Ciepło dłoni Eliasa trwało dłużej, niż musiało, i jeszcze długo po tym, jak elf ją cofnął, Isidoro czuł je w wychłodzonych palcach – nie jako wspomnienie dotyku, lecz jako coś, co osiadło głębiej, pod skórą, w tym miejscu, gdzie zwykle zalegał strach. Bo jesteśmy drużyną. Powtarzał sobie te słowa, idąc, jak powtarza się formułę, której znaczenie chce się zatrzymać, nim rozpłynie się w codzienności. Drużyna. Słowo proste, a jednak Isidoro nie pamiętał, by ktoś użył go wobec niego z taką pewnością, bez cienia wątpliwości, jakby to była rzecz oczywista, a nie obietnica, którą dopiero trzeba spełnić.
Tyle że obietnice w tej kopalni miały dziwny zwyczaj obracania się w coś innego.
Szli głównym, jak im się zdawało, korytarzem, choć po tych wszystkich godzinach Isidoro już nie potrafił powiedzieć, co tutaj było główne, a co poboczne. Świetliki Eliasa sunęły przed nimi rojem bladych iskier, zaglądając w załomy skał, w ciemność, która zdawała się je połykać, ledwie się do niej zbliżyły. Było w tym świetle coś niepokojącego – nie dlatego, że było słabe, lecz dlatego, że mrok wokół zdawał się gęstszy niż powinien, jakby obdarzony własną wolą.
— Spróbujesz jeszcze raz? — zapytał Elias, nie odwracając głowy.
Nie było w tym pytaniu nacisku. Wyłącznie cierpliwość kogoś, kto na wszystko miał dość czasu.
Isidoro przyklęknął, rozłożył mapę na zimnym kamieniu, wyjął wahadełko. Onyks zawisł na srebrnym łańcuszku, czarna kropla zatrzymana w połowie upadku. Mężczyzna przymknął oczy, zadał pytanie – to samo, które zadawał już dziesiątki razy, najprostsze z możliwych, którędy na powierzchnię – i czekał, aż jego magia mu odpowie.
Odpowiedziała. I w tym tkwił problem.
Bo kiedyś, jeszcze niedawno – a właściwie odkąd tylko sięgał pamięcią – jasnowidzenie przychodziło do Isidoro jak układanka. Łamigłówka misterna, zawikłana, najeżona fałszywymi tropami, taka, nad którą trzeba było ślęczeć godzinami, obracać ją w dłoniach, podchodzić to z jednej, to z drugiej strony, nim ułożyła się w odpowiedź. Bywała trudna. Bywała tak zawiła, że rozwiązanie przychodziło dopiero wtedy, gdy kolejne wydarzenia dokładały brakujące elementy. Ale była zagadką, a zagadki Isidoro kochał całe życie – to dla nich porzucił nadzieję na dorównanie rodzinie, dla nich zatonął w matematyce i astrofizyce, w tej drugiej swojej mowie, która pozwalała znajdować wzory tam, gdzie inni widzieli tylko chaos. Wróżba była znanym wyzwaniem. Trudnym, lecz uczciwym. Zagadka kłamać nie umie – bo zagadka jest logiczna, a logika, choćby najbardziej kręta, prowadzi w końcu do prawdy.
To, co działo się tu, w głębi góry, zagadką nie było.
Bo teraz, gdy tylko Isidoro otwierał się na wskazania przeznaczenia, miał wrażenie, że wróżba przemawia do niego nie językiem łamigłówki, lecz językiem człowieka, który mówi „to bezpieczna droga”, a jego uśmiech temu przeczy. I Isidoro – który potrafił wyczytać prawdę z liczb, z gwiazd, z kart namalowanych przez brata – nigdy nie był dobry w odczytywaniu takich uśmiechów.
Onyks szarpnął na łańcuszku, nie kręcąc powolnych kręgów, jak to zawsze czynił, lecz przechylając się ostro, natychmiast, w stronę bocznego korytarza – tego, który schodził niżej.
Isidoro otworzył oczy, oddychając płytko.
Wahadełko wskazywało drogę tym pewniej, im bliższy w przestrzeni i w sercu był obiekt poszukiwań. Tak to działało zawsze. A jeśli teraz wskazywało z taką gwałtowną pewnością, oznaczało to, że obiekt był blisko – bliżej niż wyjście, bliżej niż cokolwiek innego. Tylko że Isidoro nie pytał o żaden obiekt. Pytał o powierzchnię, o słońce, o drogę do domu.
A dom był w przeciwnym kierunku niż ten, w który ciągnął go onyks.
— I co mówi? — Elias przykucnął obok, ramieniem niemal dotykając jego ramienia, ciekawy, ufny.
Isidoro popatrzył na drgający pod kątem kamień. Mógł powiedzieć prawdę – że coś przejęło jego wahadełko, że to nie on nim teraz porusza, ale coś, co odpowiada w jego imieniu. Mógł. Lecz słowa nie chciały przejść mu przez gardło, bo gdyby je wypowiedział, stałyby się prawdziwe, a Isidoro nie był jeszcze gotów, by przyznać – ani Eliasowi, ani sobie – że jedyne narzędzie, które miał, jedyna rzecz, którą wnosił do tej drużyny, zwróciło się przeciwko niemu.
— Mówi, że w dół — odparł w końcu, bo to przynajmniej nie było kłamstwem.
Elias skinął głową, jakby słowo jasnowidza wciąż było warte tyle, co dawniej. Wstał, otrzepał spodnie z pyłu.
— W takim razie idziemy w dół.
To było najtrudniejsze do zniesienia. Nie to, że dar zawodził – dar już go kiedyś zawiódł, w polu antymagii, gdzie wszystko zgasło i ucichło, i Isidoro nauczył się żyć z tą ciszą. Trudniejsza była ta wiara Eliasa, niewzruszona, niezasłużona, prowadząca ich obu w głąb góry na podstawie wskazania, któremu sam Isidoro już nie ufał. Idę za tobą, mówiło każde spojrzenie elfa, bo ty widzisz drogę. Ale Isidoro nie widział drogi. Isidoro widział tylko otwartą paszczę, w którą ktoś chciał, żeby weszli.
Ruszyli w dół.
Schodzili długo, korytarz zacieśniał się i kręcił, temperatura spadała, aż każdy oddech wykwitał w powietrzu bladym obłokiem. Isidoro nie odzywał się, oszczędzając siły, a może po prostu nie ufając już własnemu głosowi. Przez cały czas nie opuszczało go to wrażenie, które towarzyszyło im od jakiegoś czasu – że są obserwowani, że z każdej szczeliny, z każdego cienia poza zasięgiem świetlików patrzy na nich coś, cudze spojrzenie, czekające, aż któryś z nich się potknie. Wcześniej brał to za obcość miejsca. Teraz nie był już nawet tego pewien. W tym spojrzeniu nie było głodu ani nienawiści. Było raczej… oczekiwanie. Jakby to coś chciało, by spojrzeli z powrotem.
Korytarz rozszerzył się nagle w komorę, a w jej środku, porzucony przy ścianie, stał wysięgnik – stara maszyna górnicza, której ramię sterczało w mrok pod dziwnym, nienaturalnym kątem, niczym wykręcona ku nim dłoń. Świetliki Eliasa rozproszyły się po komorze, kładąc na sprzęcie blade, drżące światło.
I wtedy Isidoro ją zobaczył.
Przy wysięgniku stała postać.
Nie był to człowiek – a przynajmniej Isidoro czuł całym sobą, że nie był, choć kształt miał ludzki, sylwetkę górnika w ciężkim stroju, twarz schowaną w cieniu, którego świetliki jakoś nie umiały rozproszyć. Postać stała nieruchomo, a potem uniosła rękę i wykonała gest – powolny i wyraźny. Podejdź. Zapraszała go bliżej, ku sobie, ku ciemnej gardzieli tunelu, otwierającej się za jej plecami.
Isidoro znał ten gest. Widział go już – nie na własne oczy, lecz na fotografii, w gabinecie Mileny, w opowieści górnika, który przysięgał, że ktoś stał przy maszynie i wzywał go do siebie, podczas gdy jego towarzysz nie widział nikogo, czuł tylko zapach, którego nie umiał nazwać. Wtedy Isidoro pomyślał, że to duch. Teraz, patrząc, jak postać unosi rękę raz jeszcze, cierpliwie, zachęcająco, czuł, że duch to złe słowo, że to coś nie ma w sobie nic z duszy, że jest puste w sposób, którego nie potrafił wytłumaczyć.
A jednak jego dar wzbierał na widok tej postaci jak nigdy dotąd – czysto, jasno, bez wysiłku. Intuicja mówiła idź. Jego magia nie wydawała się pokrętna, przytłaczająca ani skomplikowana, nie zalewała go falą, lecz spływała gładko, kojąco, podejdź, podejdź, to właściwa droga, podejdź – i właśnie ta gładkość była najgorsza, bo Isidoro wiedział, jak naprawdę zachowuje jego dar. Prawdziwa wróżba zawsze coś kosztowała, zawsze niosła ze sobą ciężar, cień, pytanie bez odpowiedzi, trudność, łamigłówkę, wymagała głębokiego wysiłku. Ta nie niosła nic. Była łatwa.
A rzeczy łatwe, w doświadczeniu Isidoro, były tym, czego Przeznaczenie nigdy nie dawało.
Zrobił krok. Nie chciał, a może chciał, nie potrafił już tego rozróżnić, bo granica między jego wolą a tym, co szeptała jego magia, rozmyła się gdzieś w drodze w dół. Postać przy wysięgniku znieruchomiała wyczekująco. Świetliki przygasły.
— Eliasie — odezwał się Isidoro, a własny głos zabrzmiał mu obco, jakby dobiegał z drugiego końca komory. Chciał powiedzieć: Widzę coś, czego ty nie widzisz, i nie wiem już, czy mogę temu ufać. Chciał w końcu wypowiedzieć tę prawdę, którą dusił w sobie od godzin. — Eliasie, tam ktoś…
Nie dokończył.
Cała jego uwaga, jego dar, cały on sam zwrócony był ku postaci przy maszynie, ku jej wzywającej dłoni, tej łatwej, kłamliwej obietnicy drogi – i dlatego nie poczuł tego, co poczuć powinien. Nie usłyszał szmeru osypującego się żwiru z bocznej szczeliny. Nie dostrzegł kształtu oddzielającego się od cienia. Nie odebrał ani jednego z tych drobnych ostrzeżeń, jakie przeczucie zwykło słać przed nieszczęściem, bo przeznaczenie patrzyło teraz w złą stronę, jego oczami, dokładnie tam, gdzie ktoś chciał, by patrzyło.
Coś ich obserwowało. Tyle że to nie była postać przy wysięgniku.
Ze szczeliny, niska, szybka i cicha jak osunięcie się ziemi, wyrwała się ku niemu ciemność, która miała zęby.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz