29 czerwca 2026

Od Song Ana do Merlina

Wszyscy odetchnęli z ulgą, kiedy autobus wreszcie się zatrzymał.
— Czy jesteśmy już na miejscu? — zapytał z nadzieją Song An.
— Nie, przecież ledwo wyjechaliśmy z miasta — odparła Guinevere z cichym, niemal niesłyszalnym westchnieniem.
Może nie osiągnęli jeszcze celu swojej podróży, ale wciąż znajdowali się w całkiem nowej dla Song Ana okolicy. Jak wspaniale! Boski sługa dokładnie rozejrzał się więc radośnie po placu. Jako pierwszą dostrzegł pobliską restaurację, po której od razu było widać, że lepsze czasy miała dawno za sobą. Młodzieniec przyglądał się jej intensywnie przez krótką chwilę. Zastanawiał się, jakie posiłki mógłby zamówić w tym niezwykłym miejscu. Miał nawet ochotę zapytać kogoś, czy dołączy do niego, aby zaspokoić ciekawość, ale szybko po minach towarzyszy dostrzegł, że przez najbliższy czas raczej woleliby nie patrzeć na żadne jedzenie. Jak najbardziej ich rozumiał. Wprawdzie nieprzyjemny zapach wciąż nieubłaganie unosił się z wnętrza autobusu, przynosząc ze sobą wszystkie traumatyzujące wspomnienia minionej drogi.
Song An skrzywił się, ale grymas prawie w tej samej chwili zniknął z jego twarzy, gdy spostrzegł tajemnicze obiekty tuż przed sobą. Nie czekając na nic, zbliżył się do ustawionych wzdłuż ściany metalowych pudeł. Zaczął przyglądać im się z każdej strony, bacznie badając kolorowe (ale absolutnie nieczytelne) nadruki i niezwykłą zawartość urządzeń.
Szybko wyjaśniono mu, do czego owe obiekty te służą. Z tego, co Song An rozumiał, stanowiły one rodzaj pewnej gry. O drogocennej nagrodzie, którą można było wygrać, podobno decydowała przewrotna fortuna. Przyjaciele Merlina krótko opowiadali o swoich zdobyczach, co jeszcze mocniej podsyciło ciekawość Song Ana i utwierdziło go w przekonaniu, że nie może stracić nadarzającej się szansy i musi wypróbować ten niezwykły automat.
Zaczął więc energicznie przeszukiwać głębokie kieszenie i swoje szerokie rękawy. Z niemałym trudem udało mu się wyciągnąć z nich monetę. Uradowany, uniósł ją wysoko, niczym z trudem zdobyte trofeum, a następnie po zapoznaniu się z bardzo prostą (ale jednocześnie pomocną) instrukcją wrzucił pieniążek do specjalnie przeznaczonej do tego szczeliny. Wstrzymał oddech i chwytając za korbkę, przekręcił ją. Sekundy dłużyły mu się w nieskończoność, kiedy oczekiwał na przeznaczoną mu nagrodę. Nie spuszczał wzroku z automatu do momentu, aż usłyszał ciche stuknięcie. Wtedy też pośpiesznie wyciągnął dłonie i wyciągnął z większego otworu kulę.
Song An nie spuszczał z przedmiotu wzroku. Czuł, jakby właśnie dzierżył drogocenną perłę — półprzezroczystą, odbijającą promienie słońca. Jednakże to dopiero w jej środku krył się prawdziwy skarb.
Drżącymi palcami uchylił wieczko. Wtedy jego oczom ukazało się… coś naprawdę dziwnego. Nie miał właściwie pojęcia, na co patrzy. Zawartość kuli przypominała kolorową dłoń. Na dodatek — pokrytą brokatem. Wykonana była też z dziwacznego, lepkiego i ciągnącego się materiału.
Zaskakująca wydała się także reakcja Merlina. Czarodziej chyba doskonale wiedział, na co ma przyjemność patrzeć.
Song An koniecznie musiał się też tego dowiedzieć.
— Co to jest?
Wyciągnął rączkę z pojemnika. Obrócił ją kilkukrotnie — kleiła mu się do palców, zwiększała swoją długość, przybierała śmieszne kształty. Song An nie wiedział, do czego ten przedmiot w ogóle służy, ale był absolutnie nim zachwycony.
— To taka łapka, która po prostu przykleja się do rzeczy — wyjaśniał bardzo profesjonalnie Merlin. — Jeden palec wkładasz tam do dziurki i wtedy celujesz całością. Chcesz, abym ci to pokazał?
Song An pokiwał entuzjastycznie głową i oddał swój cenny skarb przyjacielowi. Merlin, tak jak powiedział, tak zrobił: nasunął kółeczko znajdujące się na podłużnej gumie połączonej z łapką, a następnie skierował ją w stronę automatu.
Rączka z impetem poleciała w tamtym kierunku i z charakterystycznym “pac” przykleiła się do szybki. Rozpłaszczyła się na niej i nawet, gdy Merlin próbował ją do siebie przyciągnąć, nie puszczała. Dopiero kiedy poszedł, udało mu się ją odczepić. Oddał ją wtedy Song Anowi.
— Uważaj tylko, aby bardzo nie ciągnąć za mocno, bo się urwie.
Boski sługa, zgodnie z wcześniejszymi instrukcjami czarodzieja, nałożył łapkę na palec i wycelował ją w kierunku leżącego w pobliżu kamyka. Rączka wystrzeliła, ale nie zatrzymała się na swoim celu, tylko przyciągnęła kamień do Song Ana. I przy okazji zgarnęła piach oraz kilka innych paprochów.
— Lepiej nie celuj w ziemię ani jej nie upuść — dodała Bernadette, przyglądając się niepewnie “trzymającej” kamień rączce. — Szybko się brudzą i nic w świecie później ich nie uratuje.
Song An oczywiście wziął sobie jej radę do serca. Nie zdążył jednak wypróbować łapki kolejny raz, bowiem rozległo się nawoływanie nauczycielek. Przyszedł czas na powrót do autobusu. Boski sługa wyrzucił kamień, przetarł ręką piach z łapki, a następnie wrzucił ją z powrotem do kuli. Wraz z grupą swoich towarzyszy skierował kroki w stronę zaparkowanego nieopodal pojazdu.
— Ruchy, ruchy! — pośpieszały głośno nauczycielki. — Już mamy opóźnienie, nie możemy pozwolić sobie więcej na tak długie przerwy!
W pobliżu drzwi zakotłowało się od uczniów. W tłumie Song An dostrzegł Johna. Nie wyglądał najlepiej. Miał mętny wzrok, a jego twarz była blada, jakby nie znajdowała się w niej ani kropla krwi. Boskiemu słudze zrobiło się żal chłopaka, więc podszedł do niego i poklepał go po ramieniu:
— Nie martw się. Wszystkim śmiertelnikom się to zdarza.
Nie tłumacząc nic więcej, zostawił Johna z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy, a następnie wrócił na swoje miejsce na samym końcu autobusu. W całym tym pośpiechu ledwo zdążył usiąść, a pojazd ruszył z typowym dla siebie szarpnięciem. Wkrótce przyśpieszył i pognał dzielnie przed siebie do miejsca, w którym miała odbyć się zielona szkoła.
Korzystając z okazji, Song An postanowił przetestować swoją łapkę. Najpierw wypróbował ją na jednej z papryczek. Dokładnie, z wyliczoną precyzją w nią wycelował. Rączka oczywiście trafiła celu i obkleiła się wokół warzywa. Boski sługa przyciągnął je do siebie. Gdy tylko znalazły się w jego dłoni, uwolnił paprykę z klejącego uścisku, przetarł ją, a następnie zjadł. Tak smakowała znacznie lepiej.
Przez następną godzinę wspaniale się bawił. Celował łapką w przeróżne miejsca, obserwował jak wdzięcznie się klei do powierzchni. Niekiedy przypadkiem trafił też w kogoś siedzącego obok (najgorzej było, jak łapka przypadkiem wpadła we włosy Merlina), ale wtedy szybko przepraszał i starał się, aby taka sytuacja nigdy więcej się nie powtórzyła.
Wkrótce postanowił wykorzystać jej pełen potencjał. Spojrzał na sufit autobusu. Poczuł narastającą ciekawość. Chciał wiedzieć, czy łapka byłaby w stanie go dosięgnąć.
Cóż. Zrobiła to. Ale niezwykle niefortunnie.
Rączka niespodziewanie zsunęła mu się z palca i wesoło poleciała hen, ponad siebie. Przykleiła się do pokrytego filcem sufitu. Song An wstał i próbował ją ściągnąć, ale nie dosięgnął. Sufit był zbyt wysoki.
Wtedy Song An poczuł żal.
— To też zdarza się często — pocieszał go Merlin. Jemu też niestety nie udało się jej ściągnąć. — Musisz poczekać, aż sama spanie.
— Może tak naprawdę nigdy nie była moja — westchnął Song An, godząc się z utratą. — Nastał jej czas i musiała odejść… Ale pożegnania są zawsze najgorsze…
Z żalem spojrzał na łapkę. Piękna, pokryta brokatem wisiała tuż nad jego głową. Jednocześnie tak bliska i tak niedostępna.
Nie miał jednak zbyt wiele czasu, aby dłużej rozpaczać. Niespodziewanie John podniósł się z miejsca i chwiejnym krokiem podszedł do nauczycielek. Song An od razu pomyślał, że chłopak najpewniej przeczuwa kolejny żołądkowy incydent, ale słowa, które padły z jego ust zaskoczyły wszystkich podróżnych:
— Proszę pani… bo Kevin chyba został sam na stacji.
Nauczycielka wyprostowała się, a jej włosy stanęły dęba.
— Jak to “Kevin chyba został sam na stacji”? — powtórzyła, a słowa z trudem przechodziły jej przez gardło.
— Bo na początku wycieczki siedział ze mną, ale odkąd ruszyliśmy, to go nie widziałem…
— I dlaczego nic nam nie powiedziałeś?!
— Zapomniałem.
Cały autobus zamilkł.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz