Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Niebezpieczni przestępcy uciekli z więzienia na miotłach przemyconych w torcie
Novendyjska policja poszukuje trójki groźnych przestępców, którzy w miniony weekend zbiegli z zakładu karnego pod Stellaire w sposób tyleż zuchwały, co – zdaniem śledczych – „uwłaczający regulaminowi zakładu”. Miotły, na których dokonano ucieczki, przemycono do celi wewnątrz olbrzymiego tortu urodzinowego, dostarczonego przez pracownika usługi Lisek, dowożącej zakupy online. Co gorsza, jak ustalono, były to modele wyścigowe – szybkie, zwrotne i doskonale znane z nielegalnych wyścigów. „Od dawna mówiłem, że ta subkultura skończy się w więzieniu,” komentuje zmęczony rzecznik policji. „Nie sądziłem, że dosłownie z niego wystartuje. Jedyne dobre to to, że tort był wyśmienity.”

Nagłówek

18 października 2026

Od Muunokhoi – Halloween
Nature does her best to waken an impossible hope

Z imieniem przodków na ustach zostawiam za sobą życie i stawiam czoło rozkładowi.
Ludzie mówią, że ziemia się trzęsie, ilekroć dolina połyka kolejne zwierzę, bo to miejsce nie jest częścią Matki, nie jest częścią niczego, co mój lud uznaje za święty step duchów naszych przodków. Matka płacze, drży i jak ranna wilczyca wyje późną nocą do głuchych gwiazd, z wyszarpanym przez obcą siłę biodrem, w którym jeszcze niedawno biło ciężkie serce koni, kóz, wielbłądów, psów, ptaków, saren. Odeszły nasze ranne zwierzęta, a koczownicy wypasający trzodę na zachód od doliny wiążą pięcioma węzłami poły jurty, modląc się do pradziadów i prababć, których imion wcześniej nie znali. Szamani wierzą, że piasek na południowej pustyni wypisuje we wiecznie ruchomych ziarnach nasze grzechy, gdy kości rannych bestii zdążą już obrosnąć trawą, przepaść w dzikości doliny, lecz to tylko słowa zasłyszane od duchów w Krainie Nieba, na tyle jednak trwożne, że powtarzane z ust do ust, ku przestrodze.
Ludzie mówią, szamani wierzą, duchy szepczą, nikt bowiem doliny nie zwiedził ani grzechów w piasku nie ujrzał, ja zaś jestem już jedną nogą za granicą obcego świata i rzucam wyzwanie przeklętej mogile.
Wyobrażałam sobie smród zgnilizny chwytający mnie za gardło po przejściu pierwszych kroków w dół zbocza, gotowałam się na odparcie stada spaczonych głodem starego mięsa wilków albo przeklętych duchów nawiedzających wyschnięte koryto rzeki, lecz jedyne, co mój nieprzyjazny wzrok dostrzega, a czego rozum nie pojmuje, to spokój pokrywający bujną zieleń doliny niczym pogrzebowy całun, pod którym już nic nie oddycha, nic się nie rusza, trwa w swym jednakowym, martwym kształcie, co kiedyś nosił uśmiech na twarzy i śpiewał przy szamańskim ognisku. Nie harcuje w drzewach wiatr, nie gra on na skalistych piszczałkach szczytów, nie zgina traw, szerokim łukiem owiewa wzniesienia i zabiera chmury ze sobą, przez co nad głową mam wciąż to samo, jednokolorowe niebo, jakby Ojciec pokrytym bielmem okiem patrzył na dolinę i jej nie dostrzegał. Kroczę po tym obumarłym ciele, przyglądając się wyrastającym z ziemi, mlecznym kościom wyczyszczonym z resztek swego istnienia. Patrzę w puste oczodoły końskich czaszek, ale nie ma w nich potępienia, nie ma bólu, gdy źdźbła czule obrastają ostre krawędzie kości, a kwiaty pochylają się nad kruszącymi się nosami jak oddani po wieczność żałobnicy. Łagodność tego miejsca niepokoi mnie i otępia, gdyż zbyt wiele czasu zajmuje mi zrozumienie, dlaczego tak się dzieje.
Zamilkły głosy duchów.
Znalazłam się w przestrzeni poza granicami Nieba i Ziemi, w odciętym zakole rzeki duchowej energii, w ciemności straszliwszej od lochów książąt demonów, nie ma bowiem strachu w śmierci, która nie jest końcem, lecz właśnie stanęłam na krawędzi stepu i spojrzałam w pustkę, pustka zaś obojętnym wzrokiem wejrzała we mnie.
Przodkowie świadkami, że się boję. Nie tak, jak bałam się przed mymi próbami w obliczu duchów Panteonu, ale jak dziecko porzucone we mgle, wpatrujące się w srebrzysty talerz księżyca i nasłuchujące bezradnie stepu wyciągającego łapy po to, co do niego należy. Moja dusza tętni nagłym, szczerym strachem i gna w przeciwną stronę, więc wiążę pętlę na niej, wprawną dłonią zaganiacza zmuszam, by szła dalej, bo zwierzęta powinny wiedzieć lepiej, niż konać w złudnie kojących objęciach doliny i odchodzić w nieistnienie, a jednak pas z ich kości pęcznieje żerdziami żeber, trawa spija szkarłat z ran, dolina połyka energię. Niebyt ponad Niebo – szaleństwo, które muszę poznać.
Koryto rzeki, upiornie puste jak kość z wyssanym szpikiem, prowadzi oko ku pustynnemu czerepowi nawarstwiającemu się łukiem nad zielenią doliny. Piaskowe wydmy wgryzają się stępionymi kłami w ziemię, lecz ich głód zna granicę oddzielającą bezruch trawiastych zboczy od daremnie szukających domu ziaren. Pustynia żyje wraz z doliną w niepojętej harmonii, wczepione są w siebie jak dwa psy gryzące nawzajem swe ogony, lecz zarazem kładące się obok siebie do snu dla ciepła. Nie ma tu zwycięzcy w ciągłym wyścigu natury o przetrwanie. Są dwa ciała, oba tak samo martwe, złożone we wspólnej mogile zapomnianej przez samo słońce, Ojca i Matkę.
Pytam samą siebie, kto mógłby patronować czemuś tak bezdusznemu…
…a on przybywa jak na wezwanie mych myśli.
Chcę wierzyć, że to ziemia się trzęsie, a nie że ciało poddaje się instynktowi, że serce dudni jak bęben mający zaraz pęknąć. Trwam ścięta lękiem starszym od mego ludu, z odważną maską witając poruszenie w piaszczystym zboczu. Pojawiło się nagle, jakby zawsze tam było i nie czekało wcale na mnie. Jestem tylko ziarnem, co przeżyło powstanie i upadek dwóch wydm, zanim doturlało się nie z własnej woli pod to zbocze, jestem tylko ziarnem, tylko ziarnem… powtarza zgnieciony przerastającym go ogromem umysł, gdy piasek się wznosi, a ja staję w obliczu ciemności.
Jest to ciemność pierwotna, pamiętająca ciszę przed narodzeniem się pierwszego dźwięku, pustkę przed powstaniem myśli, widzę czarną materię bez gwiazd, bez życia, bez woli i uległości, i widzę, jak mały jest step, jak mała, nieistotna jestem ja, stojąc pod łaską czegoś starszego niż Niebo. Żółć podchodzi do gardła, ta paniczna, błaha reakcja, gdy próbuję sięgnąć wzrokiem poza pustkę i dostrzegam rzędy cieńszych od igieł kłów skąpanych w cuchnącym jadzie. Piasek zsuwa się kaskadami z robaczej, zastygłej w czasie powłoki, szepcze: sssszursssszikhiileel. Dźwięk nic nie znaczy, ale i tak się w niego wsłuchuję, aż dźwięk staje się zniekształconym słowem z naszego języka. Przemoc.
Olgoj-chorchoj przemawia:
— Czy chcesz umrzeć?
Jego głos pochodzi spod ziemi, z nieba, ze wzgórz, z lasu, z mojego własnego serca, jest to ton, z jakim ziemia ociera o siebie swoje płyty, z jakim matka rodzi młode i z jakim upada wiekowe drzewo. Jakby to dolina mówiła do mnie jego słowami, gdy on trwa w swym skamieniałym zawieszeniu.
— Jak śmiesz — cedzę przez zęby. Jestem tylko zwierzęciem mającym za plecami ścianę, więc skaczę do ataku, pozbawiona drogi ucieczki, poczucia straty. Jedyne, co jeszcze ma znaczenie, to życia oraz dusze, które przysięgałam chronić.— Jak śmiesz patronować tej pustce, posyłać te duchy w nieistnienie, pożerać ich energię? Jak śmiesz pytać o moją duszę?
Olgoj-chorchoj stoi obok czasu długo po tym, jak dolina pożarła już echo mego gniewu. Stara ciemność zagłębia się z powrotem w piasek, zostawiając mnie bez odpowiedzi, choć z poczuciem, że źle zadałam pytania.


Przesypiam noc w dolinie pod obdartym z gwiazd niebem.
Przed zaśnięciem długo patrzyłam na wyjście z tego przeklętego miejsca, ważąc w duszy odejście, przekazanie dalej tego, co ujrzałam, lecz nie godzę się na opowiedzenie połowy historii, niedopełnienie mego obowiązku wobec świata. Przyszłam tu z ręką zaciśniętą na broni, ale zaścielające zbocza kości nigdy nie prosiły o obrońcę, leżąc spokojnie w trawie zimnej i nieruchomej, jak z lodu wykutej. Każda śmierć jest opowieścią, a ja ośmielę się nazwać jej najwierniejszym słuchaczem, przemierzając dolinę wzdłuż i wszerz, wyczytując ze szkieletów słowa nieznane Niebu.
Dostrzegam rzeczy, których bodaj nie chciałam dostrzec przy pierwszym zejściu. Psie kości spoczywają pod krzewem, skulone do nieprzerwanego snu, z czaszkami ułożonymi na zgiętych łapach. Jednak psy te musiały kulawo dojść do doliny, bo pęknięte kikuty szczerzą się do mnie niewyobrażalnym bólem, wyglądają na doświadczone siłą topora, te ucięte przy nadgarstku mogą być dziełem zwykłego noża. Wiem, że niektóre ogony nie leżą na zboczu, że oddech był torturą przy pogruchotanych kamieniami żebrach, że krew gęsto kapała z pozbawionego zębów pyska. To jedynie początek okrucieństwa, gdy idę dalej i oglądam nienaturalnie wygięte, końskie nogi, połamane grzbiety wielbłądów, przetrącone szyje saren. Rozpoznaję ludzką rękę zbyt dobrze w każdej kości.
Mimo cierpienia, które czuję jak własne, mimo złamań, które wykręcają mi wnętrzności, śpiące szkielety kończą swe historie jednym: już dobrze. Nie wiem, co to znaczy, a raczej nie chcę tego przyjąć, jednak wzrok nieposłusznie kieruje się znów na zmaltretowane kończyny i moja niewiara w niebyt słabo czołga się przez dolinę.


Liczę w głowie upływający czas i tracę rachubę po tygodniu. Olgoj-chorchoj wyłania się co dzień z piasku i co dzień zadaje mi to samo pytanie.
— Czy chcesz umrzeć?
— Dlaczego zgadzasz się na nieistnienie? — odpowiadam, jak co dzień, jednym z wielu moich pytań, nie spodziewając się odpowiedzi.
Wtem piasek przesuwa się z szeptem zapomnianych głosów, dolina wciąga zastałe powietrze w martwe płuca. Ja również bezwolnie wstrzymuję oddech. Czekam cierpliwie, chociaż jestem tylko ziarnem w ciemności, niezdolnym pojąć wieczności trwania.
— Dla nich — słowa padają powoli jak wybijane kolejno dźwięki na mosiężnym gongu — już nie ma niczego.


Do doliny przybył koń.
Jego wychudzone boki pociemniały potem obrysowującym ciężkim cieniem żebra. Porusza chrapami, a skrzepy krwi pękają boleśnie na jego skórze. Łypie na mnie niewyraźnie ciemnym okiem, ja zaś czuję wyłącznie spokój, pewność, że tak musi być, nie mam jednak pojęcia, skąd biorą się te uczucia. Może zawsze we mnie tkwiły, tak jak Olgoj-chorchoj zawsze przemierzał bezkres pustyni, wiercąc w piachu swoje leże. W ludzkim odruchu zwyczajnie odwracałam wzrok od prawdy.
Krew z wielu niesprawiedliwych ran wsiąka w glebę. Kap, kap, kap. Kropla za kroplą, krokiem za krokiem, ku nieistnieniu.
Strzały wystają pióropuszem z zapadniętego grzbietu, wycięta myśliwskim nożem mapa krzywd ciągnie się od łopatek po słabiznę. Powinien paść tam, gdzie stał, lecz obumarłe ciało spełnia ostatnie życzenie końskiej duszy i zabiera ją pod wydmę w dole doliny. Olgoj-chorchoj objawia się przed wierzchowcem, a opadająca powieka zwierzęcia drga niekontrolowanie, wreszcie unosi się ostatkiem sił. Czułe oko patrzy i nie ma w nim bólu, nie ma żalu, nie ma cierpienia. Nie ma niczego, jak powiedział Olgoj-chorchoj, bo nicość wchłania wspomnienia, nicość koi, gdy Niebo staje się dla serca przedłużeniem brutalności.
Jad ześlizguje się z igły, kropla spada na czubek miękkiego łba.
Dar Olgoj-chorchoja wgryza się w mięśnie, które kochały galop, zjada grzywę rozwianą na wietrze, gładzi sierść ostatecznym dotykiem, łagodniejszym od wszystkiego, co cienka skóra zaznała za życia. Czysty szkielet układa się do snu w cichej, martwej dolinie.
— Czy chcesz umrzeć?
Milczę, ale jest to milczenie zrozumiałe przez pradawną ciemność, przypominające ciszę przed stworzeniem. Olgoj-chorchoj zwija się w pętlę i znika w piasku pustyni, a ja zauważam, jak stare są pierścienie jego ciała, pobrużdżone czymś silniejszym od wiatrów Matki, ospale poruszające się z wyczerpaniem rodzica doświadczonego zbyt wieloma śmierciami własnych dzieci. Ile jeszcze?


Tym razem jestem gotowa.
Stoję na skraju pustyni, omiatając spojrzeniem rozmyty gorącem horyzont i nie czuję strachu. Już nie.
Piasek szepcze, Olgoj-chorchoj pyta:
— Czy chcesz umrzeć?
Wszechświat przemówił, ja zaś nie słuchałam, samolubnie sądząc, że kiedykolwiek chodziło o mnie, o moją duszę i znieważenie Nieba. Olgoj-chorchoj obserwuje przemijający czas, tak jak obserwował zrozumienie kiełkujące w ziarnie.
Czy chcesz przyjąć na siebie ciężar żyć pokrzywdzonych ludzką ręką, niezdolnych marzyć o Niebie po ujrzanych okrucieństwach? Czy chcesz udzielić im absolutu nicości, gdy będą prosić, by doznaną brutalność oddać w niebyt, by zniknąć, gdy istnienie ich przerasta? Czy chcesz umierać raz za razem z nimi, lecz ty nigdy naprawdę nie umrzesz, nosząc ze sobą dłużej niż po kres świata ich ból i złamaną duszę? Bo gdy ja, Olgoj-chorchoj, odejdę sam w nieskończoną drogę przez zapomnienie, będąc zbyt zmęczonym, by znieść dalszy ból doliny, nie zostanie po mnie nikt, kto wysłucha ich cierpienia.
Teraz to ja mam dla niego odpowiedź.
— Tak — mówię bez drżenia, obawy. Spokój mój pochodzi z głębi, której nie próbuję już badać, zduszając w sobie pozbawiony znaczenia odruch walczący przeciw temu poczuciu. Jestem teraz niczym, bym mogła stać się wszystkim.
Wyciągam dłonie i świat wali mi się na głowę, gdy Olgoj-chorchoj pochyla robacze ciało nade mną, zgadzając się na przyjęcie zasad bytności na tę krótką chwilę. Rzędy igieł wbijają się w moje ręce, ale nie wzdrygam się przez ból, witam go z pewnością, jakiej nie czułam od narodzin. Jad syczy na moich obojczykach, spala włosy, karmi się moimi wspomnieniami, ciałem kobiety, duszą szamanki, ludzkim sercem, po swoim przejściu zostawiając istnienie pozbawione ram, gdyż nie można umysłem określić czegoś, co było tu przed stworzeniem tegoż umysłu. Coś, co kiedyś było niczym, robi ostatni krok w paszczy robala, po czym znika w prastarej pustce.
Myśl rozciąga się z krzykiem i pęka w spalone fragment, myśl nie jest już bowiem rzeczą zdolną określić przepych historii zamkniętej w pustce. Z niczego rodzi się wszystko i towarzyszy temu niezmienna udręka rządząca każdym powołaniem dzieła bądź tkanki do zaistnienia. Męczarnia trwa po wieczność, aż kończy się nagle, niespodziewanie, to tylko kolejny fragment ciemności, kolejne ziarno w pustyni ciągnącej się po horyzont początków.
Martwe płuca doliny świszczą.
Głos przemawia przez skały.
Zwierzęta schodzą ze zboczy.
Mój dar ich oczekuje.

Cytat w tytule: Algernon Blackwood – The Dance of Death

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz