Świat zaskakiwał Song Ana na każdym kroku. Wielki i niezbadany, każdego dnia otwierał przed nim wrota do kolejnych, pieczołowicie skrywanych tajemnic.
Weźmy na przykład prezenty niewiadomego pochodzenia, które pewnego dnia zaczęły pojawiać się pod drzwiami jego mieszkania. Początkowo Song An przypuszczał, że pozostawiano je jego współlokatorom. Żaden z nich nie miał jednak pojęcia, kto mógł podrzucać te podarunki. A co najważniejsze — nie wiedzieli, komu były one przeznaczone. Nikt nie poczuwał się do odpowiedzialności za tę niespodziewaną przyjemność, toteż boski sługa bez zadawania zbędnych pytań zaczął gromadzić wszystkie tajemnicze przesyłki.
A były one najróżniejsze. Z początku ktoś podrzucał pod drzwi gazety. Ani Song An, ani żaden z jego współlokatorów nie przypominał sobie, by zamawiał jakąkolwiek prenumeratę. Codzienne dostawy gazetek szybko więc zaskoczyły wszystkich mieszkańców ich dzielonego mieszkania. Wkrótce jednak wspólnie uznano, że to pewnie pomyłka listonosza, i ucięli temat.
Jedynie Song An przeczuwał, że kryje się za tym coś więcej. Kolekcjonował gazety, czytał je i oglądał z dużym zainteresowaniem. Każde z nich. Nawet jeśli temat danego specjalnie go nie interesował. Wychodził z założenia, że jeśli ktoś tak się dla nich stara, należy docenić ten gest.
Wkrótce oprócz gazetek po drugiej stronie drzwi zaczęły pojawiać się owoce. Wtedy też song An zrozumiał, że podarunki te nie mogą być przypadkiem czy pomyłką listonosza. Tajemnicza osoba celowo zostawiała mu prezenty, nie omijając nawet jednego dnia w ciągu ostatnich kilku tygodni.
Song An nie posiadał instynktu samozachowawczego. Nie miał rodziców, którzy nauczyliby go, by uważał na obcych. By nie przyjmował od nich żadnych prezentów, a już szczególnie jedzenia. Może właśnie dlatego pozostali współlokatorzy zrezygnowali z kolekcjonowania tych osobliwych darów.
Skoro jednak nikt w dzieciństwie nie upominał go, by był ostrożny, dlaczego miałby przejmować się tym teraz? Przygarniał wszystko, co tylko znajdował pod drzwiami, i ze smakiem zajadał podarowane jabłka, gruszki i winogrona, ciesząc się, że ktoś zbiera je specjalnie dla niego. Przecież to takie miłe!
Z czasem prezenty stawały się jeszcze dziwniejsze. Na gazetach o wędkowaniu (o łowieniu ryb Song An słyszał jedynie dawno temu, z opowieści swojego mistrza) oprócz wciąż zielonego jabłka leżał kamyk. Zwykły, szary, niezdarnie pomalowany z jednej strony. Dodatkowo przewiązano go rzemykiem, by można było zawiesić go na szyi. Song An domyślał się, że podarunek ten był czymś w rodzaju amuletu. Uśmiechnął się na jego widok i zaczął go nosić. Duchowe wsparcie i dobre intencje zawsze były dla niego ważne. Nie inaczej było i tym razem — choć wciąż nie wiedział, kto okazywał mu tyle życzliwości, bardzo doceniał wysiłek, jaki ta osoba wkładała w przygotowywanie podarunków.
Podobne wisiorki, ozdoby i swoiste amulety zaczęły pojawiać się coraz częściej. A każdy z nich był dziwniejszy od poprzedniego. Raz były to kamyki, innym razem pióra, patyczki, a nawet biżuteria wykonana z kości. Song An nie mógł nosić wszystkich tych rzeczy naraz, więc zaczął je po prostu kolekcjonować. Układał je na półeczkach i podziwiał z uśmiechem na ustach.
W końcu sam również zaczął zostawiać podarunki dla swojego nowego, nieśmiałego przyjaciela. Czasem, gdy coś ugotował, odkładał dla tajemniczej osoby porcję jedzenia. Innym razem rysował dla niej żurawie albo przygotowywał specjalne mieszanki ziół czy herbat. Między nim a nieznajomym zawiązała się swoista więź. Skryta w milczeniu, otoczona domysłami i podsycająca ciekawość Song Ana.
Z natury bywał niecierpliwy. Zaczął więc czatować na tajemniczego ktosia. Siadał pod drzwiami i obserwował przez wizjer, ale nigdy nie udało mu się przyłapać nikogo na gorącym uczynku. Zupełnie jakby te rzeczy pojawiały się i znikały samowolnie. Bez udziału osób trzecich. Nie mogła być to jednak prawda. Song An nieraz przysiągłby, że słyszał czyjeś kroki na schodach albo oddech za oknem. Że dostrzegał cień przemykający przez klatkę schodową.
Ktoś ewidentnie go odwiedzał. I bardzo nie chciał zostać odkryty.
Aż wreszcie pewnego dnia wśród typowych podarunków znalazł list. Był to swego rodzaju przełom. Song An zgarnął gazetę, mandarynkę i podejrzane kolorowe szkiełko, po czym pobiegł prosto do swojego pokoju. Tam w pośpiechu rozerwał kopertę, by dostać się do skrawka papieru ukrytego w środku.
Jego oczom ukazało się pismo nieczytelne i koślawe, zupełnie inne od kaligraficznej precyzji, do której przywykł Song An. Nic więc dziwnego, że początkowo miał niemałe trudności z odczytaniem treści listu. Dopiero po dłuższej chwili intensywnego skupienia i wielu próbach udało mu się rozszyfrować wiadomość. A właściwie — prośbę o spotkanie.
Było w tym zaproszeniu jednak coś dziwnego. Niewyjaśniona obawa nadawcy o swój wygląd. Dlaczego o tym wspominał? Co się za tym kryło? Song An nie miał pojęcia, ale czuł, ż należało to zbadać!
Oczywiście nikt nie nauczył też Song Ana, by nie spotykał się z nieznajomymi. Dla niego każdy nieznajomy był przyjacielem, z którym nie zdążył jeszcze porozmawiać. Dlatego bez chwili zwłoki i dłuższego zastanowienia wyciągnął kartkę papieru i spisał na niej swoją zgodę na spotkanie. Od razu zaproponował miejsce i termin: park, następnego dnia po południu. Miał czekać przy fontannie. List zaadresował słowami „Do przyjaciela” i zostawił pod drzwiami. Nie mógł się już doczekać następnego dnia.
Zjawił się punktualnie. Song An nie wybaczyłby sobie spóźnienia. Nie wtedy, gdy miał wreszcie odkryć, kto stał za wszystkimi tymi podarunkami. Z uśmiechem na ustach usiadł na mokrym brzegu fontanny. I czekał. Uśmiechnięty, zadowolony, szczęśliwy. Absolutnie pozbawiony jakichkolwiek obaw. Bo czegóż miałby się bać?
Po kilkunastu minutach ktoś się zjawił. Pustą parkową alejkę przecięła wysoka, zakapturzona postać. Nieznajomy szedł nerwowo, co chwilę rozglądając się na boki i przystając, jakby kogoś szukał. Wreszcie zatrzymał się naprzeciwko fontanny i spojrzał na Song Ana. Zawahał się, zastygając w pół kroku, po czym powoli ruszył w jego stronę.
Zatrzymał się tuż przed boskim sługą, a następnie szepnął nieśmiało:
— S-song An?
Posłyszawszy swoje imię, zerwał się na równe nogi.
— Zgadza się, to ja! W pełnej okazałości!
Przez kilka sekund stali naprzeciwko siebie w milczeniu. Song An, z szerokim uśmiechem na ustach, zaczął przyglądać się nieznajomemu. Był to młody mężczyzna, wyższy od niego. Twarz skrywał jednak pod kapturem, przez co Song An nie mógł mu się dokładniej przyjrzeć.
Dopiero po dłuższej chwili boski sługa odezwał się jako pierwszy:
— Bardzo dziękuję ci za wszystkie prezenty! Były cudowne!
Mężczyzna skulił się i zaśmiał nerwowo, po czym odpowiedział, nie kryjąc zakłopotania:
— To ja ci dziękuję…
Odpowiedź ta zaskoczyła Song Ana. Przechylił głowę, a fala złotych włosów spłynęła mu na ramię.
— Nie masz powodów, żeby mi dziękować — odparł. — Było mi bardzo miło, kiedy wstawałem rano i znajdowałem pod drzwiami rzeczy od ciebie!
— Dziękuję, że jesteś moim przyjacielem — wyszeptał nieśmiało nieznajomy.
Oczy Song Ana zalśniły.
— Och, daj spokój! — zaśmiał się serdecznie. — Bycie twoim przyjacielem to przecież sama przyjemność!
Mężczyzna rozejrzał się dookoła. W pobliżu nie było nikogo oprócz nich.
— Nie jestem tego taki pewien… — westchnął. — Ja… ja nie jestem kimś, kto zasługuje na przyjaciół…
— To nonsens!
— Ja… jestem potworem… — Mężczyzna nie krył żalu. — Nie mogę pokazać się światu, bo inaczej wszyscy mnie znienawidzą…
— Ja cię nie nienawidzę — zapewnił Song An. — Wygląd przecież nic nie znaczy.
— Naprawdę tak uważasz?
Boski sługa z determinacją pokiwał głową. Mężczyzna przyglądał mu się uważnie, aby chwilę później drżącą dłonią odsunąć kaptur.
Ukazał Song Anowi swoją twarz. Cóż, a właściwie coś, co miało być twarzą. Składała się z pozszywanych ze sobą fragmentów ciała. Boski sługa dostrzegł różne rodzaje szwów, odcienie skóry, dwoje oczu o odmiennych barwach i burzę ciemnych, splątanych włosów. Wszystko połączono niedbale, jakby w pośpiechu i bez wprawy.
Widok był makabryczny. Twarz niemal nie przypominała ludzkiej. A jednak w spojrzeniu mężczyzny stojącego przed Song Anem można było dostrzec iskierkę życia. Narastający strach przed odrzuceniem i nikłą nadzieję, że nowy przyjaciel jednak go nie zostawi.
Mina Song Ana nie uległa najmniejszej zmianie. Nawet jego brew nie drgnęła. Wciąż uśmiechał się szeroko. Nie bał się. Nie czuł odrazy. Nie widział przed sobą potwora. A wręcz przeciwnie — widział wyłącznie przyjaciela, który od dłuższego czasu zostawiał mu miłe podarunki.
Mężczyzna nie krył swojego zaskoczenia reakcją boskiego sługi:
— Nie masz zamiaru uciekać? Krzyczeć z przerażenia? Zostawić mnie…?
— Dlaczego miałbym? — Song An zdziwił się.
— Wszyscy, których poznałem, w końcu mnie zostawili — wyznał z rozpaczą mężczyzna. Ponownie ukrył twarz pod kapturem. — Nawet mój stwórca nie mógł na mnie patrzeć. Powołał mnie do życia, a potem porzucił. Stworzył mnie tylko po to, by skazać na samotność i tułaczkę.
Współczucie ogarnęło Song Ana. Boski sługa widocznie posmutniał. Jak można być tak okrutnym? Jak można zostawić przyjaciela z tak błahych powodów, jak wygląd?
— W takim razie nie zasługiwali na ciebie — odrzekł Song An, marszcząc brwi. — Nie są warci ani odrobiny twojego smutku!
Młody mężczyzna westchnął cicho i usiadł na fontannie obok boskiego sługi.
— Chciałbym, żeby tak było — przyznał. — Ale to niemożliwe. Nie jestem taki jak wy. Jestem inny. Powstałem z nieożywionej materii. Nikt nie jest w stanie mnie zrozumieć. Jestem jedyny… Nie ma nikogo takiego jak ja. Nikogo, kto spojrzałby na mnie i zobaczył coś więcej niż potwora. Nie mam nikogo, kto mógłby zrozumieć, jak to jest istnieć w takiej postaci. Jestem sam od samego początku i chyba zawsze już taki pozostanę.
Song An wbił wzrok w niebo. To, co mówił jego nowy przyjaciel, nie było prawdą. Wbrew pozorom byli bardziej podobni do siebie, niż tamten sądził.
— Zdradziłeś mi swoją tajemnicę, więc ja również zdradzę ci swoją — podjął nieśmiało. — Nie wiem, czy cię to pocieszy, ale… Tak się chyba składa, że powstaliśmy w bardzo podobny sposób. Ja także jestem mieszaniną magicznych składników, artefaktów i substancji, które mój mistrz połączył ze sobą, a następnie powołał do życia. Wbrew pozorom, wiele nas łączy. Żaden z nas nie jest człowiekiem. Przynajmniej nie w podstawowym ujęciu tego słowa. Wierzę, że jesteśmy bardzo ludzcy. Na swój własny, unikalny sposób.
Mężczyzna uniósł brwi i otworzył usta z zaskoczenia.
— Chcesz powiedzieć, że… że nie jestem jedyny?
Song An uśmiechnął się szeroko do niego.
— Przekonałem się, że ten świat potrafi zaskoczyć na każdym kroku — odpowiedział po chwili zastanowienia. — Nie ma dwóch takich samych istnień. Różnimy się od siebie na tysiące sposobów, a jednak wszyscy, gdzieś tam w głębi, jesteśmy do siebie podobni.
— Nigdy nie pomyślałem o tym w ten sposób… — przyznał się mężczyzna.
— Jesteś jedną z najwspanialszych osób, jakie poznałem — ciągnął dalej Song An. — Twój wygląd naprawdę nie ma znaczenia. To twoje czyny świadczą o tym, kim jesteś.
— Łatwo ci tak mówić. Doceniam twoje słowa, ale musisz zrozumieć, że życie w takim ciele naprawdę nie jest łatwe. Na co dzień muszę się ukrywać. Wszyscy przede mną uciekają. Poza tobą nikt nie chciał poświęcić mi więcej czasu ani porozmawiać ze mną dłużej…
Song An wyprostował się, zeskoczył z fontanny i stanął tuż przed swoim nowym przyjacielem.
— Obiecuję, że ci pomogę — oznajmił z przekonaniem. — Skoro mój mistrz potrafił stworzyć mnie z pozornie niepasujących do siebie elementów, może i ja zdołam się tego nauczyć. A wtedy spróbuję naprawić to, co twój stwórca zepsuł. Nie zostawię cię.
Na te słowa mężczyzna widocznie posmutniał.
— To miłe, lecz musisz wiedzieć, że pragnąłem się dzisiaj z tobą zobaczyć, aby się pożegnać…
Song An wyprostował się z zaskoczenia.
— Pożegnać? Odchodzisz?
— To nie jest miejsce dla mnie — wyjaśnił mężczyzna. — Miasto mnie przytłacza. Nie jestem w stanie znieść tych wszystkich spojrzeń i komentarzy na temat mojego wyglądu… Poszukam miejsca, w którym wreszcie poczuję się jak w domu.
— Nie zapomnę o tobie — obiecał gorliwie boski sługa. — I naprawdę nauczę się sztuki mojego mistrza! A kiedy znów się spotkamy, sprawię, że już nigdy nie poczujesz się wykluczony.
Mężczyzna delikatnie uśmiechnął się do niego.
— Dziękuję. Ja również o tobie nie zapomnę. I będę czekać — powiedział, po czym podniósł się z fontanny. — Cieszę się, że cię spotkałem.
Pożegnania zawsze bywają smutne. Song An nienawidził pożegnań. Z żalem, ale także determinacją obserwował, jak jego przyjaciel odchodzi. Wtedy też przypomniał sobie, że nie zapytał go o imię. Ogarnęła go panika, więc krzyknął w jego kierunku:
— Jak masz na imię?!
Mężczyzna zatrzymał się i odwrócił.
— Ja… właściwie nie mam imienia.
— To od dzisiaj masz! — zawołał Song An. — Będę wspominać się jako Bob! Do zobaczenia, Bob!
Bob posłał mu ostatni uśmiech, a chwilę później zniknął z pola widzenia boskiego sługi. Song An jeszcze przez chwilę siedział na parkowej fontannie, rozmyślając o ich spotkaniu. Miał nadzieję, że szybko nauczy się odpowiedniego zaklęcia. Mistrz na pewno mu pomoże, kiedy tylko usłyszy historię Boba. A może sam zgodzi się udzielić mu swojego boskiego wsparcia? Cóż, taka możliwość również istniała.
Pogrążony w swoich myślach, zdołowany Song An wrócił do mieszkania.
Przy drzwiach nie czekał na niego żaden prezent.
Ani dziś, ani żadnego innego już dnia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz