Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Turysta chciał polać spaghetti ketchupem. Zwołano komisję
Spokojne popołudnie w Luminarii przerodziło się w głośne wydarzenie, gdy przyjezdny turysta ze Zjednoczonych Ziem Północnej Vespy poprosił kelnera o butelkę ketchupu, którym zamierzał polać zamówione spaghetti. Miejscowy restaurator, człowiek z natury łagodny, zareagował oburzeniem graniczącym z rozpaczą, powołując się na świętość przepisu i pamięć przodków. Turysta nie rozumiał problemu. W ciągu godziny nad sprawą pochylił się zaimprowizowany komitet miejscowych kucharzy, który po naradzie trwającej całą sjestę orzekł, że przepis jest nienaruszalny, lecz gościa „można ułaskawić z uwagi na niewiedzę”. Vespanin, szczerze zdumiony całym zamieszaniem, stwierdził tylko, że „u nas leje się to na wszystko”. Tej uwagi już nie skomentowano.

Nagłówek

19 września 2026

Od Daniela do Azelana

Daniel czuł, że każde kolejne słowo wypowiadane przez Azelana nie tyle do niego dociera, co raczej wbija się w niego, zostając pod skórą jak drzazga, której nie sposób wyjąć bez rozrywania przy tym całego ciała. Początkowo próbował jeszcze zachować resztki spokoju, próbował przypominać sobie, że Bashkin nigdy nie miał w sobie tej ostrożności, której Daniel tak desperacko od niego oczekiwał. Nie potrafił chodzić wokół innych na palcach. Nie umiał patrzeć na pęknięcia i udawać, że ich nie widzi. Od zawsze wchodził tam, gdzie inni zatrzymywali się przed drzwiami, od zawsze dotykał rzeczy, które powinny pozostać nietknięte, i wypowiadał słowa, o których inni bali się nawet pomyśleć. Daniel czuł, jak z każdym kolejnym słowem wypływającym z ust Azelana coś w nim zaczyna pękać, powoli przesuwając się poza granicę, za którą nie było już miejsca ani na rozsądek, ani cierpliwość. Poczuł jakże znajome napięcie pod żebrami, później gorąco pełznące po karku i ramionach, aż w końcu ta charakterystyczna pustka, która przychodziła do niego zawsze wtedy, gdy emocje stawały się zbyt duże, by pomieścić je w zwykłym ludzkim ciele. Nienawidził tej jakże brutalnej prostoty rozbrzmiewającej z ust przyjaciela, która kiedyś była dla Daniela czymś niemal zachwycającym, a teraz zdawała się przypominać brudne narzędzie chirurgiczne wbite prosto w jedną z licznych, ropiejących, otwartych ran. Bashkin mówił, nie rozumiejąc, że każde zdanie, każde wspomnienie i każda uwaga odsłaniają coś, co Daniel od lat próbował przykryć, zasypać i zostawić w spokoju. Był zmęczony ukrywaniem. Był zmęczony udawaniem. Ale jeszcze bardziej zmęczony był tym, że przy Azelanie wszystkie jego zabezpieczenia rozpadały się szybciej niż przy kimkolwiek innym.
Czuł, jak gniew powoli zaczyna nabierać w nim kształtu. Był czymś bardziej pierwotnym, czymś, co zdawało się mieszkać w nim od dawna i tylko czekało na odpowiedni moment, żeby się obudzić. Czuł go nie tylko w myślach, ale i w całym ciele. Jakby pod skórą zaczynało rozrastać się coś obcego, coś chorego, coś, co nie powinno istnieć, a jednak od lat było częścią niego. Miał wrażenie, że jego własne wnętrze zwraca się przeciwko niemu. Jakby serce, zmęczone tyloma latami tłumienia wszystkiego, zaczęło obrastać czymś ciężkim i ciemnym. Jakby pomiędzy żebrami wyhodował sobie pasożyta karmiącego się każdym niewypowiedzianym słowem, każdą chwilą, kiedy chciał powiedzieć “zostań”, ale zamiast tego oschle mówił “zostaw mnie w spokoju”. Daniel miał wrażenie, że gdzieś głęboko pod mostkiem, w tej ciemnej przestrzeni pomiędzy sercem a żołądkiem, rodzi się stworzenie zbudowane ze wszystkich rzeczy, których nigdy nie powiedział. Z nieopłakiwanych wystarczająco długo strat, przemilczanych żali i słów, które zamiast zostać wypowiedziane, zostały połknięte i uwięzione na lata w jego wnętrzu. Był czymś znacznie bardziej obrzydliwym, niż by tego chciał, czymś żywym, krwiożerczym i odpychającym. Pasożyt, który przez lata ukrywał się w jego wnętrzu, żywiąc się niewyleczonymi ranami i wszystkimi tymi chwilami, kiedy Daniel po raz kolejny spychał swe emocje na drugi plan, zamiast zwyczajnie dać im upust. Czuł, jak ta istota budzi się w nim, jak porusza się pod żebrami, jak wciska pazury pomiędzy wnętrzności, jak rozdrapuje tkanki i wgryza się w nerwy, jak rozpycha się i wrzeszczy, pragnąc wydostać się na powierzchnię. Zdawała się powstać z jego własnego cierpienia. Miała jego wspomnienia. Jego głos. Jego twarz. A jednak w tamtej chwili wydawała się Danielowi czymś tak niezwykle obcym, czymś, co w każdej chwili mogło przejąć kontrolę nad ciałem i tylko czekało, aż Daniel pozwoli jej się wydostać. Wyobrażał sobie, że gdyby mógł zajrzeć do własnej klatki piersiowej, zobaczyłby ją tam zdeformowaną, bladą, oblepioną śluzem i krwią, skuloną między żebrami jak chore stworzenie, które przez lata karmiło się jego niezdolnością do porzucenia starych zażyłości. I przez krótką chwilę Daniel pomyślał, że być może naprawdę chciałby, żeby wyszła. Chciał, żeby rozdarła mu gardło i przemówiła za niego, bo on sam nie potrafił już znaleźć słów, które nie przeszywałyby Azelana na wylot. Chciał, żeby zabolało. Chciał, żeby Bashkin choć raz poczuł ciężar tego, co sam potrafił nieświadomie powodować. Chciał zatopić szpony swej odrazy w ciele Azelana, zatrzymać jego głos, sprawić, by po prostu przestał mówić o rzeczach, które Daniel próbował zakopać tak głęboko, że sam prawie zdołał uwierzyć, że już przestały istnieć. Chciał go uciszyć, zanim padną kolejne odpowiedzi. Zanim jego rodzina usłyszy jeszcze więcej. Zanim światło zostanie skierowane na miejsca, które od dawna gniły w ukryciu.
Najbardziej przerażało go jednak nie to, że był zdolny do tak silnej, brutalnej złości. Daniel znał swoją ciemność. Wiedział, że istnieje, zakopana gdzieś głęboko w jego sercu. Przez lata widział zbyt wiele ludzkiego cierpienia, żeby wierzyć, że człowiek jest wyłącznie dobry albo wyłącznie zły. Widział ludzi, którzy w obliczu śmierci stawali się świętymi, i widział takich, którzy pozwalali, by strach zamienił ich w wygłodniałe, pozbawione godności i moralności bestie. Wiedział, jak cienka jest granica pomiędzy człowiekiem a czymś znacznie gorszym. Najbardziej przerażało go jednak to, że wszystkie te emocje ostatnimi czasy budziły się przy Azelanie. Przy mężczyźnie, którego niegdyś przecież kochał całym sercem. Przy człowieku, którego obecność jeszcze kilka lat temu wystarczała, żeby na kilka minut zapomniał o fetorze choroby unoszącym się na ulicach, o krzykach zza ścian domów i o tym, że każdego ranka mógł obudzić się z tą przeklętą zarazą zalegającą głęboko w płucach.
Daniel przez długi czas próbował wmówić sobie, że to, co czuje wobec Azelana, jest już tylko gniewem. Że wszystko, co kiedyś było między nimi, dawno temu rozpadło się i zgniło, pozostawiając po sobie jedynie pokruszone kości wspomnień, które można było od czasu do czasu znaleźć zakopane pod warstwami żalu. Przekonywał sam siebie, że to nie tęsknota, kiedy mimowolnie szukał go wzrokiem w pomieszczeniu pełnym ludzi. Że to nie przywiązanie, kiedy rozpoznawał jego kroki, zanim jeszcze zdążył go zobaczyć. Dlatego każde nieuważne słowo Azelana bolało go znacznie bardziej, niż powinno. Nie dlatego, że Bashkin mówił coś szczególnie okrutnego. Wręcz przeciwnie, Daniel wiedział, że Azelan nigdy celowo nie próbowałby go skrzywdzić. I może to było najgorsze. Gdyby Bashkin był podły, gdyby robił to z premedytacją, gdyby chciał sprawić mu ból, Daniel mógłby się na niego gniewać bez żadnych wyrzutów sumienia. Mógłby amputować tę część siebie, która nadal go potrzebowała, pozwalając jej powoli się wykrwawić i obumrzeć. Daniel miał ochotę potrząsnąć nim i krzyczeć, żeby przestał. Żeby choć raz pomyślał, zanim otworzy usta. Jednocześnie wiedział jednak, że gdyby Azelan naprawdę się zmienił, gdyby nagle stał się ostrożny, wyrachowany i opanowany, Daniel znienawidziłby go jeszcze bardziej. Bo przecież właśnie takiego człowieka pokochał. Nieostrożnego i lekkomyślnego. I choćby bardzo starał się przekonać samego siebie, że sytuacja wyglądała inaczej, to właśnie takiego Azelana uwielbiał najbardziej. Jednak gdzieś w duchu wiedział, że te sentymenty nie miały prawa istnieć. Powinny zwyczajnie zgnić i rozpaść się na kawałki, podobnie jak i reszta tłumionych w sobie uczuć.
A jego miłość do Azelana zgniła przecież wyjątkowo pięknie. Była jak stary dom pozostawiony na wiele lat bez opieki. Ściany nadal stały. Fundamenty nadal istniały. Ale wszędzie pojawiła się wilgoć, pleśń i ciemne plamy, których nie dało się już usunąć. Daniel patrzył na ten dom i udawał, że jest ruiną, że nie ma po co do niego wracać, że pośród znajomych ścian nie kryje się już nic poza wszechobecnym zepsuciem. Ale pamiętał, jak wyglądał kiedyś. Pamiętał światło wpadające przez okna. Pamiętał ciepło. Pamiętał, że kiedyś było tam miejsce, w którym czuł się bezpiecznie. I być może właśnie dlatego tak bardzo chciał to wszystko zniszczyć.
Kiedy jednak znaleźli się na chwilę sami, kiedy oddzielił ich od rodziny ciężar ścian i gwar rozmów pozostałych ludzi, kiedy nie było już nikogo, przed kim musieli udawać, coś w Danielu zaczęło powoli opadać. Irytacja nie zniknęła na dobre. Nadal była tam, ciężka i brudna, ale pod nią pojawiło się coś znacznie bardziej bolesnego. Wstyd. Żal. Ta okropna świadomość, że być może po raz kolejny zaatakował człowieka, którego tak naprawdę próbował ochronić. Że może tak naprawdę przez cały ten czas próbował chronić jedynie siebie. Swoją wersję historii. Reputację, którą przez lata budował, żeby nie musieć przyznać, jak bardzo wszystko nadal go uwiera. Azelan nigdy nie był problemem. Daniel czuł, że ich konflikt zaszedł już jednak za daleko, by mógł otwarcie to przed nim przyznać. Całą trudność sprawiało to, że gdzieś w głębi duszy, podświadomie wiedział, że pomimo upływu lat być może wciąż go kochał.
Ta myśl przyszła do Daniela powoli, niemal boleśnie. Przypomniał sobie tamte dawne spojrzenia. To, jak kiedyś patrzył na Azelana, zanim nauczył się udawać wokół niego obojętność. Jak jego oczy same odnajdywały go w tłumie. Jak zapamiętywał każdy szczegół jego twarzy, jakby bał się, że pewnego dnia będzie musiał odtworzyć go wyłącznie z pamięci. Wtedy Azelan wydawał mu się całym światem zamkniętym w jednym człowieku. Nie dlatego, że był idealny. Wręcz przeciwnie. Daniel kochał również te wszystkie drobne rzeczy, które dziś doprowadzały go do furii. Jego upór. Jego brak wyczucia. To, że potrafił powiedzieć coś absolutnie niewłaściwego w najgorszym możliwym momencie. Daniel wielokrotnie wracał myślami do Karymska, wyobrażając sobie, że być może w spokojniejszym świecie, w świecie, w którym nie musieliby każdego dnia mierzyć się z chorobą i stratą, być może wszystko potoczyłoby się inaczej. Być może mogliby być po prostu dwojgiem ludzi, którzy znaleźli siebie w odpowiednim momencie. Ludźmi, którym dane byłoby wieść nudne życie, obdarzyć się miłością i wspólnie zestarzeć.
Kiedy przypadkowy ruch jednego z wujków sprawił, że Daniel stracił równowagę i wpadł prosto w ramiona Azelana, jego ciało zareagowało szybciej niż umysł. Poczuł ciepło jego dłoni, siłę uścisku, znajomy zapach skóry, którego nie potrafił zapomnieć mimo wszystkich lat, wszystkich ran i wszystkich prób przekonania samego siebie, że już nic nie czuje. Było w tym coś niemal okrutnego, coś obrzydliwie ludzkiego, że po tylu latach bólu, po tylu ranach, po tylu słowach wypowiedzianych po to, żeby tylko się od siebie oddalić, wystarczył jeden prosty gest, żeby wszystko wróciło. Daniel poczuł, jak coś w nim pęka. Cała złość, którą tak starannie pielęgnował, nagle okazała się tylko skorupą. Pod nią nadal było to samo uczucie, którego najbardziej się bał. Nienawidził tego, że po wszystkich tych latach nadal wystarczyło jedno dotknięcie, żeby przypomnieć mu, że nigdy tak naprawdę nie przestał go kochać.
W końcu wyszarpnął się agresywnie z jego uścisku. Palce Daniela mocniej zacisnęły się wokół gorących szklanek, aż poczuł pod opuszkami twardość szkła i nieprzyjemne ciepło kawy przenikające przez cienką warstwę materiału. Ten drobny, zupełnie bezsensowny gest był jedynym, co pozwalało mu jeszcze utrzymać się w miejscu. Musiał czymś zająć dłonie. Musiał przypomnieć samemu sobie, że nadal znajduje się tutaj, w tej dusznej sali pełnej własnej rodziny, a nie gdzieś daleko w przeszłości. Wystarczyło jedno spojrzenie na Azelana, jeden zbyt długi moment ciszy między nimi, jeden przypadkowy dotyk, żeby cała starannie zbudowana przez lata konstrukcja zaczęła pękać. Daniel nienawidził tego. Nienawidził tego, że jego własne ciało zdradzało go szybciej niż rozum. Że serce, to uparte, głupie i niedojrzałe stworzenie, którego nigdy nie potrafił całkowicie poskromić, nadal reagowało na Bashkina tak, jakby minęły nie lata, lecz zaledwie kilka dni od momentu, kiedy po raz pierwszy pozwolił mu się do siebie zbliżyć.
Fuknął więc na niego, posyłając mu groźne spojrzenie. Chciał, żeby było chłodne, odpychające, żeby Azelan zobaczył w nim jedynie irytację i zmęczenie. Chciał, żeby Bashkin pomyślał, że Daniel nadal jest dokładnie tym samym człowiekiem, na którego kreował się przed nim przez ostatni rok. Ale gdzieś głęboko wiedział, że to kłamstwo. Wiedział, że Azelan był jedną z niewielu osób na świecie, które potrafiły dostrzec pęknięcia w jego maskach. Może nawet i jedyną. Przez całe życie Daniel nauczył się ukrywać. Jako lekarz w pewnym sensie musiał to robić. Ludzie patrzyli na niego, kiedy się bali, szukając wsparcia. Szukali w jego twarzy odpowiedzi, nawet jeśli jej nie posiadał. Nie mógł pozwolić sobie na drżenie rąk, na zwątpienie, na przyznanie, że czasami również chciał uciec od tego wszystkiego. Musiał być spokojny wtedy, gdy inni się rozpadali. Ale Azelan zawsze widział to, co znajdowało się pod spodem. Widział zmęczenie. Widział strach. Widział tę część Daniela, której sam Daniel najbardziej nienawidził.
I właśnie dlatego nie mógł pozwolić mu zbliżyć się ponownie.
To zdawało się Danielowi najgorsze. Nie to, że nadal go chciał. Nie to, że nadal wystarczył jeden uśmiech Bashkina albo jedno spojrzenie tych szarych oczu, żeby coś w nim boleśnie drgnęło. Najgorsze było to, że Daniel wiedział, jak łatwo byłoby mu znów ulec. Jak łatwo byłoby zapomnieć o wszystkich powodach, dla których powinien trzymać dystans. Jak łatwo byłoby uwierzyć, że może tym razem wszystko potoczy się inaczej. Że może tym razem nie zniszczy wszystkiego, czego dotknie. Jednak Daniel doskonale znał siebie i znał swoją zdolność do ranienia ludzi. I doskonale pamiętał, jak głęboko skrzywdził Azelana.
Czasami budził się w środku nocy z tym samym ciężarem w klatce piersiowej, z tym samym uczuciem, że coś siedzi mu pod żebrami i powoli rozrywa go od środka. Daniel nosił swoje poczucie winy jak drugie ciało. Miał wrażenie, że gdyby ktoś przeciął go wzdłuż i zajrzał do środka, zamiast zdrowych organów znalazłby tam jedynie wspomnienia wszystkich tych chwil, kiedy mógł zachować się inaczej. Wszystkie słowa, których nie powinien był powiedzieć. Wszystkie momenty, kiedy zamiast wyciągnąć rękę, wybierał odwrócenie się plecami. Nie mógł zrobić tego ponownie. Nie Azelanowi. Dlatego trzymał się na dystans. Dlatego każde cieplejsze spojrzenie natychmiast zamieniał w irytację. Dlatego każdą chwilę, w której chciał po prostu usiąść obok niego i pozwolić sobie na zwyczajną bliskość, zabijał kolejną uwagą, kolejną złośliwością, kolejnym udowadnianiem, że wcale mu nie zależy. Było to chore i infantylne. Wiedział o tym. Niekiedy czuł się, jakby zamiast oczyścić zakażenie, ponownie rozdrapywał jedynie skórę do krwi, bo ból przynajmniej daje mu pewność, że jeszcze cokolwiek czuje.
Daniel już raz przeżył moment, w którym stracił Azelana, choć ten nadal stał przed nim, oddychał i patrzył na niego tym samym spojrzeniem, które kiedyś potrafiło zatrzymać cały świat. Nie chciał przechodzić przez to ponownie. Nie chciał znów widzieć rozczarowania na jego twarzy. Nie chciał być powodem kolejnej rany, której nie dałoby się później zaleczyć. Wolał więc nosić w sobie tę chorą, gnijącą miłość jak coś ukrytego pod skórą. Jak pasożyta, którego nie można było usunąć bez ryzyka, że razem z nim wyrwie się całą resztę żywego człowieka. Wolał pozwolić, żeby uczucie powoli zatruwało go od środka, niż dopuścić do siebie myśl, że mógłby znów trzymać Azelana blisko i po raz kolejny go zniszczyć. Bowiem Daniel najbardziej na świecie bał się właśnie tego, że Azelan pozwoli mu pokochać się jeszcze raz.
Bez słowa wrócili do stołu w towarzystwie tej niemożliwej do zniesienia, niezręcznej ciszy. Daniel miał nieprzyjemne wrażenie, jakby kierował się prosto do własnego grobu, który niegdyś sam sobie wykopał i przez lata jedynie cierpliwie pogłębiał, by wkrótce na dobre się w nim zapaść. Każdy krok wydawał mu się cięższy niż poprzedni. Ciało wykonało jedynie kilka prostych czynności. Nogi poniosły go z powrotem przez salę, dłoń odsunęła krzesło, plecy osiadły na drewnianym oparciu, ale jakaś jego część nadal stała przy bufecie, kilka chwil wcześniej, naprzeciwko Azelana, z sercem pełnym gniewu i ustami pełnymi słów, których nie powinien był wypowiedzieć. Miał wrażenie, że zostawił za sobą kawałek własnego wnętrza, coś żywego, krwawiącego i bezbronnego. Wkrótce usiadł jednak ponownie obok Azelana i zrobił to, co od lat robił najlepiej: zamknął wszystko w sobie. Wyprostował plecy, uspokoił oddech, poprawił mankiet koszuli i przywołał tę wersję siebie, którą wszyscy najlepiej znali. Spokojnego i opanowanego Daniela, który zawsze wiedział, co powiedzieć i kiedy się uśmiechnąć. Była to maska tak dobrze dopasowana, że momentami sam zapominał, iż nadal ją nosi. Czasami zastanawiał się, czy gdyby kiedyś naprawdę udało mu się ją zdjąć, znalazłby pod spodem jeszcze samego siebie, czy być może jedynie kolejną, otuloną ułudą wersję siebie, kolejne kłamstwo i kolejne miejsce, w którym coś zdążyło już nieodwracalnie zgnić.
Tym razem jednak maska nie służyła wyłącznie jemu. Służyła również Azelanowi. Daniel nie mógł dopuścić do tego, by Bashkin po raz kolejny powiedział coś, czego później obaj będą żałować. Zaczął więc kierować rozmową, zanim ktokolwiek zdążył poprowadzić ją w niebezpiecznym kierunku. Śmiał się wtedy, kiedy wypadało. Zadawał pytania innym, kiedy rozmowa zaczynała wracać do niego i Azelana. Kilka razy zauważył, że Bashkin chce coś powiedzieć. Za każdym razem posyłał mu jednak krótkie, ostrzegawcze spojrzenie, a przyjaciel za każdym razem rezygnował. Mogłoby się zdawać, że pomimo początkowych trudności i turbulencji, Danielowi w końcu udało się odzyskać pełną kontrolę nad przebiegiem rozmowy.
Z tego jakże idealnego teatrzyku wyrwał go widok dwóch wujków, którzy zaczęli przysuwać swoje krzesła coraz bliżej. Od razu poczuł znajome napięcie. Daniel westchnął cicho, kiedy na stole pojawiła się butelka wódki. Już sam widok wystarczył, żeby poczuł się niewyobrażalnie wręcz zmęczony. Wiedział, że odmowa wspólnego toastu nie zostanie przez wujków spokojnie przyjęta. Alkohol był przecież w ich głowie nierozerwalną częścią rodzinnych spotkań, czymś, co miało łączyć wszystkich ludzi zebranych przy stole. Daniel tym razem miał jednak prostą wymówkę, prowadził przecież samochód, czym sprawnie zdołał wykręcić się od wypicia polewanego szota wódki. Wujek Zygmunt przyjął to z lekkim rozczarowaniem, ale nic nie powiedział. Zamiast tego napełnił kieliszek i przesunął go tuż pod nos Azelana. Ten spojrzał na kieliszek z czymś bardzo przypominającym niepewność wymalowanym na twarzy. Daniel przez moment prawie zapomniał, że powinien być zirytowany. Azelan patrzył na kieliszek z obawą, której Daniel zupełnie się po nim nie spodziewał. Było coś niemal absurdalnego w tym widoku. Człowiek, którego Daniel widział w najgorszych możliwych sytuacjach, który potrafił zachować spokój tam, gdzie inni ludzie tracili nadzieję, teraz siedział przy zwyczajnym rodzinnym stole i wyglądał, jakby nie wiedział, co zrobić z tak prostym gestem. Daniel widział go podczas pracy, widział jego ręce ubrudzone krwią, widział go zmęczonego, wściekłego, upartego i gotowego walczyć aż do samego końca. A jednak ten jeden moment, ta zwyczajna rodzinna sytuacja, sprawiła, że Azelan wyglądał bardziej bezbronnie niż kiedykolwiek wcześniej. Daniel nieświadomie zaśmiał się na ten widok.
Azelan jednak, ku zaskoczeniu Daniela, nie zaprotestował. Nie uniósł brwi w swoim charakterystycznym geście dezaprobaty, nie rzucił żadnego komentarza. Po prostu sięgnął po kieliszek. Przez krótką chwilę Daniel miał wrażenie, że Bashkin wygląda niemal jak człowiek który przypadkiem znalazł się pośród obcego rytuału, którego zasady znają wszyscy oprócz niego, a mimo to z uporem próbuje zachować twarz i wyglądać, jakby wiedział, co robił. I może właśnie dlatego ten widok był tak absurdalny. Azelan, który bez zawahania dotykał rzeczy obrzydliwych, chorych i przerażających, teraz siedział przy rodzinnym stole z kieliszkiem w dłoni i wyglądał, jakby najtrudniejszym wyzwaniem tego wieczoru miało okazać się przetrwanie kilku starszych mężczyzn przekonanych, że najlepszym sposobem na okazanie komuś sympatii jest sprawdzenie jego wytrzymałości na alkohol. Było w tym coś tak niedorzecznego, że Daniel poczuł, jak kąciki jego ust ponownie unoszą się wbrew jego własnej woli, a z ust wydobywa się cichy chichot.
Azelan wypił pierwszy kieliszek szybko, prawie bez zastanowienia. Skrzywił się tylko odrobinę, ledwie zauważalnie, jakby nawet nie chciał dać wujkom satysfakcji z tego, że udało im się go czymkolwiek zaskoczyć.
Kolejny kieliszek nie zdziwił Daniela już tak bardzo, choć nadal patrzył na niego z niedowierzaniem. A potem pojawił się następny, i jeszcze jeden, aż w końcu cała ta sytuacja zaczęła przypominać dziwny, rodzinny obrzęd, w którym nikt tak naprawdę nie wiedział, kiedy należy przestać. Wujkowie śmiali się coraz głośniej, z każdą chwilą bardziej zadowoleni z siebie, jakby właśnie na swój dziwny, pijacki sposób uznali Azelana za pełnoprawnego członka rodziny. Jakby fakt, że nowopoznany mężczyzna był w stanie wypić z nimi kilka kolejek, stanowił dowód charakteru, lojalności i tego, że można mu zaufać. Daniel obserwował to ze szczerym, lekkim rozbawieniem. Bo widział Azelana w wielu sytuacjach. Widział go zmęczonego tak bardzo, że ledwo stał na nogach, a mimo to nadal próbował zrobić jeszcze jedną rzecz, pomóc jeszcze jednej osobie. Widział człowieka, który przez lata przyzwyczaił się do tego, że cierpienie innych ludzi jest czymś, co powinien bez narzekań i zawahania przyjąć na własne barki. A jednak nigdy nie widział go tak bezradnego, jak teraz, przy stole, pośród ludzi, którzy chcieli jedynie poczęstować go alkoholem i pokazać mu, że od tej chwili jest jednym z nich. Na samą tę myśl Daniel również się wzdrygnął, a uśmiech momentalnie zniknął mu z twarzy. Bo przecież nie taki był cel całej tej farsy. Nikt z obecnych na uroczystości członków rodziny nie powinien był przywiązać się do Azelana, nie powinien był obdarzyć go jakąkolwiek sympatią. Bashkin miał stać się jedynie pionkiem, jedynie tymczasowym elementem, który za kilka godzin zwyczajnie rzuci się w kąt i nigdy więcej o nim nie wspomni. Wszystko jednak wskazywało na to, że rodzina na długo nie pozwoli mu zapomnieć o Azelanie. Cholera. Kurwa. Zaraza.
W końcu wujkowie najwyraźniej uznali, że Bashkin przeszedł ten dziwny, niezrozumiały dla nikogo poza nimi samymi test. Poklepali go z dumą po ramieniu, pokiwali głowami z uznaniem i wymienili między sobą spojrzenia, jakby właśnie podjęli niezwykle istotną dla losów rodziny decyzję. Azelan zwyczajnie obserwował ich przez chwilę z lekkim zmieszaniem, jakby nadal nie do końca rozumiał, co właściwie wydarzyło się przed chwilą. Potem spojrzał na Daniela, szukając w nim odpowiedzi. Natrafił jednak jedynie na delikatny uśmiech, przyglądającego mu się uważnie przyjaciela. Daniel spoglądał na niego z pewnym wymalowanym na twarzy rozmarzeniem i rozbawieniem, jakby zupełnie zapomniał o wcześniejszym wybuchu złości. Wtem, jakby decyzję podejmował opętany bliżej niezrozumiałymi dla siebie impulsami, Dworakowski wstał gwałtownie od stołu i wyciągnął dłoń w stronę przyjaciela.
— Może zatańczymy? Powinieneś trochę się rozruszać po wszystkich tych szotach.
Robił to tylko po to, żeby odciągnąć go jak najdalej od stołu. Po to, żeby zmniejszyć ryzyko kolejnej alkoholowej kolejki lub niewygodnej rozmowy. Tylko i wyłącznie dlatego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz