27 czerwca 2026

Od Song Ana do Merlina

Song An czuł, że raczej nie minie wiele czasu, a przyjaciele Merlina staną się także jego przyjaciółmi. Przypomniał sobie, że wcześniej zdarzało się mu już o nich słyszeć, bowiem młody czarodziej chętnie opowiadał o swoich bliskich znajomych z klasy. Wspominał o nich niejednokrotnie, dzieląc się z bogiem sługą coraz to ciekawszymi historiami ze szkoły. Song An miał więc wrażenie, że nawet jeśli pierwszy raz w swoim życiu spotkał Hawthorna, Guinevere i Bernadette, to tak naprawdę zna już ich od wieków.
Przywitał się jednak z nimi bardzo serdecznie, a następnie od razu przeszedł do przyjacielskiej rozmowy. Zaprezentował im przy okazji z dumą swoją naftową lampę. I chociaż wszyscy na początku zdawali się być nią naprawdę zaskoczeni, ostatecznie po krótkich wyjaśnieniach zaaprobowali jego zamiennik latarki. W końcu lampa nie wymaga prądu, nie psuje się. Przedmiot niemal idealny! Song An nie mógł się doczekać, aż nadejdzie chwila, aby wreszcie z niej skorzystać i na własne oczy podziwiać jej wspaniałość!
Nie zdążył jednak omówić wszystkich licznych zalet lampy naftowej ani pochwalić się swoim pozostałym genialnym zaopatrzeniem, ponieważ nauczycielki zaczęły nawoływać do zajęcia miejsc w autobusie. Song An rozejrzał się wokół. Zauważył, że ich grupka niestety była nieparzysta. Prowadziło to małe problemy logistyczne, jak usiąść, aby całą drogę spędzić w jak najlepszym układzie.
Merlin chyba właśnie pomyślał dokładnie o tym samym, ponieważ niemal w tej samej chwili westchnął cicho:
— Idealnie zmieścilibyśmy się na sam koniec autobusu, ale tam siedzą tylko te “fajne dzieciaki”.
— My przecież też jesteśmy fajni — oburzył się Song An i nie tłumacząc niczego więcej, wyminął swoich towarzyszy. W jego głowie narodził się pewien plan.
Zwykle nie nadużywał swoich mocy. Uważał, że jest to nie w porządku wobec śmiertelników, ale tym razem postanowił zrobić mały wyjątek od reguły. Chciał siedzieć obok Merlina, a jednocześnie nie miał zamiaru rozdzielać go z jego przyjaciółmi. Istniało an to jednak proste rozwiązanie. Wystarczyło tylko, żeby to on jako pierwszy zajął miejsca na końcu autobusu. Przecież nic trudnego!
Song An był szybki. W sekundę potrafił przemierzyć Grom wzdłuż i wszerz, kiedy tylko miał na to ochotę, bez najmniejszego zmęczenia. I chociaż jego moce zostały znacząco ograniczone, to wierzył, że jeśli się postara i skupi, to wskrzesi w sobie iskierkę zapieczętowanej burzowej magii.
Stanął w kotłującej się kolejce przy drzwiach autobusu. Uczniowie przepychali się, cisnąc do wejścia, chcąc zająć jak najwygodniejsze miejsca. Nie wiedzieli jeszcze, że ich przeciwnikiem jest prawdziwy pomocnik boga, który wyjątkowo ten jeden raz nie zawaha się użyć swoich błyskawicznych zdolności. Ustawił się więc tak, aby drzwi znajdowały się tuż naprzeciwko niego. Wreszcie zaczęły się one powoli uchylać. Gdy tylko autobus wydał z siebie pisk i dziwacznie zaskrzeczał, Song An nie zwlekał nawet przez chwilę. Nie przeciskał się. Po prostu odbił się od ziemi w kierunku otwierających się drzwi i nim ktokolwiek zdążył się zauważyć, co się stało, złotowłosy młodzieniec już siedział w środku. Zakołysał się pod wpływem ciężkiego plecaka, ale kiedy tylko odzyskał równowagę, ruszył w stronę ustawionych w rzędzie siedzeń na samym końcu. Idealnie pięć miejsc. Usiadł pośrodku i z uśmiechem na ustach czekał na swoich przyjaciół. Ignorował przy tym wszystkie rzucane w jego kierunku pełne urazy spojrzenia. Song An nawet przez chwilę się nimi nie przejmował. Był tutaj w końcu jako pierwszy.
Merlin i pozostali znajomi weszli do środka niemal na samym końcu licznej wycieczki. Na ich twarzach niemal od razu pojawiło się zaskoczenie, gdy machający Song An zawołał ich do siebie.
— Jak udało ci się tutaj dostać przed wszystkimi? — zapytał Merlin, równie zdezorientowany, co pełen podziwu.
— Po prostu jestem bardzo szybki! — wyjaśnił dumnie boski sługa, a uśmiech nie znikał z jego rozpromienionej twarzy. W najmniejszym stopniu nie było to przecież kłamstwo. Song An był szybki. No, może nie tak, jak niegdyś, ale wciąż bez najmniejszego problemu potrafił przecisnąć się przez grupę nastolatków i ich prześcignąć. To dla niego drobnostka!
Całej piątce szczęśliwie udało się usiąść razem. Song An pozostał na środkowym siedzeniu. Chciał tutaj siedzieć, ponieważ było to dobre miejsce do obserwowania całego autobusu. Boski sługa nie mógł się doczekać wycieczki. Pragnął niczego nie przegapić, przeżyć ją w pełni. Patrzył więc z uwagą na roześmiane i podekscytowane twarze uczestników, zmęczone oczy sprawdzających listę obecności opiekunek, łysinę kierowcy. Wszystko to, choć na pierwszy rzut oka tak dziwaczne, wewnątrz autobusu wydawało się być Song Anowi nietypowe, niemal niezwykłe.
Wkrótce pojazd ruszył. Najpierw się zatrząsł, zawył, a już chwilę później ponad rozmowy uczniów przebił się głośny ryk silnika. Następstwem tego było mocne szarpnięcie, które niemal zrzuciło Song Ana z siedzenia. Właściwie nie tylko jego — prawie wszyscy wokół z trudem utrzymali równowagę. Kryzys jednak szybko minął, ponieważ autobus, już chwilę później znacznie spokojniej ruszył w drogę.
Ledwo przejechali kilka kilometrów, a uczniowie od razu zaczęli wyciągać z plecaków naszykowane na wyjazd słodycze. Podobnie towarzysze Song Ana nie zwlekali i zaczęli wymianę smakołyków. Boski sługa też od razu do nich dołączył. Łososia postanowił zostawić jednak na później (oczywiście nim także zamierzał się podzielić, ale wolał potraktować go jako główne danie, a nie przekąskę). Zamiast niego wyciągnął z samego dna plecaka paczkę trochę już połamanych czekoladowych ciastek i papryczki. Te drugie spotkały się z małą konsternacją. Song An musiał spokojnie wyjaśniać, że po prostu bardzo je lubi. Zaproponował nawet podzielenie się, ale nikt nie skorzystał z okazji. Ich strata.
— Nie mogę doczekać się, aż wreszcie dojedziemy na miejsce! — mówiła podekscytowana Bernadette.
— A tak właściwie, ile ma trwać droga? — wtrącił Merlin, nerwowo zerkając przez okno.
— Prawie siedem godzin — odpowiedziała spokojnie Guinevere, zerkając na plan wycieczki. — Więc nie radzę wam pić dużo, bo raczej szybko nie doczekamy się postoju.
Swoje słowa skierowała bezpośrednio do Hawthorna, który mimo tego, że autobus ledwo wyjechał z miasta, kończył właśnie drugą butelkę wody.
— Ale to nie moja wina, że tu jest tak gorąco!
Miał rację. Dzień zapowiadał się ciepły. Dlatego też z każdą chwilą temperatura wewnątrz pojazdu rosła. Zaczynało się robić naprawdę duszno. Autobus wypełnił nieprzyjemny zapach kurzu zmieszanego z potem.
— Czy wycieczki zawsze tak wyglądają? — zapytał Song An, wiążąc włosy w kucyk, jednocześnie rozglądając się po czerwonych od upału twarzach pozostałych uczniów. Niektórzy wachlowali się dłońmi, inni skraplali twarze wodą.
— Latem niestety tak — przytaknął niechętnie Merlin. — Niektóre autobusy mają klimatyzację, ale ten… cóż, wątpie, że ją posiada. Wygląda na dość stary.
— Klimatyzację? — Song An przechylił głowę i spojrzał na niego z zaciekawieniem.
— Wiesz, takie urządzenie, co wieje w twarz i sprawia, że jest chłodniej i w ogóle tak milej — wyjaśniał czarodziej, nie kryjąc swojego rozmarzenia na myśl o uldze w tym upale. — Szkoda, że tu nie ma klimatyzacji.
— Czyli taki przedmiot, który potrafi okiełznać wiatr? — upewnił się boski sługa. — Całkiem zmyślne.
Nie kontynuowali dłużej rozmowy. Zdawało się, że wszyscy wokół zaczęli odczuwać skutki wysokiej temperatury. Towarzysze Song Ana niemal rozlali się na fotelach. Boski sługa przyglądał im się krótko. Chciał im jakoś pomóc, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Westchnął cicho i sięgnął po ciasteczko. Jego czekoladowa polewa niemal całkiem się rozpuściła. Już wkładał smakołyk do ust, gdy nagle autobus przeszedł krzyk:
— Proszę pani, bo John właśnie wymiotuje pod siedzeniem!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz