Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Niebezpieczni przestępcy uciekli z więzienia na miotłach przemyconych w torcie
Novendyjska policja poszukuje trójki groźnych przestępców, którzy w miniony weekend zbiegli z zakładu karnego pod Stellaire w sposób tyleż zuchwały, co – zdaniem śledczych – „uwłaczający regulaminowi zakładu”. Miotły, na których dokonano ucieczki, przemycono do celi wewnątrz olbrzymiego tortu urodzinowego, dostarczonego przez pracownika usługi Lisek, dowożącej zakupy online. Co gorsza, jak ustalono, były to modele wyścigowe – szybkie, zwrotne i doskonale znane z nielegalnych wyścigów. „Od dawna mówiłem, że ta subkultura skończy się w więzieniu,” komentuje zmęczony rzecznik policji. „Nie sądziłem, że dosłownie z niego wystartuje. Jedyne dobre to to, że tort był wyśmienity.”

Nagłówek

23 października 2026

Od Bashara - Gabinet cudów

Kluczyk leżał na serwetce obok kubka, mały i mosiężny, z główką wygiętą w heraldyczną lilię, przewiązany wąską purpurową wstążką – taką samą, jaką trzy lata temu Bashar przewiązał pudełko z biżuterią. Położył klucz, zanim syren wyszedł spod prysznica, po czym wrócił do patelni i do udawania, że nie ma z tym nic wspólnego.
Dante zauważył go od progu. Nie spytał od razu. Podszedł, podniósł klucz za wstążkę, obejrzał uważnie, a usta same wygięły się w ten charakterystyczny półuśmiech. Kciukiem przesunął po krawędzi, światło odbiło się od grawerowania, z mokrych loków skapnęła kropla, spłynęła po karku i zniknęła pod kołnierzem szlafroka.
— To nie jest klucz do drzwi — stwierdził w końcu. — Nie ma piór, tylko kwadratowy otwór. — Obrócił go jeszcze raz. — Wygląda na klucz do mechanizmu, takiego nakręcanego.
Bashar w milczeniu posypywał naleśniki ziarenkami granatu.
— Ta sama wstążka co przy kolczykach — dodał Dante.
Bashar nie liczył na nic innego.
— Resztę zobaczysz wieczorem.
— Wiem. — Dante przełożył wstążkę przez palce, klucz zakołysał się nad blatem. — Zastanawiam się jednak, do czego może to prowadzić i co czeka mnie po drodze.
Bashar podał mu talerz z naleśnikami i zdanie, które podpowiedzią nie było.
— Ubierz się ciepło. Wieczór spędzimy w kamiennych murach.
— Zamek? Lochy? — Jasna brew powędrowała w górę, głos zamruczał wchodząc w doskonale znane Basharowi tony. — Doktorze, trzeba było powiedzieć wcześniej. Ubrałbym się zupełnie inaczej.
— Ciepło, Dante.
— Słyszałem. — Zgarnął widelcem kilka pestek granatu, przełknął, uśmiechnął się. — Poczekam.
Cierpliwość nigdy nie była jego naturalnym krojem, ale przez ich wspólny czas nauczył się ją nosić.
„Ciepło” w jego rozumieniu oznaczało aksamitną marynarkę w kolorze wina, golf, który raczej podkreślał, niż zakrywał, płaszcz do kostek i niebotyczne obcasy, na których Dante poruszał się z typową dla siebie gracją. Głęboka czerwień granatu w uszach, na obojczykach. Wstążkę z kluczem Dante oplótł wokół nadgarstka niczym kolejny element kompletu i tylko co jakiś czas – w tramwaju, w kawiarni, w kolejce po kasztany – dotykał go opuszkami, w zamyśleniu, zerkając na Bashara, uśmiechając się lekko, a Bashar odpowiadał mu tym samym. Od trzech lat mało co robił chętniej.


Dzielnica za rzeką powitała ich mżawką i zapachem pieczonych kasztanów. Październik przyszedł do Stellaire na dobre – deszcz nie padał, lecz wisiał w powietrzu i osiadał na płaszczach drobnymi kropelkami, a liście platanów kleiły się do bruku.
Klasztor przycupnął na końcu zaułka, wciśnięty między kamienice, szary i przysadzisty, z dzwonnicą pozbawioną dzwonu. Klasztorem przestał być dawno temu – bywał magazynem, szkołą, składem win, aż wreszcie ktoś wstawił w okna nowe szyby, a nad wejściem zawiesił emaliowany szyld. Le Cabinet des Merveilles.
Dante zatrzymał się przed nim.
— Myślałem, że zamknęli go lata temu.
— Dla zwiedzających, owszem.
Syren przeniósł wzrok z szyldu na Bashara, uniósł dłoń, odgarnął włosy, a wiszący na nadgarstku kluczyk błysnął w promieniach chłodnego, jesiennego słońca.
Bashar przekroczył próg, kichnął.
— Na zdrowie. — Dante wyjął z kieszeni płaszcza chusteczkę i podał mu ją, zanim Bashar zdążył sięgnąć po własną. — Stare mury, kurzu tu pewnie po kostki. Mam też tabletki, gdyby było gorzej.
— Wystarczy chusteczka.
Budynek zdesakralizowano prawie dwieście lat temu. Bashar sprawdził to w miejskim archiwum z dokładnością, jaką zazwyczaj rezerwował dla wyników pacjentów, mury najwyraźniej i tak pamiętały swoje.
W sieni panował chłód starego kamienia, którego nie ogrzeje żadne lato. Światło wlewało się przez wąskie, wysoko osadzone okna, szare i rozmyte od mżawki, i kładło się na posadzce bladymi prostokątami, w których leniwie krążył kurz. Płyty pod stopami były wytarte w płytkie niecki – wydeptały je pokolenia sióstr chodzących tędy na modlitwę, potem uczniowie, potem tragarze z beczkami wina. W ścianie, na wysokości oczu, ziała nisza. Kiedyś musiała stać w niej jakaś święta figura, teraz jednak stał zegar z mosiężnym wahadłem, a na tynku obok, jeśli spojrzeć z ukosa, wciąż majaczył zarys sylwetki, której nikt nie zdołał do końca zamalować.
Stukot obcasów Dantego odbijał się od sklepienia i wracał do nich z opóźnieniem, jakby budynek powtarzał go po namyśle, pod tym stukotem zaś, ledwie słyszalne, ciągnęło się coś jeszcze – tykanie. Nie tego jednego, widocznego od razu zegara, lecz dziesiątek, może setek mechanizmów, każdy w trochę innym rytmie, tak że razem brzmiały niczym drobny deszcz na blaszanym dachu. Pachniało starym drewnem, woskiem do mebli i olejem maszynowym, tym ciężkim, lekko słodkawym zapachem, który Bashar pamiętał z warsztatów zegarmistrzów z czasów, gdy nikt jeszcze nie nazywał ich zabytkowymi.
Za szklanymi drzwiami, w dawnym krużganku, połyskiwały gabloty, a szyby odbijały szare światło tak, że z daleka nie sposób było dojrzeć, co też kryją.
Z głębi klasztoru dobiegły ich kroki – szybkie, ciężkie, stanowcze. Zza jednej z gablot wyłoniła się kobieta, wycierając ręce w poznaczony smugami smaru fartuch. Siwy warkocz miała okręcony wokół głowy – rankiem musiał być ciasno spleciony, teraz zaś pojedyncze pasma wymykały się z upięcia, kleiły gdzieś przy skroniach. Obrazu dopełniała lupa zegarmistrzowska zsunięta na czoło oraz głęboka czerń pod paznokciami.
— Doktor Karim? — Nie czekała na potwierdzenie. Przeniosła wzrok na Dantego, bez pytania ujęła jego dłoń, obróciła wnętrzem do góry i przesunęła kciukiem po opuszkach. — Igła?
— Również — potwierdził Dante, ani trochę zbity z tropu.
Kciuk powędrował na kostki, na ciemniejsze ślady, stwardniałe fragmenty.
— A to?
— Boks.
Kobieta pokiwała głową, jakby wpisywała oba fakty do jakiegoś rejestru, i puściła jego rękę.
— Odile Ferrand. Proszę nie dotykać niczego, co się rusza, a tego, co się nie rusza, tym bardziej, bo może zaraz zacząć.
Krużganek obiegał zarośnięty dziedziniec, a w każdej arkadzie, za szkłem, ktoś czekał. Ptaki w złoconych klatkach, obsypane prawdziwymi piórkami, małpka w czerwonym kubraczku, ze skrzypeczkami pod brodą, chłopiec przy pulpicie, z gęsim piórem uniesionym nad kartką. Pani Ferrand mijała ich jak sąsiadów na klatce schodowej, każdego witała po imieniu, temu poprawiała mankiet, tamtej strącała z ramienia niewidzialny pyłek. O każdym miała też i parę słów do opowiedzenia, jakąś anegdotę, może prawdziwą, a może nie, parę ciekawostek technicznych, chętnie odpowiadała i na pytania, a spacer u jej boku okazał się czymś bardzo odległym od muzealnych wycieczek. Nie bez przyczyny Bashar wybrał właśnie ją i właśnie to miejsce.
Pod ostatnią arkadą pani Ferrand zatrzymała się na dłużej.
Przy niewielkich organach siedziała dziewczyna w sukni barwy zgaszonej zieleni, z dłońmi złożonymi na podołku i spuszczoną głową, jakby zasnęła nad nutami. Porcelanowa twarz, malowane rzęsy, prawdziwe włosy upięte w kok, z którego wymknął się jeden kosmyk. Ktoś zostawił go tam celowo, Bashar był tego pewien.
— Celestyna — przedstawiła ją pani Ferrand jakby przedstawiała swoją bardzo zdolną córkę. — Najstarsza z moich panien.
Dante nie patrzył na twarz. Jego spojrzenie przykleiło się do sukni.
— Sama suknia jest starsza od tych organów — powiedział po chwili. — Krój sprzed co najmniej dwustu lat, szwy obrzucane ręcznie, ale podszewkę ktoś wymieniał. Maszynowo.
Pani Ferrand zmrużyła oczy.
— W sumie dwa razy, ostatnio jeszcze za czasów mojego ojca.
Wyjęła z kieszeni fartucha klucz i wsunęła go w otwór z boku organów, Dante zaś zerknął na wiszący mu przy nadgarstku mosiądz.
— Teraz przynajmniej wiem, z jakiej rodziny jest mój — mruknął.
Konserwatorka nie zwróciła na nich uwagi, pochłonięta zupełnie swoją „córką” – nakręciła mechanizm sama i za każdym obrotem w środku cichutko trzaskała zapadka. Raz, drugi, dziesiąty. Potem kobieta cofnęła się o krok i w dumnym geście podparła ręce na biodrach.
Celestyna siedziała ze spuszczoną głową tak długo, że Bashar zaczął podejrzewać, że coś się zacięło.
Wtem – powolny ruch, jak u kogoś wyrwanego nagle z zamyślenia. Celestyna rozprostowała palce, uniosła dłonie nad klawiaturę, spojrzała na nią – szklane oczy przesunęły się w oczodołach za dłońmi, jakby sprawdzała, czy na pewno trafią – i nacisnęła pierwszy klawisz. Organy odpowiedziały cienkim, metalicznym tonem. Kolejnym. Popłynął menuet, prosty i staroświecki, przy każdej frazie pierś dziewczyny unosiła się i opadała pod zieloną suknią, głowa kiwała się w takt muzyki, plecy pochylały, to znów prostowały razem z frazą. Oddychała. Mosiądz, drewno i porcelana.
Obok niego Dante nie poruszył się – stał tylko z rękami założonymi za plecami, jak w muzeum, ten jeden raz słuchając się grzecznie kogoś innego, niż Bashar, i patrzył, jak zielona suknia unosi się i opada w rytm menueta.
— Żadnej magii — powiedziała pani Ferrand. — Sprężyna, krzywki i pan Dorval.
— Porusza się jak żywa — odparł Dante.
Menuet dobiegł końca, a Celestyna opuściła dłonie, skłoniła głowę przed publicznością złożoną z dwóch mężczyzn i własnej opiekunki, po czym znów znieruchomiała, pogrążona w mechanicznym zamyśleniu.
— Ten do złudzenia przypominający żywą istotę ruch to zasługa umieszczonego wewnątrz miecha falistego z zaworem zwrotnym — powiedziała pani Ferrand, zerknęła na swoich zwiedzających, powtórzyła: — Ma w piersi miech, jak organy, tylko mniejszy. Chcą panowie zobaczyć?
Sięgnęła do pleców zielonej sukni, ale Dante dotknął jej ramienia, zanim zdążyła cokolwiek rozpiąć.
— Mogę?
Spojrzała na niego, na jego dłonie, znów na niego i odsunęła się o krok.
Dante rozpiął wprawnie haftka po haftce, dwustuletni jedwab nawet nie zaszeleścił.
— Ktokolwiek szył tę suknię, uszył ją jak dla żyjącego człowieka — przyznał z uznaniem. Pani Ferrand rzuciła mu nierozumiejące spojrzenie. — Haftki można wszyć tak, że są wygodne do rozpięcia, ale wbijają się w skórę, więc nie robi się tego, jeśli mają być blisko skóry. Te jednak wszyto trudniejszą techniką, łatwe do rozpięcia i niewyczuwalne przez klienta.
Pod suknią i cienką drewnianą pokrywą Celestyna była zupełnie inna. Próżno było szukać delikatnej porcelany – pod materiałem widniała kolumna mosiężnych tarcz, ułożonych jedna na drugiej jak warstwy tortu, każda o innym, nieregularnym brzegu – tu wcięcie, tam garb, gdzie indziej długi, łagodny spadek. Przy każdej tarczy dźwignia, od każdej dźwigni pręt, pręty zaś biegły w górę, w głąb ramion, do szyi, do porcelanowych palców.
— Proszę spojrzeć tutaj, na te krzywki — wyjaśniła konserwatorka. — Każda tarcza to jeden ruch – ta od lewego palca wskazującego, ta od powiek, ten zestaw odpowiada za sekwencję oddechu. Kształt brzegu to cały ruch, od początku do końca. Tarcza się obraca, dźwignia jedzie po brzegu, wpada we wcięcie i palec spada na klawisz.
Dante przyglądał się kolumnie tarcz w milczeniu.
— Przypomina mi moje wykroje — powiedział w końcu.
Pani Ferrand zamrugała.
— Słucham?
— Wykroje krawieckie. — Ciachnął w powietrzu dwoma palcami jak nożycami. — Jak wycinam wykrój z papieru, to w tym kształcie jest już cała marynarka – płaska, pocięta na części, ale jest. Tak samo, jak tutaj – zestaw krzywek do sekwencji oddechowej… — wskazał brodą tarcze — Jak wycięty z mosiądzu ruch.
Bashar uśmiechnął się.
— Poetyckie.
Pani Ferrand przyglądała mu się przez dłuższą chwilę, kontynuowała
— Trafne, jeśli tak na to popatrzeć — przyznała. — Dorval był uznanym zegarmistrzem. Za jego czasów byle jarmarczny sztukmistrz zaczarowałby lalkę w jedno popołudnie, a ta tańczyłaby, kłaniała się, może nawet coś by zaśpiewała. Śmiali się z niego, że jedenaście lat piłuje mosiądz tylko po to, by uzyskać ten sam efekt, który oni uzyskiwali ledwie paroma ruchami dłoni. — Postukała paznokciem w brzeg mosiężnej tarczy. — Po ich lalkach nie został nawet ślad, Celestyna zaś nie narzeka na brak odpowiedniego lokum czy patronów.
— Prawdziwa sztuka tak nie działa — powiedział Dante, przenosząc wzrok na ich przewodniczkę. — Mamy w zakładzie maszynę, która haftuje zaprojektowane wzory, wystarczy napiąć materiał na tamborku, pójść na kawę, wrócić i gotowe. Używamy jej tylko do najprostszych deseni, cała reszta idzie ręcznie, a klienci nie mają problemu, żeby płacić za godziny, które Filippa spędza z igłą.
— Maszyna zrobi równiej, bardziej symetrycznie, magia zrobi z fajerwerkami i niesamowitością, ale nic nie zastąpi włożonego w przedmiot serca — podsumowała pani Ferrand.
Dante i Bashar wymienili spojrzenia.
Pamiętał te wieczory z szydełkiem – lampkę zapaloną w salonie, kiedy wracał po dyżurze, i Dantego z robótką na kolanach. Pamiętał też, że widział to samo w każdym stuleciu. Kiedy pojawiła się prasa drukarska, a kopiści dalej przepisywali księgi przy świecach. Kiedy zaczarowane krosna zaczęły tkać same, a kobiety w Bharacie dalej siadały do swoich, bo wzór, który przechodził z matki na córkę, trzeba było mieć w palcach, nie w zaklęciu. Zawsze był jakiś skrót, i zawsze znalazł się ktoś, kto wybierał dłuższą drogę, bo każdy krok był dowodem miłości.
Dante zaczął zapinać haftki, jedną po drugiej, i przy trzeciej zatrzymał się, przesuwając opuszkiem po ramieniu sukni.
— Jedwab się pani rozłazi na ramionach.
— Niestety, jestem tego świadoma. — Pani Ferrand westchnęła, skrzywiła się, jakby jej to wytknięto osobiście. — Znam się na mosiądzu, drewnie i porcelanie, więc same mechanizmy są zadbane, ale w kwestii strojów nie jest tak prosto.
— Potrzebuje pani jedwabnej krepeliny, barwiona pod kolor, podłożonej od spodu i przyszytej płaskim ściegiem. — Dante zapiął ostatnią haftkę. — Tylko żadnego kleju – nie dość, że wtedy się tak nie robiło, to jeszcze klej się zmarszczy i za dziesięć lat sam materiał się rozleci.
— Umie pan to zrobić?
— Umiem.
Konserwatorka milczała przez chwilę, zastanawiając się, lecz Dante ubiegł jej myśli:
— I z chęcią się tym zajmę — powiedział, pochylając się w stronę kobiety, błyszcząc kłami w szerokim uśmiechu.


Za oknami refektarza zdążyło się już zrobić szaro, kiedy pani Ferrand zniknęła na zapleczu i wróciła z drewnianym pudełkiem pod pachą. Wytarła wolną rękę w fartuch, to jednak niczego nie zmieniło.
— Pana zamówienie, doktorze. — Podała je Basharowi i, ku jego zaskoczeniu, mrugnęła. — Zostawię panów z moją mechaniczną menażerią. Uwielbiają gości, a i tak nic nikomu nie powiedzą.
Zgasiła w krużganku górne światła, zostawiła jedną lampę na parapecie od strony dziedzińca. W jej ciepłym świetle automaty w gablotach wyglądały, jakby przysnęły w pół rozmowy. Celestyna z głową nad klawiaturą. Łabędź z szyją wygiętą nad szklaną wodą. Chłopiec przy pulpicie z piórem uniesionym nad kartką.
Bashar podał Dantemu pudełko.
— Tutaj znajdziesz to, do czego pasuje twój klucz.
Dante przyjął je w obie ręce, usiadł na kamiennej ławce pod arkadą. Wieko było ciężkie, z ciemnego drewna, gładkie, pozbawione zdobień, a pod nim, w gnieździe z czarnego aksamitu, leżał granat.
Wielkości pięści, miedziany, pokryty emalią o tak głębokiej barwie, że w świetle lampy wydawała się niemal czarna, i dopiero gdy Dante obrócił owoc w dłoniach, krawędzie rozbłysły karminem. Na szczycie granat miał koronę – sześć miedzianych ząbków, takich, jakie zostają na owocu po kwiecie – a w środku korony, jeśli się dobrze przyjrzeć, maleńki otwór.
Dante przyjrzał się dobrze.
Przez chwilę walczył ze wstążką, lecz w końcu klucz znalazł się w jego dłoni i zaraz wszedł w otwór gładko, do samego końca. Dante przekręcił, raz, drugi, trzeci – w środku owocu cichutko trzasnęła zapadka, tak samo jak w Celestynie. Coś tyknęło i granat pękł.
Powoli, wzdłuż sześciu niewidocznych wcześniej szwów, jak pęka dojrzały owoc zostawiony za długo na słońcu, cząstki łupiny rozchyliły się jedna po drugiej odsłaniając wnętrze. Ziarna. Dziesiątki drobnych, ciemnoczerwonych kamieni ułożonych ciasno, rzędami, w miedzianych przegródkach, a każdy chwytał światło lampy i każdy oddawał je inaczej. Ten sam kolor co kamienie w jego uszach. Ten sam co na jego obojczykach.
Wtem odezwała się muzyka.
Cienka i czysta jak w każdej pozytywce, krystaliczna, trochę metaliczna. Pierwsze nuty niczego Dantemu nie mówiły – Bashar widział, jak słucha z tą samą skupioną uwagą, z jaką wcześniej słuchał Celestyny. Przy czwartej nucie zamarł, przy piątej uniósł dłoń do ust.
— To jest… — zaczął i nie skończył.
— Śpiewałeś mi ją w gondoli.
— Bashar. — Głos złamał mu się na pierwszej sylabie. — To było wieki temu.
— Poprosiłem cię wtedy, żebyś nie przerywał.
— I zapamiętałeś? Całą?
— Każdą nutę.
Syren podniósł na niego wzrok. Mroźny błękit iskrzył miękko w świetle lampy, łagodny uśmiech zdobił wargi. Bashar odpowiedział własnym.
— Wszystkiego najlepszego, Słońce.
Dante milczał. Zamiast tego pocałował go, długo, z granatem trzymanym ostrożnie w obu dłoniach, a Celestyna za szybą taktownie wpatrywała się we własne palce.
Kiedy się odsunął, melodia zaczynała się od nowa. Dante popatrzył na pozytywkę przez chwilę, po czym ostrożnie, jedną po drugiej, domknął cząstki łupiny. Mechanizm stuknął i umilkł.
Bashar uniósł brwi.
— Resztę zostawię na później — wyjaśnił Dante i przycisnął granat do piersi.
Kiedy Bashar go poznał, Dante niczego nie zostawiał na później. Brał wszystko od razu – noc, kieliszek, człowieka – bo nie wierzył, że jakiekolwiek później w ogóle dla niego przyjdzie. Teraz zaś siedział na kamiennej ławce, z kluczem w jednej ręce i granatem w drugiej, i oszczędzał. Na przyszłość.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz