Daniel obudził się wraz z chwilą, gdy coś ciężkiego poruszyło materac u jego stóp, i przez pierwsze kilka sekund, zanim jeszcze odzyskał pełną świadomość, usiłował wmówić sobie, że był to jedynie niespokojny ruch własnego ciała, jeden z tych drobnych sennych kaprysów, których tak często przecież doświadczał. Leżał nieruchomo, z zamkniętymi oczami, wsłuchany w jednostajny dźwięk deszczu spływającego po szybach, a chłód, który przenikał przez cienki materiał piżamy, zdawał się narastać z każdą chwilą, jak gdyby w ciągu kilku godzin temperatura w jego sypialni obniżyła się drastycznie. Właśnie ten zapach zwrócił jego uwagę jako pierwszy: ostra, niemal metaliczna woń środków do dezynfekcji, zmieszana z wilgotną ziemią, rozgniecionymi liśćmi oraz słodyczą tak nieprzyjemną, że Danielowi przypomniały się stare, zaniedbane prosektoria. Otworzył oczy i przez kilka sekund patrzył na sufit, usiłując zrozumieć, dlaczego zapach ten wydaje mu się tak wyraźny, aż wreszcie, kierowany nie tyle strachem, ile nieprzyjemnym przeczuciem, odwrócił głowę w stronę końca łóżka.
Siedziała w nogach jego łóżka, pochylona nieznacznie do przodu, z dłońmi spoczywającymi na kolanach, jak gdyby od dłuższego czasu czekała na jego przebudzenie i nie chciała zakłócać snu gospodarza. Była ogromna, nie tyle wysoka, ile nieproporcjonalnie rozrośnięta w nogach i tułowiu, a jej sylwetka, zarysowana na tle okna, przywodziła na myśl niedokończony posąg, jakby samym swym istnieniem łamiący ramy tego, gdzie kończy się doskonałość, a zaczyna jej groteskowe naśladownictwo. Z głowy stworzenia opadały długie, czarne włosy, nasiąknięte deszczem i posklejane w ciężkie pasma, które przesłaniały policzki, szyję oraz znaczną część ramion; spomiędzy nich wyłaniała się twarz o porcelanowej bladości, miejscami spękana, naznaczona cienkimi liniami i drobnymi nierównościami, których nie dało się pomylić ze zwyczajnymi bliznami. Niektóre fragmenty skóry miały odcień starej kości słoniowej, inne zaś były szare i matowe, jakby przez długi czas wystawiano je na działanie wilgoci. Wzdłuż żuchwy, pod brodą i na szyi biegły pęknięcia, niekiedy drobne i niemal niewidoczne, niekiedy zaś tak wyraźne, że przypominały grube ściegi na materiale.
Daniel przez całe życie uważał, że pierwszą powinnością rozumnego człowieka jest nie ulegać złudzeniom, dlatego też, choć serce uderzało mu gwałtownie, a mięśnie brzucha napięły się w odruchu pierwotnego lęku, nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Patrzył na nieznajomą z uwagą, która w innych okolicznościach mogłaby uchodzić za kliniczne zainteresowanie, i próbował ustalić, czy ma przed sobą człowieka dotkniętego niezwykłą deformacją, misternie skonstruowany automat, czy może wytwór własnej wyobraźni, podsyconej przemęczeniem i długotrwałym obcowaniem z obrazami choroby oraz śmierci. Żadna z tych możliwości nie wytrzymywała jednak dłuższego namysłu. Stworzenie oddychało, choć jej oddech był tak płytki, że Daniel dostrzegał go jedynie dzięki subtelnym poruszeniom ramion, a kiedy jedna z jej dłoni przesunęła się po kolanie, usłyszał cichy trzask, jak gdyby wewnątrz kończyny coś przemieściło się w sposób niezgodny z jej naturalną budową. Najbardziej przerażające pozostawało jednak to, że twarz stworzenia, pomimo wszystkich swoich niedoskonałości, nie wyrażała ani gniewu, ani okrucieństwa. Jej oczy, osadzone nieco nierówno pod ciężkimi powiekami, były zaskakująco łagodne, a spojrzenie miało w sobie coś tak bezbronnego, że Daniel poczuł nagłe, niemal upokarzające zakłopotanie na myśl, iż przez pierwsze sekundy potraktował nieznajomą wyłącznie jako zagrożenie.
— Obudziłeś się — powiedziała.
Jej głos zabrzmiał dziwnie chropowato, jak gdyby gardło nie było właściwie przystosowane do wydobywania ludzkich dźwięków. Daniel podniósł się na łokciach, nie spuszczając z niej wzroku, po czym sięgnął po okulary leżące na szafce nocnej. Kiedy je założył, obraz stał się wyraźniejszy, a wraz z nim pojawiły się szczegóły, których wolałby nie dostrzec: cienka, ciemna linia biegnąca od skroni do ucha, czarna jucha wypływająca z pęknięcia na skórze dłoni, a także coś, co przypominało nierówno zagojoną szczelinę u nasady szyi. Stworzenie wyglądało jak porcelanowa lalka, która spadła z wysokości, roztrzaskała się na niezliczone fragmenty, a następnie została złożona ponownie przez kogoś tak zdeterminowanego, że nie dopuścił do utraty ani jednego kawałka, choć nie wszystkie potrafił umieścić na właściwym miejscu.
— Kim jesteś? — zapytał Daniel, desperacko starając się powstrzymać drżenie własnego głosu. — I dlaczego tu jesteś?
Nieznajoma przyglądała mu się przez chwilę, po czym odwróciła wzrok ku oknu, za którym deszcz rozmywał światła miasta w długie, drżące smugi.
— To trudne pytanie.
— Nie wydaje mi się szczególnie trudne — zmarszczył brwi.
— Dla ciebie może nie — nieznajoma prychnęła.
W jej głosie nie było złośliwości, a jednak odpowiedź sprawiła, że Daniel poczuł dreszcz przechodzący wzdłuż własnego kręgosłupa. Przez całe życie przywykł do tego, że wiedza stanowiła jego najpewniejszą obronę przed wszystkim, czego nie rozumiał, a teraz siedział przed nim ktoś, kogo istnienia nie potrafił zrozumieć. Nie spodobało mu się to. Jednocześnie jednak poczuł, że w jego wnętrzu budzi się coś znacznie silniejszego od irytacji: pragnienie poznania, gwałtowne i niecierpliwe, które w jednej chwili zagłuszyło rozsądek, nakazujący mu wstać, opuścić pokój i poszukać pomocy. Przerażało go własne opanowanie i spokój.
— Czym ty w ogóle jesteś? — zapytał, być może nieco zbyt zachłannie.
Stworzenie spojrzało na niego ponownie. Przez moment wydawało się, że zamierza odpowiedzieć, lecz ostatecznie jedynie poruszyło palcami, obserwując, jak zgięcia stawów napinają skórę i zmieniają jej powierzchnię.
— Nie wiem.
Daniel poczuł, że coś ściska go w okolicy mostka, i nie potrafił powiedzieć, czy było to następstwo strachu, czy może niechęci do odpowiedzi, która nie dawała mu niczego, czego mógłby się chwycić. Zsunął nogi z łóżka, ostrożnie, nie wykonując gwałtownych ruchów, po czym zapalił lampkę stojącą na szafce nocnej. Ciepłe światło rozlało się po sypialni, wydobywając z ciemności krawędzie mebli, stos książek ułożonych na biurku i nierówny połysk deszczu na szybie. W jego blasku nieznajoma wyglądała jeszcze bardziej niepokojąco.
Jej twarz składała się z drobnych niezgodności, których nie dało się sprowadzić do jednego rodzaju deformacji. Lewy policzek był pełniejszy od prawego, linia nosa załamywała się w miejscu, w którym powinna przebiegać gładko, a przy kąciku ust widniała cienka blizna, jakby ktoś niegdyś próbował naprawić pęknięcie w porcelanie, lecz nie zdołał całkowicie ukryć śladu po użytym spoiwie. Na szyi, tuż pod żuchwą, szwy tworzyły nierówną linię, częściowo zakrytą przez włosy, a na nadgarstkach widoczne były delikatne ślady połączeń, które przypominały ściegi wykonane ciemną nicią. Niektóre z nich wyglądały na stare, inne zaś zachowały niepokojącą świeżość, jak gdyby ciało nie przestało jeszcze pracować nad ich zasklepieniem. Daniel zauważył także, że stworzenie nie siedzi zupełnie nieruchomo: jej palce od czasu do czasu drżały, ramiona unosiły się w nierównym rytmie, a pod bladą skórą szyi pojawiało się niekiedy ledwie dostrzegalne poruszenie, którego nie potrafił przypisać żadnemu znanemu mu mechanizmowi fizjologicznemu.
— Kto ci to zrobił? — zapytał, wskazując spojrzeniem na jej rękę.
Nieznajoma odwróciła dłoń, przyglądając się jej tak, jakby dopiero teraz przypomniała sobie o zdobiących jej ciało bliznach.
— Człowiek, który mnie stworzył.
Słowa te zabrzmiały dziwnie prosto, a Daniel poczuł, że przez jego umysł przebiega fala gorąca, której nie potrafił powstrzymać. Stworzył. Nie zbudował, nie ulepił, nie skonstruował, lecz stworzył, jak gdyby to jedno słowo mogło objąć różnicę między martwą materią a organizmem zdolnym do myślenia, między kunsztem rzemieślnika a aktem, który od wieków pozostawał poza zasięgiem ludzkich możliwości. Daniel nie był człowiekiem religijnym, a mimo to słowo to wywołało w nim nieprzyjemne poczucie przekroczenia granicy, której istnienia dotąd nie uważał za konieczne rozważać. Przez lata badał procesy zachodzące w żywych tkankach, analizował przyczyny ich rozpadu i zastanawiał się nad możliwościami odtworzenia funkcji utraconych wskutek choroby lub urazu, ale nigdy nie pozwolił sobie na poważne rozważenie, że człowiek mógłby stworzyć organizm od podstaw, a następnie obdarzyć go świadomością. Teraz jednak siedziała przed nim istota, której istnienie zdawało się urągać wszystkim znanym mu prawom.
— Chcę z nim porozmawiać — powiedział bez większego pomyślunku.
Stworzenie uniosło wzrok.
— On nie chce rozmawiać — jej głos był dziwnie gorzki i melancholijny.
— Ze mną? — Daniel poczuł się lekko rozczarowany.
— Z tobą, ze mną, z nikim.
Daniel poczuł nieprzyjemne ukłucie dumy. Był przyzwyczajony do ludzi, którzy odrzucali jego teorie, lekceważyli jego badania i traktowali go jak młodego, nazbyt ambitnego lekarza. Nie zamierzał jednak tak łatwo się poddać.
— W takim razie będę musiał go znaleźć i sam się o tym przekonać.
— Znajdziesz go, tego jestem pewna — odparła spokojnie. — Ale nie wiem, czy zechce cię wysłuchać.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Potem nieznajoma przesunęła się na skraj łóżka, a materac ugiął się pod jej ciężarem. Wstała powoli, odsłaniając sylwetkę znacznie wyższą, niż Daniel początkowo przypuszczał. Mokre włosy opadły jej na plecy, a z podartego ubrania wydobył się intensywniejszy zapach ziemi i szpitalnych preparatów. Kiedy zrobiła pierwszy krok, rozległ się cichy, suchy trzask, jak gdyby coś w jej kolanie przesunęło się z opóźnieniem względem reszty kończyny, lecz stworzenie nie zwróciło na to uwagi.
— Gdyby jednak chciał cię wysłuchać — powiedziała — Przekaż mu wiadomość.
— Jaką wiadomość?
Nieznajoma zatrzymała się przy oknie. Przez moment przyglądała się własnemu odbiciu w szybie, a Daniel pomyślał, że być może sama nie rozpoznaje twarzy, którą widzi, że być może od dawna usiłuje odnaleźć w niej coś, co pozwoliłoby jej uwierzyć, że w istocie należy do niej.
— Powiedz mu, że nie chcę już być sama. Nie zniosę tego dłużej.
Wypowiedziała te słowa bez gniewu, niemal łagodnie, lecz w ich prostocie kryło się coś, co sprawiło, że Daniel poczuł nieoczekiwany ucisk w gardle. Była w nich jedynie samotność, tak bezbronna i pozbawiona wszelkiej godności, że zrobiło mu się niemal żal tej dziwnej, zdeformowanej i zupełnie niezrozumiałej dla niego istoty.
— Chcę, żeby stworzył kogoś podobnego do mnie — dodała. — Kogoś, kto nie będzie się mnie bał. Chcę kogoś, z kim mogłabym się zaprzyjaźnić.
— A jeśli odmówi? — Daniel nerwowo przełknął ślinę, czując, jak coś uciska jego gardło.
Nieznajoma odwróciła głowę. Jej oczy pozostały łagodne, ale na twarzy pojawił się wyraz, którego Daniel nie potrafił pogodzić z jej dotychczasową bezradnością.
— Wtedy odbiorę mu wszystko, co kocha. Powoli i boleśnie.
Nie podniosła głosu a jednak w tym spokojnym zapewnieniu było coś tak nieodwołalnego, że Daniel nie potrafił znaleźć właściwej odpowiedzi. Stworzenie przyglądało mu się przez chwilę, po czym dodało, niemal ze smutkiem:
— Wiem, gdzie go szukać. I wiem, gdzie szukać ciebie.
Następnie otworzyło okno, choć Daniel nie widział, by poruszyła zasuwę, i bez najmniejszego wahania wyszła na zewnętrzny parapet. Przez ułamek sekundy jej ogromna sylwetka odcinała się od ciemności, a czarne włosy rozwiewał deszcz, po czym zniknęła za krawędzią budynku.
Daniel zerwał się z łóżka i podbiegł do okna, lecz na ulicy nie dostrzegł nikogo, a mokry parapet, na którym przed chwilą stała nieznajoma, nie nosił śladów, które pozwoliłyby wyjaśnić, w jaki sposób zdołała zejść z wysokości kilku pięter. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w deszcz, próbując uspokoić oddech, po czym odwrócił się i spojrzał na własną sypialnię, która wydawała mu się nagle obca. Na podłodze, tuż przy łóżku, dostrzegł ciemny ślad, a kiedy pochylił się nad nim, zobaczył, że nie jest to zwykła plama wody, lecz drobna, twarda łuska czegoś przypominającego zaschniętą substancję, która odpadła z powierzchni jej skóry. Ta dziwna jucha sącząca się z jej pęknięć. Podniósł skrzep ostrożnie, obracając między palcami, i poczuł, jak jego serce ponownie przyspiesza, tym razem nie ze strachu, lecz z niepohamowanej, niemal chorobliwej fascynacji.
Nazajutrz Daniel nie poszedł do szpitala. Nie była to decyzja podjęta pochopnie, choć z perspektywy człowieka, który przez całe dotychczasowe życie podporządkowywał swoje dni rygorowi obowiązków, mogłaby za taką uchodzić. Wstał o świcie, kiedy nocny deszcz zdążył już przycichnąć, a na dachach sąsiednich kamienic pozostały jedynie ciemne smugi wilgoci, i przez kilka godzin usiłował przekonać samego siebie, że wydarzenia minionej nocy należy rozpatrywać z właściwym sceptycyzmem, bez ulegania wyobraźni ani sennym złudzeniom. Zaparzył kawę, której nie wypił, przeczytał kilkanaście stron książki, z której nie zapamiętał ani jednego zdania, a następnie zasiadł przy biurku i sporządził listę możliwych wyjaśnień, rozpoczynając od najbardziej prawdopodobnych, a kończąc na takich, których nie byłby gotów przedstawić żadnemu ze swoich kolegów bez obawy, że zostanie uznany za człowieka szalonego i nietrzeźwego. Rozważał możliwość włamania, omamów hipnopompicznych, zatrucia, a nawet rzadkich zaburzeń neurologicznych, lecz żadna z tych hipotez nie wytrzymywała konfrontacji z drobnymi, materialnymi szczegółami, jakie pozostały po nocnym spotkaniu. Ślad na podłodze nie zniknął, kiedy przetarł go wilgotną szmatką, przeciwnie, substancja, z której powstał, przywarła do drewna z tak nieprzyjemną trwałością, że Daniel musiał użyć ostrego narzędzia, by całkowicie oddzielić ją od powierzchni. Drobina, którą znalazł przy łóżku, nadal spoczywała na biurku, umieszczona pod szklanym naczyniem, i chociaż nie przypominała niczego, co potrafiłby bez wahania zaklasyfikować, jej obecność wystarczała, by za każdym razem, gdy podnosił wzrok znad papierów, powracało do niego wspomnienie jasnych oczu i głosu, który z niepojętą łagodnością oznajmił mu, że nie chce już być sam.
W ciągu wielu lat studiów Daniel nauczył się traktować ludzkie ciało jako przedmiot jednocześnie godny szacunku i bezlitosnej analizy, cudowny w swojej złożoności, a zarazem podlegający prawom, których obecność nie pozostawiała miejsca na sentymentalne wyobrażenia. Przywykł do myśli, że tkanki obumierają, narządy zawodzą, a nawet najdoskonalsze mechanizmy biologiczne mogą ulec zniszczeniu wskutek jednej niepozornej zmiany. Spotkanie z nieznajomą wywróciło jednak jego przekonania w sposób bardziej dotkliwy, niż był gotów przyznać. Nie stanowiła ona po prostu dowodu na możliwość przywrócenia funkcji martwym tkankom, lecz żywy, myślący organizm, którego ciało zdawało się zaprzeczać wszystkim regułom, jakie dotąd uważał za niepodważalne. Nie wiedział, czy była nieśmiertelna, czy potrafiła regenerować utracone części, ani czy jej świadomość istniała nieprzerwanie od chwili przebudzenia, ale już samo przypuszczenie, że odpowiedzi na te pytania mogą znajdować się w zasięgu ludzkiego poznania, wystarczało, by odebrać mu spokój. W miarę upływu godzin coraz wyraźniej rozumiał, że nie może pozostawić tej sprawy przypadkowi, a kiedy wreszcie zamknął notatnik, w którym bezskutecznie próbował uporządkować swoje myśli, decyzja była już podjęta. Musiał ją odnaleźć.
Poszukiwania rozpoczął od miejsc, w których podobna istota mogłaby znaleźć schronienie, gdyby rzeczywiście istniała poza granicami jego wyobraźni. Odwiedził opuszczone magazyny przy starym trakcie kolejowym, zaniedbane podwórza kamienic, w których niegdyś mieściły się pracownie rzemieślników, oraz kilka budynków gospodarczych pozostawionych od lat bez opieki, a w każdym z nich szukał śladów: resztek materiałów opatrunkowych, zużytych narzędzi chirurgicznych, fragmentów odzieży, odbarwień na podłodze. Wszędzie napotykał jednak jedynie kurz, wilgoć i bezwartościowe dla niego przedmioty, a im dłużej trwały poszukiwania, tym silniejsze stawało się w nim przekonanie, że być może w istocie do reszty oszalał. Przez kilka następnych dni Daniel odwiedzał szpitalne archiwa, przeglądał rejestry przyjęć i zgonów, rozmawiał z pracownikami kostnic oraz zadawał pytania, które, choć formułowane ostrożnie, nieuchronnie prowadziły do wzmianki o nietypowych przypadkach, zaginionych preparatach i dokumentacji medycznej, do której ktoś próbował uzyskać dostęp bez odpowiednich uprawnień. Nie wspominał o kobiecie siedzącej nocą na jego łóżku. Nie potrafił jeszcze zdecydować, czy przemilczenie to wynikało z obawy przed ośmieszeniem, czy też z bardziej egoistycznego przekonania, że odkrycie tej miary powinno najpierw należeć do niego, zanim zostanie wystawione na osąd innych ludzi.
Po długich poszukiwaniach w końcu natrafił jednak na nazwisko. Nie pojawiło się ono w żadnym z oficjalnych raportów, lecz na marginesie dokumentu dotyczącego zakupu sprzętu laboratoryjnego, wśród odręcznych adnotacji sporządzonych przez urzędnika, który najwyraźniej nie uważał ich za szczególnie istotne. Daniel przeczytał zapis raz, następnie drugi, a potem jeszcze raz, jak gdyby samo powtórzenie mogło sprawić, że litery ułożą się w inne słowo. Nazwisko było mu dobrze znane. Widział je na publikacjach, w programach konferencji i w artykułach, których lekturę kończył zwykle z irytacją tak wielką, że przez kilka godzin nie potrafił skupić się na własnej pracy.
Freud.
Obok nazwiska znajdował się adres dawnej pracowni, położonej na obrzeżach miasta, w budynku, który niegdyś służył za niewielki zakład chemiczny, a od kilku lat pozostawał oficjalnie zamknięty. Daniel znał to miejsce jedynie z opowieści, słyszał, że Freud wynajął je na potrzeby prywatnych badań, a następnie wycofał się z działalności publicznej, tłumacząc swoją nieobecność problemami zdrowotnymi i koniecznością uporządkowania materiałów do kolejnej publikacji. W środowisku naukowym krążyły rozmaite pogłoski na temat jego ostatnich prac, lecz sam Freud nigdy nie pozwalał, by ktokolwiek zadawał mu pytania wykraczające poza zakres oficjalnie przedstawionych badań. Daniel pamiętał ich ostatnią rozmowę, podczas której próbował zakwestionować niektóre z wniosków dotyczących psychopatologii, a Freud, zamiast odpowiedzieć na jego argumenty, stwierdził z rozbrajającym spokojem, że jego młody wiek nie jest jeszcze wadą charakteru, ale niezdrowy upór w połączeniu z niedostateczną wiedzą może się nią stać. Dworakowski nigdy mu tego nie zapomniał i przez lata pielęgnował zrodzoną wówczas nienawiść w stronę kolegi po fachu.
Kiedy stanął przed budynkiem, poczuł narastający w nim stres i irytację. Budynek miał wąskie okna, z których większość zasłonięto od wewnątrz deskami, a nad wejściem zachował się fragment metalowego szyldu, tak skorodowanego, że widniały na nim jedynie resztki liter. Daniel nacisnął klamkę, lecz drzwi nie ustąpiły. Dopiero kiedy obszedł budynek i znalazł niewielkie okno piwniczne, którego ramę naruszyła wilgoć, zdołał dostać się do środka. Wnętrze pachniało stęchlizną, chemikaliami i czymś, co przywiodło mu na myśl nocną wizytę nieznajomej, choć tutaj woń była znacznie silniejsza, cięższa i bardziej uporczywa, jak gdyby wszystkie przedmioty w budynku nasiąkły nią przez długie miesiące.
Pracownia, jak się wkrótce okazało, znajdowała się na piętrze. Daniel wspiął się po schodach, których drewniane stopnie uginały się pod jego ciężarem, i zatrzymał się przed drzwiami, zza których dobiegał cichy, rytmiczny dźwięk przypominający pracę urządzenia elektrycznego. Przez chwilę nasłuchiwał, a następnie zapukał. Odpowiedziała mu cisza. Zapukał ponownie, tym razem mocniej, po czym nacisnął klamkę i wszedł do środka.
Pomieszczenie było znacznie większe, niż się spodziewał, a jego wnętrze przypominało połączenie sali operacyjnej z rzeźniczym zapleczem. Pod ścianami stały stoły zastawione naczyniami, narzędziami i aparaturą, której przeznaczenia Daniel nie potrafił od razu rozpoznać, na półkach piętrzyły się szklane pojemniki z opisami sporządzonymi drobnym, pochyłym pismem, a na jednej ze ścian wisiały schematy ludzkiego ciała, pokryte tak gęstą siecią poprawek i uwag, że pierwotne rysunki niemal całkowicie zniknęły pod warstwą tuszu. Na środku pomieszczenia stał stół przykryty grubym płótnem. Daniel podszedł do niego powoli, z ciekawością, która z każdym krokiem przeradzała się w niecierpliwość, aż w końcu zatrzymał się przed stołem i uniósł materiał. Pod spodem znajdował się rząd szklanych naczyń, metalowych uchwytów i medycznej aparatury, a pomiędzy nimi leżały fragmenty materiału biologicznego, których nie potrafił od razu zidentyfikować. Nie były przygotowane do zwyczajnego badania, ich rozmieszczenie sugerowało raczej, że ktoś próbował odtworzyć określony układ, dopasować do siebie elementy, które w naturalnych warunkach nigdy nie znalazłyby się obok siebie. Daniel poczuł, jak jego oddech staje się płytszy, a palce mimowolnie zaciskają się na brzegu stołu. Na ścianie, tuż obok aparatury, wisiał duży arkusz papieru, pokryty rysunkami przedstawiającymi ludzką sylwetkę z zaznaczonymi miejscami przecięć, połączeń i zmian anatomicznych. W dolnym rogu widniało nazwisko autora. Freud.
Daniel nie potrzebował już dalszych dowodów, aby zrozumieć, że znalazł się w miejscu, w którym jego rywal prowadził badania wykraczające daleko poza granice tego, co można było uznać za dopuszczalne i etyczne eksperymenty medyczne. Nie wiedział jeszcze, jak daleko Freud posunął się w swoich próbach ani czy istota, którą spotkał nocą, była wynikiem jednego udanego eksperymentu, czy też końcowym stadium wieloletnich, starannie ukrywanych prac. Wiedział natomiast, że musi odnaleźć człowieka, który dokonał tego odkrycia, i zmusić go do udzielenia odpowiedzi. Nie usłyszał coraz głośniejszych, dochodzących zza jego pleców kroków.
— Magister Dworakowski — tytuł naukowy wybrzmiał w jego ustach jak najgorsza obelga. — Czego tu szukasz?
Daniel odwrócił się gwałtownie i zobaczył Freuda stojącego w drzwiach, z twarzą tak bladą i zmęczoną, że w pierwszej chwili wydał mu się znacznie starszy, niż zapamiętał go z ostatniego spotkania. Przez chwilę obaj mężczyźni patrzyli na siebie w milczeniu, jak gdyby każdy z nich próbował zmusić swoją postawą drugiego do zaczęcia rozmowy.
— Wreszcie — rzucił Daniel, zanim zdążył powstrzymać własne emocje. — Wreszcie mam okazję zobaczyć, nad czym pracujesz.
Freud zamknął za sobą drzwi.
— Nie masz prawa tu być — syknął, rzucając trzymaną w dłoniach teczkę dokumentów na pobliski stół.
— Nie próbuj pouczać mnie teraz na temat praw. Ewidentnie sam nieszczególnie przejmujesz się etyką.
Na twarzy Freuda pojawił się wyraz zniecierpliwienia, który Daniel znał aż nazbyt dobrze.
— Nie masz pojęcia, o czym mówisz. Jesteś tylko głupim dzieciakiem.
— W takim razie wyjaśnij mi, dlaczego roi się tutaj od gnijących części ciała, dlaczego prowadzisz badania w miejscu, które oficjalnie od dawna pozostaje zamknięte, i dlaczego od miesięcy ukrywasz się przed środowiskiem naukowym, choć jeszcze niedawno nie potrafiłeś przepuścić żadnej okazji, by pouczać innych o swojej żałosnej psychoanalizie.
Freud spojrzał na niego z chłodną pogardą.
— Wiesz, na czym polega twój problem, Dworakowski? Mylisz ciekawość z kompetencją, a własne ambicje z prawem do uczestniczenia w cudzej pracy. Gdybyś poświęcił choć połowę czasu, który tracisz na kwestionowanie cudzych osiągnięć, na rzeczywiste badania, być może zrozumiałbyś, że etyka nie zawsze idzie w parze z nauką i odpowiedzialnością.
Daniel poczuł, jak krew napływa mu do twarzy.
— Odpowiedzialnością? — powtórzył z niedowierzaniem. — Mówisz o odpowiedzialności, stojąc pośrodku laboratorium pełnego materiałów, których pochodzenia nie potrafisz nawet wyjaśnić, i próbując wmówić mi, że to ja jestem niezdolny do zrozumienia konsekwencji twojej pracy?
— Wyjdź.
— Nie.
Freud zmrużył oczy.
— Powiedziałem, żebyś wyszedł. I nie zamierzam się powtarzać.
— A ja powiedziałem, że nie wyjdę.
Przez kilka sekund w pomieszczeniu słychać było wyłącznie deszcz uderzający o okna oraz cichy szum aparatury, która pracowała gdzieś za zasłoną z grubego płótna. Daniel miał wrażenie, że wszystko wokół niego nabiera coraz ostrzejszych konturów, a jego własne myśli, dotąd rozproszone i gorączkowe, zaczynają układać się w jedną, niebezpiecznie prostą linię. Przypomniał sobie porcelanową twarz, czarne włosy, łagodne oczy i słowa wypowiedziane w ciemności jego sypialni. Przypomniał sobie również, jak łatwo Freud odrzucał jego pytania, jak chętnie posługiwał się własną przewagą, by poniżyć każdego, kto ośmielił się zakwestionować jego autorytet. W jednej chwili zrozumiał, że nie chodzi już wyłącznie o naukę, choć to właśnie nią zamierzał usprawiedliwiać swoje dalsze działania. Chodziło również o niego samego, o wszystkie lata spędzone w cieniu człowieka, którego nienawidził, o każdą rozmowę zakończoną upokorzeniem i o przekonanie, że kryjąca się wewnątrz laboratorium prawda może wreszcie przywrócić mu należne miejsce.
— Stworzyłeś coś, czego nie potrafisz zrozumieć — powiedział Daniel. — I teraz próbujesz ukryć własną porażkę, zamiast przyznać, że potrzebujesz pomocy. Że twoja kreacja wyrwała się spod twojej kontroli.
Freud zaśmiał się krótko, jednak bez cienia rozbawienia.
— Pomocy? Od ciebie?
— Tak.
— Nie bądź śmieszny.
Daniel zacisnął mocniej szczękę. Kurewsko nienawidził Freuda.
— Pokaż mi swoje notatki.
— Nigdy.
Daniel zrobił krok w jego stronę.
— Jeśli rzeczywiście odkryłeś sposób na przywrócenie życia martwym tkankom, nie możesz traktować tego jak prywatnej zabawki. Nie masz prawa decydować, że cała ta wiedza należy wyłącznie do ciebie.
— A ty nie masz prawa decydować, co zrobię z własnym odkryciem.
— Własnym? — Daniel poczuł, że głos zaczyna mu drżeć. — Czy ona również jest twoją własnością? Czy to dlatego nie pozwalasz jej mówić, nie odpowiadasz na jej pytania i traktujesz ją jak przedmiot, który możesz zamknąć w laboratorium, kiedy przestaje ci się podobać?
Twarz Freuda zmieniła się tak gwałtownie, że Daniel natychmiast zrozumiał, że dotknął miejsca, którego jego przeciwnik nie potrafił już osłonić zwyczajową pogardą.
— Była u ciebie — powiedział Freud.
Daniel poczuł, że serce uderza mu mocniej, a w jego wnętrzu pojawia się chłodna satysfakcja. W końcu udało mu się trafić w czuły punkt naukowca.
— Tak.
Freud pobladł jeszcze bardziej.
— Co ci powiedziała? Dworakowski, masz natychmiast powiedzieć mi, o czym rozmawialiście.
— Niewiele była w stanie z siebie wydusić. Ale kazała przekazać ci, że nie chce już być sama.
Mężczyzna pobladł i przetarł zmęczone skronie. Przez moment Danielowi wydawało się, że Freud zaraz zemdleje. Zaraz potem jednak strach ustąpił miejsca gniewowi, a Freud ruszył w stronę Daniela z taką gwałtownością, że ten odruchowo cofnął się o krok.
— Ty idioto — syknął Freud. — Nie rozumiesz, co zrobiłeś.
— Niczego nie zrobiłem. To ty ją stworzyłeś i nie potrafisz nad nią zapanować. Nie zrzucaj własnej niewiedzy i porażki na mnie.
Freud milczał przez dłuższą chwilę, po czym odwrócił się i przeszedł w głąb pracowni, jak gdyby obecność Daniela stała się nagle zbyt uciążliwa, by można było ją tolerować. Zatrzymał się przy jednym ze stołów, na którym leżały rozrzucone arkusze papieru, i przesunął dłonią po ich powierzchni, odsuwając na bok kilka zapisanych stron.
— Nie rozumiesz, jak to się zaczęło — powiedział w końcu. — Na początku chodziło tylko o regenerację. Potem pojawiło się pytanie, czy można połączyć ze sobą tkanki pochodzące z różnych źródeł, tak aby stworzyć organizm zdolny do zachowania integralności mimo niezgodności materiału biologicznego. To był proces trudny, pełen niepowodzeń, ale nie niemożliwy. Najtrudniejsze okazało się nie ciało, lecz świadomość.
Daniel słuchał go z zapartym tchem.
— Świadomości nie da się przeszczepić — ciągnął Freud. — Nie można jej umieścić w organizmie tak, jak zwykłego organu. Można przywrócić ruch, oddech, reakcję na bodźce, ale to jeszcze nie oznacza, że powstanie ktoś, kto będzie wiedział, że istnieje. Przez długi czas sądziłem, że właśnie to stanowi granicę, której nie uda mi się przekroczyć.
— A potem?
Freud spojrzał na niego z wyrazem twarzy, który Daniel uznałby za triumfalny, gdyby nie dostrzegł w nim czegoś niemal obłąkanego.
— Potem wyrwała się z mojego uścisku.
Daniel poczuł, że wszystkie jego dotychczasowe wyobrażenia o nauce stają się nagle niewystarczające, że słowa, którymi przez lata opisywał świat, tracą swoją pewność, a każda definicja, której ufał, okazuje się jedynie prowizoryczną konstrukcją wzniesioną nad przepaścią niewiedzy. Przez krótką chwilę zapomniał o własnej niechęci do Freuda, o jego arogancji i pogardliwych uwagach, a pozostało w nim jedynie czyste, niemal bolesne pragnienie poznania.
— Jak? — wyszeptał.
Freud uśmiechnął się z goryczą.
— Gdybym potrafił odpowiedzieć na to pytanie, byłbym o wiele spokojniejszym człowiekiem.
Rozmowa trwała jeszcze długo, lecz im więcej Freud mówił, tym wyraźniej Daniel rozumiał, że jego rywal nie zamierza podzielić się odkryciem, a jedynie pragnie usprawiedliwić własne postępowanie przed człowiekiem, którego uważał za gorszego od siebie. W notatkach, do których Danielowi udało się zajrzeć, znajdowały się opisy kolejnych prób, wykresy aktywności organizmu oraz schematy przedstawiające zależności pomiędzy regeneracją tkanek a reakcjami układu nerwowego, lecz wiele stron zapisano tak chaotycznie, że nie sposób było odróżnić wniosków od hipotez, a hipotez od prywatnych uwag autora. Freud najwyraźniej prowadził dokumentację w stanie długotrwałego przemęczenia. Niektóre zdania urywały się w połowie, inne powtarzały te same informacje kilkakrotnie, a na marginesach widniały całe szeregi wykrzykników, przekreślonych słów i dopisków, których sens pozostawał zupełnie niejasny. W jednym miejscu znajdował się rysunek przedstawiający sylwetkę stworzenia, obok którego Freud zapisał kilka wniosków, lecz żadna z tych uwag nie wyjaśniała, w jaki sposób udało mu się osiągnąć rezultat, który Daniel widział na własne oczy.
— To nie ma sensu — powiedział w końcu, przerzucając kolejne kartki. — Tutaj piszesz o zachowaniu struktury, a trzy strony dalej stwierdzasz, że struktura nie ma znaczenia. Raz twierdzisz, że proces wymaga ciągłości, a potem opisujesz przypadek, w którym ciągłość została przerwana. Co to właściwie jest?
— Nie masz pojęcia, na co patrzysz.
— Mam pojęcie aż nazbyt dobre. Twoje obserwacje są nieuporządkowane, definicje zmieniają znaczenie w zależności od tego, czego akurat potrzebujesz, a połowa wniosków nie wynika z danych, które sam przedstawiłeś. Jakim cudem udało ci się osiągnąć cokolwiek, skoro nie potrafisz nawet poprawnie zapisać własnych wyników?
Freud uderzył dłonią w stół.
— Dość! Nie będzie pouczał mnie byle magister bez żadnych naukowych osiągnięć.
Daniel spojrzał na niego z nieukrywaną pogardą.
— Nie, jeszcze nie. Przez lata słuchałem twoich wykładów o jakże wspaniałej psychoanalizie i marzeniach sennych, a teraz znajduję cię w tej norze i dowiaduję się, że dokonałeś odkrycia, którego sam nie potrafisz opisać. Wiesz, co jest w tym najbardziej żałosne? To, że wolisz ukrywać własną niewiedzę, niż dopuścić do siebie myśl, że porwałeś się na coś, co całkowicie cię przerasta.
Freud obszedł stół i stanął naprzeciwko niego.
— Nie potrzebuję twojej pomocy. Dworakowski.
— Oczywiście, że nie. Wolisz raczej pozwolić, by twoje dzieło wymknęło ci się spod kontroli, niż przyznać, że nie potrafisz nawet dokończyć własnej pracy.
Na twarzy Freuda pojawił się wyraz tak gwałtownej wściekłości, że Daniel zrozumiał, że przekroczył granicę, której jego przeciwnik nie zamierzał wybaczyć. Mężczyzna chwycił go za przód koszuli i pchnął na stół, strącając na podłogę kilka szklanych naczyń, które rozbiły się z ostrym trzaskiem. Daniel poczuł ból w plecach, a następnie gniew, nagły i oślepiający, który odebrał mu zdolność spokojnego osądu. Odepchnął Freuda, ten jednak nie ustąpił, lecz ponownie rzucił się na niego, chwytając go za ramię i próbując odebrać mu notatnik, który Daniel nadal trzymał w dłoni.
— Oddaj mi to! — wrzasnął Freud.
— Nie!
Szarpali się przez kilka sekund, potykając o nogi stołu i porozrzucane przedmioty, aż wreszcie Daniel poczuł, że jego przeciwnik traci równowagę. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że później nie potrafił odtworzyć kolejności ruchów. Pamiętał jedynie gwałtowne szarpnięcie, ciężar ciała uderzającego o krawędź stołu, a następnie dźwięk tak głuchy i ostateczny, że przez krótką chwilę wydawało mu się, że cały budynek zadrżał pod wpływem tego jednego uderzenia. Freud upadł na podłogę.
Daniel stał nad nim, z notatnikiem w dłoni, i przez kilka sekund nie rozumiał, dlaczego mężczyzna się nie porusza. Potem zobaczył jego twarz, nienaturalnie spokojną, z oczami otwartymi i skierowanymi ku sufitowi, i poczuł, jak wszystko rozpada się w jednej chwili na drobne, nieprzydatne fragmenty. Rzucił notatnik na stół i uklęknął przy Freudzie, sprawdzając oddech, tętno, reakcję źrenic, wykonując kolejne czynności z mechaniczną, lekarską precyzją. Nie pomogło to jednak ani trochę. Ciało nie odpowiadało na jego działania, a cisza, która zapadła w pracowni, miała w sobie coś tak bezwzględnego, że Daniel poczuł nagle, jak zawartość żołądka podchodzi mu do gardła.
— Nie — powiedział cicho.
Potem powtórzył to słowo, tym razem głośniej, jak gdyby odpowiednio silny głos mógł zmusić rzeczywistość do zmiany zdania.
— Nie, nie, nie…
Nie wiedział, jak długo klęczał na podłodze. W końcu odsunął się od ciała, oparł plecy o szafkę i przycisnął dłonie do twarzy, próbując uspokoić oddech. Nie zamierzał go zabić. Nie planował tego, nie przyszedł do pracowni z zamiarem pozbawienia Freuda życia. Mógł wezwać pomoc, mógł przyznać się do wszystkiego, mógł oddać notatki i pozwolić, by inni zdecydowali o dalszym losie jego badań, lecz kiedy tylko wyobraził sobie konsekwencje, ogarnęła go panika tak silna, że niemal natychmiast zaczął szukać innego wyjścia. Myślał o więzieniu, o utracie pracy, o końcu wszelkich marzeń, o tym, że już nigdy nie będzie miał możliwości kontynuowania badań, które stanowiły sens jego życia. Myślał również o utraconej matce, o jej twarzy, której nie potrafił już dokładnie odtworzyć, i o tym, że być może umrze, nie osiągnąwszy niczego, co mogłoby nadać znaczenie latom spędzonym na walce z własną bezradnością.
Spojrzał na leżący na podłodze notatnik, otwarty na stronie pokrytej chaotycznymi zapisami Freuda, i Daniel, choć wciąż drżały mu ręce, poczuł, że w jego wnętrzu budzi się myśl, której nie chciał jeszcze dopuścić do świadomości. Freud nie żył, ale jego odkrycie pozostało. Być może nie wszystko było jeszcze stracone.
Nie pamiętał, kiedy dokładnie podjął decyzję, by ukryć śmierć Freuda przed światem. Być może uczynił to w chwili, gdy po raz pierwszy spojrzał na ciało i zrozumiał, że nie może już cofnąć tego, co się wydarzyło, a być może dopiero później, kiedy otworzył notatnik i odkrył, że pomimo wszystkich swoich wad zawiera on wiedzę, której nikt inny nie posiadał. Przez kilka godzin pracował w stanie osobliwego odrętwienia, sprzątając rozbite naczynia, porządkując dokumenty i próbując zrozumieć, jak wiele czasu upłynie, zanim ktokolwiek zacznie zadawać pytania o nieobecnego uczonego. W pewnym momencie zatrzymał się nad ciałem Freuda i poczuł mdłości, nie tyle na widok śmierci, ile na myśl, że człowiek, którego przez lata uważał za swojego największego rywala, stał się teraz przeszkodą, którą musiał usunąć z własnej drogi, aby móc kontynuować pracę. Odsunął się gwałtownie, zaciskając powieki, a kiedy ponownie otworzył oczy, jego spojrzenie padło na rysunek wiszący na ścianie, przedstawiający stworzenie z długimi czarnymi włosami i zaznaczonymi liniami połączeń.
Octavia.
Imię to widniało przy szkicu, zapisane drobnym pismem, niemal niewidoczne pod warstwą późniejszych poprawek. Daniel przeczytał je kilkakrotnie, a następnie odwrócił się ku notatnikowi, w którym odnalazł kolejne wzmianki o istocie, jej reakcjach, zdolności regeneracji i osobliwym sposobie, w jaki jej organizm utrzymywał integralność mimo licznych uszkodzeń. Freud nie opisał wszystkiego, a niektóre zapisy były tak chaotyczne, że Daniel musiał odczytywać je na głos, próbując odnaleźć między urwanymi zdaniami choćby ślad konsekwentnej teorii.
— Co za brednie — mruknął, przerzucając kolejne kartki. — Nie ma tu żadnego porządku. Żadnego. Na litość boską, Freud, czy ty kiedykolwiek nauczyłeś się prowadzić notatki? Nie wierzę, że tyle osób uważa cię za geniusza. Banda kretynów.
Odpowiedziała mu cisza.
Daniel przerzucił następną stronę i zatrzymał palec na krótkiej adnotacji, która odróżniała się od pozostałych nie tyle treścią, ile charakterem pisma. Była napisana starannie, niemal z przesadną dbałością, jak gdyby Freud sporządził ją w chwili szczególnego skupienia.
Świadomość wcześniej czy później zwraca się przeciwko źródłu własnego istnienia.
Daniel przeczytał te słowa raz, potem drugi, a wreszcie zamknął notatnik i oparł dłonie o stół. Nie wiedział, czy Freud rozumiał konsekwencje własnego odkrycia, czy też zapisał te słowa w chwili rozpaczy, kiedy jego dzieło przestało być dowodem naukowego triumfu, a stało się istotą wyrywającą się spod jego kontroli. Nie potrafił również powiedzieć, czy Octavia rzeczywiście zamierzała spełnić swoją groźbę, lecz jedno stało się dla niego jasne: stworzenie nie przestanie szukać kogoś podobnego do siebie, a jeśli Freud nie mógł już spełnić jej żądania, odpowiedzialność za dalszy ciąg eksperymentu spoczywała teraz na człowieku, który jako jedyny miał dostęp do jego notatek. Na nim.
Ta myśl powinna była go przerazić. Zamiast tego przyniosła mu jednak osobliwe poczucie satysfakcji, które stopniowo wypierało wcześniejszą panikę. Daniel zaczął przeglądać dokumenty z większą uwagą, zaznaczając fragmenty, które mogły mieć znaczenie dla odtworzenia eksperymentu, porównując daty, sprawdzając powtarzające się obserwacje i odrzucając te partie tekstu, które uznawał za nieprzydatne. Pracował aż do późnego wieczora, a kiedy wreszcie odłożył pióro, zrozumiał, że choć nie potrafi jeszcze wyjaśnić całego procesu, wie wystarczająco dużo, by podjąć próbę. Potrzebował tylko materiału.
Nie chciał myśleć o tym, skąd go weźmie, ale odpowiedź przyszła niemal natychmiast. Daniel znał procedury, znał godziny dostaw i nazwiska pracowników, wiedział również, że w pewnych okolicznościach brak jednego ciała może pozostać niezauważony przez kilka godzin, a czasem nawet przez kilka dni, jeśli tylko ktoś zadba o to, by odpowiednie dokumenty trafiły na właściwe biurko.
Nie zamierzał zresztą robić tego sam. Azelan Bashkin był jedynym człowiekiem, do którego mógł się zwrócić, choć samo wypowiedzenie jego nazwiska w myślach wywołało w Danielu nieprzyjemny skurcz, w którym mieszały się poczucie winy, przywiązanie i lęk przed tym, że kolejny raz wciągnie kogoś bliskiego w sprawy, których nie potrafi kontrolować. Nie chciał opowiadać mu o wszystkim, nie chciał przyznawać, jak daleko się posunął, ani tłumaczyć, dlaczego potrzebuje dostępu do kostnicy poza godzinami pracy. Wiedział jednak, że Azelan nie będzie zadawał pytań, których odpowiedzi mogłyby uczynić całą sytuację jeszcze trudniejszą, a jeśli nawet zacznie podejrzewać, że Daniel ukrywa przed nim coś istotnego, jego troska okaże się silniejsza niż nieufność. Ta świadomość powinna była skłonić Daniela do wycofania się. Odkrycie naukowe fascynowało go jednak na tyle mocno, by całkowicie zagłuszyć rozsądek.
Azelan przyjął jego prośbę z niepokojem, którego nie potrafił całkowicie ukryć. Nie wyjaśnił mu, że Freud nie żyje. Nie powiedział, że jego śmierć była przypadkowa, ani że od kilku godzin nosi w kieszeni płaszcza notatnik, który może uczynić z niego człowieka zdolnego do przekroczenia granicy śmierci. Ograniczył się do stwierdzenia, że potrzebuje kilku części ciała z kostnicy i że nie ma czasu, by czekać na oficjalną zgodę, ponieważ wyniki badań mogą mieć ogromne znaczenie dla przyszłości medycyny.
Azelan patrzył na niego przez dłuższą chwilę, jak gdyby próbował rozpoznać w jego twarzy coś, co Daniel za wszelką cenę starał się ukryć.
— Wiesz, że nie powinieneś tego robić — powiedział w końcu.
— Wiem.
Azelan westchnął i odwrócił wzrok. Daniel poczuł nagłą, niemal bolesną wdzięczność, ale zaraz potem pojawił się w nim wstyd.
— Daniel — odezwał się Azelan. — Jeśli jest coś, o czym powinienem wiedzieć, powiedz mi teraz. Proszę.
Przez chwilę Daniel niemal to zrobił. Słowa podeszły mu do gardła, lecz zatrzymały się tam, uwięzione przez strach przed konsekwencjami, których nie potrafił przewidzieć. Mógł przyznać się do wszystkiego, mógł powiedzieć o nocnej wizycie Octavii, o pracowni Freuda, który leżał teraz martwy na podłodze. Mógł pozwolić, by Azelan odwrócił się od niego, zanim będzie za późno, i być może właśnie dlatego nie powiedział niczego.
— Nie ma niczego, z czym nie potrafiłbym sobie poradzić — odpowiedział.
Azelan nie wyglądał na przekonanego, ale ostatecznie zgodził się mu pomóc.
Do kostnicy weszli krótko przed północą. Przez chwilę stał nieruchomo, patrząc na metalowe szuflady, i poczuł, że jego determinacja zaczyna ustępować miejsca czemuś, co przypominało wstyd. Każde z tych ciał należało niegdyś do człowieka, który miał swoje imię, wspomnienia i niedokończone sprawy, a teraz pozostawało jedynie bezwartościową materią. Daniel wiedział o tym lepiej niż ktokolwiek, a jednak zamierzał potraktować je jako materiał, z którego zbuduje coś nowego, i nie potrafił rozstrzygnąć, czy właśnie na tym polegała prawdziwa istota jego badań, czy też w tym miejscu po raz pierwszy dopuścił się zdrady wszystkiego, co dotąd uważał za święte.
— Możemy jeszcze zawrócić — powiedział Azelan.
Daniel zamknął oczy. Przez moment zobaczył matkę, jej twarz blednącą na poduszce, i poczuł ten sam bezsilny gniew, który towarzyszył mu od dzieciństwa, kiedy zdał sobie sprawę z własnej bezradności. Potem przypomniał sobie Octavię, jej porcelanowe dłonie i jej martwe lecz wciąż żyjące ciało.
— Nie — odpowiedział. — Nie możemy.
Azelan nie odezwał się więcej. W ciągu następnej godziny Daniel wybrał ciało, które uznał za najbardziej odpowiednie do eksperymentu. Pracował w skupieniu, starając się nie myśleć o pochodzeniu tego, co przenosił do przygotowanych pojemników, ani o tym, że każde jego działanie oddalało go coraz bardziej od człowieka, którym był jeszcze kilka dni wcześniej. Azelan pomagał mu w milczeniu, choć Daniel dostrzegał, że co pewien czas odwraca wzrok, jak gdyby próbował zachować choć resztkę dystansu wobec tego, w czym uczestniczył. Kiedy wreszcie opuścili szpital, noc była już głęboka, a deszcz znów zaczął padać, rozmywając ich ślady na chodniku, zanim zdążyli dotrzeć do samochodu.
Daniel nie powiedział Azelanowi, że zamierza stworzyć ożywieńca. Nie powiedział mu również, że w głębi duszy nie robi tego wyłącznie dla Octavii. Robił to przede wszystkim dla siebie. Dla wszystkich lat, które poświęcił nauce, dla wszystkich upokorzeń, których nie potrafił zapomnieć, i dla tej jednej, nieprzyzwoitej myśli, która od chwili spotkania z porcelanową istotą nie dawała mu spokoju: skoro życie można było odtworzyć, skoro śmierć nie stanowiła granicy ostatecznej, to być może w końcu uda mu się naprawić wszystko to, co przez lata doszczętnie zniszczył.
Przez wiele tygodni Daniel żył w odosobnieniu, które sam sobie narzucił, odcinając się od wszystkiego, co mogłoby przypominać mu o istnieniu świata poza murami pracowni. Dnie i noce zlewały się w jedno, a upływ czasu rozpoznawał jedynie po zmieniającej się wilgoci na szybach, po świecach wypalających się do końca i po coraz głębszych cieniach pod własnymi oczami. Sypiał niewiele, jadł jeszcze mniej. Zdarzało mu się przez długie godziny nie odrywać wzroku od drobnego szczegółu, od pojedynczego włókna, od bladej błony rozpiętej pomiędzy tkankami, poświęcając jej całą swoją uwagę. W pracowni panował zaduch, którego nie usuwało nawet częste otwieranie okien. Powietrze nasiąkło wonią spirytusu, wilgotnego płótna, metalu i czegoś słodkawego, ciężkiego, co osiadało na języku i wywoływało w nim mdłości. Daniel przestał zwracać na to uwagę, podobnie jak przestał zauważać własne poplamione mankiety, ciemne półksiężyce pod paznokciami oraz zaschnięte ślady na podłodze, których nie potrafił już odróżnić od starych zacieków.
Ciało spoczywało na szerokim stole, przykryte prześcieradłem, które z każdym dniem stawało się coraz mniej białe. Przykrywał je płótnem, ilekroć kończył pracę, lecz nigdy nie robił tego z czułością - jego ruchy miały w sobie raczej niechętną ostrożność. Wiedział przecież, że zasłania przed wzrokiem przedmiot budzący odrazę, a zarazem nie potrafił oderwać od niego myśli. Odsłaniał je tylko wtedy, gdy zamierzał podjąć dalszą pracę. Najpierw ukazywały się długie, wychudzone ręce, których palce zdawały się zbyt wielkie wobec wąskich nadgarstków; potem pierś, nieruchoma i zapadnięta, na której skóra napinała się nad wystającymi żebrami. Poszczególne części zostały starannie dobrane, oczyszczone i połączone. Skóra miała nierówną barwę, w niektórych miejscach blada i cienka, w innych przybierała odcień żółtawy, niemal woskowy, a pod nią prześwitywały ciemne linie naczyń. Tu i ówdzie powierzchnię przecinały szwy, drobne, gęste i niezgrabnie ukryte w naturalnych załamaniach ciała. Daniel przesuwał palcami wzdłuż ich przebiegu, sprawdzając wytrzymałość połączeń, a czasem przytrzymywał skórę dwoma palcami i delikatnie ją napinał, by przekonać się, czy nie oddzieli się od tego, co miała osłaniać. Wówczas dostrzegał pod nią niepokojącą bezwładność tkanek, ich obcą miękkość i wilgotny połysk. Nie pozwalał sobie na obrzydzenie. Nazywał je słabością umysłu, na którą nie mógł sobie pozwolić.
Najtrudniejsza okazała się twarz. Przez długi czas Daniel nie potrafił doprowadzić jej do końca, choć rozporządzał już wszystkim, czego potrzebował. Wciąż zmieniał proporcje, poprawiał ułożenie mięśni, próbował nadać ustom wyraz, który nie byłby ani grymasem bólu, ani bezwładem, jaki pozostaje na twarzy zmarłego. Każda kolejna poprawka przynosiła rezultat odmienny od zamierzonego. Policzki zapadały się zbyt głęboko, szczęka wydawała się ciężka, a zamknięte powieki, cienkie i niepokojąco sine. Daniel pracował nad nimi przy samym blasku świec, nachylony tak nisko, że ciepło płomienia ogrzewało mu twarz, podczas gdy chłód ciała przenikał przez rękawiczki. Zdarzało mu się zapomnieć, że dotyka zmarłego. Przez krótką chwilę widział przed sobą wyłącznie układ tkanek, mięśni i nerwów, cudownie zawiłą konstrukcję, którą wystarczyło zrozumieć, aby odtworzyć jej działanie. Lecz wystarczał jeden przypadkowy ruch, jedno spojrzenie na siną linię wzdłuż szyi albo na usta, których kąciki opadały w niezamierzonym wyrazie cierpienia, by naukowa abstrakcja rozpadała się na jego oczach. Wtedy znów widział śmierć w całej jej materialnej, upokarzającej dosłowności, jako ciało, które utraciło zdolność podtrzymywania samego siebie i stawało się powoli obce nawet temu, kto niegdyś w nim mieszkał.
Mimo to nie zaprzestawał pracy. Przeciwnie, im silniejsza stawała się odraza, tym bardziej zaciekle próbował ją przezwyciężyć, jak gdyby sam fakt, że potrafił znieść ten obrzydliwy widok, stanowił dowód jego wyjątkowości. Nie chciał myśleć o ludziach, z których ciał powstała ta osobliwa całość. Ich twarze, imiona i historie nie miały dla niego znaczenia, a jednak powracały niekiedy wbrew jego woli: jako wspomnienie zimnych dłoni, jako ciężar zamkniętej trumny, jako urywek rozmowy zasłyszanej na szpitalnym korytarzu. Wystarczyło, by rozpoznał w jednym z fragmentów znajomy kształt kości albo ślad dawnego urazu, a natychmiast przypominał sobie, że materia, którą traktował jak bezimienne tworzywo, należała kiedyś do kogoś, kto jadł, oddychał i bał się śmierci. Odpędzał te myśli z niemal gniewną stanowczością.
Przygotował aparaturę z nabożną niemal starannością. Metalowe elementy połyskiwały w świetle lamp, przewody wiły się po podłodze niczym czarne żyły, a szklane naczynia rzucały na ściany blade refleksy, które poruszały się za każdym razem, gdy płomień drżał z powodu przeciągu. Daniel sprawdził połączenia, porównał wyniki pomiarów i raz jeszcze przeczytał własne notatki, choć znał je już na pamięć. Nie był dłużej pewien, czy szuka błędu w obliczeniach, czy jedynie odwleka chwilę, w której będzie musiał przekonać się, czy jego przedsięwzięcie ma jakikolwiek sens. Kiedy wreszcie stanął obok stołu, ciało wydało mu się dziwnie mniejsze niż przedtem. Leżało nieruchomo pod ostrym światłem, z głową odchyloną na bok i dłońmi ułożonymi wzdłuż tułowia. Daniel dostrzegł ciemną linię wzdłuż szyi, nieregularny szew pod żebrami i zaschniętą plamę przy nadgarstku. Nagle wszystkie te niedoskonałości, które przez tygodnie próbował naprawić, wydały mu się nie tyle błędami, ile ostrzeżeniami, pozostawionymi przez samą naturę na powierzchni jego dzieła. Mógł je zignorować, mógł nawet wmówić sobie, że są bez znaczenia, ale nie potrafił sprawić, by przestały istnieć.
Mimo to położył dłonie na aparaturze. Przez pierwsze chwile nie wydarzyło się nic. Rozległ się jedynie cichy trzask mechanizmu, po którym nastąpił jednostajny szmer, wypełniający pomieszczenie i wprawiający w drżenie stojące na półkach naczynia. Daniel obserwował ciało z taką intensywnością, że zapomniał o bólu pleców i zesztywniałych palcach. Czekał na najmniejszy znak, na poruszenie, na zmianę koloru skóry, na cokolwiek, co mogłoby potwierdzić, że nie poświęcił miesięcy życia czemuś, co nigdy nie miało prawa się udać. Minęła minuta, może dwie. Wydawało mu się, że słyszy odgłos własnego serca, lecz nie potrafił rozpoznać, czy rzeczywiście bije ono tak gwałtownie, czy też jednostajny szmer aparatury nadaje mu złudną rytmiczność. Zwiększył natężenie, po czym natychmiast cofnął rękę, przestraszony własnym pośpiechem. Wówczas palce leżącej na stole dłoni drgnęły.
Ruch był tak nikły, że Daniel przez chwilę nie potrafił uwierzyć własnym oczom. Palce zgięły się nieznacznie, jak gdyby niewidzialna nić pociągnęła je ku wnętrzu dłoni. Zaraz potem przedramię szarpnęło się gwałtownie i uderzyło o blat. Daniel cofnął się, potrącając stojące za nim krzesło. Zanim zdążył odzyskać równowagę, przez pierś ciała przebiegł krótki skurcz. Żebra uniosły się pod skórą, a głowa poruszyła się na boki, pozostawiając na płótnie ciemny ślad. Rozległ się dźwięk tak niepodobny do ludzkiego głosu, że Daniel poczuł, jak włosy jeżą mu się na karku. Był to chrapliwy, wilgotny odgłos. Usta rozwarły się bezładnie, szczęka opadła, a szyja napięła się z wysiłkiem. Ciało zaczęło walczyć o oddech.
Nie było w tym nic wzniosłego. Był tylko bezradny, gwałtowny wysiłek materii, która zdawała się budzić do istnienia wbrew własnej naturze. Pierś unosiła się nierówno, gardło wydawało z siebie kolejne chrapliwe dźwięki, a dłonie zaciskały się i rozluźniały, jak gdyby ciało próbowało uwolnić się od niewidzialnych więzów. Powieki drżały, lecz nie chciały się otworzyć. Daniel stał nieruchomo, wpatrzony w tę przerażającą walkę, i po raz pierwszy zrozumiał, jak dalece jego wyobrażenie o stworzeniu życia rozmijało się z rzeczywistością. Pragnął dokonać cudu, tymczasem patrzył na coś, co przypominało narodziny pozbawione wszelkiej niewinności: istota, którą powołał do istnienia, nie przychodziła na świat z ciepła i bezpieczeństwa, lecz z chłodu stołu, pod ciężarem własnego ciała, otoczona zapachem śmierci i narzędziami, które nosiły ślady niecierpliwych danielowych dłoni.
Wreszcie powieki rozwarły się gwałtownie. Oczy były wilgotne, zaczerwienione i nieprzytomne. Przesunęły się po suficie, po lampach, po ciemnych ścianach, aż zatrzymały się na Danielu. Nie było w nich jeszcze rozpoznania, jedynie pierwotny lęk, tak bezbronny i nieukształtowany, że na jego widok Daniel poczuł obrzydzenie i wstyd. Chciał podejść, podtrzymać mu głowę, powiedzieć coś, co uspokoiłoby to zagubione spojrzenie, lecz nie znalazł w sobie ani słowa, ani gestu. Jego dłonie, tak pewne podczas wielotygodniowej pracy, zawisły bezradnie w powietrzu. Czy jego dzieło mogło być bowiem jedynie początkiem nowego cierpienia? A on, który tak gorliwie pragnął stworzyć życie, nie zadał sobie dotąd najprostszego pytania: co właściwie był winien istocie, którą powołał do istnienia?
Stworzenie poruszyło ustami. Przez chwilę wydawało się, że zapomniało, jak należy posługiwać się własnym ciałem. Język z trudem odnalazł drogę między wargami, a z gardła wydobył się chropawy, niemal bolesny dźwięk.
— Kim… jestem?
Przez ostatnie miesiące Daniel wyobrażał sobie chwilę podobną do tej, przygotowywał się do niej w myślach, rozpisywał na kartach swoich zeszytów kolejne etapy doświadczenia, rozważał możliwe reakcje, przewidywał komplikacje i układał odpowiedzi na pytania, których jeszcze nikt mu nie zadał. W jego wyobrażeniach pierwsze słowa stworzonej istoty miały być potwierdzeniem jego geniuszu, świadectwem triumfu rozumu nad przesądem, dowodem, że śmierć jest jedynie niedostatecznie zrozumianym zjawiskiem, a nie ostatecznym wyrokiem. Nie przewidział natomiast, że pierwszym uczuciem, jakie wzbudzi w nim żywe stworzenie, nie będzie duma, lecz wstyd. Stał nad stołem z dłońmi zaciśniętymi w pięści, niezdolny do udzielenia odpowiedzi. Nigdy nie pomyślał przecież, jak mógłby tę istotę nazwać.
Daniel milczał przez dłuższą chwilę, wymieniając w głowie wszystkie znane sobie imiona. Dopiero po dłuższym czasie odnalazł to, które, według niego samego, nadawałoby się idealnie.
— Horst. Nazywasz się Horst.
Stworzenie powtórzyło to imię bezgłośnie, poruszając ustami, jak gdyby sprawdzało, czy głos rzeczywiście należy do niego. Potem spróbowało unieść głowę. Mięśnie odmówiły mu posłuszeństwa, a całe ciało zadrżało pod wpływem wysiłku. Daniel, odruchowo zapominając o własnym lęku, podtrzymał jego kark, czując pod palcami chłód skóry i niezgrabne napięcie ścięgien. Nie trzymał już w dłoniach preparatu, nie badał zwłok ani nie prowadził doświadczenia, a dotykał kogoś, kto mógł cierpieć, pamiętać, pragnąć i bać się, choć Daniel nie wiedział jeszcze, jak wielką część tych zdolności zdołał mu przekazać, a jaką odebrał mu już na samym początku.
— Spokojnie — szepnął, choć nie był pewien, czy mówi do Horsta, czy do samego siebie. — Wszystko będzie dobrze.
Kłamstwo rozbrzmiało w pracowni z tak nieprzyzwoitą łatwością, że Daniel poczuł do siebie odrazę. Przecież nie wiedział, czy Horst będzie mógł kiedykolwiek opuścić to pomieszczenie bez wzbudzania lęku, czy jego ciało zdoła znieść własną odmienność ani czy umysł, który dopiero zaczynał poznawać świat, nie zwróci się przeciwko niemu, gdy odkryje, że został stworzony nie z miłości, lecz z ambicji. Mimo to poprawił poduszkę pod jego głową, przyniósł wodę i ostrożnie zwilżył spierzchnięte wargi. Horst patrzył na niego w milczeniu, z uwagą niemal bolesną w swojej bezwarunkowości. Nie umiał jeszcze odwrócić wzroku, nie znał podejrzliwości, nie rozumiał, że człowiek stojący nad nim może być jednocześnie jego wybawcą i pierwszym oprawcą.
Daniel pochylił się nad nim i przez krótką chwilę pozwolił sobie uwierzyć, że wszystko można jeszcze naprawić. Być może wystarczyło nauczyć Horsta mówić, chodzić, rozpoznawać przedmioty i odróżniać dobro od zła. Być może można było uczynić z niego istotę łagodną, obdarzoną rozumem, zdolną do samodzielnego życia, wolną od chorób, które wyniszczały ludzkie ciało, i od słabości, które od pokoleń prowadziły ludzi ku przemocy, rozpaczy i samozagładzie. Być może w tym właśnie tkwił sens jego pracy: nie w zwycięstwie nad śmiercią, ale w stworzeniu życia, które nie musiałoby od początku zmierzać ku własnemu końcowi. Myśl ta na moment nadała jego zmęczeniu niemal uroczysty charakter. Nie zauważył, że Horst, wpatrzony w jego twarz, usiłuje odczytać z niej jakąkolwiek emocję.
— Nie zostawisz mnie tutaj? — zapytał w końcu Horst.
Daniel zesztywniał. W pytaniu nie było wyrzutu. Nie mogło go być, stworzenie nie znało bowiem ludzkich emocji, nie rozumiało motywów: znało zaledwie ciemność i twarz człowieka, który przemówił do niego jako pierwszy. A jednak Daniel usłyszał w tych słowach echo czegoś, czego nie chciał rozpoznać. Jakby to on sam przypisywał słowom stworzenia konkretne intencje.
— Nie — odpowiedział. — Nie zostawię cię.
Horst zamknął oczy, jak gdyby te trzy słowa wystarczyły, by pogrążyć go w spokoju. Daniel pozostał przy stole, trzymając dłoń na jego ramieniu, aż oddech stworzenia stał się spokojniejszy. Dopiero wtedy odsunął się i podszedł do biurka. Na blacie leżały zeszyty Freuda, których kartki zdążyły już nasiąknąć wilgocią i poplamić się od chemicznych odczynników. Daniel otworzył jeden z nich, przeglądając zapiski, których chaotyczność nadal budziła w nim wściekłość. Freud pozostawił po sobie nie tyle uporządkowaną teorię, ile labirynt sprzeczności: liczby pozbawione objaśnień, schematy prowadzące donikąd, fragmenty zdań urywające się w połowie myśli, a między nimi uwagi o świadomości, jakby była jedynie nieistotnym osadem powstającym na powierzchni biologicznych procesów. Zacisnął zęby. Człowiek, który zdołał stworzyć Octavię, musiał wiedzieć coś, czego Daniel jeszcze nie rozumiał, a jednak pozostawił po sobie notatki tak niedorzeczne, że chwilami Daniel podejrzewał, że Freud celowo zasłonił prawdę bełkotem, pragnąc, aby nikt nie mógł skorzystać z owoców jego pracy.
Przerzucał strony coraz szybciej, aż papier zaszeleścił pod jego palcami. W końcu zatrzymał się przy rysunku przedstawiającym zawiły układ naczyń i włókien, opatrzony krótkim komentarzem, którego znaczenie pozostawało niejasne. Pod nim Freud napisał jedno zdanie, wyraźnie podkreślone, jakby chciał, by przetrwało wszystkie inne zapiski: Nie należy pytać, czy stworzenie jest doskonałe, lecz czy potrafi znieść świadomość własnej niedoskonałości.
Daniel przeczytał je raz, potem drugi. Poczuł, jak pod skórą karku przebiega mu chłodny dreszcz. Przez chwilę miał wrażenie, że Freud stoi tuż za nim, z rękami splecionymi na piersi i tym swoim pogardliwym uśmiechem, gotów zakwestionować każde jego osiągnięcie. Daniel odwrócił się gwałtownie, lecz za jego plecami znajdowała się jedynie ciemność pracowni, nieruchome szafki i stół, na którym spał Horst. Nic więcej. A jednak Daniel nie potrafił pozbyć się wrażenia, że zmarły uczony nadal uczestniczy w jego życiu, że nawet śmierć nie zdołała uwolnić go od rywalizacji, którą sam przemienił w coś na kształt religii. Freud nie mógł już go wyśmiać, nie mógł odebrać mu wyników ani stanąć pomiędzy nim a odkryciem, którego Daniel pragnął bardziej niż czegokolwiek na świecie. Mimo to pozostawał obecny, ukryty w każdym niejasnym zdaniu i każdym przemilczeniu, jakby po raz ostatni przypominał mu, że człowiek nie musi żyć, aby stać się czyimś prześladowcą.
Nad ranem Daniel zasnął na kilka godzin w fotelu, z głową opartą o krawędź biurka. Kiedy się obudził, światło dnia przedostawało się przez brudne okna w postaci cienkich, bezbarwnych pasm. Horst siedział na stole. Nie powinien był być w stanie samodzielnie unieść się do pozycji siedzącej, a tym bardziej utrzymać równowagi, lecz trwał nieruchomo, z dłońmi spoczywającymi na kolanach, obserwując drzwi. Kiedy Daniel podniósł głowę, stworzenie odwróciło się ku niemu z ostrożnością.
— Słyszałem kogoś — powiedział Horst.
Daniel natychmiast się wyprostował.
— Kogo?
— Kobietę, przyszła w nocy.
Przez ułamek sekundy Daniel nie potrafił oddychać. W jego pamięci pojawiła się porcelanowa twarz, czarne włosy opadające na ramiona i złowrogie oczy. Octavia. Nie widział jej od tamtej nocy, kiedy zjawiła się przy jego łóżku i zażądała, by przekazał jej twórcy wiadomość. Nie znał jej pochodzenia, nie wiedział, jak wiele z jej opowieści było prawdą, a ile wynikało z rozgoryczenia istoty, której odebrano możliwość decydowania o własnym życiu.
— Co powiedziała? — zapytał.
Horst zmarszczył brwi. Wyglądał na skonfundowanego, jakby poszukiwał słów w miejscu, w którym powinny znajdować się wspomnienia.
— Nie zrozumiałem…przepraszam.
Daniel odwrócił się ku oknu. Było zamknięte, zasłony nieruchome, a na parapecie nie dostrzegł niczego, co mogłoby świadczyć o czyjejkolwiek obecności. Mimo to miał wrażenie, że ktoś patrzy na niego z drugiej strony szyby. Przypomniał sobie słowa Octavii: Wiem, gdzie go znaleźć. I ciebie również. Wówczas uznał je za groźbę, za teatralny gest, który miał na celu tylko go przestraszyć. Teraz zaczynał rozumieć, że nie była to groźba, lecz obietnica, i że Octavia nie musiała znać Horsta, by rozpoznać w nim kogoś podobnego do siebie.
Przez kolejne dni Daniel pracował z gorączkową pilnością. Zapisywał każdą reakcję Horsta, badał jego odruchy, sprawdzał pamięć i zdolność uczenia się, próbował zrozumieć, czy świadomość stworzenia rozwija się według praw, które znał, czy też wymyka się spod ich kontroli. Horst przyswajał słowa z zadziwiającą szybkością, choć nie zawsze rozumiał ich znaczenie. Bywał posłuszny, niekiedy niemal łagodny, lecz zdarzały się chwile, w których nieruchomiał i patrzył na własne dłonie z wyrazem skupienia tak głębokiego, że Daniel czuł się wówczas nieproszonym gościem we własnym laboratorium. Jak gdyby Horst odkrywał w sobie coś, czego nie dało się wyjaśnić ani zmierzyć, i jak gdyby to odkrycie napawało go lękiem, którego nie potrafił jeszcze nazwać.
Daniel nie przyznawał się przed sobą, że coraz częściej unikał jego spojrzenia. Z początku tłumaczył to koniecznością prowadzenia obserwacji z odpowiedniego dystansu, później mówił sobie, że nie może pozwolić, by przywiązanie zakłóciło obiektywność badań. W rzeczywistości bał się, że Horst zada mu kolejne pytanie, na które nie będzie umiał odpowiedzieć. Dlaczego go stworzył? Dlaczego właśnie jego? Czy istniał przedtem? Czy miał prawo pragnąć czegoś dla siebie? I wreszcie: dlaczego człowiek, który dał mu życie, spoglądał na niego czasem z taką nieufnością?
Tej nocy Daniel nie zamknął pracowni na klucz. Nie wiedział, czy uczynił to z nieuwagi, czy też część jego samego pragnęła, by ktoś wreszcie wszedł do środka i powstrzymał go przed dalszą pracą. Spał krótko, niespokojnie, a kiedy obudził się przed świtem, zobaczył w drzwiach kobietę o długich czarnych włosach. Octavia stała nieruchomo, ubrana w ciemną suknię, której materiał nie poruszał się nawet wtedy, gdy przez uchylone okno do pracowni wdzierał się chłodny podmuch. Jej twarz miała tę samą porcelanową doskonałość, która za pierwszym razem wydała mu się niepokojąca, teraz jednak Daniel dostrzegł w niej ślady czegoś, czego wcześniej nie potrafił nazwać. Octavia patrzyła na niego z rozczarowaniem tak głębokim, że o niczym nie marzył wówczas bardziej niż o tym, żeby przed nią uciec.
— Naprawdę to zrobiłeś — powiedziała — Stworzyłeś go.
— Stworzyłem. Czy nie tego właśnie chciałaś?
Octavia wzruszyła ramionami i bezszelestnie podeszła bliżej śpiącego na stole Horsta.
— Być może. Ale teraz trochę mi go żal. Nie potrafisz nawet na niego spojrzeć.
Daniel chciał zaprzeczyć, ale Octavia nie dała mu czasu.
— Brzydzisz się nim. Dlaczego?
Daniel spojrzał na śpiącego Horsta. Twarz stworzenia, nawet w bezruchu, wydawała się niepokojąco krucha. Ciemne włosy opadały mu na czoło, a usta pozostawały lekko rozchylone, jakby nawet sen nie przynosił mu pełnego spokoju. Daniel przypomniał sobie, jak Horst zapytał, czy zostanie sam, i poczuł w piersi bolesny ucisk. Chciał powiedzieć, że skoro dał mu życie, nie może teraz odwrócić się od niego jak od nieudanego doświadczenia. Chciał przysiąc, że nie pozwoli, aby stworzenie doświadczyło tego samego porzucenia, które Daniel sam zadawał innym, ilekroć ich cierpienie stawało się dla niego nie do zniesienia. Poczuł, że twarz mu płonie. Przez krótką chwilę nienawidził Octavii z siłą, która zaskoczyła nawet jego samego. Nienawidził jej za to, że przyszła do jego pracowni i przemawiała do niego jak sędzia, choć sama była rezultatem porzuconego eksperymentu. Nienawidził jej za to, że potrafiła nazwać jego winę, nie znając nawet jej szczegółów, i za to, że nie mógł jej uciszyć bez jednoczesnego przyznania jej racji.
— A ty? — zapytał. — Czy ty patrzysz na niego, czy jedynie widzisz w nim siebie?
— Rozumiem go lepiej, niż ty kiedykolwiek zrozumiesz. Nie masz prawa mnie oceniać.
Nie powiedziała nic więcej. Zanim Daniel zdołał ją zatrzymać, odwróciła się i wyszła z pracowni, pozostawiając za sobą zapach mokrej ziemi i chłodnego powietrza. Daniel ruszył za nią, lecz na korytarzu nie było już nikogo. Jedynie odległe echo kroków.
Horst siedział przy oknie, owinięty ciemnym kocem, i przyglądał się deszczowi. Wciąż był niezwykle blady. Poruszał się ostrożnie, z osobliwą niepewnością, jak gdyby każdy gest wymagał od niego uprzedniego uzgodnienia z ciałem, które nie zawsze rozumiało jego zamiary. Niekiedy zatrzymywał się w połowie drogi do stołu i stał bez ruchu, wpatrzony w swoją dłoń, jakby próbował pojąć, dlaczego posłuszna mu przed chwilą kończyna nagle wydaje się tak obca. Daniel zapisywał te epizody z dokładnością, nadając im kolejne numery i opatrując krótkimi komentarzami.
Odwrócił nagle głowę w stronę pochylonego nad biurkiem Dworakowskiego.
— Czy ty też kiedyś umrzesz?
Pióro zatrzymało się na papierze. Daniel nie podniósł głowy.
— Wszyscy umierają.
— Ale ty próbujesz to zmienić.
Daniel spojrzał na niego z nieukrywaną irytacją.
— Próbuję zrozumieć, dlaczego człowiek umiera, Horst. To nie to samo.
Stworzenie przyjęło tę odpowiedź w milczeniu. Nie wyglądało na przekonane, lecz nie nalegało. Odwróciło się z powrotem ku oknu, a Daniel, wróciwszy do pracy, poczuł tę samą nieprzyjemną mieszaninę gniewu i wstydu, która towarzyszyła mu za każdym razem, kiedy Horst dotykał pytaniem miejsca, którego istnienia uczony wolał nie uznawać. Przez krótką chwilę przyszło mu do głowy, że może popełnił błąd, dając stworzeniu zdolność rozumowania, że może rozum, pozbawiony wspomnień, doświadczenia i naturalnego związku z ludzką wspólnotą, nie będzie źródłem doskonałości, lecz niekończącym się cierpieniem. Daniel odsunął tę myśl z niemal fizycznym obrzydzeniem. Nie po to poświęcił wszystko, by teraz pozwalać sobie na wątpliwości. W jego głowie istniał już bowiem kolejny projekt.
Nie był to jeszcze pełny plan, raczej zbiór rozproszonych przeczuć, które układały się w coraz wyraźniejszy kształt, ilekroć Daniel analizował przypadek Horsta. Pierwsze stworzenie dowiodło, że śmierć nie stanowi bariery absolutnej, lecz rezultat jego pracy pozostawał daleki od zamierzonej doskonałości. Horst był zbyt słaby, zbyt kruchy, zbyt podatny na zmęczenie. Jego organizm, choć zdolny do życia, wymagał dalszych badań i nieustannego nadzoru. Daniel nie umiał pogodzić się z myślą, że miałby uznać taki wynik za ostateczny. Doskonałość nie mogła być jedynie zdolnością do oddychania, poruszania się i zadawania pytań. Musiała oznaczać coś więcej: równowagę pomiędzy ciałem i umysłem, odporność na chorobę, zdolność do przetrwania, a może nawet uwolnienie od tych wszystkich namiętności, które czyniły człowieka niewolnikiem własnego cierpienia. Nie zauważał, że w jego definicji doskonałości nie pozostawało już miejsca na człowieka.
Octavia znowu pojawiła się w pracowni. Przez moment Daniel nie był pewien, czy naprawdę ją widzi, czy też zmęczenie przybrało wreszcie postać, którą jego umysł mógł rozpoznać.
— Czego chcesz? — zapytał, choć wiedział, że to pytanie nie miało sensu. Octavia zręcznie unikała wszystkich jego pytań.
— Chcę zobaczyć Horsta.
Daniel zasłonił jej drogę.
— Nie możesz go niepokoić.
— Niepokoić? — prychnęła — A co innego ma niby do roboty? Nie wypuszczasz go poza tę śmierdzącą pracownię.
Nie dodała nic więcej. Minęła Daniela i weszła do środka, a on, choć mógł ją zatrzymać, nie uczynił tego. Horst siedział przy stole, zajęty oglądaniem niewielkiego owada, który zabłąkał się do wnętrza przez uchylone okno. Gdy zobaczył Octavię, znieruchomiał. Ona również przystanęła, jak gdyby rozpoznała w nim coś, czego nie potrafiłaby wyrazić słowami. Przez długą chwilę przyglądali się sobie w milczeniu. Nie łączyło ich pochodzenie ani podobieństwo ciał. Łączyła ich jedynie samotność tak pierwotna, że Daniel, choć sam przyczynił się do jej powstania, nie potrafił wyobrazić sobie jej rozmiarów.
— Czy on powiedział ci, dlaczego cię stworzył? — zapytała Octavia
Horst spuścił wzrok.
— Nie.
Daniel poczuł nagły przypływ złości.
— Przestańcie mówić o mnie tak, jakbym nie stał tutaj obok was.
Oboje odwrócili ku niemu głowy. Ich spojrzenia różniły się od siebie, lecz w obu Daniel dostrzegł tę samą uważność, która zaczęła go przerażać: nie patrzyli na niego jak na uczonego ani jak na autorytet, którego należy słuchać. Patrzyli na niego jak na kogoś, kogo próbują zrozumieć, i po raz pierwszy Daniel uświadomił sobie, że nie ma żadnej władzy nad tym, co zobaczą.
— Czy mnie kochasz? Jak syna? — zapytał Horst.
Daniel roześmiał się krótko, sucho, niemal bezgłośnie. Był to odruch obronny, ostatnia próba odwrócenia uwagi od prawdy, która przez wiele dni w nim narastała. Kochać? Nie znał Horsta dostatecznie długo, by mówić o miłości. A jednak wiedział, że ten oczekuje od niego czegoś, czego nie potrafił mu dać. Stworzył go, aby rozstrzygnąć własny spór ze śmiercią, aby udowodnić Freudowi, że się mylił, i aby wreszcie zdobyć coś, czego nikt nie będzie mógł mu odebrać.
— Dałem ci życie — powiedział w końcu. — Czy to nie wystarczy?
Octavia odsunęła się od stołu.
— Nie — odpowiedziała. — Horst, nie pozwalaj mu się tak traktować.
Daniel zażądał, by Octavia wyszła, a Horst wrócił na swoje miejsce, i po raz pierwszy od chwili stworzenia tej istoty przemówił do niej tonem, którego używał dawniej wobec nieposłusznych asystentów.
Przez kolejne dni Horst coraz częściej milczał. Nie prosił już Daniela o wyjaśnienia, nie zadawał pytań i nie próbował nawiązywać rozmowy, gdy Daniel wracał do pracowni po wielu godzinach nieobecności. Ta zmiana powinna była go ucieszyć. Wreszcie mógł pracować bez przerw, bez konieczności tłumaczenia oczywistości, bez poczucia, że ktoś nieustannie obserwuje jego poczynania. Zamiast ulgi odczuwał jednak coraz większy niepokój. Milczenie Horsta na wskroś go przerażało.
Octavia pojawiała się nocą. Nie zawsze wchodziła do pracowni. Czasami Daniel widział ją tylko za oknem, stojącą w ogrodzie pod nagimi gałęziami, z twarzą zwróconą ku oświetlonym szybom. Innym razem zastawał ją obok Horsta, siedzącą na krześle i rozmawiającą z nim półgłosem, podczas gdy on sam, ukryty za drzwiami, słyszał jedynie urywki zdań. Nie wiedział, co sobie mówili, lecz pewnego wieczoru, kiedy wszedł do pokoju bez zapowiedzi, oboje natychmiast umilkli. Horst podniósł wzrok, a Octavia wstała i stanęła obok niego. Nie wyglądali na spiskowców. Wręcz przeciwnie, ich spokój był znacznie bardziej niepokojący.
— Co robiliście? — zapytał podejrzliwie
— Rozmawialiśmy — odparła Octavia.
— O czym?
— O tym, co z nami zrobisz.
Daniel poczuł, że krew odpływa mu z twarzy.
— Nic wam nie zrobię.
Horst spojrzał na niego z wyrazem niemal bolesnego zdumienia. Octavia prychnęła pogardliwie.
— Ale już zrobiłeś. Po co go stworzyłeś, skoro wcale go nie kochasz?
Daniel odwrócił się ku biurku i zaczął zbierać porozrzucane kartki, chociaż nie było w nich niczego, co wymagałoby natychmiastowej uwagi. Musiał zająć czymś dłonie. Musiał odwrócić myśli od tego, że Octavia miała rację, a on nie potrafił już znaleźć żadnego usprawiedliwienia, które nie brzmiałoby jak kolejne kłamstwo.
— Jesteście niewdzięczni — powiedział cicho.
To słowo, gdy tylko opuściło jego usta, wydało mu się odrażające. Przez chwilę zapragnął cofnąć je, lecz było już za późno. Octavia patrzyła na niego gniewnie, Horst zaś spuścił wzrok.
Tej nocy postanowił wszystko zakończyć. W jego umyśle ułożył się plan, który wydawał mu się niemal doskonały: odizoluje Horsta i Octavię, zakończy ich nieprzewidywalne kontakty, przeprowadzi ostatnie badania, a następnie udowodni, że wszystkie dotychczasowe niepowodzenia wynikały z błędów, które można naprawić. Wystarczyło jeszcze trochę czasu. Jeszcze jedna noc, jeszcze kilka obliczeń, jeszcze jeden wysiłek. Daniel znał już tę pokusę, znał ją od dzieciństwa, od dnia, kiedy po raz pierwszy zobaczył matkę umierającą we własnym łóżku. Wówczas przysiągł sobie, że kiedyś znajdzie sposób, by temu zapobiec. Przez całe dorosłe życie nazywał tę przysięgę powołaniem, choć coraz trudniej było mu odróżnić powołanie od obsesji.
Zamknął Horsta w pomieszczeniu przylegającym do laboratorium. Wyjaśnił, że musi zapewnić mu bezpieczeństwo i przeprowadzić doświadczenie, które potrwa zaledwie kilka godzin. Horst nie stawiał oporu. To właśnie najbardziej przeraziło Daniela. Stworzenie pozwoliło zaprowadzić się do środka, usiadło na wąskim łóżku i spojrzało na niego z wyrazem rezygnacji. Przez chwilę patrzył na niego bez słowa. Potem odwrócił się i zamknął drzwi.
Pracownia była ciemna, kiedy wrócił do niej po północy. Daniel zapalił wszystkie lampy, rozłożył notatki i rozpoczął ostatnie przygotowania, nie dopuszczając do siebie myśli, że może popełniać kolejny błąd. Pracował z taką intensywnością, jakby od tempa jego ruchów zależało, czy zdoła wyprzedzić własne sumienie. Nie usłyszał, kiedy otworzyły się drzwi pomieszczenia, w którym zamknął Horsta. Nie zauważył cienia przesuwającego się za jego plecami ani tego, że światło lampy na chwilę zadrżało, chociaż okna pozostawały szczelnie zamknięte. Dopiero gdy poczuł na karku chłodny dotyk, odwrócił się gwałtownie.
Horst stał tuż za nim. Nie wyglądał na rozgniewanego. Jego twarz była spokojna, niemal smutna, a w ciemnych oczach odbijało się światło lamp. Octavia znajdowała się kilka kroków dalej, przy drzwiach, i patrzyła na Daniela z wyrazem, którego nie umiał odczytać. Przez chwilę żadne z nich się nie poruszyło. Daniel spojrzał na otwarte drzwi, potem na Horsta, a wreszcie na swoje dłonie.
— Jak się wydostałeś? — zapytał.
Horst nie odpowiedział od razu.
— Nie zamknąłeś mnie dlatego, że chciałeś mnie chronić — powiedział w końcu.
— Nie rozumiesz. To było koniecznie.
Daniel poczuł, że jego serce zaczyna bić szybciej. Próbował znaleźć w sobie zwyczajną pewność, tę chłodną, wypracowaną przez lata zdolność oddzielania emocji od faktów, lecz po raz pierwszy nie potrafił jej odnaleźć. Octavia stała przy drzwiach jak nieruchomy świadek, a Horst nie sprawiał wrażenia groźnego. Mimo to Daniel drżał ze strachu.
— Odsuń się — powiedział Daniel.
Horst pokręcił głową.
— Nie.
Daniel sięgnął po metalowe narzędzie leżące na stole. Nie miał zamiaru go użyć, przynajmniej tak sobie powtarzał. Chciał jedynie odzyskać przestrzeń, przywrócić porządek, przypomnieć Horstowi, że to on odpowiada za pracownię i za wszystko, co się w niej znajduje. Lecz kiedy stworzenie zrobiło krok naprzód, Daniel cofnął się odruchowo, zahaczając nogą o niski stołek. Utracił równowagę, a narzędzie wypadło mu z dłoni i uderzyło o posadzkę. Dźwięk był krótki i metaliczny.
— Nie podchodź! — krzyknął Daniel.
Horst zatrzymał się. W jego twarzy pojawił się ból, lecz nie cofnął się ani o krok.
— Boisz się mnie.
Daniel rzucił się ku niemu, zanim zdążył zastanowić się nad tym, co zamierzał zrobić. Chwycił Horsta za ramię i spróbował odepchnąć go w stronę drzwi, lecz stworzenie, które dotąd poruszało się niepewnie, zareagowało z nagłą, nieświadomą siłą. Przez krótką chwilę obaj zachwiali się między stołem a biurkiem, przewracając naczynia i strącając na podłogę stos notatek. Daniel usłyszał brzęk tłuczonego szkła, potem własny urywany oddech, a następnie głos Octavii, która wypowiedziała jego imię z takim przerażeniem, jakiego nie słyszał u niej nigdy wcześniej. Próbował się uwolnić, lecz Horst trzymał go mocno. Daniel szarpnął się gwałtownie, potknął o rozrzucone przedmioty i poczuł nagły, ostry ból.
Spojrzał w dół i zobaczył ciemną plamę rozlewającą się na koszuli. Przez moment wydawała mu się jedynie rozlanym odczynnikiem, jedną z wielu plam, które od tygodni pokrywały jego ubranie i ręce. Potem poczuł ciepło, które szybko ustępowało miejsca chłodowi, i zrozumiał, że został ranny. Nie wiedział, w którym momencie ostrze rozbitego szkła przebiło materiał ani jak głęboka była rana. Wiedział jedynie, że nogi zaczynają odmawiać mu posłuszeństwa, a pracownia, tak dobrze znana, nagle oddala się od niego, jakby ktoś przesunął ją na drugi koniec długiego, ciemnego korytarza.
Horst natychmiast puścił jego ramię.
— Danielu?
W jego głosie zabrzmiał strach tak czysty, tak pozbawiony wszelkiej defensywy, że Daniel poczuł niemal nieodpartą potrzebę uspokojenia go. Chciał powiedzieć, że nic się nie stało, że to tylko drobne skaleczenie, że zaraz wstanie i wszystko wróci na swoje miejsce. Przez całe życie uspokajał innych ludzi, nawet wtedy, gdy nie miał żadnej pewności, czy ich cierpienie da się złagodzić. Teraz jednak nie potrafił wypowiedzieć ani jednego słowa. Bezwiednie osunął się na kolana, opierając dłoń o posadzkę, a kiedy spróbował podnieść głowę, zobaczył Horsta stojącego nad nim z twarzą białą jak śnieg.
Śmierć nie przyszła do Daniela z majestatem, jakiego się po niej spodziewał. Nie otworzyły się przed nim żadne podwoje, nie rozległ się żaden głos, który mógłby uznać za wezwanie, i nie poczuł nawet tej osobliwej jasności umysłu, jak gdyby ostatnie chwile miały być łaskawym podsumowaniem całego jego życia. Była jedynie ciemność pracowni, ciężka od zapachu wilgotnego kamienia, chemicznych odczynników i rozlanego atramentu, oraz jego własny oddech, coraz płytszy, rwany, obcy. Wokół niego walały się kartki, nad którymi spędził niezliczone noce, podarte szkice układów nerwowych, zapisy obliczeń i fragmenty teorii, które miały pewnego dnia uczynić go nieśmiertelnym w pamięci świata. Na posadzce leżały odłamki szkła, migoczące w bladym świetle lamp niczym drobiny lodu rozsypane na grobowej płycie. Jeden z nich, wąski i przezroczysty, tkwił w jego klatce piersiowej.
— Danielu…
Głos Horsta zabrzmiał niepewnie, niemal dziecinnie. Daniel poczuł wstyd. Nie mógł znieść myśli, że istota, którą stworzył z taką bezwzględną pewnością siebie, będzie musiała patrzeć na jego upadek. Pragnął powiedzieć jej, że nic się nie stało, że to tylko chwilowe osłabienie, że zaraz wstanie i wszystko wróci do porządku. Nawet teraz, w chwili własnej śmierci, na niczym nie zależało mu bardziej, niż na uspokojeniu wszystkich wokół. Jego usta rozchyliły się jednak bezgłośnie, a z gardła wydobył się jedynie zdławiony oddech, po którym nastąpił kaszel tak gwałtowny, że całe ciało zadrżało, a w ustach pojawił się metaliczny smak krwi. Horst rzucił się ku niemu i uklęknął na zimnej posadzce. Wyciągnął ręce, lecz zaraz je cofnął, przerażony możliwością, że najmniejszym dotknięciem pogłębi ranę. Przez moment trzymał dłonie w powietrzu, bezradne i otwarte. Daniel dostrzegł w tym geście własną dawną nieporadność, lecz także coś jeszcze: troskę, której nie zdołał w Horście zaszczepić żadnym eksperymentem, a która mimo wszystko się w nim rozwinęła.
— Nie bój się — wyszeptał Daniel.
Nie wiedział, czy chciał w ten sposób pocieszyć Horsta, czy też błagał go, aby nie pozwolił mu umrzeć w samotności. Słowa, które tak łatwo przychodziły mu dawniej, kiedy stał nad łóżkami chorych i z wyćwiczoną powagą zapewniał ich, że zrobi wszystko, co w jego mocy, teraz stały się czymś niemal żałosnym. Nie miał już żadnej mocy. Wszystko, co zgromadził przez lata nauki, leżało teraz wokół niego w postaci podartych notatek i rozbitych narzędzi. Horst pokręcił głową. W jego ciemnych oczach zbierały się łzy, a ich widok uderzył Daniela z osobliwą siłą. Nie przewidział ich. Nie przewidział także tego, że stworzone przez niego ciało będzie drżeć z rozpaczy, że obdarzona świadomością istota zapragnie cofnąć własne czyny. W swoich obliczeniach uwzględnił reakcje nerwowe, impulsy, odruchy, granice wytrzymałości i niezliczone zmienne, które miały pozwolić mu przewidzieć zachowanie żywego organizmu. Nie znalazł jednak miejsca na tę prostą, bezrozumną rozpacz, która nie służyła niczemu, niczego nie naprawiała i nie prowadziła do żadnego rozwiązania, a mimo to przepełniała twarz Horsta z siłą większą niż jakakolwiek fizyczna dolegliwość.
— Nie chciałem cię skrzywdzić — powiedział Horst.
Daniel zamknął oczy. Te słowa, tak proste i tak rozpaczliwie niewystarczające, rozdarły w nim coś, czego nie naruszyły dotąd ani ból, ani świadomość zbliżającej się śmierci. Nie chciał, aby Horst go przepraszał. Nie chciał, by wziął na siebie winę, która nie należała przecież do niego. To on nauczył Horsta, że każda próba samodzielności może spotkać się z karą, a potem zdziwił się, że stworzenie, któremu nie pozwolił bezpiecznie dorosnąć do własnej wolności, odpowiedziało na jego gwałtowność gwałtownością. Nie chciał, by pierwszą rzeczą, jakiej nauczył się o świecie, było cierpienie. Daniel spróbował unieść rękę. Każdy ruch wymagał jednak od niego wysiłku, którego nie potrafił już zrozumieć, lecz ostatecznie udało mu się odnaleźć policzek Horsta i dotknąć go koniuszkami palców.
Skóra stworzenia była chłodna. Pod nią kryło się jednak życie, niepodważalne i rzeczywiste, pulsujące w cichym uporze, którego Daniel nie potrafił wyjaśnić żadnym ze znanych sobie praw. Na jego dłoni lśniła krew. Ciemna smuga przecięła jasną skórę Horsta, pozostawiając na niej ślad tak nieprzyzwoicie ludzki, że Daniel przez chwilę nie mógł oderwać od niego wzroku. W tym drobnym znaku zawierało się wszystko, czego nie zdołał pojąć, zanim było za późno. Stworzył ciało, lecz nie stworzył życia w jego najgłębszym znaczeniu. Zdołał przywrócić ruch martwej materii, nadać jej głos i zdolność myślenia, lecz nie potrafił przewidzieć, co stanie się z tymi zdolnościami, kiedy przestaną służyć jego zamiarom. Pragnął wyhodować doskonałość, a tymczasem powołał do istnienia kogoś, kto mógł go skrzywdzić, ponieważ był wolny, choć Daniel nigdy nie zamierzał mu tej wolności udzielić.
— Spójrz na mnie — poprosił cicho.
Horst natychmiast podniósł głowę. Daniel odnalazł jego wzrok i po raz pierwszy nie próbował zobaczyć w nim odbicia własnego geniuszu. Nie szukał już w nim oznak powodzenia własnego eksperymentu, nie próbował odczytywać reakcji źrenic ani oceniać, czy rozwój umysłowy stworzenia przebiegał zgodnie z jego przewidywaniami. Patrzył na Horsta, ponieważ chciał go widzieć, a ta niewielka różnica, tak niepozorna w obliczu całego życia spędzonego na badaniu ludzkiego ciała, przyniosła mu ból głębszy, niż mógłby przewidzieć. Jakże niewiele potrzeba było, aby uczynić z Horsta kogoś bliskiego. I jakże wiele czasu Daniel poświęcił na to, by nie musieć tego dostrzec. Wstyd, który poczuł, był tak głęboki, że zapragnął odwrócić twarz, schować ją w ciemności i nigdy więcej nie oglądać tego, co sam z siebie uczynił. Nie miał jednak siły nawet na taki gest. Pozostało mu tylko patrzeć.
— Jesteś idealny — wyszeptał.
Horst wydał z siebie zduszony szloch, a jego twarz wykrzywiła się tak boleśnie, że Daniel poczuł, jak coś w nim pęka. Pragnął cofnąć te słowa, które wybrzmiewały jak okrutne kłamstwo. Jakże miał przekonać Horsta, że jego istnienie nie było pomyłką, skoro sam leżał przed nim na podłodze, umierając od rany zadanej w trakcie ich ostatniej próby porozumienia? Jak miał go zapewnić, że jest kimś więcej niż potworem, skoro pozostawił mu w spadku jedynie strach, samotność i wspomnienie własnej śmierci? Wszystkie te myśli tłoczyły się w nim bezładnie, a jednak żadna nie zdołała znaleźć drogi na zewnątrz.
— Ale ty umierasz…
Daniel chciał zaprzeczyć. Przez krótką, niedorzeczną chwilę zapragnął podnieść się z podłogi, oprzeć dłoń o stół i udowodnić Horstowi, że śmierć nie ma nad nim władzy, że przecież nie może zakończyć się to w ten sposób, pośród rozbitych przyrządów, w zapachu chemikaliów i krwi, pod spojrzeniem istoty, której istnienie miało być triumfem jego rozumu. Chciał powrócić do dawnych złudzeń, do niezachwianej pewności, z jaką kiedyś rozpoczynał każdy eksperyment. Ale ciało nie słuchało już jego woli. Serce biło nierówno, jak gdyby próbowało przypomnieć sobie rytm, którego nie potrafiło już odnaleźć, a oddech stawał się coraz bardziej nierówny, coraz mniej związany z nim samym. Daniel poczuł, że zaczyna się bać. Nie wielkiej, nieznanej tajemnicy, którą przez lata usiłował przeniknąć, lecz tego, że odejdzie, zanim zdoła naprawić choćby najmniejszą cząstkę wyrządzonego przez siebie zła.
— Wiem, mój drogi.
Uśmiechnął się przy tym słabo, a na widok tego uśmiechu Horst pochylił się nad nim jeszcze niżej, jakby chciał osłonić go własnym ciałem. Daniel nie pamiętał, kiedy ostatni raz nazwał kogoś w ten sposób. Być może nigdy nie wypowiedział tych słów na głos, być może przez całe życie odkładał je na później, przekonany, że czułość można okazać w dogodniejszej chwili, kiedy obowiązki zostaną spełnione, kiedy zyska pewność, że nie wystawia się na śmieszność ani na ból. Teraz nie było już żadnego później. Został Horst, drżący nad nim z twarzą mokrą od łez, i to jedno czułe określenie, które nie mogło go ocalić, ale być może zdołało na moment oddzielić go od grozy, jaką Daniel sam wniósł w jego życie. Chciał powiedzieć mu, że mu wybacza, choć nie było przecież czego wybaczać, chciał prosić o przebaczenie, lecz nie miał prawa go oczekiwać. Pragnął objąć go, przyciągnąć do siebie, ochronić przed widokiem krwi i śmierci, ale jego ręce leżały ciężko na podłodze. Pozostało mu tylko patrzeć na Horsta z tak rozpaczliwą czułością, jakby samym spojrzeniem mógł przekazać mu wszystko, czego nie zdążył nauczyć go słowami.
W głębi pracowni coś cicho zaszeleściło. Octavia stała przy przewróconym regale, z dłońmi splecionymi przed sobą, i patrzyła na nich w milczeniu. Jej twarz, zwykle tak nieruchoma, wydawała się teraz dziwnie krucha, jakby porcelana miała za chwilę popękać pod ciężarem uczuć, których nie potrafiła już ukryć. Nie podeszła. Być może bała się zakłócić tę ostatnią chwilę. Daniel dostrzegł ją kątem oka i przez moment przypomniał sobie noc, kiedy zjawiła się przy jego łóżku, obca, przerażająca i piękna w sposób, który przywodził na myśl posągi stojące w opuszczonych kaplicach. Przyszła wtedy, żądając, by naprawił krzywdę wyrządzoną jej przez stwórcę. Daniel potraktował jej słowa jak wyzwanie, kolejną okazję, by udowodnić własną wyższość. Nie pomyślał, że za jej gniewem kryje się samotność, ani że stworzenie kogoś podobnego do niej nie będzie odpowiedzią na jej cierpienie, lecz jedynie powtórzeniem tego samego błędu.
Wówczas, zupełnie niespodziewanie, ciemność pracowni ustąpiła miejsca wspomnieniu tak jasnemu, że Daniel przez moment nie wiedział, czy to jego umysł próbuje go pocieszyć, czy też śmierć, litościwa tylko w ostatnich złudzeniach, pozwala mu jeszcze raz ujrzeć to, czego nigdy nie potrafił zatrzymać. Zobaczył Karymsk, żółtawą stepową trawę pochyloną pod ciężarem rosy i niebo rozciągające się nad ziemią w bezchmurnym, obojętnym spokoju. Leżał obok Azelana, tak blisko, że czuł ciepło jego ciała i ciężar głowy spoczywającej na własnym ramieniu. Pamiętał, jak bardzo pragnął wówczas, aby czas się zatrzymał. Azelan był obok niego, a sama jego obecność wystarczała, by świat wydawał mu się choćby i odrobinę bardziej znośny. Daniel nie musiał zasługiwać na tę chwilę. Nie musiał jej wyjaśniać. Mógł po prostu pozwolić sobie na bliskość drugiego człowieka. Jakże naiwnie musiał wyglądać wtedy we własnych oczach, gdyby wiedział, ile lat później spędzi na wspominaniu tamtego popołudnia, jak długo będzie próbował odtworzyć w pamięci dokładny ciężar głowy Azelana na ramieniu, ciepło jego skóry i ten spokój, którego nie umiał wówczas docenić.
— Azelan… — wyszeptał mimowolnie.
Imię zabrzmiało w jego ustach niezwykle żałośnie. Horst pochylił się jeszcze niżej, próbując usłyszeć każde słowo.
— Azelan…Czy mam go znaleźć? Czy on ci pomoże?
Daniel poruszył głową, lecz nie potrafił powiedzieć, czy chciał zaprzeczyć, czy skinąć na zgodę. Nie miał prawa obarczać go własną tęsknotą, tak jak wcześniej obarczył go pragnieniem doskonałości i ciężarem oczekiwań, którym nikt nie powinien być zmuszony sprostać. Przede wszystkim zaś nie miał prawa oczekiwać, że Azelan będzie jeszcze chciał go zobaczyć. Gdzieś poza tą pracownią istniał świat, który Daniel bezpowrotnie porzucił. A jednak myśl o Azelanie, żyjącym gdzieś poza tym przeklętym pomieszczeniem, przyniosła za sobą tak gwałtowną tęsknotę, że Dworakowski poczuł, jak łamie mu się serce. Chciał jeszcze raz usłyszeć jego śmiech, dotknąć jego dłoni, powiedzieć mu wszystko, czego nie powiedział, zanim duma i strach uczyniły z ich miłości ruinę. Chciał przeprosić go nie za jedno odejście, lecz za wszystkie te lata, w których udawał, że nic się między nimi nie wydarzyło. Ale Azelana tutaj nie było.
Był tylko Horst, który trzymał jego dłoń, i Octavia, która patrzyła na niego w milczeniu. Daniel zrozumiał, że właśnie tak będzie wyglądał jego koniec: nie wśród uczonych, którzy zapiszą jego nazwisko na kartach historii, nie przed zgromadzeniem ludzi, którzy uznają jego odkrycia za triumf ludzkiego rozumu, lecz wśród dwóch istot, którym tak wiele obiecał, ostatecznie nie umiejąc dać im szczęścia. Nie zostawił po sobie rozwiązania zagadki śmierci. Zostawił Horsta z winą, której ten nie powinien był dźwigać, Octavię z kolejnym niespełnionym pragnieniem i Azelana gdzieś daleko, z przekonaniem, że nigdy nic dla niego nie znaczył. Całe jego dzieło, wszystkie bezsenne noce, wszystkie zapiski i eksperymenty, cała ta zaciekła walka z granicą, której nie chciał uznać, sprowadziły się do świadomości, że nie ma już niczego, co mógłby naprawić.
Daniel uśmiechnął się niepewnie. Bał się. Bał się ciemności, która gęstniała na obrzeżach jego wzroku, i ciszy, która z każdą chwilą zdawała się oddalać go od świata. Bał się, że po śmierci nie pozostanie po nim nic poza błędami, których nie zdążył naprawić. Bał się, że Azelan nigdy nie dowie się, jak bardzo był kochany, i że ta miłość, niegdyś tak żywa, nie pozostawi po sobie niczego poza pustką. Nie czuł się zwycięzcą. Przeciwnie, nigdy wcześniej nie rozumiał tak wyraźnie, jak wiele zmarnował, jak wiele zniszczył, jak daleko odszedł od tego, kim pragnął być. Nie odnalazł odpowiedzi. Nie zyskał przebaczenia. Nie przestał żałować. Po raz pierwszy jednak nie próbował ukryć się przed prawdą, że jego życie było nie tylko pasmem odkryć i porażek, ale również historią człowieka, który zbyt często mylił miłość z odpowiedzialnością, odpowiedzialność z kontrolą, a strach przed utratą z wymówką, by porzucać wszystkich wokół.
Uniósł dłoń po raz ostatni. Krew na jego palcach zdążyła już ostygnąć, gdy przesuwał delikatnie kciukiem po horstowym policzku. Chciał zapamiętać chłód skóry, ciemność oczu, drżenie ust i łzy, które zatrzymywały się na dolnej powiece. Chciał zapamiętać go nie jako własne dzieło, nie jako odpowiedź na pytanie, które przez lata nie dawało mu spokoju, lecz jako osobę, której nie zdążył okazać wystarczająco wiele czułości. Był to gest bezużyteczny wobec praw natury, pozbawiony znaczenia dla wszystkich jego obliczeń, niezdolny ocalić choćby jednej komórki jego ciała. A jednak właśnie w tej bezużyteczności było coś, czego Daniel nie potrafił już odrzucić. W ostatnich chwilach życia nie próbował niczego zdobyć ani udowodnić. Nie szukał sposobu, by przetrwać. Nie chciał uczynić ze śmierci kolejnego przeciwnika, którego należy pokonać. Potem jego ręka bezwładnie osunęła się z policzka stworzenia. Horst chwycił ją natychmiast, przycisnął do siebie obiema dłońmi i pochylił się nad nią, jakby mógł ogrzać ją własnym ciałem, jakby mógł w ten sposób tchnąć życie w umierającego mężczyznę. Daniel próbował jeszcze zaczerpnąć powietrza. Jego usta rozchyliły się nieznacznie, ale nie wydobyło się już z nich żadne słowo. Głowa przechyliła się na bok, a ostatni oddech opuścił jego ciało. Horst wpatrywał się w twarz Daniela, czekając na najdrobniejszy znak, na drgnienie powieki, na ruch ust, na powrót oddechu. Nie chciał zrozumieć tego, co widział.
Lampy rzucały na ściany długie, drżące cienie, a wiatr, przedzierający się przez nieszczelne ramy okien, poruszył kartkami rozrzuconymi po podłodze. Jedna z nich przesunęła się aż pod nieruchomą dłoń Daniela. Widniało na niej kilka linijek obliczeń, zapisanych drobnym pismem, i niedokończone zdanie dotyczące możliwości przedłużenia ludzkiego życia. Atrament rozmazał się pod kroplą wody, która spadła z sufitu, a litery zaczęły rozpływać się w ciemną, bezkształtną plamę. Nikt nie zwrócił na to uwagi. Horst nadal trzymał dłoń swojego stwórcy, niezdolny jej puścić, a Octavia stała w milczeniu pośród ruin laboratorium. Noc nie przyniosła żadnej odpowiedzi. Nie było świadków, którzy mogliby opisać ostatnie odkrycie Daniela, nie było uczonych, którzy zapiszą jego nazwisko na kartach historii, ani nikogo, kto zdołałby uczynić z jego śmierci coś większego niż to, czym w istocie była: końcem człowieka, który pragnął ocalić wszystkich, a nie potrafił ocalić nawet i siebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz