Słońce wyglądało nieśmiało zza horyzontu, witając świat swymi promieniami. Oświetlało ciągnące się kilometrami pola, pojedyncze drzewa towarzyszące przy niektórych drogach, domy oddalonych od siebie wiosek, a także biały autobus, płynnie sunący ulicą. Kierowca siedział rozluźniony, bębniąc palcami o kierownicę w rytm starych piosenek, których dźwięki spokojnym strumieniem płynęły z radia. Za nim miejsca w autobusie zajmowało tylko kilka osób. Nikt z nich się nie odzywał, nikt nie rozmawiał przez telefon, każdy zatopiony w swoich myślach. Jeden uczeń jeszcze dosypiał, nim będzie musiał udać się na lekcje. Nawet dla niego było wcześnie, ale dlaczego już teraz jechał do szkoły, to w tym otoczeniu pozostawało jego sekretem.
Autobus wreszcie dojechał do ostatniego miasta na swojej trasie. Minął świeżo postawiony kompleks handlowy, pojechał prosto na rondzie, wcześniej powitany z oddali przez elewator, który był punktem orientacyjnym dla każdego dziecka wracającego ze szkolnej wycieczki. Prześlizgnął się pod mostem z torami, po których akurat leniwie toczyła się lokomotywa z bagażem w postaci kilkunastu wagonów towarowych. Zatrzymał się na przystanku przy starej, nieczynnej już mleczarni, wypuścił średniego wieku mężczyznę. Po minięciu małej stacji kolejowej skręcił w lewo, od razu na most. Siedząca przy oknie kobieta zrobiła szybkie, niestety rozmazane zdjęcie włochatemu owczarkowi, który urwał się właścicielowi ze smyczy i cały rozradowany wskoczył do płytkiej rzeki.
Wreszcie autobus zawitał w centrum i zatrzymał się na dworcu. Pasażerowie zaczęli wysiadać, uczeń wciąż spał, ale wtem został przez kogoś obudzony. Otworzył oczy, zamrugał parę razy, pospiesznie się rozejrzał. Dostrzegł tylko zakapturzoną sylwetkę wysiadającą środkowymi drzwiami, która równie szybko zniknęła mu z umysłu, co z pola widzenia, gdy sam w pośpiechu wypadł na zewnątrz i popędził w stronę najbliższego skrzyżowania.
Autobus odjechał z przystanku, by zatrzymać się na kolejnym. Zabrał czekające osoby, po czym pojechał, rozpoczynając kurs od nowa.
Na dworcu została tylko jedna osoba. Szczupła dłoń złapała za kaptur bluzy, pociągnęła go w dół, odkrywając czarne słuchawki nauszne oraz przycięte na wolf cut, ciemnobrązowe z wiśniowymi dolnymi kosmykami i fragmentem grzywki włosy.
Cheoryeon wykonał nieco głębszy wdech.
Dworzec bardzo się zmienił, odkąd ostatni raz go widział. Wcześniej to było tylko kilka przystanków, każdy z osobnym daszkiem, i mała budka, gdzie się kupowało bilety. Teraz stał porządny budynek z wielkimi oknami i białym napisem: „Strumnik”.
Tak, znajdował się właśnie w rodzinnym mieście BenJohna.
Skąd pomysł na taką wycieczkę? Szczerze mówiąc, nie umiał sam dokładnie odpowiedzieć na to pytanie. Obiecał sobie, że już nie będzie zbyt dużo myślał ani rozklejał się nad dawno utraconym życiem... i to właśnie robił: zadebiutował jako Cherry Moon, wypuścił już niejedną płytę, szykował się powoli do comebacku. Chciał jednak, jako taki ostatni akt pożegnalny, pojechać do dawnej rodzinnej miejscowości, by właśnie zostawić w niej wspomnienia, które w niej też się narodziły.
Poprawił pasek torby na ramieniu, niespiesznym krokiem udał się na skrzyżowanie. Przekroczył jedne pasy, przeszedł między drugimi, przy których stała sygnalizacja świetlna, a znajdującym się po przeciwnej stronie chodnika budynkiem sądu. Cheoryeon krótko zmierzył go wzrokiem. Pamiętał, jak ściany nie były szare, tylko bardziej żółtawe. Zwolnił przy sąsiadującym z sądem urzędzie, zerknął na miejsce z unoszącym się nad nim widmem pustki. No tak, kiedyś tu był przystanek i to z niego jako Benjamin wsiadał do autobusu, gdy wracał z praktyk w Brasselau. Teraz rolę tego przystanku przejął nowy dworzec; tak sądził po rozkładzie jazdy wiszącym na jednym z filarów.
Szedł dalej. Było dość wcześnie, mimo rozjaśnionego nieba w powietrzu nadal unosił się poranny chłód. Niewiele samochodów jechało ulicami, jak przystało na niewielkie miasto. Czytał, że ponoć liczba mieszkańców spadała ostatnimi latami. Nic dziwnego – młodzi woleli mieszkać w dużych aglomeracjach, a miejscowości pokroju Strumnika nazywano często dziurą. On kiedyś, jako nastoletni Benjamin, również tak mówił. Z biegiem lat jednak zaczął odczuwać do tego miasta pewną nostalgię, która utrzymała się aż po dziś dzień.
Za budynkiem urzędu znajdował się sok, a raczej tak mówiono na Strumnicki Ośrodek Kultury. O tak, Cheoryeon pamiętał te wszystkie konkursy i występy, w których brał udział. Dobra, może nie wszystkie, część już dawno została spowita gęstą mgłą. Nauczycielka plastyki też parę razy zabrała całą klasę na wystawę na poddaszu. Okropne to było babsko, ale przynajmniej dawała uczniom okazje na wyrwanie się z twardych ławek.
Ciekawe, czy nadal uczyła w szkole. To znaczy, nie, nie ciekawiło go to wcale. Część nauczycieli nie była wcale stara, gdy go jeszcze uczyła, więc pewnie nadal pracowali w tych samych szkołach, ale Cheoryeona nie pchało, żeby do nich zajrzeć, zwłaszcza że nie miał nawet żadnych podstaw do tego. Jak powie, że jest jakimś byłym uczniem, to go nikt nie rozpozna, a przyznanie się do bycia BenJohnem nie wchodziło w grę. Tak, podbije do nich z takim: „Dzień dobry, w poprzednim wcieleniu byłem Benjaminem Johnsonem, który się tu uczył, uśmiechnięta buźka, wykrzyknik”, co mogłoby pójść źle?
A jednak nogi zaprowadziły go niemal pod drzwi liceum, które jak na złość znajdowało się blisko ośrodka kultury.
Doczepiony do torby pęk breloczków przestał brzęczeć, gdy tylko stanął przy murku. Spoglądał w stronę głównego wejścia – ciężkie wrota trwały w kompletnym bezruchu, jak gdyby jeszcze śpiące. Przez okna z kolei wyglądało światło korytarzy i klas, w których już ktoś się kręcił.
Do osób, które jako pierwsze zjawiały się w szkole, należał też kiedyś Raimund. Wbrew swojemu zadziornemu, punkowemu wyglądowi nigdy się nie spóźniał; często przychodził do klasy przed całą resztą, nawet jeśli poprzedniego dnia do późna miał próbę ze swoim zespołem. Działo się to, jak jego matka miała pierwszą zmianę w pracy. Zawsze go przypadkiem budziła, kiedy się szykowała, a on nie lubił siedzieć w domu sam, więc niedługo po niej również się zbierał. Gdy Benjamin i Daniel się o tym dowiedzieli, to sami zaczęli wcześniej wstawać.
Zesztywniał nagle, kiedy poczuł na sobie czyjeś spojrzenie. Odwrócił lekko głowę, od razu trafił na wzrok jakiejś blondwłosej dziewczyny. Cheoryeon pospiesznie popatrzył gdzieś indziej tak, by kąt i włosy zakryły mu twarz. Licealistka minęła go, weszła na podwórko tuż przed szkołą.
— Widziałeś jego twarz? — spytała idącego obok niej chłopaka. — Chyba jest nowy w szkole. Może powinnam poprosić go o numer?
— A idź — odparł jej towarzysz, wzruszając ramionami. — Jak powie, że nie interesuje się kobietami, to wtedy ja go poproszę. — Zagarnął kosmyk swoich długich, czarnych włosów za ucho.
— Oczywiście, że masz chrapkę na kogoś, kto wygląda jak ci twoi yeongsańscy idole.
Wyciągnęła z kieszeni spodni komórkę, odwróciła się, lecz nie zobaczyła już chłopaka.
Cheoryeon przyczaił się na dachu liceum, schowany poza zasięgiem wzroku uczniów. Wyjrzał zza wierzchołka, próbował dostrzec kogokolwiek przez gałęzie rosnących przed budynkiem drzew.
— Debilu, przecież cię nie mogą rozpoznać! — Walnął się otwartą dłonią w czoło.
Miał na sobie bransoletkę z iluzją od Suyeon, dzięki czemu inni go nie rozpoznawali, chyba że to byli bliscy lub sam chciał inaczej. Oczywistością więc było, że tamci licealiści zwrócili na niego uwagę tylko ze względu na jego niebywałe rysy twarzy. To, że nikt nie widział w nim Cherry Moona, nie znaczyło, że nie dostrzegali jego naturalnego wdzięku.
Zleciał zgrabnie z dachu, ale postanowił wylądować w innym miejscu. Schował skrzydła, poprawił na sobie torbę, następnie się rozejrzał, gdy wtem oczy coś wyłapały.
Spojrzał na najbliższą alejkę znajdującego się tuż obok szkoły parku. Na jednej z ławek ktoś siedział z gitarą. Zaciekawiony Cheoryeon ostrożnie się zbliżył.
Nie była to osoba.
Był to pomnik BenJohna.
Szczupła sylwetka muzyka, odlana z brązu, trzymała w rękach gitarę akustyczną. Palce prawej dłoni muskały struny, które, choć częściowo dzieliły materiał tych prawdziwych, nie mogły posłać w powietrze muzycznych drgań. Lewa dłoń trzymała gryf z pewną gracją, jak gdyby obchodziła się z czymś bliskim, bardzo ważnym, nie jedynie instrumentem. Palce układały się w B-dur, będący nie tylko symbolicznym akordem BenJohna, ale też łatwym w wyrzeźbieniu dzięki bliskości trzech palców. Prawa noga założona była na lewą; wydawać się mogło, że stopa zaraz zacznie się kołysać do rytmu.
Cheoryeon powoli przysiadł obok, zmierzył wzrokiem twarz. W przeciwieństwie do reszty, a razem z dłonią na pudle, połyskiwała ona na złoto, szczególnie policzki i wargi. Dzięki temu można było dostrzec, ile artysta włożył pracy w detale. Kości policzkowe, prosty nos, wykrzywione w lekkim, acz ciepłym uśmiechu usta, szersze brwi – wszystkie charakterystyczne detale zostały zachowane. Nawet pod spuszczonymi powiekami dało się dostrzec obrys długich rzęs. Cheoryeon nie wiedział, że figury z brązu mogły mieć tak małe szczegóły.
Plecy jasnowidza spoczęły na oparciu ławki, głowa odchyliła się lekko do tyłu, by oczy mogły sięgnąć koron drzew. Dłonie zsunęły z uszu słuchawki, zostawiając je na karku.
Wiatr był minimalny, możliwy do wychwycenia jedynie przez delikatne ruchy najwyższych gałęzi i cichy szelest liści, pożółkłych zgodnie z porą roku. Ze znajdującej się blisko małej fontanny nie dobiegał szum wody, została ona bowiem odłączona przez coraz to niższe temperatury. Z oddali dobiegały odgłosy aut, które powoli wraz z uczniami zbierały się pod szkołą, gdzieś w głębi parku raz po raz odzywały się gawrony.
BenJohn z brązu siedział na ławce z gitarą, dokładnie tu, gdzie jego ludzki odpowiednich przesiadywał w szkolnych czasach na długich przerwach i okienkach. Nie szarpał jednak za struny, nie pozwalał wiatru nieść melodii, która swego czasu przyciągała każdego, kto znalazł się w jej zasięgu. Trwał w kompletnym bezruchu, zimny, z zamkniętymi oczami.
Zupełnie jak prawdziwy BenJohn, gdy odszedł z tego świata.
I dlatego właśnie, mimo szelestu liści, rozmów gawronów, mimo tych wszystkich dźwięków i odgłosów Cheoryeon odczuwał pewną pustkę. Brakowało właśnie tych brzmień akordów – muzyki, po której dzisiaj nie pozostało nawet echo.
BenJohn już dawno przestał tu grać, jeszcze zanim musiał odejść. Po wybiciu się jako zawodowy piosenkarz nie miał tyle czasu, by przyjeżdżać do domu; zjawiał się jedynie na święta i swój wiosenny hiatus. Wiele lat zatem minęło, odkąd park ostatni raz został otulony jego muzyką. A przynajmniej tą na żywo, od niego, ponieważ być może ktoś jeszcze raz lub dwa razy puścił tutaj nagranie, nim sława muzyka odeszła w zapomnienie.
Szkolny dzwonek wydostał się z ceglanych murów, informując uczniów o rozpoczęciu lekcji. Wszyscy zniknęli w budynku liceum, krótko potem nastała cisza.
Cheoryeon odsunął się nieco od pomnika, poprawił swoją pozycję, zakładając nogę na nogę. W rękach pojawiła się Złotówka. Muzyk chwilę poświęcił na strojenie, a po dokręceniu ostatniego klucza zagrał B-dur. Miękki dźwięk odbił się od pni drzew i poleciał zarówno w głąb parku, jak i w stronę budynku liceum. Zniknął szybko w przestrzeni, co jednak nie zniechęciło Cheoryeona. Zmienił akord na C-dur.
Postanowił po latach dać temu parkowi ostatni występ BenJohna.
Główne drzwi szkoły otworzyły się, na zewnątrz wypadła blondwłosa dziewczyna. Zwolniła przed ulicą dzielącą ją od budynku biblioteki, pospiesznie rozejrzała się, gdy wtem jej umysł zarejestrował muzykę. Akordy były spokojne, niby typowe dla niejednej piosenki, a jednak niosące własną historię i dopełniające idealnie niski, melancholijny głos.
Przystanęła, popatrzyła w stronę, z której dobiegał ten samotny, nostalgiczny występ. Otworzyła szerzej oczy. Po sylwetce i włosach od razu rozpoznała chłopaka, którego wcześniej widziała. Wyciągnęła telefon, ruszyła w jego kierunku, ale zatrzymała się niespodziewanie. Zerknęła na bibliotekę, potem znów na nieznajomego. Ostatecznie tylko zrobiła mu zdjęcie, po czym pobiegła do swojego pierwszego celu.
Gdy kilka minut później wyskoczyła z biblioteki, tajemniczego muzyka już nie było.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz