Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Medwia: Mężczyzna pokłócił się z niedźwiedziem o borowika
Mieszkaniec wsi pod Miedwogradem trafił na izbę przyjęć z licznymi zadrapaniami i, jak sam to ujął, „nadszarpniętą dumą”. W czwartek rano, podczas grzybobrania, mężczyzna natknął się na wyjątkowo okazałego borowika, którego w tej samej chwili upatrzył sobie niedźwiedź. Postanowił bronić znaleziska, powołując się na zasadę „kto pierwszy, ten lepszy”. Niedźwiedź tego argumentu nie uznał. „Godło kraju czy nie godło, ja go zobaczyłem pierwszy” – upiera się poszkodowany, który mimo obrażeń nie zamierza rezygnować z grzybobrania. Leśnicy przypominają, że jesienią niedźwiedzie intensywnie gromadzą zapasy przed zimą i nie są skłonne do negocjacji.

Nagłówek

03 listopada 2026

Od Bernarda – Wina

To był jeden z tych dni, który od samego początku był po prostu zły. Zdarzały się one Bernardowi coraz częściej – każdego roku, gdy temperatura spadała, a liście zmieniały kolory, humor Bernika również stawał się, no cóż… mniej przewidywalny. Jak jesienna pogoda.
Wstał z łóżka lewą nogą – dosłownie i metaforycznie – by potknąć się o rozwalone na podłodze mieszkania pranie. Świetnie. To wina tego, że poprzedniego dnia poszedł spać o wiele za późno. Jakaś głupia, nic nieznacząca strona internetowa wstawiła wywiad z Arthurem i Bernard przez wiele godzin kręcił się w łóżku, wciskając paznokcie w koc, żeby tylko nie rozerwać (kolejnej) poszewki.
Zarówno kawa, jak i pasta do zębów mu się kończyły. To oznaczało, że będzie musiał wybrać się na zakupy. Najgorzej, bo Bernard nienawidził zakupów. Kontakt z ludźmi, przepychanie się w ciasnych alejkach, te pierdolone pudła i palety rozpierdolone na każdym rogu… Jeszcze wnoszenie ciężkich toreb na ósme piętro, bo winda znów nie działała od kilku dni. Tu winny był ten stary dziad z trójki, który cały czas napierdala w guziki swoją laską, a jego wielki pies czy chuj-wie-co-za-pupilek obciera się o konsole i zostawia sierść praktycznie wszędzie.

Pogoda była chujowa. Lepki deszcz, niby wystarczająco drobny, że nie trzeba było zasłaniać się kapturem, ale szybę auta zasłaniała warstwa kropel, robiąc z drogi przed Bernardem mozaikę świateł. Dojechał do Łuny, ale później, niż planował. Jeszcze na jedynej stacji radiowej, której łapał zasięg, leciał wkurwiająco improwizowany jazz. Już wolałby chyba, żeby puszczali SZCZENIAKA… Nie, nie wolał. Jednak nie. Zdecydowanie nie. Na samą myśl o głosie Arthura, o skradzionych z notesów riffach, o fałszywych obietnicach trzymania się przesłania zespołu…

Wina zawsze musiała spaść na kogoś. Tak już było na świecie. Za rozwodem z Mathilde niby, według papierków i samej Matti, nie stał Bernard, ale on dobrze wiedział. To samo z zespołem. Kto inny rozpierdalał atmosferę na każdej próbie, kto niszczył instrumenty, tylko żeby wkurwić menadżerkę i firmę? W sumie Bernik nie robił tego bez powodu. Nie. To była wina Arthura. Bo był wkurwiający. Bo był samolubny, chciwy i wkurwiający. Skurwysyn teraz pewnie objadał się jakimiś truskawkami w czekoladzie, sardynkami pokrytymi złotem czy innym gównem. Jebać chuja. Sprzedał duszę i zespół za świecenie mordą na billboardach.
Ale tak to było z winą. Ktoś musiał ją ponieść. Ktoś musiał być tym winnym, powodem, tym, na kogo padają obrzydzone spojrzenia, kto jest wytykany palcami. W przypadku DZIKIEGO SZCZENIĘCIA był to Bernard. Pewnie większość fanów tak uważała. Może zdarzył się jakiś pojedynczy ktoś, kto nadal wierzył w to, że Bernik nic złego nie zrobił i naprawdę go wykopali za to, że próbował trzymać się morałów, które tak bardzo prawili od rozpoczęcia zespołu?
Znaczy się, nie to, że Bernik nie zrobił nic złego. Bo złego dużo mu się udało zrobić. Ale z reguły była to wina tego pierdolonego Wilka. Gdyby nie on, gdyby nie to jedno wyjście do klubu (tu akurat winny był sam Bernard, to potrafił przyznać), może wszystko byłoby inaczej? Byłby spokojny, ustatkowany. Nie miałby problemów ze wściekłością, z niepanowaniem nad emocjami, nad własnym pierdolonym ciałem…

Bernard westchnął. Ten dzień był zły. Jego myśli galopowały szybko i nieprzerwanie, przyprawiały go o pulsujący ból głowy. Czas się odmóżdżyć na chwilę.
Łuna była pusta jak praktycznie zawsze. Bernik rozsiadł się więc na krześle, wyciągnął telefon i kliknął ikonkę chirpera. Może czytając debilne opinie ludzi, trochę lepiej mu się na duszy zrobi. Że chociaż sam nie jest aż taki głupi. Przynajmniej nie zawsze.

Znowu jakiś dyskurs o to, czyją winą był kryzys w jakimś państwie. Przez kogo ten celebryta zdradził partnerkę. Kto powinien używać jakiego dezodorantu, czy dziecięca zabawa w syreny na basenie jest syrenofobiczna. No cóż, normalny dzień na chirperze. Przez chwilę kusiło go, żeby pogrzebać w tagu SZCZENIAKA, albo wyszukać nazwisko któregoś z członków zespołu, ale postanowił, że nie będzie sobie niszczył dnia jeszcze bardziej. Teraz był w takim dobrym poziomie wkurwienia. Ustatkowanym, uspokojonym. Mógł się powierzchownie podenerwować o głupoty z internetu, ale żadnego faktycznego poważnego stresu. Nie planował zadusić pierwszej lepszej osoby, która przejdzie przez próg Łuny.

Wrócił do scrollowania. Z każdym przeciągnięciem palca kortyzol spadał mu coraz niżej, aż nawet w sumie nie martwił się aż tak wizją zakupów. Dopóki nie natrafił na posta, który zagotował mu krew. Przeklął siarczyście, zacisnął telefon w dłoni (prawie nim rzucił), zazgrzytał zębami.
– Nosz kurwa ja pierdolę. Chuj jebany. Co za gówno.
Jak tylko ochłonął, wysłał posta do rozmowy dzielonej z Ilarą i Asherem (nie nazwali groupchatu w żaden sposób. Bo po co? Nie mieli jakichś dwunastu lat albo co. Widać było i A i I, i od razu Bernik wiedział, do kogo pisze wiadomość).

Asher, Ilara

Czy da się usunąć tego posta?

Wkurwił mnie.

Ilara

Czemu?

Zaspojlerował mi dzisiejsze wordle.

Asher

Zgłaszam jego konto.


Wina zawsze musiała spaść na kogoś. Zawsze był ktoś winny danej sytuacji. Chirper to wiedział, Bernik to wiedział. W tym przypadku humor Bernarda nie był zły bez powodu. Bez winy. Nie. Winnym zdecydowanie był ten chujek, który w środku dnia, bez żadnych oznaczeń, zapostował wynik wordla.
Na szczęście idea Ashera zadziałała – jak we trójkę zgłosili konto, to zniknęło ono z tablicy Bernarda. Dzięki Bogom. Przynajmniej winny dostał swoją karę. A Bernik znalazł inną codzienną łamigłówkę, którą mógł rozładować emocje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz