Zapadająca w teatrze ciemność uciszyła nieskończone wciąż rozmowy. Ostatni szmer i ostatnie odkaszlnięcie, ostatni śmiech i ostatnie westchnienie, nim kurtyna z naturalną lekkością oraz zupełnie bezszelestnie rozsunęła się na boki. Samotna na scenie aktorka nie czekała na nich – nerwowym krokiem już przemierzała swoją komnatę, z wyrazem najszczerszego zmartwienia przypatrując się słońcu chowającym się za oknem. Widownia zdawała się wręcz nieproszonym obserwatorem jej rozpaczy, ale żadna ze stron nie mogła nic na to poradzić, tak jak młoda panienka nie mogła wstrzymać słońca mającego wyznaczyć możliwy kres jej miłości.
Komnata zmieniła się w salę balową przystrojoną od podłogi po sufit w szlachetne złoto, lecz jako tło dla załamanej panienki przypominało raczej tanią próbę zakrycia nadchodzącego rozlewu krwi. Bo oto z tłumu dworzan i dworzanek tańczących w zniewalającej harmonii wychynęły dwie postacie, dwie kobiety z szablą przypasaną do boku, o marsowej minie godnej postawionych naprzeciw sobie generałów wojennych. Obnażyły ostrza, mimo wirującej między nimi panienki, z szalejem w oczach ubranym w honory, gotując się do ataku…
Miłosny dramat rozgrywał się z przodu sceny, ale Annikki patrzyła tylko na tę jedną dworzankę o egzotycznych rysach.
Drogi do garderoby tancerek nauczyła się bardzo szybko. Mijała w korytarzu twarze, których imion nie znała, ale kojarzyła same rysy z widoku, tak jak ona stała się nieco rozpoznawalnym elementem kulis. Annikki starała się być bardzo cicha i dyskretna, żeby nikomu nie przeszkadzać, jednak siłą rzeczy zyskała powtarzane pod nosami miano „tej wróżki czekającej na Hotaru” przez swoje charakterystyczne skrzydła i czułki. Lubiła słyszeć te słowa. Lubiła być tą częścią jej życia.
Dotarła do właściwych drzwi, lekko uchylonych, zajrzała ostrożnie do środka. Dwie tancerki właśnie wychodziły, posyłając jej grzeczny uśmiech, trzecia – ta wyjątkowa – siedziała wciąż z tyłu pomieszczenia przy toaletce. Annikki odczekała chwilkę, aż panie się oddalą, po czym weszła do środka i wyciągnęła zza pleców bukiet różowych tulipanów.
— Wyszło ci pięknie — odezwała się miękko, przykuwając uwagę Hoaru i widząc wyraźnie, jak w ciemnym brązie oczu rozpływa się ciepła radość.
Hotaru wstała, Annikki myślała, że wyciąga dłonie, by przyjąć kwiaty, lecz ona sięgnęła po inną nagrodę – palce czule ujęły ćmowe policzki, a usta delikatnie się musnęły, nieśmiało, jakby wciąż sprawdzały, czy na pewno mogą to zrobić. Czułka podskoczyły, targnięte porywem serca, a Hotaru, uśmiechając się, zerknęła na kwiaty.
— To tylko pomniejsza rola…
— Zasługująca na takie samo uznanie, jak ta główna — zaznaczyła prędko ćma.
Trochę śmiechu, buziaków w policzek, Hotaru w końcu wróciła na krzesło przed toaletką, żeby zmyć makijaż. Annikki przysiadła na stołku tuż obok, słuchając o przygotowaniach przed samym występem, o zagubionych trzewikach jednej z koleżanek, o wszystkim i o niczym co składało się na dzień tancerki. Słuchała, jak zawsze słuchała, ale też czuła wyraźnie, że część jej myśli odpływa nieznacznie, zahipnotyzowana powtarzanymi ruchami dłoni czyszczącymi twarz. W samej czynności nie było niczego ciekawego, ale wykonująca ją Hotaru miała swój urok. Jak przesuwała wacikiem po kościach policzkowych, po zgrabnym nosie oraz brwiach, jak udawała, że wcale nie czuje na sobie tego bursztynowego wzroku wpatrzonego w granicę między tym, co widziała publiczność, a tym, co dane było dostrzec Annikki. Wacik przeszedł dalej, a ona wraz z nim, myśląc o odsłanianiu Hotaru kawałek po kawałeczku, o byciu stworzonym specjalnie do tego, by ją poznawać, powoli i w całości, aż wszystkie rozdziały zostaną przeczytane, a ona będzie mogła zacząć swoją pracę na nowo.
Była tak zauroczona w niej, że najchętniej zamknęłaby się z nią w jednym pokoju, żeby tylko ona mogła ją podziwiać. Była tak dumna z niej, że umieściłaby ją na okładce gazety. Te dwa bieguny ścierały się w Annikki regularnie, od kiedy ich relacja zmieniła się nieco w swej naturze – nikomu nie powiedzieć, wszystkim powiedzieć. To był ten rodzaj szczęścia, który nie mieścił się w jednym ćmowym ciele i szukał ujścia gdzieś, gdzie zostanie ciepło przyjęty.
Widok miasta z piętnastego piętra przeszklonego apartamentowca nie był dla Annikki wcale tym, co tak wiele osób odczuwało – nagłą wyższość od stania ponad wszystkim bądź skrajne przytłoczenie swoją maleńkością. Widziała budynki niczym klocki w szczegółowo opracowanej zabawie, z baldachimem nieba zaczepionym o horyzont oraz słoneczną lampą wyznaczającą podróż ledwo widocznych punkcików przemykających od norki do norki. Widziała pojazdy przemieszczające się jak węzły przeciąganego sznura, w wymuszonym korkami, leniwym tempie zmierzając w sobie tylko znanym kierunku. Lecz przede wszystkim Annikki widziała historie. Setki tysięcy niewypowiedzianych słów składających się na żywot nieznanych jej osób. Miasto było źródłem, a wypływający spomiędzy jego szczelin mieszkańcy wartkimi strumieniami, w których ćma pragnęła zanurzyć dłoń i zaczerpnąć z niego garść obcych jej wydarzeń, co pod palcami na klawiaturze ożywały raz jeszcze. Wystarczyło podstawić szklankę i pozwolić wybranym kroplom przeciec, by napić się nowej tajemnicy dojrzałej w świetle dnia.
Rozumiała, dlaczego jej ciocia mieszkała właśnie tutaj.
Annikki odwróciła się plecami do panoramy, chłonąc wzrokiem apartament. Nie przychodziła często, może kilka razy do roku, ale miejsce niewiele przechodziło zmian w tym czasie. Miało strukturę książki prowadzącej subtelnie czytelnika przez kolejne etapy, bez chaosu myśli czy zbędnych słów, linearną drogą wskazując na poszczególne elementy. Początek w przedpokoju, między ścianami szarego marmuru, nie pozostawał złudzeń, co za opowieść się wzięło do ręki – bogatą, acz pozbawioną przepychu, w dobrym tonie zaznaczającą swoją pozycję. Potem zaczynały się rozdziały, po których wzrok przesuwał się nieprędko i w lot łapał ich znaczenie. Domowa biblioteka sięgająca sufitu z pozycjami mającymi intrygować, nie zachwycać swoim wyglądem na regale. Grupa pięciu różnokolorowych kotów przysypiających w miękkich posłaniach wielopiętrowego drapaka, każdy starannie wyczesany. Szerokie biurko ustawione pośrodku mieszkania jako wieczne zaproszenie do pracy. I te dwa wyrzeźbione z drewna krzesła ustawione wokół stolika trzymającego bezpiecznie zatopioną w żywicy feerię kwiatów, niczym kilka stron w książce, które zdawały się należeć do jakiegoś innego tytułu. Ciocia była nieco sentymentalna, chciała mieć coś, co przypominało jej o naturze w rodzinnych stronach.
Starsza kobieta wyszła zza ściany odgradzającej nieco kuchnię oraz jadalnię od reszty. W jej dłoniach dwie proste filiżanki pachnące intesywnie owocową herbatą, na ustach łagodny uśmiech, w oczach błysk, który nie słabł z wiekiem. Nosiła okulary, tak jak mama Annikki, ale Ranel zawsze wolała być bardziej ekspresyjna od swojej siostry, dlatego jej szkiełka oprawiono w fikuśnie zakręcone złoto przypominające pędy winorośli. Ćma odpowiedziała cioci delikatnym uśmiechem, z wyuczoną wprawą przełykając starą gorycz podchodzącą jej do gardła za każdym razem, gdy widziała się z nią.
Te same ciemnoróżowe włosy, te same pastelowe skrzydła przecięte pasem żółtego, te same pomarańczowe czółki rozłożone na boki na kształt liścia paproci. Sylwetka nieco wyższa od Annikki, nos będący formą, z której odlano jej własny. Zbyt dobrze znany głos mówiący do niej nieznaną, czułą tonacją. Lata mijały, a ona nie mogła się nadziwić, jak dwie bliźniaczki mogły znaczyć dla młodej ćmy tak dwie odmienne rzeczy.
Usiadły, a rozmowa popłynęła. Niespieszna, grzeczna, mogąca z boku uchodzić za prawie formalną, gdyby nie te niezwykle dokładne pytania, które sobie zadawały, zapamiętawszy z poprzedniej rozmowy drobne szczegóły. Może nie spotykały się często, jednak gdy już to robiły, rozmawiały o naprawdę ważnych dla siebie rzeczach. Nie dzwoniły w tygodniu, żeby pogadać o cenach w sklepie, nie dzieliły się swoimi planami na weekend. Jeśli niosły ciężar w sercu, zrzucały go w tym miejscu, przy stoliku, a jeśli chciały powiedzieć coś, czego nie mówiły nikomu innemu, mówiły to tu, w ciszy tego mieszkania.
Annikki dokładnie wiedziała, co za słowa miała zamiar przekazać cioci, ale zaczęcie tematu okazało się trudniejsze, niż przypuszczała. Jakby zarazem tego chciała i obawiała się, że wyciągnięcie z torby słoika ze świetlikiem sprawi, że świetlik okaże się ułudą, wyobrażeniem dziecka niewidzialnym dla dorosłego. Wyczuła na sobie wzrok Ranel, bystry i skupiony, może nawet trochę figlarny, jak u kota. Starsza wróżka nie wiedzieć czemu milczała.
— Czy mam coś na twarzy? — zapytała niepewnie Annikki.
— Rumieniec. — Koci figiel w oku się pogłębił. — Nie widziałam wcześniej u ciebie takiego rumieńca.
Powstrzymanie się przed dotknięciem polików i czubków uszu było prawdziwym testem silnej woli.
— Nie miałam wcześniej powodów do rumieńca — przyznała oględnie.
— Co zatem jest tym powodem? A może raczej – kto?
Ciocia, profesjonalna biografka, wsadziła pinezkę w odpowiedni punkt historii. Annikki westchnęła cicho, ale nie z frustracji, bardziej z podziwu, jak męcząco dobra potrafiła być druga wróżka. Ogromne doświadczenie Ranel błyskawicznie zmieniało dziennikarkę w osobę odpowiadającą na pytania wywiadu.
— Czy ty już wszystko wiesz?
— Nie wiem niczego, kochana — zaśmiała się ciocia. — To tylko pytanie. Ale nie przyszłabyś tutaj, jeśli nie chciałabyś na nie odpowiedzieć.
I w ten sposób łowiła ich wszystkich – nieprzekonanych do mówienia, lecz pewnych, że mają coś do opowiedzenia. Połowa pracy cioci opierała się na podejściu do osób, które miały witalne informacje dla jej pracy. Annikki poprawiła się w krześle, odetchnęła.
— Przyszłam, żeby opowiedzieć ci historię o tancerce i dziennikarce.
Paprociowe czułka pochyliły się ku niej wyczekująco.
— Spotkały się naprawdę dziwnym przypadkiem — powiedziała, gdzieś w duchu uśmiechając się do tych niewinnych wspomnień, które niczego nie zapowiadały. — Trochę wyglądało to tak, jakby los zapomniał o nich na moment i przypomniał sobie chwilę później, że miał je postawić w innych miejscach. Dziennikarka miały nowy temat do napisania i została wysłana do domu starszego państwa z Senkawy, żeby przeprowadzić z nimi wywiad. Tancerka pracowała u nich jako pomoc domowa. Dziennikarka nie przyszła do tego domu dla tancerki, jednak to tancerka nadała jej wizycie sens.
Uśmiech ozdobił twarz cioci, delikatnie pogłębiając bladą sieć zmarszczek. Słyszała już zbyt wiele takich historii, żeby nie wiedzieć, gdzie ta zmierzała, ale nie pospieszała rozwinięcia się kwiatu.
— I co dziennikarka z tym zrobiła?
— Zaczęła prosić los, żeby skrzyżował ich ścieżki raz jeszcze. Tancerka była… — To znajome mrowienie na języku, gdy nie mogła znaleźć słowa na Hotaru, smakowało prawie jak cukierek, który nie wyglądał wcale na aż tak słodki — fascynująca, między innymi. Czasami zaczynasz temat i wiesz, że będzie on świetny. Nagle poświęcasz mu godziny, które wcześniej nie mieściły się w twojej dobie. Marzysz o chwili wydania ostatecznego tekstu. Ale dziennikarka, wbrew pozorom, nie chciała stawiać ostatniej kropki w swoim dokumencie.
— Chciała kontynuować pisanie o tancerce — dopowiedziała Ranel. — Jeśli wydałaby tekst, nie miałaby powodów, żeby więcej ją widywać.
Annikki jej przytaknęła.
— Tak właśnie się czuła. Więc pisała o niej dalej, nawet nie zauważając, gdy pytania do tancerki zaczęły dawać odpowiedź na rozterki jej własnego serca, tak podobne były. Stały się sobie bliskie. — Przerwała, zawahała się. — Na tyle, że wpierw je to przeraziło.
— Pierwsza miłość?
— Myślę, że obie kochały wcześniej — poprawiła ją nieco Annikki — ale… Nie w taki sam sposób, w jaki zaczęły patrzeć na siebie. Tak długo im to zajęło, żeby zrozumieć, że chcą być ze sobą, bo ani jedna, ani druga nie była zaznajomiona z tym uczuciem bycia chcianym. Miały na swoją relację wiele imion, ale żadne nie było tym właściwym.
Ćma uniosła wzrok, czekając na magiczne słowa używane przez ciocię, gdy to ktoś przychodził do niej z prośbą o biografię.
— I dlaczego jest to historia, z którą pragniesz mi zaufać? — powiedziała Ranel, nie mogąc przestać się uśmiechać.
Fioletowozielone skrzydła zadrżały leciutko. Odpowiedź miała bardzo dokładnie zapisaną w sercu świeżym atramentem, z rosnącym stopniowo poczuciem, że nie jest mu pisane wyblaknąć.
— Ponieważ tancerka ma na imię Hotaru i mogłabym poświęcić oddzielną książkę na każdy z powodów, które czynią ją światłem w moich oczach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz