozmowami, zrobił się zdecydowanie za cichy.
— Ale panie kierowniku, nie ma co się denerwować — zapewnił, bez zawahania wyciągając rękę i chwytając za kołnierz swojego upierdliwego towarzysza. Mężczyzna, przekręcony na łokcie i brzuch, zdążył na niego wrednie łypnąć okiem, zanim został dźwignięty przez Dantego w górę. — My z kolegą już wychodzimy, prawda?
Potrząsnął nim jak zjeżonym kotem.
— Tak.
— Widzi kierownik, jacy my zgodni. Do widzenia, miłej nocy.
I wyprowadził jak psa.
Wieczór uderzył w nich niespodziewanym chłodem. Duchota w pomieszczeniu zdążyła otumanić wystarczająco zmysły, żeby zostać nazwaną przez nie normalnością, zaś skóra rozgorączkowana bójką nie była gotowana na spotkanie z lekkim wiatrem przebiegającym przez ulicę. Dante zadrżał delikatnie pod cienkim materiałem koszuli, odetchnął, pompując w siebie coś więcej poza alkoholem i ślepym instynktem walki. Trzymany przez niego mężczyzna szarpnął się, więc syren go pchnął, wystarczająco mocno, żeby przeciętny człowiek poleciał na ziemię, ale chuja wyratowała latarnia. Ustał na nogach, chwyciwszy się jej mocno, mocniej, niż tego właściwie potrzebował. Palce zadrżały, ściskając ciemny metal, gotowe go przełamać bądź samemu pęknąć.
Dante przekrzywił głowę. Przeniósł ciężar na lewą nogę, gotując się do odskoku albo ataku, zależenie od okazji, pewny, że druga runda ich potyczki miała zaraz nadejść, gdy obaj dostali już swoją chwilę oddechu. Spiął się, gdy mężczyzna drgnął, ale nie był to wcale oczekiwany przez syrena ruch.
Siwowłosy osunął się na ziemie jak lalka, której nagle podcięto wszystkie nitki. W ułamku sekundy ktoś, kto przywalił mu ledwie kilka minut temu, rozpadł się w kruchą powłokę zwiniętą na chodniku.
Wpierw Dante myślał, że to kolejna sztuczka w teatrzyku. Tania zagrywka mająca zachęcić go do podejścia bliżej. Prychnął lekceważąco, bo już nie takimi chwytami próbowano go złapać.
A potem przyszedł płacz, niegłośniejszy od pluskania kanałów w studzience. Płacz tak dziwny, niespodziewany, a zarazem brzydko szczery z tymi pociągnięciami nosem oraz rozdygotanymi barkami, że Dante poczuł się zwyczajnie zgłupiały, co nie często przyznawał.
— Co, do kurwy…
Zrobił niepewny krok, jakby podchodził do spłoszonego zwierzęcia, w dodatku obcego i wciąż mogącego pokazać kły. Zrobił kolejny, idąc po kole względem mężczyzny, przesuwając wzrokiem po zgarbionych plecach i policzku wciśniętym w metal latarni, oświetlającej łagodnie jego powierzchnię mokrą od rozrzedzonej łzami krwi. Siwe pasma wysunięte z koka zasłaniały mu część obitej twarzy, opadłe równie smętnie, co ramiona, nieudolnie starające się zakryć żałość, wstyd, całą tę brudną masę utwardzoną przez najmocniejszy i najtańszy materiał – nienawiść do samego siebie. Zaszedł go od boku, czekając. Na co? Cokolwiek, co przypominałoby tego człowieka z wnętrza baru. Jedno złe spojrzenie. Wyplute, zgorzkniałe przekleństwo. Zwinięta w pięść dłoń. Ale on tylko siedział i drżał, i mamrotał coś do siebie, nie mogąc zatrzymać łez wykrzywiających mu twarz tak szpetnie, okropnie i boląco prawdziwie.
Wtedy, w kolejnym słabym przebłysku, do Dantego dotarło, dlaczego z taką instynktowną podejrzliwością podszedł do mężczyzny. Wcale nie chodziło o gotowość do obrony, o szukanie sygnałów poprzedzających atak, wcale nie obchodziło go, czy zostanie zaraz uderzony. Jego podświadomość zobaczyła zwierzę, ale nie było ono wcale obce. Chrome stworzenie, kroczące na krzywych łapach i szczerzące ropiejący pysk, podgryzało go latami, aż cienka obrona Dantego do reszty pękła pewnej nocy i obżarło go do kości, zostawiając go w ciemnej alejce za barem takim, jakim był naprawdę – zagubionym, złamanym zlepkiem pragnień, które wypaczonym sposobem próbowały siebie zaspokoić, goniąc od jednej chwili wytchnienia do drugiej, aż cały ten mętlik potknął się o zimne, obnażające go, rubinowe spojrzenie i rozleciał. Dante znał to zwierzę i widział aż zbyt wyraźnie, jak wpija ono pazury w ramiona mężczyzny.
Bezsilna rozpacz.
Ukląkł przy nim, choć wcale nie zamierzał ani o tym nie pomyślał.
— O czym ty pierdolisz? — rzucił na ten potok bełkotu wydostający się z siwego, ale słowa, które w innych okolicznościach zabrzmiałyby kpiną i zaczepnością, były jakieś łagodniejsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz