Pomarańczowy blask zachodzącego słońca ułożył się przyjemną, ciepłą łuną na wystających trawach stepów, przebił przez łodygi zbóż i ziół, wdzierając się w wąskie odnogi otaczającej Karymsk rzeki i opadł leniwie na niewielkie, tworzone przez głazy wzgórza, w których bezlitosny wiatr równin wyciosał doskonale widocznie oznaki przemijającego czasu, zgubionych w przeszłości lat i pozostawił po sobie wyrzeźbione w abstrakcyjne konstelacje kamienne kręgi oraz dwa, piętrzące się nad stepem wzniesienia, asymetrycznym swym kształtem przypominające dzikie, bycze łby. Azelan, mamiony gęstym powietrzem kwitnącego krwawnika i oślepiany łyskającymi nad głową promieniami słońca, wypuściwszy trzymane w płucach powietrze, złapał jedną ręką za zauważony wśród traw pęd szałwii, drugą otwierając zatrzaski przewieszonej przez ramię wielkiej, skórzanej torby. Otulająca srebrzyste liście warstwa włosków połaskotała zniszczone od nieustannej pracy palce, soki zerwanej łodygi wślizgnęły się pomiędzy zgięcia i wciąż nie do końca zagojone skaleczenia, tym samym wydobywając z azelanowych ust kolejne soczyste przekleństwo, a pył fioletowych – przez powtórne kwitnienie nieco pozbawionych kolorów – kwiatów, osiadł się na brzegu zielonego rękawa, wraz z pozostawioną na nim całą resztą ziołowych pyłków tworząc kompozycję ciężko osadzających się wokół haruspika ostrych, ziemistych zapachów.
Na stepach zalegała rozkoszna, łagodna cisza. Niesplamiona chorobą równina rozciągała się po horyzont i otaczała pobojowisko nieustającej walki z epidemią, sama odgradzając się od toczącej Karymsk tragedii grubym, niewidzialnym murem. Płynące pod ziemią żyły wciąż toczyły zdrową krew stepowych bóstw, pozbawione miazmat powietrze niezmiennie pozwalało obserwować rysujące się na nocnym niebie mapy i Linie, a formujące się gdzieniegdzie ogniska, wokół których słaniały się w tańcu Trawianki, ożywiały step bliskością życia i zżytej wspólnoty.
Uniósł spojrzenie w stronę płonącego w oddali stosu i zatrzymał je na wirujących w świetle sylwetkach, zupełnie jakby wciąż miał nadzieję odnaleźć w nich znajomą twarz Narany. Zawsze wiedziała, gdy spogląda w jej stronę. Zawsze potrafiła stwierdzić, kiedy przemyka spojrzeniem po jej niknącym w ogniu cieniu, kiedy ukrywa się przed wzrokiem pozostałych tancerek w długich trawach stepu i kiedy zahacza obecnością o przestrzeń odprawianych przez nich rytuałów w zwyczajnej, ludzkiej potrzebie uzyskania uwagi od osoby, którą kocha. Równie zawsze odpowiadała mu uśmiechem i łyskającymi w oczach iskierkami podekscytowania – niema obietnica spotkania z dala od wścibskich oczu tych, którzy twierdzili, iż tę dwójkę nigdy nie powinno połączyć jakiekolwiek, ciepłe uczucie.
Jej obecność zniknęła jednak ze stepów całkowicie, wraz z jej odejściem wymazując również jakiekolwiek Narany wspomnienia, zalegające na kamieniach cienie i zapachy ziół, które rosły pod jej stopami, gdy przemierzała złote równiny wysokich traw. Czasem odnosił wrażenie, że choć twarz dziewczyny z każdym kolejnym dniem wydawała się coraz bardziej odległa i zagubiona gdzieś w chwilach roztaczającego się wokół plagi chaosu, tylko on faktycznie trzymał blisko serca wspomnienie jej istnienia. Nie wiedział, co zrobili z jej ciałem. Czy w ostatnim akcie litości pozwolili spocząć jej w ciepłych objęciach Matki Boddho, czy rozkładające się zwłoki wywieźli w dzikie zakątki stepów, zezwalając, by do jej zbezczeszczonego ciała dobrały się karakale, żmije i nieoswojone bydło. Wiedział jednak, że odkąd siłą wyrzucono go za próg szlachtuza, tym samym robiąc z niego wyrzutka i fałszywego menkhu, który nigdy nie zdołał całkowicie wejść w buty swego ojca, nie było osoby, która pośród stepów byłaby w stanie spostrzec jego obecność i posłać mu ciepły, życzliwy uśmiech. Gdy wyłapywali go spojrzeniami, udawali, że nie istnieje. Gdy wśród niw rozpoznawali jego sylwetkę, odwracali szybko oczy. Zupełnie jakby na dobre obdarli go ze skóry, kości i krwi, nie pozostawiając z niego nic, co czyniłoby go człowiekiem.
Sunąc ciężkimi butami po wyschniętej latem ziemi, złapał za kolejne, wyrastające przed nim ziele, gotów w każdej chwili porwać złocistą łodygę, a kołyszące się na wietrze źdźbło wsadzić do ciemnych zakamarków wielu, uwiązanych przy nogach kieszeni oraz sakw. Nim jednak dłoń dobyła brunatnych liści byliny, Azelan poczuł, jak przez całe jego ciało przesuwa się zimny, ostry dreszcz, na wysuszonym gardle wymuszający długi, ciężki i łamiący w pół kaszel. Bez dłuższego zastanowienia podsunął pod usta dłoń, wycieńczone powieki opadły na oczy, nie mogąc dłużej utrzymać swego ciężaru w pomiatających ciałem konwulsjach. Stepową ciszę przerwał więc niekontrolowany, silny kaszel, który ustąpił dopiero wtedy, gdy na otwartym przegubie dłoni pojawiła się krew.
Oparł się ręką o suchą glebę, gdy spojrzenie jego przesłoniła ciężka, gruba mgła. Kolejny raz tego dnia poczuł, jak całe jego ciało doszczętnie poddaje się chorobie – jak gruczoły pod pachami ropieją i otwierają się niczym zgniłe owoce, jak tworzące się na udach dymienice pękają i wypuszczają trujące soki. I choć twarz jego powróciła do swych właściwych kolorów, choć żyły nie świeciły już spod skóry głęboką, naftową czernią, a wciskająca go w łóżko siła nareszcie wydawała się odpuścić, nic nie wskazywało na to, by całkowicie pozbył się toczącej jego ciało choroby.
Przyszła po niego w nocy; przedarła się przez ciemne zakamarki jego domu, ukryła przed spojrzeniami przyjętej pod dach dwójki dzieciaków – w stronę ciemnowłosej, zajętej zabawą dziewczynki posyłając jednak paskudny, groteskowy uśmiech – i wreszcie, po pozostawieniu za sobą stęchłego smrodu zgnilizny, ukryła się przebiegle w jego cieniu, by niedługo później ułożyć na azelanowych barkach swe zimne, kościste dłonie i wtulić się w ciepłe, pełne wciąż życia ramię niczym stęskniony, łaknący czułości kochanek.
Tak, wybrałam właśnie tę, szeptała, coraz mocniej napychając na całe jego ciało. Fetor choroby wypełnił pracownię jego ojca, kolana ugięły się pod ciężarem słabnącej z wolna sylwetki. Jej dotyk – chłodny, lecz jednocześnie parzący – pomknął w stronę azelanowej twarzy, a zimne palce musnęły oprószony krótkim zarostem podbródek, pozostawiając za sobą czerwoną linię rozcinanej powoli skóry.
Mogę znów cię złamać. Odebrać ostatnie, trzymające cię przy życiu ciepło, potraktować ją niczym żerujące na plonach ziemi robactwo. Mogę zagarnąć jej oddech i wzniecić gorączkę. Zagarnąć zmysły i doprowadzić do szaleństwa. Tym razem nie pochowasz przyjaciela i nie pochowasz rodziny. Pochowasz dziecko, którym obiecałeś się zaopiekować, a które zawiodłeś i pozwoliłeś, by bezcelowo umierało w twoich ramionach. Tak, sprawię, że znów zostaniesz sam. I tak, ja, tylko ja, będę mogła na dobre wybawić cię z tej nieszczęsnej, pożeranej przez żal skorupy. Tylko ja pozwolę ci na chwilę wytchnienia, tylko ja zabiorę kotłujące się pod żebrem poczucie winy i tylko ja pozwolę nareszcie ci odpocząć. Odbiorę ból, odbiorę zmęczenie. Odbiorę tęsknotę i to żałosne, ludzkie cierpienie. I wtedy mnie przyjmiesz. Jak starego druha. Jak ujrzaną po latach przyjaciółkę. Chyba że zechcesz przyjąć mnie już teraz? Chyba że zechcesz zająć jej miejsce? Tak, chodź. Obejmij mnie, utul. Pozwól mi się pocałować.
Oddał się jej więc całkowicie i bez reszty. Decyzja była prosta; nie wymagała dłuższego roztrząsania, a zalęgłej się wśród ścian jego domu choroby nie trzymała w niepewności. I choć każdy haust powietrza wydawał się przesuwać do jego płuc rozgrzaną i płynną lawą, choć gnijące pod skórą mięśnie odmawiały posłuszeństwa i choć każda kolejna chwila w przeszywającym ciało cierpieniu coraz bardziej przybliżała go do – otwierającej się pod nim i wyrzucającej z siebie czyraki oraz ropę – ziemi, nie żałował swojego wyboru. Bo za każdym razem, nieważne przez jak wielkie ilości fizycznego bólu przepuściłoby go uwieszone na jego ramieniu schorzenie, wybrałby dokładnie tak samo. Tak samo ułożyłby się pod jej rdzewiejącym, krwawym skalpelem. Tak samo pozwoliłby, by dostała się do jego żył, by przeżarła mięso i zbudowała schronienie w czerniejącym szpiku kruszących się kości. Nie byłby w stanie spojrzeć swemu odbiciu w te zimne, matowe oczy, gdyby pozwolił cierpieć dziecku, które miało zająć jego miejsce w tych śmiercionośnych machinacjach toczącej Karymsk zarazy.
Była tutaj. Zaraz przy nim, wśród roztaczających się po horyzont równin stepów, przyssana do azelanowych pleców niczym nieznośna pchła. Jej chłodny, przepełniony fetorem śmierci oddech przesunął się po szyi haruspika, musnął blady, pozbawiony kolorów polik.
Narodziny są bólem. Dorastanie jest bólem. Każda decyzja również niesie za sobą ból. Jedynie śmierć jest od niego wolna. Czy mam cię ku niej poprowadzić?
— Miałam rację. — Stepową ciszę przeszył donośny, niekontrolowany śmiech. Gęsty cień ułożył się na wystającym przed Azelanem zielsku, słońce zniknęło z nagła znad horyzontu, zupełnie jakby w jednej chwili nad równinami zapadła ciężka, czarna noc. Pomimo opadających sił i traconej z wolna równowadze, podniósł niechętnie spojrzenie, by ujrzeć przed sobą sylwetkę młodej, uśmiechniętej szeroko dziewczyny. Zawieszone wokół jej szalika szczurze kości i niewielkie, stalowe haczyki zakołysały się na wieczornym, stepowym wietrze, przy wzajemnym obijaniu się tworząc ponurą i groteskową melodię. — Mówiłam. Mówiłam, ale nie słuchałeś. Żaden z was nie słuchał. A teraz go tu nie ma. Zostałeś zupełnie sam, rozpruwaczu.
Ostrzegała, że wreszcie ich opuści. Kiedy tylko niespodziewanie pojawiała się w przeżartych chorobą domach, gdy wyłoniwszy się z cieni, przemierzała korytarze szpitala i gdy pokazywała się nad ciałami umierających nad otwartym niebem pacjentów – za każdym razem, gdy pozostawali sam na sam, by mogła kolejny raz przygnieść młodego Bashkina roztaczającą się w jej oczach surowością i obłędem.
Na początku utwierdzała haruspika w przekonaniu, iż nie ma tu nic, co mogłoby na dłużej zatrzymać Dworakowskiego w mieście oraz u własnego jego boku. Przybysz z zewnątrz, uwięziony w mieścinie pośród złocistych traw stepów, który zdecydował włączyć się do walki o miejsce i ludzi zupełnie mu obcych oraz obojętnych, tylko dzięki lekarskiemu przyrzeczeniu, wzniosłym ideałom i, być może, trzymanych w sobie pokładach zwykłej życzliwości. Jednak każdy następny dzień w Karymsku wymagał od nich kolejnych, coraz to większych poświęceń. Każdy następny dzień obdzierał ich dwójkę z resztek sił, obdzierał z cierpliwości i obdzierał z wiary, iż są w stanie wskórać coś wobec epidemii, względem której znana im medycyna zwyczajnie zawodziła.
Ze zrezygnowaniem pojawiała się wreszcie myśl o złożeniu broni. O kapitulacji, odstąpieniu i ewentualnej stąd ucieczce. I choć Azelan nie pozwolił, by słowa Klary kiedykolwiek zatruły jego własną opinię o znajomym lekarzu, a reputacji drugiego bronił niczym rozwścieczony lew, pewnego dnia Daniel nie pozostawił za sobą nic, prócz zalegającego w azelanowym domu zapachu rumianku, kadzidła i starych, zakurzonych ksiąg.
Azelan poczuł wokół serca nieprzyjemny, dławiący uścisk. Wszystkie dziewczyny słowa – złowrogie, przesiąknięte jadem przestrogi i podżegania mające na celu zwrócić ich dwójkę przeciwko sobie – w ostateczności wydawały się więc składać w jedną, sensowną i trudną do podważenia całość. Młody Bashkin nie kwestionował, dlaczego odszedł. Choć nieustannie poddawał się myślom, według których Dworakowski zniknął przez złość, którą Azelan emanował wokół siebie, odkąd zaczął wyraźnie odczuwać objawy toczącej jego ciało choroby, w podłym poczuciu opuszczenia i samotności niczego nie miał mu za złe. Przecież to nigdy nie była jego walka.
— Zadowolony? — Klara zakołysała się na piętach, poprawiła prążkowane mankiety starej, znoszonej kurtki. Za jej drobną, lecz dumne wyprostowaną sylwetką, niespodziewanie pojawił się długi, głęboki cień. Azelan mógłby przysiąc, że widzi w tej czerni szyderczy, szalony uśmiech i płonące niegodziwością żółte, świecące oczy. — Wspaniale zdołałeś pokazać wszystkim wokół, dlaczego połowa miasta uważa cię za bezdusznego potwora, emshen. Emshen? Nie, nie. Twoi Khatanghe by się chyba już ze mną nie zgodzili… prawda?
— Zamknij się — warknął przez zaciśnięte zęby, czując narastającą w piersi złość. W tęczówkach haruspika zamigotał butny płomień niezgody oraz rozjuszenia. — Zamknij się albo złamię ci kark.
Zaśmiała mu się prosto w twarz. Donośnie, przeszywając połacie stepu, dostając się do czeluści ziemi i wywracając do góry nogami wszystkie, azelanowe wnętrzności. Bashkin podparł się dłonią o wysuszony grunt, czując, jak mięśnie nóg ponownie odmawiają mu posłuszeństwa. Nie był to śmiech zwykłej, pełnej arogancji i szyderstwa, dziewczyny. Wydostający się z jej gardzieli rechot był niski, głęboki. Zupełnie jakby w tej jednej chwili jej ciało przeszyła jakaś nieznajoma, złowroga siła, w której rękach Klara była zaledwie drewnianą, pozbawioną scenariusza i ustawioną na scenie kukiełką.
— Miałeś zszywać, a jedynie prujesz. Miałeś naprawiać, a przynosisz tylko zniszczenie. Stałeś się nikim i nikt cię już tutaj nie potrzebuje. Zawiodłeś ojca, zawiodłeś swój lud. Zabiłeś tę, którą kochałeś, zabiłeś wszystkich, ostatnich ci bliskich. I odtrąciłeś przyjaciela. Jedynego, jaki ci pozostał. Oczywiście, że uciekł. Po co miał zostawać? By czuwać nad tym rozkładającym się obrazem rozpaczy? By patrzeć, jak odpychasz od siebie wszystko, co dobre i poddajesz się złości oraz chorobie? Błagam. — Uwieszone wokół jej szyi drobne kości gryzoni zagrzechotały złowieszczo na letnim, stepowym wietrze. — Sprowadziłeś to miasto do ruiny. I nie został już nikt, kto zechciałby posprzątać za ciebie ten wielki, ohydny bałagan.
Krew nabuzowała niebezpiecznie w azelanowych żyłach, jej szum – wwiercający się w czaszkę i przedzierający przez miękką tkankę mózgu – zagłuszył kolejne, wypowiadane przez dziewczynę słowa, tworząc wokół haruspika niestabilną otoczkę nagromadzającego się gniewu i rozeźlenia. Ciało zadygotało w rosnącej pod żebrami wrzawie – rozgorączkowane i napięte jak struna, a Azelan poczuł, jak wyraźna złość zaciska się wokół jego rozkołatanego serca i jak przeszywa na wskroś pierś, dziurawiąc płuca, pozbawiając oddechu i odejmując ostatnich pokładów racjonalnych myśli.
Skoczył w jej stronę niczym rozjuszony, wściekły pies, gotów gryźć, rozdzierać, szarpać i pruć. Zanim jednak zdołał wbić się pazurami w dziewczęce ramiona, rozsadzając mięśnie i dostając się aż do krwi, odczuł, jak osłabione chorobą nogi ulegają wyczerpaniu i niemocy, gwałtownie posyłając go ku ziemi. Niekontrolowany kaszel ponownie rozerwał pierś i zmusił Azelana do zgięcia się w pół.
Nie zauważył nawet, kiedy nagromadzający się w nim gniew przeobraził się w czysty, przesiąknięty rozpaczą smutek. Załkał, chowając twarz w wyrastających przed nim trawach i poddając się zimnym, pełzającym po skórze, dreszczom.
— Jesteś żałosny, Bashkin. Słaby, głupi i tak okropnie, okropnie żałosny.
Daniel zacisnął mocniej dłoń na ramieniu Azelana, tym jednym, prostym gestem przywołując go z powrotem do rzeczywistości – do obiegających kościół tłumów, górujących nad nimi spiczastych dzwonnic i nieustannie uśmiechającej się w ich stronę babci Kazimiery. Azelan odchrząknął lekko, jakby w nieudanej próbie pozbycia się zalegającej w gardle guli i posłał starszej kobiecie ciepłe, przyjazne spojrzenie. Dopiero teraz odczuł, jak zbierające się w nim poddenerwowanie przybiera powoli na sile i napina wszystkie mięśnie, czyniąc z jego ciała coś na wzór nakręconego do granic możliwości mechanizmu.
Wszystko to – nieznane sprzysiężenia wielkiej, złożonej z luźniejszych i ciaśniejszych koneksji rodziny, wyrastający przed nimi cień starej świątyni i przemykające wokół ich sylwetek szepty – było Azelanowi zupełnie obce. Kilka tygodni wcześniej, gdy godził się na danielową przysługę, zwarty i gotowy do napędzania machiny niezgrabnego kłamstwa swego towarzysza, wydawał się doskonale wiedzieć, na co właściwie się pisze. Teraz jednak, stojąc przed wyrachowaną postawą pani Kazimiery, z dłonią Daniela owiniętą wokół jego ramienia i dziesiątkami mierzących go z ciekawości spojrzeń, nie mógł pozbyć się wrażenia, że jest jedynym, znacznie wystającym i niepasującym elementem w tej skomplikowanej układance rodzinnych afiliacji.
Bo kiedy Daniel przez wszystkie te lata dryfował wokół licznych rodziny członków, całkowicie przyzwyczajony już do wielkich tego typu zgrupowań, Azelan znaczną część swojego życia spędził w samotności, lub przy boku swego ojca. Nigdy nie miał okazji poznać matki, za której śmierć w pewnej części odpowiadał. Wiedział również o istnieniu starszego brata, z którym nigdy nie miał do czynienia, a którego Boddho zabrała ze sobą, gdy był na to znacznie, znacznie za młody. Tematy dziadków, wujostwa i jakiegokolwiek kuzynostwa należały do tych, których nigdy w bashkinowym domu nie poruszano. Życie w odosobnieniu, w uwadze poświęcanej wyłącznie ich zobowiązaniom wobec stepowego ludu oraz sakralnemu niemal podejściu do wiążącego się z rolą menkhu obowiązku, wydawało się w zupełności starszemu Bashkinowi odpowiadać. Azelan, czy tego chciał, czy nie, musiał się więc ojcowskich nawyków wyuczyć i prędko do nich dostosować.
Złapał wreszcie za wyciąganą w jego stronę dłoń, wciąż nie będąc jednak do końca pewnym, czy zwykły uścisk dłoni okaże się w tym przypadku wystarczającą dla pani Kazimiery formą powitania. Usłyszawszy słowa starszej kobiety, pozwolił sobie na nieśmiały, nikły uśmiech.
— Czasem dalej jest — odpowiedział bez większego pomyślunku, kiwając przy tym głową. Dłoń Daniela zacisnęła się kurczowo wokół jego ramienia, wpiła palcami w materiał marynarki, a spojrzenie czarnych niemal tęczówek spoczęło z niezadowoleniem na azelanowej twarzy, karcąc Bashkina dziesiątkami niewypowiedzianych obelg i uwag. Na całe szczęście babcia Kazimiera wydawała się jednak wyjątkowo odpowiedzią Azelana rozbawiona i w zupełności ukontentowana. — Azelan, również bardzo mi miło.
Nim niezręczna cisza zdołała na dobre osadzić się w dzielonej przez ich trójkę przestrzeni, Daniel prędko i zręcznie zaproponował wejście do środka. Pani Kazimiera zachichotała w nieukrywanym podekscytowaniu, zwróciła się do wielkich, drewnianych drzwi i jeszcze zanim ich dwójka zdołała ruszyć się wreszcie z miejsca, zniknęła w spowijających wnętrze świątyni cieniach. Daniel westchnął ciężko, wolną dłonią złapał za grzbiet własnego nosa.
— Co ci mówiłem o nieprzynoszeniu mi wstydu, Bashkin — wysyczał, upewniwszy się przed tym, że nie ma wokół nich nikogo, kto zdołałby pochwycić jego słowa. Azelan uniósł w zaciekawieniu brew, wyraźnie nie rozumiejąc, co takiego zrobił nie tak. — Następnym razem zastanów się dwa razy, zanim coś powiesz. Błagam.
Nie zdążył odpowiedzieć na kierowane w jego stronę zarzuty, siłą zaciągnięty pod dach starego, drewnianego kościoła.
Pierwsze co przykuło jego uwagę to mieniące się wokół starych obrazów ramy. Matowe, niepielęgnowane długo złoto odbijało w sobie refleksy dwóch masywnych żyrandoli, żywe kolory wpadającego przez witraże światła przesuwały się po łyskających na metalu zdobieniach, a płomyki rozpalonych wokół świec wydawały się w swym odbiciu niebezpiecznie sięgać wyblakłego płótna, jakby grożąc pochłonięciem uwięzionych w obrazach twarzy. Ściany kościoła pokrywały długie, jasne panele, które mimo grubej warstwy drewnochronu, poddawały się panoszącej się w ich słojach czerni, podłogę zaś w zupełności zajmowały ułożone w równych rzędach ławy i rozdzielający je skromny, czerwony dywanik. Najlepiej oświetloną część kościoła stanowił jednak ołtarz. Przybrany złotymi zdobieniami, ze skrzącą się srebrną nicią wszytą w biel pokrywającego marmurowy pulpit obrusu, odstawał na tle starzejących się ścian, nieodkurzonych kandelabrów i więdnących w ciemnych kątach kwiatów. Zupełnie jakby zgromadził w sobie wszystkie tego świata pokłady światła, wśród otaczających ich szarości tworząc coś na wzór ostatniej ostoi boskich wartości i wyznawanych przez jego wiernych idei.
Mimo iż Azelan gotów był zatrzymać się w samych drzwiach kościoła, zbyt przytłoczony spadającym na jego ramiona patosem owego miejsca, Daniel żwawym krokiem wprowadził ich w głąb kaplicy, zatrzymując się dopiero obok najdalej wysuniętej ławki, na której ich przybycia wyczekiwali babcia Kazimiera i starszy mężczyzna, który – jak mniemał Azelan – musiał być kobiety małżonkiem oraz tym samym również dziadkiem Daniela. Dworakowski usiadł obok swojej babki i łagodnie pociągnął Azelana w dół, tym samym dając mu do zrozumienia, by sam usadowił się zaraz ku jego boku. Posadziwszy się na wyznaczonym mu miejscu, Bashkin pochylił się nieco do przodu i spotykając się spojrzeniem ze starszym, siedzącym nieopodal mężczyzną, w geście powitania kiwnął lakonicznie głową.
Daniel zdjął dłoń z ramienia swojego towarzysza, z wolna przygotowując się do rozpoczęcia ważnego nabożeństwa. Azelan pokręcił głową, chcąc jak najszybciej pozbyć się zalegającej w jego umyśle, nieprzyjemnej myśli, według której wyraźnie mu ów dotyku brakowało.
Obrządek wydawał się trwać w nieskończoność. Azelan, niezainteresowany wygłaszanymi przez duchownego kazaniami, znaczną część liturgii spędził na nieustannym rozglądaniu się wokół siebie. Badał wzrokiem każdy kąt i ciemny zakamarek kaplicy, zupełnie jakby tym samym próbował ułożyć w głowie jak najdokładniejszą i całkowicie pozbawioną błędów mapę tego miejsca, przy okazji wychwytując jasnoszarymi tęczówkami twarze otaczających ich ze wszystkich stron ludzi. Niektóre z nich rozpoznawał z opowiadań Daniela – tych samych, którymi karmił azelanowy umysł od przeszło tygodnia w swej maniakalnej potrzebie uporządkowania sytuacji, której najwyraźniej uporządkować się nie dało. Inne zaś, jak twierdził, były mu zupełnie obce. Czy ponieważ Dworakowski nigdy o nich nie napomknął, czy dlatego, iż Azelan większość danielowych wykładów wpuszczał jednym, a wypuszczał drugim uchem, nie miał najmniejszego pojęcia.
Syknął cienko, gdy Daniel trafił butem w jego piszczel, ponownie sygnalizując, by wraz z pozostałymi podniósł się wreszcie z miejsca. Azelan wyprostował niezgrabnie nogi, w miarę możliwości wyprostował również plecy. Nim stojący nad ołtarzem kaznodzieja rozpoczął kolejną z powtarzanych w kółko litanii, Bashkin zerknął w stronę Dworakowskiego, ukradkiem omiatając swego towarzysza zainteresowanym, czujnym spojrzeniem.
I dopiero teraz zdał sobie sprawę, że zapamiętał go zupełnie inaczej.
Daniel, choć od początku ich znajomości zdawał się mężczyzną wysoce dystyngowanym, doskonale dbającym o swój wizerunek nawet pośród wyniszczającej mury epidemii i skromnej społeczności popadającego w ruinę Karymska, w obliczu wielu, kończących się na porażkach dni i nieprzynoszącej żadnych efektów walki, był równie bezbronny wobec zmęczenia i zrezygnowania, co Azelan. Po miesiącach spędzonych wokół oddychających chorobą ścian i na życiu w tak niewyobrażalnej, trudnej do zniesienia izolacji, nie zwracał dłużej uwagi na drobne, związane ze sposobem prezentowania się, niuanse. Dlatego to, co zapamiętał Azelan to niedopięte guziki koszuli. To niewciągnięte do końca na dłonie rękawiczki i wystający ze spodni podkoszulek. Daniel ignorował pękające szwy kamizelek. Zapominał o brakujących w ubraniach haftkach, o nieschludnie zwisających spod kołnierzyków krawatach i zalegającym na długim płaszczu kurzu oraz błocie. Azelan przez bardzo długi czas odnosił wrażenie, że Daniel, którego spotkał z powrotem na ulicach Stellaire, nie różnił się dużo od tego wyczerpanego mężczyzny, którego wspomnienie pozostało w domu Bashkina na długo jeszcze po jego odejściu. Wydawał się jedynie nieco bardziej zgorzkniały – zupełnie, jakby zapomniał o wspólnie dzielonych, nieprzespanych nocach i wszystkich pokładach zrozumienia oraz współczucia, które kierowali nawzajem w swoją stronę, gdy ciężar ciągłych pomyłek i niepowodzeń wydawał się zbyt ciężki, by mogli samemu go unieść.
Teraz uświadomił sobie, jak bardzo się mylił. Daniel prezentował się nienagannie. Azelan nie dostrzegał dłużej brudu na rękawach czarnego płaszcza. Nie dojrzał nigdzie wystającego w nieodpowiednim miejscu kawałka koszuli, czarnych plam po kawie, czy niesfornie odstających od szwów nitek. Każda część garderoby była idealnie dopasowana do sylwetki noszącego, starannie wyprana, uprasowana, zagięta wyłącznie w miejscach do tego odpowiednich i wolna od choćby najmniejszej niedoskonałości. Azelan całkowicie odwrócił głowę w stronę Dworakowskiego, ignorując przelatujące gdzieś obok niego słowa kapłana oraz spojrzenia oblegającej ich ze wszystkich stron rodziny. I wtedy, ot tak, ujrzał w nim mężczyznę, którego wydawał się dawno, ale to dawno pogrzebać pod grubą warstwą wszystkich, dzielonych razem koszmarów i napędzającego ich życia poczucia winy.
Uśmiechnął się, impulsywnie i zupełnie nieświadomie, na całą resztę nabożeństwa pozostawiając Daniela z dostrzegalnym w siwych tęczówkach ciepłem i pewnego rodzaju niedowierzaniem.
Z kościoła wyszli niemal jako pierwsi. Azelan wziął głęboki wdech, gdy powiew wiosennego wiatru uderzył wreszcie w ich twarze, zmęczony unoszącym się w środku aromatem kadzideł, mocnych kwiatowych perfum i zalegającej w ciemnych kątach wilgoci. Mimo iż był przyzwyczajony do silnej woni suszonych ziół i kwitnącej na stepach bylicy, wydostające się z kaplicy zapachy pomieszane były z czymś zupełnie jeszcze innym – swądem przedostającej się do rodzinnych stosunków rdzy, stęchlizną kłamliwych przyrzeczeń i fetorem przetwarzanej od setek lat ułudy.
Bashkin westchnął ciężko i stanąwszy w drzwiach kościoła, złapał za dłoń Dworakowskiego, zanim ten kolejny raz zdołał uwiesić się na jego ramieniu. Przechodząca obok babcia Kazimiera posłała ich dwójce szeroki, pełen zadowolenia uśmiech.
— Czy możemy już nigdy tego nie powtarzać? — zapytał cicho, gdy skierowali się w stronę samochodu, na krótki moment odcinając się od tłumu zbierającej się przed kaplicą rodziny.
Daniel prychnął, pokręcił we frustracji głową. Ostatecznie ugryzł się jednak w język i westchnął równie ciężko, co jego towarzysz.
— Nie będziemy, o to się nie martw. — W pośpiechu puścił azelanową dłoń, zupełnie jakby dotyk Bashkina zaczął w jednej chwili nieznośnie parzyć, swędzieć, kłuć. Otworzył drzwi samochodu ani na moment nie odwracając spojrzenia w stronę stojącego na uboczu Azelana. — Wsiadaj. Najgorsze dopiero przed nami.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz