Wieczorne powietrze uderzyło w nich grubą ścianą niepożądanego chłodu i unoszącego się wokół smrodu zgęstniałych w powiewie spalin. Noc okryła ulice przylegającą do ich ciał warstwą mroku; lepkim całunem niepewności i zmęczenia opadła na ulice Stellaire oraz ostatnich, przemierzających pogrążone w głębokim śnie chodniki, obywateli. Światło latarni, we mgle rozpraszające się trupio-białym blaskiem i refleksami, musnęło leniwie profil kiwającego się na własnych nogach najemnika, we fiołkowych oczach stanowiąc jednak jedyną, niemożliwą do podważenia przez tworzące się w umyśle omamy, wartość pewną – kotwicę w rozmazującym się w spojrzeniu świecie, latarnię morską wśród rozszalałych fal unoszącej się wokół ich sylwetek ciemności.
Bezlitosna krzepa obcej ręki rzuciła nim w bok. Aurelion, całkowicie poddając się momentowi oraz sile – przesiąkniętego wokół życiem, lecz wypluwającego go z tego równania – świata, uderzył barkiem o zimny metal lampy, z twardą powierzchnią zderzając się na tyle mocno, iż przeszywający ciało ból rozniósł się nie tylko po przybranej siniakami skórze, ale również po mięśniach, po kruszących się pod mocą uderzenia kościach. Latarnia podtrzymała go na chwilę, gdy niepewnie poszukał dłonią jej chudej, kanciastej szyjki, lecz zanim zebrał w ramionach wystarczająco dużo podtrzymującej jego ciało siły, bezwładnie osunął się na ziemię, zamieniając się w jeden z licznych, pokrywających uliczny bruk, śmieci; bezwiedny, poddany sile wiatru, papierek.
Wzdłuż wystających kosteczek Aurelionowego kręgosłupa przeszedł chłodny, dojmujący dreszcz. Siwe, wypadające spod koka kosmyki przysłoniły ubrudzoną krwią twarz, opadły na oczy niczym plastikowe powieki pozbawionej własnej woli lalki i cieniem rzuciły się na wyzute z kolorów, wklęsłe poliki, na facjacie najemnika tworząc coś na wzór misternych czarnych wzorów i ulepionej z półmroku maski. Asher zadrżał, czując wkradający się pod skórę żal. Toczący jego umysł gniew umknął gdzieś razem z lekkim powiewem wieczornego wiatru, gorejąca w sercu złość odpuściła i rozeszła się po rozciągających się w kończynach żyłach. Czysta, pod żebrem rozrastającą się bezdenną ciemnością, rozpacz zaatakowała raz jeszcze, z ciała rycerza formując swe własne, usiane stertami trupów i pogrążonymi w mroku okopami, pobojowisko.
Wspomnienie osamotnienia wróciło do niego ze zdwojoną mocą. Całkowicie naparło na ramiona i barki, osiadło się wygodnie między wystającymi spod cienkiego podkoszulka łopatkami. Brzuchem przygniotło go do własnych kolan, skulonego pod latarnią Ashera przeobrażając w, niezdolną do ochrony i wystawioną na ataki z zewnątrz, kukłę. Nie obchodziło go dłużej, czy zostanie ponownie zaatakowany. Nie obchodził go palący w okolicach nosa ból, nie obchodziły posiniaczone kolana i usiane pęknięciami knykcie. Był gotów do reszty poddać się otaczającej go rzeczywistości – tej samej, z której wydawał się wyrwany siłą i pozostawiony na pustym płótnie ubocza, gdzie zamknięty w matowej banieczce własnego smutki i utrapienia, mógł z boku obserwować przesiąknięty kolorem i życiem świat.
Być może właśnie taki czekał go koniec. Być może od zawsze dane mu było zgnić na twardym bruku prześmierdłej uliczki, gdzie nikt nie był w stanie odróżnić ludzkiego, wijącego się w mrokach cienia od rozrastającej się po ścianach pleśni.
I, również być może, sprawiedliwość dosięgła go właśnie teraz – pośrodku obcego i wciąż nie do końca mu poznanego świata, gdzie sczeznąć miał w surowym objęciu samotności ze wspomnieniem gasnących oczu jego siostry i dotyku, który wydawał się upragnionym wybawieniem, a okazał ręką, brutalnie przygważdżającego go do trumny, kata.
Kiedy nie nadszedł jednak cios i nie nadszedł uwalniający go spod lawiny żalu koniec, formująca się pod mostkiem żałość wspięła się na twarz najemnika i przedostała na zewnątrz w postaci cienkich strużek spływających po polikach łez. Asher pozwolił, by z jego gardła wydarł się niekontrolowany, głęboki szloch. Wspomnienie poprzedniej nocy ponownie wryło się w podświadomość, przywołało przed oczy niepożądane, raniące obrazy, zupełnie jakby uświadamiając go, że nadszedł koniec – nie taki jednak, na jaki liczył i jaki mógłby uwolnić go spod sił kierowanej we własną stronę nienawiści i, kotłującego się między pootwieranymi szufladkami nieuporządkowanych myśli, obrzydzenia.
Nie odwrócił spojrzenia, usłyszawszy obcy, zagłuszany syrenami pędzącego ulicę dalej ambulansu, głos. Nie miał siły na kolejne starcie, na kolejną przepychankę, która ponownie skończyć się mogła poobijanymi knykciami i złamanym nosem. Był zmęczony. Zmęczony dniem, tygodniem, zdawać się mogło, że całym, uścielonym wybojami i przesiąkniętym poczuciem winy, życiem. Asher westchnął ciężko, chcąc choć na moment powstrzymać spływające po polikach łzy. Szloch zamienił się w ciche łkanie, z gardła wydarł się przypominający kaszel skrzekot.
— Pierdol się — powtórzył, nie siląc się na nic więcej, niż to krótkie przekleństwo.
Krótkie przekleństwo, które nijak zdołało ugasić zapał nieznajomego; wystarczająco go odepchnąć, odciągnąć od żalu drugiej osoby. Nie dał rady kolejny raz skazać się na okrutne potępienie samotności, w głębi serca i gdzieś w ciemnych zakamarkach niejasności umysłu, czując, iż nie zasługuje na nic więcej, niż to podłe poczucie całkowitego porzucenia. Wyrastający za nim cień obcej obecności pozostał na swoim miejscu, zupełnie nie wpasowując się w ten utarty Aureliona schemat, gdzie ktoś ponownie próbuje go opuścić.
— Myślałem, że temat mojego pierdolenia się mamy już za sobą. — Wampir zrobił krok w tył, wyminął sylwetkę najemnika, usiadł na progu obok. — I jasne, mogę się pierdolić. Ja też bym tak komuś powiedział, jeszcze te kilka lat temu; komuś, kto zechciałby wyciągnąć w moją stronę pomocną dłoń. Tyle że coś mi mówi, że wcale tego nie chcesz, co? Mam rację?
Mrok wokół nich zgęstniał. Mleczna poświata stojącej nieopodal latarni muskała światłem ich czarne sylwetki, roznosiła się nad nimi przyjemną łuną, tworząc wokół siebie jedyną, w otaczających ich ciemnościach, bezpieczną przestrzeń. Z tyłu Aurelionewej czaszki zatętniła ciężkim pulsem wkradającą się pod skórę niepewność. Obdarty z resztek honoru, z miłości, pozostawiony na pastwę rzeczywistości, która wciąż wypluwała go gdzieś na bok, nad przepaść, poza swoje granice, zaczął odnosić wrażenie, iż nie ma nic więcej do stracenia. Wystarczyło słowo. Słowo, które być może, burząc mur między własnym jego smutkiem a światem wokół, pozwoliłoby mu na moment pozbyć się ciężkości serca, rozluźnić opinający pierś węzeł. Asher wziął głęboki wdech, zadławił się powietrzem. Spomiędzy rozciętych warg wydarł się kolejny szloch.
— Co takiego mam ci właściwie powiedzieć, co? — mruknął pod nosem, szczelnie zamykając się w uścisku swoich własnych ramion. — Jak bardzo mi przykro, jak kurewsko mi źle? Ano, w chuj mi źle. Chyba widać.
Blondyn milczał. Cisza wokół nich wydawała się na tyle ciężka, na tyle dusząca, iż Aurelion nie chciał dłużej wsłuchiwać się w jej szum.
— Jestem sam. Zupełnie, kurwa, sam. Nawet nie jestem stąd, wiesz? Pewnie nigdy, kurwa, nie słyszałeś o miejscu, z którego pochodzę i do którego nie mogę wrócić przez wasze pierdolone, dzikie portale. Ale wiesz, co jest najlepsze? Że zaciągnął mnie tutaj jakiś pierdolony fircyk, który potem pozwolił mi uwierzyć, że potrafię jeszcze czuć, że potrafię jeszcze kochać, a wczoraj wieczorem wyrzucił mnie z własnego mieszkania, gdzie przez ostatnich kilka miesięcy pozwalał mi mieszkać. Nie mam gdzie się, kurwa, podziać. Dlatego siedzę w pierdolonym barze, resztę pieniędzy przepierdalam na alkohol i szczerze mam nadzieję, że sczeznę w jakimś jebanym rynsztoku, zanim znowu powróci do mnie cały ten żal i całe to pierdolone poczucie winy.
Asher zacisnął palce wokół materiału własnych spodni.
— Więc dzięki za ten przypływ adrenaliny, kolego. Myślałem, że jak komuś przypierdolę, to będzie mi lepiej. Nie podziałało.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz