— Seymour, nie żartuj — wykrztusił szybko, z bólem w zmęczonej od płaczu klatce piersiowej, jakby dzięki temu mógł sprawić, że czas magicznie się cofnie, a on wyprzedzi wypadki swoim łamiącym się głosem. Ale czas był chłodnym narzędziem w rękach jego błędów, ostrzącym się z każdą mijającą minutą od spotkania z Eneaszem, aż w końcu trafił prosto w Seymoura.
Seymour. Jego Seymour. Chłopiec o nieco zbyt smutnych oczach, o nieco zbyt słabym uśmiechu, o nieco zbyt popękanym sercu, który na nowo nauczył się śmiać przy nim, kochać bez strachu, teraz pytał go, czy na pewno to wszystko było tym, czego chciał. I choć po poznaniu prawdy o ostatnich wypadkach miał całe prawo do wątpienia w Virgila, jego pytanie wciąż zabrzmiało jak uderzenie otwartą dłonią w twarz. Nie przez Seymoura – przez Eneasza, który po raz kolejny udowadniał Vi, jak bezużyteczną osobą był.
— Seymour — powtórzył, ledwo widząc jego twarz przez kurtynę łez. Wyciągnął dłonie i położył je na bladych policzkach, chaotycznie gładząc je palcami. To pod tym dotykiem złamane kawałki jego duszy odbudowywały się w swoim czasie, i to teraz ten sam dotyk zdawał się ranić go głębiej. — Zawsze cię chciałem, chcę cię teraz i zawsze będę cię chciał. Niezależnie od wszystkiego, to ty i tylko ty jesteś dla mnie najważniejszy. To ciebie kocham i to się nigdy nie zmieni.
Kąciki ust Seymoura podwinęły się wymuszenie.
Były czarodziej odwrócił się, zaczął coś mówić do Norberta, do chłopaków, trzymając ramię na Virgilu, ale nie ruszając nim, jakby zapomniał, że ono wciąż się tam znajduje, zdrowe i wcale niepokryte martwicą. Mówili też do Vi, ale jeśli to były jakieś słowa pocieszenia, na które nie musiał bezpośrednio odpowiadać, ignorował je. Chwilę potem przestał je również po prostu słyszeć.
Przed oczami miał tylko ten wymuszony uśmiech i świadomość wżerającą się w serce, że to on zmusił Seymoura do czegoś swoimi szczerymi uczuciami.
Gdy Norbert pozwolił im wreszcie wrócić do domu, nastał wieczór. Gwiazdy bladym tchnieniem swego światła próbowały ubrać niechętną noc w łagodne piękno. Księżyc zniknął i pustka po nim zdawała się otchłanią ciemności, w której lecieli bez końca.
Seymour stwardniał w rzeźbę na miotle. Obrósł w tak uwielbiany przez Virgila marmur, chłodny pod jego palcami w nieprzystępny sposób, jak kamień sprzeciwiający się marzeniom artysty o usłyszeniu uczuć powtarzanych we wnętrzu ciężkiego bloku. Nie spiął się, gdy Vi usiadł za nim, położył ostrożnie dłonie na jego talii, jakby bał się, że go potłucze, ale też nie uśmiechnął się do niego przez ramię, nie powiedział, „jak, kurwa, doskonale będzie wrócić do domu”, nie odchylił się o te kilka centymetrów potrzebujących mieć Virgila jeszcze bliżej. Wszystko, czym Seymour przy nim był, zakopało się głęboko pod warstwą kamienia, a Vi patrzył na swoje bezużyteczne dłonie, w których nie potrafił utrzymać dłuta zdolnego przebić się do środka.
Nigdy wcześniej nie zauważył, jaka cisza panuje ponad miastem.
Jego myśli wciąż wracały do tego momentu, gdy dotyk Seymoura stał się nagle odległy, mechaniczny, ciepły blask szafiru pękł i skleił się na powrót w postrzępiony fragment wbity w serca ich obydwu. Lecz im dłużej Virgil powtarzał w głowie tamten moment, tym wyraźniej widział siebie, z odłamkiem błękitu ściśniętym między placami, wymierzonym w tego, którego kochał mocniej niż własne życie. To on wpierw rozbił historią z Eneaszem każdą gładką powierzchnię, to on próbował poskładać kawałki swoimi tłumaczeniami i nawet nie wiedział, w którym momencie złożył je w nóż napierający na jedyny powód warty wstawania każdego dnia. A Seymour siedział przy nim, nie drgnąwszy, z martwą pustką w oczach kogoś, kto się już pogodził, że ból nadchodzi. Zawsze nadchodzi. Czekał na niego jak ułożone pod kłami jagnię ocierające z wilczego pyska łzy.
Zejście z miotły i wejście do mieszkania przypominało zapomniany spektakl lalkarski, gdzie porzucone kukiełki próbowały z pamięci odtworzyć swoje role. Wyjęcie klucza przez Seymoura, wsadzenie go do zamka, zatrzymanie się, czekanie bez słowa, zrobienie kroku przez Virgila, zatrzymanie się w przedpokoju – drętwe ruchy drętwych aktorów, którzy trzymali się ustalonego miesiącami wspólnego życia skryptu jak tonący brzytwy, chociaż wcześniej nie potrzebowali kartki ze swoimi kwestiami.
Virgil ciągnął za rękaw bluzy, stojąc niepewnie niczym gość we własnym mieszkaniu, albo czekając jak pies, aż ktoś mu powie, że ma iść się położyć na posłanie. Cierpki śmiech Eneasza naparł na jego skronie.
Seymour zamknął drzwi i wyminął go, zupełnie bez gracji, bo kiedy niby mieli mieć czas nauczyć siebie omijać? Kuksaniec tu, łaskotanie tam, buziak w czółko i pacnięcie się nawzajem dłonią w twarz – byli dwoma ciałami krążącymi po swoich orbitach, nierozerwalnie złączonymi wspólnymi siłami, którymi budowali życie wokół siebie. Teraz Vi patrzył, jak jego księżyc przesuwa się po elipsie w przeciwnym kierunku, a on jedyne, co mógł zrobić, to trwać w martwym punkcie pośrodku zimnej nicości, bo jakie miał prawo podążyć za nim.
Każde. Żadnego. Między nimi nie istniało coś takiego jak prawo do czegoś. Po prostu byli. Rozmawiali ze sobą. Ufali sobie. Vi poczuł na języku krew z obgryzionej wargi, gdy Seymour usiadł na kanapie z piwem oraz gitarą i nie zobaczył dla siebie miejsca tam. Coś w pozie mężczyzny, coś w jego zwieszonej głowie i przygaszonych tatuażach sprawiało wrażenie, że wolne poduszki nie są tam ułożone dla niego, lecz dla ciężaru, którym Seymour obrósł w ciągu ostatnich kilku godzin. Jakby cały ból nie mieścił się na jego smukłych barkach.
Vi zrobił kilka kroków, po cichu, niczym intruz. Znalazł się za oparciem kanapy i instynktownie wyciągnął dłoń, by pogładzić te jasne włosy, rozgrzać napięty kark ciepłem, by przeskoczyć ponad poduchami i chwycić czule ukochaną twarz z łagodnym pytaniem „powiedz mi, co się stało, kochanie”. Pragnienie bez podstaw – przecież wiedział, co się stało, wiedział, że to przez niego Seymour zamykał właśnie swoje uczucia do pudełka, które on, tymi samymi rękami pragnącymi utulić muzyka, rozpakowywał od początku ich relacji.
Dłoń dotknęła powietrza ledwie kawałek od blond kucyka, bez przekonania musnęła oparcie kanapy, po czym cofnęła się zupełnie.
W tamtym momencie niczego nie pragnął tak bardzo, jak nienawiści Seymoura. W akcie wymierzonej sobie samemu kary chciał usłyszeć od niego, że jest najgorszym, co go spotkało, niewart wszystkiego, co od niego dostał. Żywcem dałby mu się ukamienować, jeśli tylko Seymour wyrwałby się z tego marazmu i wytknął mu po kolei każdy z jego błędów. Ale Virgil wiedział, że jest kochany, i tak jak nie zasługiwał na to wcześniej, tak nie zasługiwał na to teraz, po wszystkim, co zrobił, zaślepiony swoją troską tak bardzo, że nie zauważył, gdy bandaż zaczął dusić, nie chronić.
Płytki oddech wypełnił płuca. Vi spróbował inaczej.
— Pójdziemy spać? — Własny głos wydał mu się nienaturalnie słaby. Przez chwilę zastanawiał się, czy sobie przypadkiem nie wyobraził, że się odezwał, gdy Seymour milczał dłuższą chwilę.
— Ja posiedzę jeszcze.
Nawet nie odwrócił się, nie podniósł głowy. W konkretnych słowach Seymoura, w których Virgil zawsze potrafił usłyszeć drugie dno, wszystkie uczucia wciśnięte między litery zespoliły się w gładką taflę, bez miejsca, żeby wsadzić nos. Vi mógł jedynie się w niej przejrzeć i zobaczyć odbicie swoich żałosnych działań.
Tak łatwo jest cię wykorzystać, roześmiał się Eneasz w dzień oddania finałowych prac kursu rzeźbiarskiego, lecz minęła cała dekada, a on wciąż miał rację, nawet teraz się ledwo bronisz.
Chciał po prostu chronić Seymoura.
— Okej.
Nogi nie mogły się poruszyć, przykute niewidzialnym łańcuchem do podłogi, tuż przy Seymourze, a jednak tak daleko, dalej, niż kiedykolwiek byli. Znów nie wiedział, co ze sobą zrobić, jakby została wydana komenda, której nigdy wcześniej nie słyszał. Pójść do sypialni? Zostać za kanapą? Wyjść z mieszkania? Ułożyć się pod jego nogami i płakać? Nad czym, nad sobą? Gdy to Seymour krwawił przed nim, a on nie wiedział, jak zatamować ranę?
Spróbował w końcu się przemieścić, ale każdy krok przypominał nieproporcjonalny do ciężaru wysiłek. Vi patrzył przez ramię co sekundę, z cichą, samolubną nadzieją, że Seymour chociaż na chwilę na niego spojrzy.
Nie spojrzał. Nie miał na co.
— Dobranoc — przecisnął Virgil krótkie słowo przez gardło, zatrzymawszy się w przejściu do sypialni. Serce w głębi jego piersi zadrżało szlochem na widok skulonego Seymoura bez celu dotykającego strun gitary. Wyglądał tak krucho. — Przyjdź niedługo.
— Dobranoc.
Przeprosiny wypychające mu usta jak zbyt wielki łyk nawarzonego piwa dławiły go kolejną minutę, którą spędził, stojąc tam na podobieństwo porzuconej figurki. Te słowa nie miały już dłużej znaczenia.
Łóżko zostało niepościelone po tym, jak rano w pośpiechu polecieli do studia. Wciąż miało na sobie ślady dwóch przytulonych ciał. Na obszernym materacu zdolnym pomieścić całego dwumetrowego wilka Virgil skulił się w kształt niewiele większy od dużej poduszki, jakby dzięki temu mógł wreszcie zniknąć. Przestać istnieć, zabierając z pamięci wszystkich wspomnienia o sobie.
Jego słuch go nie zawodził. Najcichsze westchnienie poduszki, pomruk gitary, duży łyk spływający w dół gardła – wsłuchiwał się wręcz obsesyjnie we wszystkie dźwięki bytności Seymoura w salonie. W nienaturalnej ciszy wielkiego mieszkania był w stanie nawet usłyszeć jego oddech. Wdech. Wydech. Wdech. Zaczął oddychać razem z nim, aż zaczął wierzyć, że jeśli będzie robił to wystarczająco długo, Seymour sam to usłyszy, wyczuje i przyjdzie do łóżka, zahipnotyzowany tą jednością, która nie sprawiała im nigdy wcześniej trudności. Jednak im dłużej Vi starał się utrzymać rytm płuc mężczyzny, tym bardziej z niego wypadał, przegrywając ze wzbierającym płaczem, bo oddechy Seymoura wcale się do niego nie zbliżały wraz z zapadającą coraz głębiej nocą, a on tkwił sam w pościeli pachnącej ich dwójką jak w więzieniu stworzonym przez siebie samego. Wyrok – tęsknota za tym, którego skrzywdziłeś.
W pewnym momencie w salonie zgasły wszystkie światła i nadzieje Virgila, gdy Seymour nie wstał z kanapy. Vi był prawie pewien, że na jego przedramieniu nadchodzącego nieubłaganie ranka wykwitnie siniak wielkości dorodnej śliwki po całej nocy zaciskania na nim zębów, byle nie zapłakać za głośno.
Nie pamiętał, żeby zasypiał, ale z pewnością musiał to zrobić, skoro miał jakąś przerwę w dopływie świadomości. Sen jednak był płytki, bardziej męczący niż przynoszący ulgę. Obudził się sam z siebie, nie przez słońce przebijające się przez zasłony, chociaż Vi nie przypominał sobie, żeby je na powrót zasłaniał przed ciężkim wtoczeniem się do łóżka.
Przez sekundę przed otworzeniem oczu wszystko było dobrze. Czuły węch rozpoznawał bezbłędnie tę woń szafirowej magii połączonej niezmiennie z piwem oraz charakterystyczną wonią studia Voxa. Przez sekundę Virgil się uśmiechnął, przesunął nieznacznie w pościeli, wiedząc, że tyle wystarczy, żeby wtulić się w wytatuowane ramię. Ta sekunda minęła zbyt szybko.
Spojrzał, a obok niego nikt nie leżał. Jedynie wspomnienie, które wsiąkło głęboko w pościel.
Oczy go za bardzo bolały, by znów zacząć płakać.
Virgil podniósł się do siadu, zdziwiony, że jego ciało potrafiło wciąż funkcjonować. Oddychało. Domagało się wody. Reagowało na impuls z mózgu o ruchu. Był wręcz zirytowany, że tak trywialne rzeczy wciąż stanowiły część jego istnienia, gdy owo istnienie przestało mieć swoją wartość. A może nigdy jej nie miało?
Jeśli jego zmysły go nie myliły, to…
— Seymour? — rzucił cicho w przestrzeń, a imię zabrzmiało jak stłumiony pisk.
Cisza prawie fizycznie go przygniotła.
Przedarł się przez nią jak przez grząskie bagno, żeby dojść do salonu, rozejrzeć się po wszystkich pomieszczeniach i upewnić się, że Seymoura faktycznie nie było, jego miotły też nie. Na stoliku pod butelką piwa znalazł tylko kartkę. „Jedź to studia. Przylecę później”. Norbert prosił ich, żeby przed południem następnego dnia przylecieli, żeby zrobić publiczne ogłoszenie. Poza kartką jedyne, co po muzyku jeszcze zostało, to skopany na kanapie koc i rozrzucone, pogniecione poduszki.
Vi przysiadł na skrawku kanapy, jakoś tak niezręcznie przesunął po niej wzrokiem, jakby szukał odłamków uczuć Seymoura zagrzebanych w zagłębieniach mebla, ale przecież były czarodziej nosił wszystko w sobie. Każdy ból, zmartwienie, obawę, niemoc – upychał to w siebie i nigdzie nie zostawiał. Chyba że w wilczych łapach, ale to było wcześniej.
A jednak, gdy Virgil opadł w koc jak pchnięty wiatrem ludzik z papieru, tuląc do policzka miękki materiał, tak jak tulił się do Seymoura, wyczuł na nim ten dławiący zapach smutku.
Drogę do studia przebył jakbyś ktoś inny. Ktoś obcy wszedł do tramwaju, ktoś nieznajomy usiadł przy oknie, ktoś dziwny przesiadł się do autobusu. Vi nawet nie pamiętał, jak dojechać z ich mieszkania do studia, bo tę drogę prawie zawsze pokonywał z Seymourem na miotle, tak odrealnione to było uczucie szukać właściwej trasy. Poprawił duże, ciemne okulary, naciągnął mocniej kaptur bluzy na głowę i wysiadł. Studio znajdowało się pięć minut spacerem od przystanku, ukryte wciąż w ulicy na prawo, za rogiem jakiegoś niższego biurowca.
Dlatego Virgil ich wpierw usłyszał, zanim zobaczył.
Pod budynkiem studia Vox Metalliki zebrała się nie grupka, ale cały autokar osób różnej maści – połowa z nich to byli chyba zwykli fani, reszta wyglądała na dziennikarzy i paparazzi, poprawiali swoje marynarki, chwytali mocniej mikrofony w dłonie, barki ich współpracowników podtrzymywały kamery. Norbert jeszcze niczego wczoraj nie podał do opinii publicznej związanego ze stanowiskiem zespołu, ale wszyscy zainteresowani zdążyli podchwycić temat. Czekali na coś albo kogoś i wiedzieli, że prędzej czy później to dostaną.
Nie było szans, żeby Vi zdołał się przecisnąć przez nich niezauważony i wejść przez frontowe drzwi.
Nowy strach zagościł w jego głowie, a wyobrażone kamery już strzelały mu zdjęcia. Co oni by zrobili, gdyby wiedzieli, że domniemany chłopak Seymoura Silverthorna trzęsie się ledwie dwieście metrów od nich? Nie sądził, że ktokolwiek zjawił się przed studiem, żeby bliżej go poznać albo wysłuchać jego historii. Cokolwiek od niego chcieli, nie było to bezpieczne wchodzić w ten tłum.
Wyciągnął telefon, żeby zadzwonić do Seymoura i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że od poprzedniego wieczora nie zaglądał w komórkę.
Trzymając się na słabych dwudziestu procentach, urządzenie znosiło niezamierający napływ powiadomień. Na chirperze został oznaczony w tysiącach komentarzy, jego posty zacytowało kolejne kilkaset tysięcy osób, prywatna skrzynka razem z tą na fotogramie eksplodowała wiadomościami wszelkiej maści. Telefon trząsł mu się w dłoniach, ale Vi zerknął na kilka z nich, całkowicie skrajnych – nazywali go cholernie seksownym, brzydkim jak gówno, głupim i fajnym, a pomiędzy tym wszystkim tkwiły groźby opisujące, jak bardzo ktoś chciał go zabić za całowanie się z „jego Seymourkiem”. Próbował usuwać kolejne belki z powiadomieniami, żeby dokopać się choćby do resztek normalności, ale to się nie kończyło. Zamknął aplikacje i wszedł w historię połączeń zawaloną telefonami od mamy, taty, przede wszystkim od Valeriusa.
Chciał już wybrać numer Seymoura, gdy się zawahał. Przecież rozpłakałby się, gdyby po tamtym wieczorze i nocy spędzonej w jednym mieszkaniu, a jednak osobno, usłyszałby pierwszy raz tego dnia jego głos przez telefon. Wysłał mu więc szybką wiadomość, zamykając z pośpiechem ich konwersację, w której ostatnią wysłaną rzeczą były jakieś śmieszne wilki należące do innej rzeczywistości.
Vi oparł się plecami o najbliższy budynek, zsunął po niej na ziemię i zastygł, mając nadzieję, że nikt na niego nie spojrzy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz