Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Turysta chciał polać spaghetti ketchupem. Zwołano komisję
Spokojne popołudnie w Luminarii przerodziło się w głośne wydarzenie, gdy przyjezdny turysta ze Zjednoczonych Ziem Północnej Vespy poprosił kelnera o butelkę ketchupu, którym zamierzał polać zamówione spaghetti. Miejscowy restaurator, człowiek z natury łagodny, zareagował oburzeniem graniczącym z rozpaczą, powołując się na świętość przepisu i pamięć przodków. Turysta nie rozumiał problemu. W ciągu godziny nad sprawą pochylił się zaimprowizowany komitet miejscowych kucharzy, który po naradzie trwającej całą sjestę orzekł, że przepis jest nienaruszalny, lecz gościa „można ułaskawić z uwagi na niewiedzę”. Vespanin, szczerze zdumiony całym zamieszaniem, stwierdził tylko, że „u nas leje się to na wszystko”. Tej uwagi już nie skomentowano.

Nagłówek

18 września 2026

Od Virgila do Seymoura

Norbert zawsze był człowiekiem do bólu poważnym, ale w tę powagę dało się wbić klin dyskusji albo żartów, które, choć śmieszyły bardziej zespół niż biednego managera, mogły bez obawy wybrzmieć. Nie tym razem. Vox milczał, a Norbert nie wyglądał wcale, jakby zamierzał zaraz kogoś udusić albo rozszarpać, wręcz przeciwnie – prezentował się niezwykle spokojnie i może właśnie dlatego tak groźnie, z każdym ruchem już rozplanowanym w głowie i pięcioma planami awaryjnymi na podorędziu.
— Sprawa numer jeden. — Wyciągnął ku wilkołakowi dłoń. — Virgil, daj mi swój telefon.
Vi posłusznie wyjął z kieszeni urządzenie, odblokował, podał je mężczyźnie. Jego pospieszne klikanie na ekranie nie trwało dłużej niż pięć minut, jednak dla Vi czas dłużył się okrutnie, gdy w ponurym milczeniu studia słyszał bicie serca Seymoura. Siedział tak blisko, ale wydawał się zupełnie nieprzystępny i odległy. Jego ramię znieruchomiało za plecami wilkołaka, oparte na poduchach, całe ciało było sztywne, jakby w momencie zajęcia miejsca na kanapie muzyk przeszedł w stan spoczynku niczym golem i czekał na kolejne polecenie.
— Zapisałem w twoich kontaktach numer do twojego koordynatora social mediów i dałem mu od razu dostęp do wszystkich twoich kont, żeby mógł zacząć działać i zrobić coś z tymi wszystkimi powiadomieniami — powiedział Norbert, podając mu z powrotem telefon.
— Mojego kogo? — wydusił nie do końca przytomnie Vi.
— To ktoś, kto będzie sprawdzał, co chcesz wstawić i w jakiej formie. Będzie również filtrował twoje polubienia i komentarze. Nie bądź Ignisem i staraj się słuchać jego wytycznych.
Uwaga nie brzmiała jak przytyk, ale jak stwierdzenie faktu, na który nawet wspomniany genashi nie zareagował.
— Ale… naprawdę ktoś taki jest mi potrzebny?
— Przykro mi, Virgil, ale w momencie pojawienia się tych zdjęć przestałeś być osobą prywatną — odezwał się stanowczo Norbert, spojrzał Vi prosto w oczy, dla pewności, że przekaz dotarł. — Wszystko, co robisz w internecie i w realnym życiu może od teraz bezpośrednio wpłynąć na wizerunek Voxa. Samo to, kim jesteś, ma znaczenie, jak fani będą postrzegać Seymoura. Z czasem zrobimy ci prywatne konto, jeśli będziesz chciał, ale na razie musimy gasić pożary.
Przytaknął tylko, skulił się na swoim kawałku kanapy. Świat nagle stał się zbyt wielki dla jego pojmowania, zbyt okrutny, bo przecież każdy gest wilkołaka dałoby się wypaczyć i obrócić przeciwko Seymourowi. Nie jego jednak była już w tym głowa, żeby byłego czarodzieja przed tym obronić.
— Sprawa numer dwa — powiedział Norbert, gdy Vi nie zgłosił więcej pytań. — Nasza odpowiedź.
— Będzie taka, że rozjebie chuja — warknął Raam.
— Nie będziemy go rozjebywać publicznie — skontrował go manager, patrząc kolejno na każdego ze swoich chłopaków. — Kategorycznie zabraniam wam wchodzić w dyskusje z kimkolwiek – dziennikarzem, sprzątaczem, babcią – na temat tego, co myślicie o panie Ilionie. Publicznie jesteśmy ofiarą i wbijcie to sobie do głów. Prywatność Seymoura została naruszona. Ucierpiała osoba niezwiązana ze światem medialnym. To nie my musimy się tłumaczyć. — Otworzył księgę swojej menadżerskiej mocy i wyjął z teczki sześć kartek z tekstem. — Macie tutaj wzór naszego stanowiska. Przeczytajcie i jeśli wszyscy są zgodni, zostanie zaraz opublikowane na profilach Seymoura.
Virgil przeczytał każde ze zdań uważnie, powoli, ale pojedyncze słowa jakby nie docierały do niego zupełnie. Rozumiał ogólny przekaz, skupiony wokół jego i Seymoura relacji, opisujący niesprawiedliwość w zostaniu zmuszonym do wyjawienia uczuć w ten sposób, zadający pytanie, czy ktokolwiek chciałby obudzić się do swoich zdjęć pokazujących moment pocałunku z drugą połówką, kończący potwierdzeniem, że ich miłość jest prawdą, a konsekwencje akcji wymierzonych przeciwko prywatności Voxa znajdą winnego. To było oświadczenie. Coś oficjalnego, co miało pójść w świat i powiedzieć wszystkim, że tak, kochają się. Skala tego zwyczajnie go przytłaczała, ale nie powiedział nic.
— Sprawa numer trzy — kontynuował Norbert. — Wywiad. Musimy się pokazać światu w świetle, które my dobierzemy. Przedstawimy Virgila, by nie było już miejsca na spekulacje i niedopowiedzenia.
— Z kim ten wywiad? — odezwał się Vi, cicho i niepewnie.
— Z prowadzącym na żywo w telewizji. To jest obecnie najszybszy i najmocniejszy w przekazie sposób wyjścia naprzeciw wszystkim plotkom. Najlepiej by było zrobić go już jutro, ale nie damy rady przygotować cię w takim krótkim czasie. Tydzień to wciąż za mało dla kogoś, kto nigdy nie występował w czymś takim, ale lepiej nie będzie. Poradzisz sobie, my ci pomożemy.
Zespół przytaknął. Vi nawet nie wiedział, od czego zacząć się stresować. Wywiad? W telewizji? Niech od razu każą mu skakać z klifu.
— Sprawa numer cztery, na dobrą sprawę najważniejsza. — Norbert wyciągnął kolejne papiery z teczki, gdy Virgil nie skończył procesować dwóch poprzednich podpunktów ich inicjatywy. — Nasz kontratak. Skontaktowałem się z kancelarią prawniczą, która rozpocznie w naszym imieniu proces przeciwko panu Ilionie oraz czasopismu, do którego poszedł ze zdjęciami. Udowodnimy mu na pewno wyłudzenie pieniędzy, zastraszenie i naruszenie prywatności, w szczególności, że niektóre zdjęcia są bardzo intymne. Policja przetrzepie jego dyski, operator sprawdzi wiadomości wysyłane do Virgila, porówna je z datami i kwotami przelewu.
— Prasa się do tego dobierze jak do świeżej kości — mruknął Ignis, krzywiąc się.
— W którymś momencie pojawią się kamery, dziennikarze, pytania — przyznał Norbert — ale nie zrobimy z tego publicznej rozprawy. To będzie nasza personalna vendetta za próbę wymierzenia ciosu w Voxa. — Manager przeklinał dużo zespół, z którym przyszło mu pracować, lecz wszyscy w tym pomieszczeniu wiedzieli, że prędzej sam by się zastrzelił, niż pozwolił komukolwiek skrzywdzić jego muzyków. Dlatego też wymierzył w Vi, głównego świadka i ofiarę przestępstw Eneasza, bardzo twarde spojrzenie. — Virgil. Będziesz zeznawał.
Norbert nie zastanawiał się, czy prosi o za dużo. Nie pytał, czy Virgil to udźwignie. Pytania skończyły się w momencie, gdy Vi powiedział, że stawia Seymoura ponad wszystko. Każde „za dużo” i „za ciężko” przestało być argumentem do wykorzystania, więc Norbert nie brał nawet ich pod uwagę. Stwierdzał fakt, a że ten fakt wiązał się z pójściem do sądu, stanięciem przed Eneaszem i wyznaniem przed organami prawa jego manipulacji i swoich błędów, nie miało znaczenia.
Virgil nie mógł się z nim nie zgodzić. Chociaż kręciło mu się głowie, bo jego świat stanął na głowie, jego Seymour stał się przez niego bryłą lodu i jego prywatność przeszła do domeny publicznej, zrobi każdą z tych przerażających go rzeczy, by móc być z Seymourem.
— Będę — odpowiedział bardziej sobie niż Norbertowi, który nie czekał na jego zgodę.


Planowanie z Norbertem przeciągnęło się do późnego wieczora. Omawianie wywiadu, przekazanie w pigułce radzenia sobie z pytaniami na żywo, przedyskutowanie kolejnych kroków do podjęcia przez prawników, sam proces, jego możliwe wyniki – na koniec Virgil nie wiedział, jak się nazywa i czy wciąż jest czwartek. Wszyscy zostali puszczeni do domów, dopiero gdy pięć razy powtórzyli Norbertowi, że wszystko rozumieją i będą się zachowywać odpowiedzialnie.
Do mieszkania weszli w tej samej, niewygodnej atmosferze, co poprzednio. Vi stał jak kołek w przedpokoju, Seymour uciekł na kanapę. W ciągu dnia ledwo zamienili ze sobą jakiekolwiek słowa, skoro pretekstem do milczenia był Norbert mówiący i ustalający plan działania, oni mieli go przede wszystkim prawidłowo wykonać.
Ta cisza go zabijała.
Nie spodziewał się, że dźwięk, do którego tak tęsknił, może okazać się jeszcze gorszy.
— Vi — odezwał się Seymour, nie podnosząc głowy. — Chodź do mnie.
Znał te ciepłe słowa lepiej niż brzmienie własnego głosu. Znał je dzięki tamtej pamiętnej nocy, znał je z leniwych poranków, z codziennych spacerów, z życia, które toczyło się swoim spokojnym torem jeszcze kilka tygodni, a nie wcale lata temu. Były zaproszeniem, prośbą, zdolną wyrazić niejedne emocje frazą, bo choć Seymour nie potrafił dzielić się tym, co miał w sercu, to Vi wciąż słyszał w niebezpośrednich przekazach jego uczucia.
Teraz nie słyszał nic.
Ruszył się instynktownie, bez zastanowienia, idąc tam, gdzie zawsze było jego miejsce. Wpasował się w nie koślawo, niezręcznie, próbując zająć jak najmniejszą przestrzeń, ale Seymour niewiele zwrócił uwagi na to, gdzie dokładnie Vi usiadł. Sam siedział pochylony, z włosami zasłaniającymi mu część twarzy i patrzył pustym wzrokiem w podłogę.
Virgil zbuntował się przeciwko ruchowi, który nakazywało mu ciało pragnące przytulić Seymoura. Tak po prostu, nie bojąc się o nic, otoczyć go ramionami, obiecać, że wszystko będzie dobrze, poczuć jego twarz tulącą się do jego piersi i usłyszeć jego zwalniające serce pod ciepłym dotykiem wilczych dłoni. Jak jednak mógłby skazać go na taki ból, na próbę odpowiedzenia na coś, na co nie wiedział, jak teraz zareagować? Więc zamarł, bo zmarłym byłoby mu łatwiej być.
W napięciu oglądał ruchy Seymoura. Przypominały mu coś mechanicznego, przećwiczonego, a jednak powolnego, pokrytego rdzą, jakby przed każdym przesunięciem ręki warstwa brunatnego osadu musiała odpaść, zanim sekwencja gestów miała się dopełnić. Muzyk sięgnął do wnętrza marynarki, wydobył coś, co mieściło mu się idealnie w dłoni i Vi wciągnął drżący wdech przed usta.
Seymour położył na stoliku pudełeczko z kolczykami jak obowiązek, papier składany na biurku dyrektora, praca oddawana przed terminem. Suchy gest mający dostarczyć rzecz z jednych rąk do drugich.
Wiedział, że tam były, choć nie otworzył wieczka i nie chciał tego w tym momencie robić, inaczej rozpłakałby się, a Seymour objąłby go ramieniem, gdy to prezentu, jego bezcennych kolczyków i jego poświęcenia Vi użył, by wpakować się w to wszystko. Zamiast tego skorzystał z chwili bycia blisko muzyka, podjął prawie szeptem:
— Seymour — na próżno szukał szafirowych oczu wzrokiem — czy możemy porozmawiać?
— Pewnie — odparł były czarodziej ze wzruszeniem ramion.
Wilcze dłonie szukały dla siebie ułożenia, miejsca, w końcu Virgil je po prostu zacisnął na sobie.
— Ja… Przepraszam — powiedział tę najbardziej oczywistą, najbardziej prawdziwą rzecz. — Nie wiem, od czego innego zacząć wyjaśnienia. Przepraszam za ten cały bajzel, za kolczyki, za ukrywanie tego. — Słowa zaczęły mu się rozsypywać już w myślach, układać w pozbawione sensu i pełne żalu do siebie samego zdania. — J-ja naprawdę myślałem, że… Nie, nie wiem, co myślałem… Chciałem zadbać…
— Vi — przerwał mu. — Jest w porządku.
Trzy ciche słowa, a uderzyły z siłą gromu. Przecież nic nie było w porządku, Seymour śpiący na kanapie nie był choćby znamieniem porządku, oni na siebie niepatrzący nie byli elementem porządku.
— Co?
— Jest w porządku — powtórzył zwyczajnie Seymour. — Poukładałem to sobie w głowie.
Zimny dreszcz przeszedł mu po plecach, bo Vi niejeden raz już poznał, jak wyglądało układanie sobie rzeczy w głowie przez Seymoura.
— Ale… jak poukładałeś?
— Normalnie. Teraz już będzie lepiej.
To nie były odpowiedzi jego Seymoura, tylko odpowiedzi tego zamkniętego serca, które spotkał na początku. Zbywające. Pobieżne. W tej sytuacji prawie właściwe, unikające konfliktu, biorące na siebie cały ciężar winy, bo kto inny miał go dźwigać, jak nie on.
— Seymour… — Vi zacisnął dłoń na nodze, zanim ta spróbowała sięgnąć dłoni muzyka. — Seymour nie mów, że wszystko jest w porządku, że tak nagle będzie lepiej, gdy…
— Jesteś zmęczony, Vi — wszedł mu znów w słowo. — Idź się położyć, ja posiedzę, zajmę się tym. Naprawdę.
Jego „naprawdę” wcale nie brzmiało jak coś przeznaczonego dla Virgila. Brzmiało jak przypomnienie dla siebie samego, że nie ma więcej marginesu błędu, że musi być lepszy. Wracał tam, skąd przybył, do miejsca, gdzie czuł się niewystarczający na tyle, by nie zasługiwać na miłość.
A Vi był tym, który go z powrotem tam popchnął.


Tydzień minął pod znakiem półsłówek i schodzenia sobie z drogi w mieszkaniu, które nigdy nie wydawało się za duże, a teraz oddzielało ich całą przepaścią zimnej podłogi i mebli pachnących jak oni dwaj, ale nieużytkowanych przez żadnego z nich jednocześnie. Vi zauważył, że były czarodziej nie siadał obok niego, nie patrzył za wiele na niego i choć go nie ignorował, żył w tym innym wymiarze składającym się z piwa, gitary i kanapy. Wilkołak szukał go w tym ogromie bolesnej ciszy i przestrzeni, ale do niczego zmuszać go nie zamierzał, nigdy więcej. Dawał mu oddech. Znikał z miejsc, w których chciał znaleźć się Seymour. Z łazienki wychodził szybko, świadom, że muzyk już nie wejdzie spontanicznie do środka, nie uśmiechnie się wraz z nim do lustra przy myciu zębów, tylko zaczeka na swoją kolej. Wciąż gotował obiady, zostawiał talerz z parującymi krewetkami z makaronem na stole, mimo że Seymour mówił, że nie jest głodny i krył się w sypialni, by rano znaleźć pusty talerz wsadzony do zmywarki. Vi za to budził się do kołdry nasuniętej mocniej na jego ramiona i do zapasów steka w lodówce uzupełnionych nie wiadomo kiedy. Dbali o siebie wciąż w tych małych gestach mówiących „znam cię”, jednak ich wykonanie przypominało rytuał dwójki duchów uwięzionych w limbo codzienności, która już nie miała powrócić. Wiedzieli, że są w jednym mieszkaniu, w jednej rzeczywistości, lecz jakby przenikali przez swoją obecność.
Tylko w momencie, gdy Seymour leciał do studia, Vi pozwalał sobie przejść przez tę niewidzialną granicę. Siadał na kanapie na kilka minut, po czym poprawiał koce i zbierał butelki. Jeśli zbyt długo trwał w bezruchu, oczy wypełniały się łzami na myśl, że Seymour tyle czasu trwał sam w tym miejscu, a Virgil był bodajże jedyną osobą na świecie, która wiedziała, jak wiele czułości jego czarodziej potrzebuje i która nie mogła mu teraz tego dać.
Dzień wywiadu przyszedł za wcześnie.
Lekcje z radzenia sobie przed kamerą przyjął w trybie ekspresowym i sam Norbert przyznał, że w tak krótkim czasie z kogoś, kto uciekał przed wszelkim rodzajem uwagi, nie uczyni niejąkającej się gwiazdy. W razie potrzeby Vox miał ratować sytuację, a Vi tymczasem przekonująco się uśmiechać. Z Seymourem powtórzyli kilka razy tematy zaplanowane na wywiad, przećwiczyli przykładowe pytania i odpowiednie reakcje, zajmując się dokładnie tym, co powinno najmniej ich interesować, gdy wciąż ze sobą nie porozmawiali. Virgil starał się dojrzeć w muzyku otwarcie pozwalające mu mówić z prawdziwym Seymourem, a nie murem postawionym wokół niego. Nic tam nie było poza skupieniem na obecnym zadaniu. I przerażało go to, jak daleko cofnęło się coś, co kiedyś znajdowało się na wyciągnięcie ręki.
Przygotowania w studiu telewizyjnym do wywiadu były odrealnioną serią zdarzeń. Przylecieli o czasie, zaraz ekipa produkcji zaciągnęła ich do ciemnego labiryntu korytarzy, posadziła na wysokich krzesełkach przed lustrem, kazała się nie ruszać. Reszta Voxa też tam była, Vi słyszał ich i czuł, siedzieli gdzieś dalej, gdzie został zabrany również Seymour. Chciał go znaleźć. Chciał usłyszeć, jak mówi, że on zostaje ze swoim Pluszakiem i choćby skały srały, nie pójdzie przed lustro znajdujące się dalej niż pięć kroków od lustra Virgila. Muzyk pozwalał im jednak robić swoją robotę bez utrudnień, tak jak on robił swoją, przygotowując się do wywiadu, którego chyba żaden z nich nie chciał. Kiedyś może tak, na innych warunkach i w innych okolicznościach, teraz wydawało się to taką samą szopką jak milion podobnych wystąpień.
Vi siedział skulony na krzesełku z napisem „gość specjalny”, nie czując się ani trochę specjalnie. Nie był przyzwyczajony do takiej uwagi, całej masy pracowników i pracownic orbitujących wokół niego tak, jak on orbitował wokół swoich najbliższych. To ktoś zawsze był tym głośniejszym, tym intrygującym, za kim Virgil podążał z uśmiechem i kogo wspierał, bo tak wyglądała jego rola i nie chciał żadnej innej. Gdy inni czerpali siłę z bycia najważniejszą osobą w pomieszczeniu, on cieszył się z tego, że mógł w tym sukcesie pomóc. Słysząc te wszystkie dyskusje o wyglądzie, próbie głosu, położeniu mikrofonu, czuł się, jakby ktoś próbował rzeźbić w glinie przy pomocy dłuta. Nic więc dziwnego, że po spojrzeniu w lustro zobaczył tę dziwną, wyrobioną złymi narzędziami wersję siebie, przygotowaną do tańczenia pod publiczkę, gdy miał tak naprawdę cztery koślawe łapy i ogon zdradzający każdą emocję.
Poprawili wszystko, co według nich było niedoskonałością, a co Virgil traktował po prostu jako swoją cechę, po czym zostawili go pośrodku sali, prosząc, żeby poczekał, zanim przyjdzie ktoś i zabierze go w odpowiednie miejsce. Więc Vi wykorzystał jedną ze swoich najbardziej rozwiniętych umiejętności i zniknął w tłumie – stał się tłem dla żwawo maszerujących techników, kamer i całej ten panoramy, do której pasował jak wilk do stada owiec. Gość specjalny przepadł w cieniu, przypominając pierwszą lepszą osobę z brzegu do przynoszenia napojów i przekąsek albo zbaraniałego stażystę z poleceniem robienia za sztuczny tłum.
Znalazł go ten, który znalazłby go zawsze i wszędzie.
— Hej.
Virgil obrócił się błyskawicznie na dźwięk swojego ulubionego głosu. Seymour wyglądał jak milion funtów wydane na heavymetalowe płyty – z lekkim makijażem podkreślającym ostre rysy, rozczesanymi włosami opadającymi nieco na twarz i ciemną koszulką eksponującą szafirowe tatuaże. Nawet w półmroku studia wydawały się blade, pozbawione swojej typowej mocy ukrytej głęboko w byłym czarodzieju. Vi zagryzł wnętrze policzka, bo zawsze jedyne, co te zaklęte wzory potrzebowały, żeby zajaśnieć intensywną barwą, była sama jego obecność, jeden uśmiech czy spojrzenie.
— Hej — odpowiedział, patrząc, jak Seymour staje obok niego, wkłada ręce w kieszenie i po prostu jest. Bez czułości, bez uśmiechów, zastygły w miejscu jak rzeźba.
Echo ich przywitania rozmyło się w przekrzykiwaniach ekipy studia i szuraniu kabli, zostawiając ich w jakieś dziwnej niepewności, kto się odezwie i czy w ogóle. Przez chwilę patrzyli na scenę z aż trzema skórzanymi kanapami, biurkiem prowadzącego i tłem składającym się z różnych zdjęć Voxa. Ktoś krzyczał, że trzeba obniżyć lampę, ktoś z boku marudził na makijażystów, jeszcze inna osoba wgryzała się za jego plecami w kanapkę i opowiadała o dzisiejszym wywiadzie. Mnogość dźwięków i zapachów przytłaczała, lecz nie tak bardzo, jak ta bezbarwna, hucząca między nimi cisza. Bo tu powinien być jakiś śmiech, jakiś żart, a nie ta sterylna odległość nie do przebycia.
— Będzie dobrze — odezwał się wtem Seymour, Vi spojrzał na niego. Muzyk kiwnął oszczędnie brodą na jego palce. Instynktownie sięgnęły w którymś momencie rąbka koszuli i go skubały w stresie. — Norbi ogarnął sprawdzonego prowadzącego, a poza tym to cały Vox będzie na kanapie, więc jak gdzieś nie wyrobisz, to cię wyratujemy.
Nie „ja”. „Vox” wyratuje. Była to subtelna różnica, ale doskonale słyszalna przez wilcze uszy. Seymour, mimo braku bojowych zdolności, wspinał się na wyżyny waleczności, gdy chodziło o jego wilka i usłyszenie, że oddaje tę rolę całemu zespołowi, stanowiło kolejny żal na niekończącej się liście, gdy tylko jego Vi potrzebował.
— Dziękuję — mruknął z lekkim uśmiechem, puszczając koszulę i bezwiednie wędrując dłonią wyżej, ku kolczykom. Musnął je lekko, na szczęście.
Wzrok Seymoura powędrował za jego dłonią i zatrzymał się na fiolecie berylu. Zastygli obaj. Vi obserwował dokładnie reakcję byłego czarodzieja, czarodziej obserwował kolczyki, ale dotychczas czytelna dla wilkołaka twarz nie zdradzała niczego. Jego chęć błagania Seymoura o powiedzenie czegokolwiek walczyła z przekonaniem, że o nic Vi nie miał prawa w tym momencie prosić.
Całą sytuację przerwała kobieta, która zagadała Virgila i poleciła mu iść za nią. Spojrzał znów na Seymoura, ale muzyk skinął lekko głową i już odwrócił wzrok. Chłód wpełzł na talię, policzek, pierś, wszystkie te miejsca znające ciepło pożegnań byłego czarodzieja, nawet jeśli mieli rozejść się tylko na trochę i zobaczyć potem na scenie. Odszedł, wiedząc, że Seymour też to czuje i nie jest w stanie przyjąć od niego tego, czym obdzielali siebie naturalnie.


W wąskim przejściu prowadzącym na scenę zrobiło się nienaturalnie duszno. Odgłosy prowadzącego i śmiechy Voxa docierały do niego stłumione, ciężkie do rozszyfrowania nawet dla wilczego słuchu, gdy w uszach słyszał przede wszystkim własny, spanikowany głos: nie dam rady. Całe te przygotowania do wywiadu i sama jego obecność w studiu aż do tego momentu wydawała mu się zwyczajnie nieprawdopodobna. Mimo iż wszystko było prawdą przygotowywaną już od tygodnia, Vi cały ten czas czekał, aż wyskoczy ktoś na niego i powie „tak naprawdę nie musisz tego robić”. Nikt taki się jednak nie pojawił, Seymour czekał na niego na kanapie oglądanej przez setki tysięcy ludzi, a za jego plecami technik odliczał czas do wpuszczenia go przed kamery.
Nie dam rady, powtórzyły zbiorczo wszystkie jego niepewności, wątpliwości, głęboko zakorzenione kompleksy i chęć schowania się przed całym światem, który z dnia na dzień postawił go na piedestale w najbardziej niesprawiedliwych okolicznościach.
Ale tego właśnie oczekiwał Eneasz, prawda? Spodziewał się, że Vi, jak zwykle, podkuli ogon, położy po sobie uszy i poprosi, żeby go nie bić. Wszystko, co zrobił, zrobił w przekonaniu, że lękliwość Virgila uchroni go przed wszelkimi konsekwencjami i będzie mógł go wykorzystać do cna, aż nie dostanie nic więcej poza strachem. Wcześniej to podziałało, dlaczego teraz miało być inaczej?
Teraz Vi miał Seymoura. I chociaż nie był pewien, czy wciąż wolno tu było tak mówić, nie zamierzał poddać się w walce o niego i o wszystko, co wciąż między nimi było. Eneasz nie mógł być dłużej bezkarnym widmem kładącym się cieniem na jego i Seymoura życiu.
— …ale naszego specjalnego gościa chyba nie ja powinienem zawołać — odezwał się prowadzący, wywołując poruszenie na zebranej w studiu widowni. — Seymour, czy mógłbyś nam go przedstawić?
Technik zaczął ostateczne odliczanie. Dziesięć, dziewięć, osiem… Virgil może i powinien był zwrócić na niego większą uwagę, lecz w momencie, gdy Seymour zabrał głos, reszta dźwięków przestała istnieć. Brzmiał ciepło, bo to ciepło dane wilkołakowi nadal tkwiło w nim mimo niepotrzebnych kłamstw i zawodów, teraz jednak wyciągnięcie go na wierzch kosztowało Seymoura wiele. Zbyt wiele, ocenił Vi po jego tonie i tempie wypowiadania słów.
— Wszyscy już znają go ze zdjęć i plotek, ale nikt nie wie o nim tego, co ja. To ktoś, kto nauczył mnie cieszyć się życiem bardziej, kto uwierzył we mnie, gdy ja sam nie wierzyłem w siebie i kto już od dłuższego czasu jest bliski mojemu sercu. Poznajcie, tak oficjalnie, mojego chłopaka, Virgila.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz