22 czerwca 2026

Od Song Ana do Merlina

Wszystko działo się tak szybko, że zdezorientowany Song An właściwie nie potrafił nadążyć za pędzącym biegiem wydarzeń. Zdawało się jednak, o dziwo, że wreszcie jakiekolwiek ze starań poszło po ich myśli. A przynajmniej w teorii.
Merlin (zgodnie z planem) rzucił zaklęcie, jednak Żaba (niezgodnie z planem) nie poleciała, lecz całkiem niespodziewanie wyrosły jej najprawdziwsze żabie nogi i to na nich zaczęła wesoło kicać w kierunku Wiekowego Drzewa. Song An przyglądał się skaczącemu kamieniowi w osłupieniu. Nigdy w swoim niezwykle długim życiu nie widział czegoś podobnego! Nigdy nawet nie przypuszczałby, że coś takiego w ogóle dane będzie mu kiedykolwiek zobaczyć! Ten świat śmiertelników zadziwiał go na każdym kroku.
Z szoku wyrwał go huk. Ziemia wokół chłopców ponownie zadrżała pod wpływem lądowania Żaby. Nim podniosła się do skoku ponownie, Song An mocniej przycisnął do siebie Śmieciarza, jakby obawiał się tego, że ożywiony kamień przez nieuwagę wejdzie mu na ogon albo gorzej — na głowę. Wtulił się w przemoczone, pachnące deszczem futro swojego zwierzaka i w milczeniu obserwował jak Żaba w kilku potężnych susach osiąga cel swojej podróży, zatrzymując się tuż przy samych korzeniach Wiekowego Drzewa.
Wtedy też między Żabą a Drzewem doszło rozmowy. Naprawdę zaskakującej rozmowy. Z początku Song An przestraszył się, że ta dwójka wcale się nie dogada, a przez interwencję jego i Merlina obydwoje utkną w swoim towarzystwie już na wieczność (a to dosyć długo). Para jednak ostatecznie, jakimś cudem, znalazła ze sobą wspólny język. Boski sługa odetchnął z wyraźną ulgą. Kryzys zażegnany.
Wiekowe Drzewo, może pod wpływem Żaby, może z zaskoczenia całą tą sytuacją, wydawało się też znacznie chętniejsze do rozmowy z chłopcami. Pozwoliło sobie łaskawie wyjaśnić, kto tak naprawdę odpowiedzialny jest za zaśmiecanie lasu. Zdawało się nawet wierzyć dwójce młodzieńców.
Merlin i Song An, oczyszczeni ze wszelkich zarzutów, zdobyli także ostatni brakujący element układanki — Żaba chętnie wskazała im miejsce ukrycia smoczka. Odnaleziony przedmiot wydawał się boskiemu słudze dziwaczny. Zdawało mu się, że już kiedyś widział coś podobnego, jednak odnaleziona rzecz w jego mniemaniu wcale nie wyglądała, jakby była w swoim najlepszym stanie. Nie mógł się nadziwić, że coś tak żałosnego jest wielkim skarbem, którego tak uparcie pożądają koboldy. Nie jemu było jednak oceniać ich wątpliwy gust, dlatego wraz z Merlinem pośpiesznie zabrał ten jakże wyjątkowy smoczek prosto do łuskowatych stworków.
Zgodnie z oczekiwaniami, koboldy niemal oszalały na widok przyniesionego do ich jaskini smoczka. Song An z uśmiechem na ustach i poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, przyglądał im się z dziwnym wzruszeniem. Poniekąd je rozumiał — sam dla swojego mistrza zrobiłby wszystko, aby tylko go uszczęśliwić. Wypełniłby każde mniej lub bardziej przyjemne zadanie bez najmniejszego zawahania. Podziwiał tym samym zapał stworków, całkowicie się z nimi utożsamiając.
Ich obiekt uwielbienia odzyskał więc swój utracony skarb. Lalka niespodziewanie poruszyła się niezgrabnie i powoli mrugnęła (albo też tak wydawało się Song Anowi — niewiele widział w średnio oświetlonej grocie), a następnie wydawała z siebie okrzyk, który głośnym echem odbił się wzdłuż kamiennych ścian:
— DZIĘKUJĘ, MAMUSIU. TERAZ MOGĘ SPAĆ! DOBRANOC!
Song Ana mimowolnie przeszły dreszcze. Pomyślał nawet, że koboldy widocznie służyły naprawdę okrutnemu bóstwu. Też by się trząsł ze strachu i chodził na rzęsach, gdyby jego mistrz zwracał się do niego podobnym tonem. Boski sługa w głębi serca miał jedynie nadzieję, że mroczna lalka wreszcie osiągnęła swój cel, a więc zamilkła na wieki i tym samym czasy jej potwornych, autorytarnych rządów dobiegły końca.
Koboldy nie wydawały się być równie skonsternowane, co wymieniający się niepewnymi spojrzeniami młodzieńcy. Wręcz przeciwnie — stworoki wzniosły w niebiosa równie skrzeczącą, co głos ich bóstwa, pieśń.
Nie zapomniały jednak o złożonej obietnicy. Po dłużących się w nieskończoność gorliwych modłach, zwróciły się do Song Ana i Merlina pełne zapewnień, że spełnią ich prośbę i zaczną odnosić śmieci prosto do kubłów. Ich zapał wyglądał na godny zaufania, więc po krótkim pożegnaniu, dwójka młodzieńców opuściła jaskinię. Deszcz przestał już padać, a nad koronami drzew lśniły setki gwiazd. Song An uśmiechnął się na ich widok. Wszystkie zadania zostały wykonane, można było wrócić do domu.
No tak. Wrócić do domu. Song An naprawdę nie wiedział, jak wśród tylu identycznych ścieżek i mroku nocy udało im się wydostać z tego pełnego niespodzianek lasu. Ale w jakiś tajemniczy (nawet dla samych siebie) sposób znaleźli odpowiednią drogę, bezpiecznie powracając do grupy poszukujących ich wolontariuszy.
Song An zastanawiał się, czy była to kwestia szczęścia, czy też wróciła do nich dobra karma za te wszystkie przysługi, które bez najmniejszego zawahania czy narzekania wykonali tej nocy. Dzielnie znieśli każdą z wymagających prób. Merlin wspominał coś o nagrodzie — może było nią właśnie odnalezienie właściwej ścieżki?
W każdym razie jakimś cudem wydostali się z gęstych zarośli w jednym kawałku. Song An wprost nie mógł doczekać się powrotu do swojego pokoju. Pragnął wreszcie zdjąć mokre ubrania, które nieprzyjemnie lepiły mu się do ciała, wysuszyć przemoczone futro Śmieciarza, a następnie zjeść coś dobrego – zostało mu bowiem trochę rosołu z pomarańczy, sera pleśniowego i siemienia lnianego. Odważne połączenie, danie, którego posmak pozostał mu w ustach w ciągu trwania całej leśnej przygody. Nie mógł o nim zapomnieć nawet przez chwilę. Przez cały długi powrót do domu myślał tylko o swoim autorskim rosole, odliczając minuty do momentu, kiedy wreszcie go znowu spróbuje.




Po tych wszystkich dziwacznych perypetiach związanych ze sprzątaniem lasu, Song An miał miesiąc spokoju i normalności. Chociaż kategoria “normalności” w jego przypadku była raczej… trudna do określenia. Działo się wiele – w szkole (przypomniał sobie, że przecież zapisał się do takiej instytucji!), w pracy, w tej ciemnej i tajemniczej uliczce, w której ktoś całkiem niespodziewanie wcisnął mu do ręki szczura… Boski sługa jednak nie narzekał. Przyjął na pokład (czyli do ciasnego pokoju w akademiku) kolejnego zwierzaka i cieszył się, że dogaduje się ze Śmieciarzem. Im więcej przyjaznych pyszczków, tym lepiej! A Plaga  miał akurat bardzo uroczy nosek…
Wszystko zdawało się wracać na stare tory, pozbawione nieoczekiwanych wypadków, kiedy pewnego słonecznego dnia podczas jednej z lekcji, w której akurat udało mu się uczestniczyć, ogłoszono wycieczkę na zieloną szkołę. Song An nie miał najmniejszego pojęcia, czym ona była i dlaczego akurat była zielona (ktoś pomalował tak budynek?), ale pomysł wyjazdu bardzo mu się spodobał. Brzmiało to jak kolejna niezapomniana przygoda, której nie mógł przegapić!
George, ku wielkiej rozpaczy Song Ana, nie chciał jechać. Od razu odmówił wyjazdu, nawet pomimo wielu prób namowy. Zgodził się jednak zająć zwierzakami przyjaciela podczas jego nieobecności. Boski sługa od razu, bez najmniejszego nawet zawahania wręczył mu klucze. Nie znał żadnej bardziej zaufanej osoby, której mógłby powierzyć swoich ukochanych pupilów. Mógł liczyć na George’a i bez żadnych obaw wyruszyć na zieloną szkołę!
Pojawił się tylko jeden mały problem. Szkoła wymagała zgody prawnego opiekuna na tak długi wyjazd. Song Ana długo zastanawiał się, co powinien uczynić ze stojącą mu na drodze do dobrej zabawy formalną przeszkodą. Ostatecznie postanowił zastosować swój stary, dobry sposób na rozwiązywanie tego typu problemów. Podrabianie dokumentów.
Tłumacząc sobie, że jego mistrz na pewno by się zgodził na wyjazd, uzupełnił uzyskany od wychowawczyni klasy (w pewnym sensie też takiej mistrzyni, ale pozbawionej niesamowitej boskiej aury) formularz. Najstaranniej, jak tylko potrafił, podpisał się jako Yunru Lei i w jego imieniu wyraził swoją zgodę na wzięcie udziału w zielonej szkole. Następnie elegancko zwinął dokument w zwój i zaniósł do szkoły. Nauczycielka na widok zwiniętego formularza westchnęła ciężko, ale bez większych pytań wpisała Song Ana na listę. Sukces został osiągnięty.
Następnego dnia udał się na zakupy. Jak się okazało (koledzy z klasy tak mówili), wyjazd na zieloną szkołę wymagał specjalnego przygotowania. Musiał kupić wiele przydatnych rzeczy – coś do jedzenia, latarkę, kurtkę przeciwdeszczową (ależ by mu się przydała tej nocy, kiedy sprzątał z Merlinem las!).
Jako pierwszy musiał zakupić jednak plecak, aby pomieścić wszystkie niezbędne akcesoria. Song An zwykle wszystkie niezbędne przedmioty chował do swoich rękawów – były szerokie i naprawdę wiele się w nie mieściło, ale wątpił, że udałoby mu się upchnąć w nie ubrania na kilka dni, ręcznik, szczotkę do zębów i lampę naftową, którą właśnie kupił jako źródło “wymagane własne źródło światła”. Zdecydował się na nią, bowiem wszystkie latarki, jakie brał do ręki magicznie przestawały działać.
Do jedzenia zaś kupił kilka papryczek, trzy ziemniaki, ciastka czekoladowe i pudełko wędzonego łososia — na wypadek większego głodu. No i oczywiście nie mógł zapomnieć o chlebie. Jak inaczej zrobiłby kanapki? Zastanawiał się też trochę nad szparagami, ale dowiedział się od bardzo miłej starszej pani, że “to nie pora na szparagi, dlatego są takiego drogie”, więc z nich ostatecznie zrezygnował. Na ich miejsce kupił pianki, ponieważ przypomniał sobie, że ktoś wspominał o tym, że na zielonej szkole obowiązkowo musi być rozpalone ognisko. A jak jest ognisko, muszą też być pianki. Prosta logika.
Wszystkie zakupy, a także ręcznik, szczoteczkę do zębów i szczotkę do włosów, paczkę kadzideł, ubrania na zmianę zapakował do plecaka już u siebie w pokoju. Prawdę mówiąc, bardzo się przy tym namęczył. Wciśnięcie kilku dodatkowych szat, lampy naftowej i filetu z łososia do jednego, ograniczonego bagażu sprawiło mu więcej kłopotu, niż przypuszczał. Ostatecznie jednak udało mu się to zrobić. Postanowił jednak (z żalem) zostawić kupiony śpiwór. Uznał, że i tak jest przyzwyczajony do spania na ziemi. Na Gromie nie miał nawet materaca, spał na bambusowej macie i nigdy nie narzekał. Także jeśli kilka nocy spędzi na podłodze, nic mu się nie stanie. Łóżko to tylko przecież tylko chwilowy luksus.
Najtrudniej było mu się jednak pożegnać ze zwierzakami. Miał wrażenie, że zarówno Śmieciarz, jak i Plaga patrzą na niego z wyraźnym żalem. Wiedział, że oni na pewno też chcieliby wyruszyć z nim na nową przygodę, ale nauczycielka jasno zaznaczyła, że wszystkie zwierzęta są zakazane (mówiła to patrząc Song Anowi prosto w oczy. Pewnie wciąż pamiętała ten jeden incydent na stołówce z udziałem Śmieciarza…).
Ściskał więc swoich pupili tak długo i tak mocno, jak tylko mógł. Obiecywał im przy tym, że będą w dobrych rękach i zajmie się nimi najlepsza osoba na tym śmiertelnym świecie. Zapowiadał też, że nie zapomnie kupić im jakiś pamiątek, a gdy tylko wróci, szczegółowo opowie im o wyjeździe. Zwierzaki wyglądały na przekonane tymi argumentami.
Nastał wyczekiwany dzień wyjazdu na zieloną szkołę. Song An z ekscytacji nie przespał całej nocy. Nie mógł doczekać się wycieczki. Wprawdzie nie wiedział, gdzie właściwie jedzie ani co będzie tam robić, ale czuł, że będzie się świetnie bawić! Brzmiało to na okazję do zawarcia nowych przyjaźni i poznania większej ilości zwyczajów śmiertelników!
Tuż o świcie Song An zerwał się z łóżka, zarzucił na plecy wypchany po brzegi plecak, pożegnał się czule ze swoimi pupilami, a następnie ruszył w kierunku szkolnego placu, skąd mieli jechać na wycieczkę. Wiele osób z jego klasy wraz z nauczycielką już tam było. Gotowi do drogi, wszyscy wymieniali między sobą podekscytowane rozmowy.
Wkrótce też okazało się, że ich szkoła nie była jedyną, która wybierała się na wyjazd. Wiadomość o tym wzbudziła wśród uczniów jeszcze więcej emocji. Song An wydawał się szczególnie z tego faktu zadowolony - oznaczało to, że spotka całkiem nowe twarze! Wspaniale! Tak więc, gdy tylko wszyscy uczestnicy wycieczki zebrali się na placu, wspólnie szybkim krokiem ruszyli na drugie miejsce zbiórki. Tam bowiem miała czekać na nich druga grupa i stamtąd miał zabrać ich autobus.
Po kilku minutach spaceru dotarli na miejsce. Pod budynkiem drugiej szkoły panowało już niemałe zamieszanie. Wesołe głosy zniecierpliwionych uczniów rozbrzmiewały echem po parkingu przed budynkiem. Stały się one jeszcze głośniejsze, gdy na plac podjechał wreszcie wyczekiwany przez wszystkich autobus.
Song An z nieukrywaną ciekawością przyglądał się wszystkim obcym twarzom uczestników wycieczki z drugiej szkoły. Wtedy też, całkiem niespodziewanie, wśród tłumu rozpoznał kogoś znajomego.
— Merlin! — zawołał donośnie w kierunku swojego przyjaciela, a następnie energicznie machając i przeciskając się przez kłębiący się tłum uczniów, pojawił się tuż obok młodego czarodzieja. Chłopak wydawał się równie zaskoczony, co Song An.
— Rany! Też jedziesz z nami zieloną szkołę? — odezwał się wreszcie Merlin, gdy jego pierwszy szok minął. — Nie wiedziałem, że chodzisz do tej drugiej szkoły!
— Ah, tak! Czasem mi się to zdarza — odpowiedział szczerze Song An z szerokim uśmiechem na ustach. — Gdy tylko usłyszałem o organizowanej wycieczce, nie mogłem przestać o niej myśleć! Nie mógłbym jej przegapić za żadne skarby!
Wtedy wzrok Song Ana padł na stojącą obok Merlina grupkę osób. Wszyscy rzucali mu ukradkowe, niepewne spojrzenia. Po krótkiej, ale dziwnie intensywnej ciszy, jedna z nieznanych boskiemu słudze dziewczyn zwróciła się bezpośrednio do czarodzieja:
— Znacie się? Kto to jest?
— No tak, muszę was sobie przedstawić! — odrzekł pośpiesznie Merlin, stając pośrodku, pomiędzy Song Anem a swoimi znajomymi. — To Song An, on jest…
— Śmiertelnikiem, tak jak wy, oczywiście! — wtrącił boski sługa, a uśmiech wciąż nie znikał mu z twarzy. — Jak się nazywacie?
Kompletnie zignorował zaskoczenie malujące się na twarzach przyjaciół Merlina. Podekscytowany, że właśnie spotkał nowych znajomych, niecierpliwie oczekiwał na ich odpowiedź.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz