Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Medwia: Mężczyzna pokłócił się z niedźwiedziem o borowika
Mieszkaniec wsi pod Miedwogradem trafił na izbę przyjęć z licznymi zadrapaniami i, jak sam to ujął, „nadszarpniętą dumą”. W czwartek rano, podczas grzybobrania, mężczyzna natknął się na wyjątkowo okazałego borowika, którego w tej samej chwili upatrzył sobie niedźwiedź. Postanowił bronić znaleziska, powołując się na zasadę „kto pierwszy, ten lepszy”. Niedźwiedź tego argumentu nie uznał. „Godło kraju czy nie godło, ja go zobaczyłem pierwszy” – upiera się poszkodowany, który mimo obrażeń nie zamierza rezygnować z grzybobrania. Leśnicy przypominają, że jesienią niedźwiedzie intensywnie gromadzą zapasy przed zimą i nie są skłonne do negocjacji.

Nagłówek

03 listopada 2026

Od Sammy'ego do Janka

Gdyby jeszcze rok temu ktoś mu powiedział, że można dobijać setki, nie wyglądając przy tym na więcej niż czterdzieści lat, to Sammy pokiwałby głupio głową i z pobłażliwym uśmiechem wycofałby się na bezpieczną odległość, by zaraz wybrać numer na oddział psychiatryczny. Novendia miała jednak to do siebie, że na każdym kroku podważała jego pojęcie o tym, co możliwe a niemożliwe i takie rewelacje, choć wciąż wprawiały go w osłupienie, to nie brzmiały już jak bajka wyssana z palca. Nie nazwał więc Janka szaleńcem i nie uciekł w popłochu. Przeczekał pierwszą falę zaskoczenia, nim zaczął na spokojnie rozważać słowa strażaka, mocno powątpiewając, by sekret długowieczności strażaka krył się, ot tak, w smacznym obiedzie.
Chyba musiał wypowiedzieć to na głos, bo Janek nagle przestał się śmiać i spojrzał na niego z uniesionymi brwiami.
Sammy płonął. Jeśli wcześniej tego po nim nie było widać, to teraz był pewien, że jest czerwony aż po same uszy. A gdyby tylko miał teraz przed sobą ścianę, to uderzyłby w nią głową, a jeśli to by go nie zabiło, to padłby na kolana i wybłagał Pięciu, żeby zesłali na niego litościwy piorun, który skróci jego męki.
Zamiast tego zatkał sobie gębę pierogiem.
Zapanowała między nimi cisza. Spojrzeli po sobie niezręcznie i przez chwilę żaden z nich nie wiedział, co ze sobą zrobić. Sammy miał potrzebę, by ktoś złapał go i potrząsnął tak mocno, że aż zęby by mu zagrzechotały. Może wtedy by się w końcu ogarnął.
Janek pierwszy odwrócił wzrok i spojrzał na beztrosko mruczącego pod nosem starego kundla. Ten już praktycznie zaczął przysypiać z głową na kolanach młodszego mężczyzny. Strażak zamyślił się.
— Ciekawe jak się wabi.
— Rysio — odparł Sammy z pełnymi ustami.
Pies od razu otworzył ślepia, podniósł na niego wzrok i leniwie zaszurał ogonem po ziemi.
— Ano Rysio. Skąd wiedziałeś? Powiedział ci? — zapytał Janek z uśmiechem błąkającym się w gąszczu brody.
Sammy mógł odpowiedzieć śmiechem na żart albo choćby uśmiechnąć się pod nosem, ale zamiast tego z całą powagą i ściągniętymi w zakłopotaniu brwiami odpowiedział:
— Nie, ma to wypisane na obroży.
Strażak nachylił się, na co Rysio łypnął na niego ostrzegawczo, i przyjrzał się wspomnianej obroży z wyhaftowanymi na czerwono pięcioma literami.
— Ano faktycznie.
Znowu zapadła cisza. Sammy wrócił do ostatnich, teraz już zimnych, pierogów, uważając by nic nie spadło na głowę odpoczywającego psiska. Skończywszy, oblizał usta i przyłapał się na tym, że przygląda się drugiemu mężczyźnie, próbując rozczytać uczucie, które błyszczało w słonecznikowych oczach, gdy te spoglądały na odpoczywającego zwierzaka. Chwila prysła, gdy tylko ich spojrzenia się spotkały, a strażak natychmiast uciekł wzrokiem.
— Chciałbyś go pogłaskać? — zapytał Sammy, zanim zdążył się nad tym lepiej zastanowić.
Janek opuścił głowę. Jak na faceta mającego co najmniej sto lat na karku i ponad dwa metry wzrostu, wydawał się wyjątkowo onieśmielony wizją dotknięcia psiego seniora.
— E, lepiej nie, a nuż to tylko go rozzłoszczę.
— Nonsens.
— Sam widziałeś, jak na mnie reaguje — przypomniał mu Janek, ale Sammy nie potrafił dać za wygraną. Nie, kiedy strażak zaczął się kurczyć na jego oczach.
— Wiesz… — zaczął cicho i delikatnie ujął dłoń spracowaną od niesienia pomocy, a jednocześnie tak wielką i silną, że bez problemu mogłaby przetrącić ludzki kark. Mimo to jej ciężar i ciepło wydały się dziwnie pokrzepiające i… miłe. Tutaj również, na opalonej skórze dostrzegł konstelację piegów. Dałby głowę, że strażak ma je na całym ciele. Na samą myśl poczuł w ustach dziwną suchość. — Tam skąd pochodzę… u mnie w domu… my… — Urwał, jakby zastanawiał się ile może zdradzić. — Ojciec wychowywał nas twardą ręką. Zawsze powtarzał: niedźwiedź nigdy nie zboczy ze swej drogi, samotny wilk umrze, stado przeżyje, a jagnię na zawsze pozostanie tylko jagnięciem. Wszystko, co mogłoby zaszkodzić rodzinie, było w jego oczach albo wrogiem, albo powodem do trwogi. Albo jednym i drugim… Wszystko, co obce, nieznane i niezrozumiałe od razu znajdowało się na jego celowniku.
Spojrzał na strażaka, wciąż trzymając jego ciepłą dłoń.
— Odkąd zamieszkałem w Novendii, zrozumiałem, że ojciec się mylił, że nie można przeżyć życia, kierując się jedynie strachem i nienawiścią, dzieląc ludzi na wrogów i przyjaciół. Spotkałem tyle nowych osób, zobaczyłem tak wiele wcześniej niewyobrażalnych dla mnie rzeczy i teraz wiem, że strach wcale nie pomagał w przetrwaniu, ale zabijał ostatnie resztki ufności do świata, do drugiego człowieka.
Janek milczał, słuchając go z pełnym skupieniem, więc Sammy wziął głębszy oddech i mówił dalej. Strażak zasługiwał na prawdę, a przynajmniej tę część, którą młody lekarz mógł mu wyjawić.
— Na początku bałem się iść na zwykłe zakupy, bo za kasą mógł siedzieć wampir albo zmiennokształtny, bałem się Katniss, a także ciebie… może wciąż się trochę boję, czasem może bardziej niż tylko trochę, a i też czasem nie potrafię nad tym zapanować, ale wiem jedno.
Położył dłoń Janka na głowie kundla i przykrył ją swoją, znacznie mniejszą dłonią. Rysio spiął się nagle, w ułamku sekundy już gotowy do ataku lub ucieczki, a może do tego i tego, ale gdy tylko wyczuł bijący od Sammy’ego jedynie spokój, rozluźnił się i przymknął ślepia, pozwalając by szorstkie palce przesunęły się po upstrzonej pasmami siwizny sierści. Szczery uśmiech strażaka rozpromienił piegowatą twarz.
— Nikt nie chce żyć w ciągłym strachu — dokończył miękko Sammy, z łagodnym uśmiechem obserwując, jak pies, który jeszcze przed chwilą łypał groźnie na wielkiego strażaka, teraz przysunął się do niego z cichym pomrukiem, bezczelnie domagając się kolejnej dawki pieszczot.
Janek przez chwilę nic nie mówił, niby skupiony na głaskaniu Rysia, ale jego opuszczone ramiona i zamyślone spojrzenie podpowiadały medykowi, że mężczyzna intensywnie waży w głowie jego słowa, ostrożnie porównując je do własnych doświadczeń.
— Ale to bardzo naturalne bać się nieznanego — odparł z namysłem strażak, palcami sięgając za opadnięte ucho zwierzaka. — Bo jak się nie wie, czy co wyciągniętą dłoń poliże, czy odgryzie, to wiadomo, że się tej ręki chętnie nie wyciąga.
— No mnie jakoś nie ciągnie do odgryzania komukolwiek rąk. Nie mam takich pokus. Rysio też na takiego nie wygląda, a ty?
— I ja nie mam takich ciągot. Przynajmniej nie za często.
Sammy zerknął na mężczyznę z przymrużeniem oka, a strażak zaśmiał się. Wymienili małe uśmiechy.
— A ty? Boisz się czasem? — zapytał Sammy, bo nigdy nie zdołał dostrzec w słonecznikowych oczach nawet cienia strachu. Ani wtedy w windzie, ani wtedy, gdy Gulmowi stanęło serce. Zawsze silny i twardy, jak ten dąb, co stoi przez setki lat pomimo wichrów i pożóg. — Przed akcją? Jak musisz wejść w ogień lub do zawalającego się budynku?
Janek uniósł brwi.
— Ludzka rzecz, bać się groźnego, i ludzka rzecz strachu tego nie słuchać, bo zwierzątko panikuje, jak się czegoś przestraszy, a człowiek lęk w karby weźmie i zrobi to, co do niego należy.
— Ale przecież nie jesteś człowiekiem.
Gdy tylko te słowa wyszły mu z ust, natychmiast zapragnął je połknąć. Przez ułamek sekundy wpatrywał się w Janka w niemym przerażeniu, zdziwiony jak jeleń złapany w fotopułapkę, po czym szybko uciekł wzrokiem. Zauważywszy gęstniejącą przy stoisku nową falę gości, chwycił się jej jak koła ratunkowego.
— Przepraszam. Nie to miałem na myśli. — wyrzucił z siebie nerwowo, nim Janek zdążył odpowiedzieć i podniósł się gwałtownie, prawie depcząc psu po ogonie. Rysio natychmiast cofnął łeb spod dłoni strażaka i zjeżył się, jakby nagle sobie przypomniał dlaczego wcześniej unikał dotyku mężczyzny. Sammy nie mógł na to patrzeć. — Ja… muszę już iść. Nie będę już przeszkadzał. Do zobaczenia.
Jeszcze tylko poderwał plecak z ziemi, zarzucił na ramię, przeskoczył wzrokiem po tłumie w poszukiwaniu Katniss i czmychnął, nawet nie oglądając się za siebie i ignorując smutny pisk kundla. Przeklął w duchu swój niewyparzony, durny język. Po co mu były te wszystkie niby mądre słowa, otwieranie się przed Jankiem, kiedy wystarczyła sekunda, by ot tak zerwał tę cienką, raczkującą nić porozumienia. Może jednak ojciec miał rację. Jagnię na zawsze pozostanie tylko głupim, przerażonym jagnięciem.


— Pani Dalman w czwórce gotowa do wypisu, potrzebuję tylko pieczątki doktor Maride.
— Przekażę — odparła Yeldan nawet nie podnosząc wzroku znad monitora.
Sammy oparł się przedramionami o wyspę, zabębnił palcami o blat, po czym odchylił się, żeby zerknąć na tablicę przyjęć. Szybko odnalazł interesujące go nazwisko.
— Czy Katniss już skończyła w szóstce? Zaczepiła mnie wcześniej, żebym ją znalazł, gdy będę miał chwilę.
Palce pielęgniarki zastygły nad klawiaturą.
— Dopiero co przyjęła niejakiego pana Hibberta. Facet zrobił niezły raban.
— Tak? — Sammy zaciekawił się, widząc ściągniętą minę oddziałowej.
— Wzięli go z poczekalni, bo ledwo trzymał się na nogach, ale jak tylko go wprowadzili na oddział, to doznał cudownego ozdrowienia i wydarł się na Garcię, że tylko Renard może go zbadać.
Medyk zmarszczył brwi. Oboje spojrzeli w kierunku szóstki. Wspomniany mężczyzna stał plecami do szklanych drzwi, zasłaniając widok do wnętrza sali.
— Nie podoba mi się to — dodała ponuro Yeldan.
— Wyjęłaś mi to z ust — przytaknął Sammy. — Pójdę do nich zerknąć, jakbym nie wrócił za pięć minut, to wezwij doktor Maridę.
Po tych słowach od razu skierował się do sali. Nie zakradał się, wszedł spokojnie z łagodnym uśmiechem, nie chcąc niczym alarmować potencjalnie agresywnego pacjenta.
— Hej — zagadnął ostrożnie — przydam się tu do czegoś?
Mężczyzna trochę wyższy od niego, ale dwa razy szerszy w barach, spiął się i zerknął na niego przez ramię, tak jak patrzy się na początkowo wklęsły odcinek ST, który szybko zmienia się w wypukłe uniesienie, przechodzące bezpośrednio w ramię zstępujących załamków T. Czyli… bez szczególnej radości, bo raczej nikt nie cieszy się z powodu zawału.
Podczas gdy pan Hibbert zgarbił się i schował coś pod rozpiętą kurtką, Sammy obszedł go, trzymając się bliżej ściany, i odnalazł wzrokiem przyjaciółkę. Katniss siedziała nieruchomo na kozetce, na pierwszy rzut oka spokojna, ale Sammy mógł przysiąc, że na ułamek sekundy jej opanowana mina zadrżała na jego widok.
— Nie. Radzę sobie — odpowiedziała surowo, jakby chciała go zganić za to, że w ogóle wpadł na pomysł przyjścia tutaj. — Możesz iść.
— Nie — wtrącił się mężczyzna. Spochmurniał i gniewne bruzdy wokół ust pogłębiły się, sińce po nieprzespanych nocach stały się jeszcze wyraźniejsze, a pierwsze kropelki potu zebrały się na czole i skroniach. Naparł na Sammy’ego, zmuszając zaskoczonego rezydenta do całkowitego cofnięcia się pod ścianę. — Zostajesz. Nie próbuj żadnych sztuczek — ostrzegł, a jego głos tak niepokojąco pusty, wywołał ciarki na ciele medyka.
W drżących dłoniach pacjenta Sammy w końcu dostrzegł, co tamten próbował chwilę wcześniej ukryć. Stalowa butla. Najzwyczajniejsza w świecie butla ciśnieniowa z odkręcanym kurkiem, ale jeden szczegół sprawił, że błyskawicznie stała się śmiertelnym zagrożeniem dla wszystkich znajdujących się na oddziale – nieznana zawartość.
— Spokojnie, proszę pana, ja-
— Zamknij się, to nie ciebie to dotyczy — uciszył go, po czym zwrócił się do Katniss. — Alya Hibbert. Moja żona. Pamiętasz ją?
Wilkołaczka pokręciła głową.
— Nie, przykro mi — odpowiedziała spokojnie rezydentka. — Czemu pan pyta?
— Bo to ty ją zabiłaś — powiedział cicho, a Sammy z gulą w gardle obserwował, jak jego palce zaciskają się na kurku. — Nie obchodzi mnie, co pamiętasz, a co nie. Chcę poznać fakty.
Katniss nie drgnęła, nawet na moment nie odrywając wzroku od osądzających ją oczu.
— Rozumiem. Zdaję sobie sprawę, że przeszedł pan bardzo trudne chwile…
— Nic nie wiesz. — Zrobił krok w jej stronę. — Powiedz mi, co się stało.
— Dobrze. Sprawdzę dokumentację.
Pan Hibbert skinął głową, więc sięgnęła ostrożnie po leżący nieopodal tablet i od razu wróciła na swoje miejsce na kozetce.
— Pana żona została przyjęta o 8.46. Ciśnienie 104/62, tętno 87. Saturacja 86. Miała problemy z oddychaniem i stwierdziliśmy przebieg ciężkiego wstrząsu anafilaktycznego. Żona dostała antyhistaminę, sterydy i epinefrynę, ale serce i tak się zatrzymało. Przeprowadzałam resuscytację przez trzydzieści pięć minut, ale krążenie nie wróciło. — Przerwała, zerknęła na mężczyznę i wzdrygnęła się, widząc zbierające się w jego oczach łzy. — O 9.42 ogłoszono zgon.
Mężczyzna wziął urwany oddech i Sammy zrozumiał. Pan Hibbert nie był wariatem z misją, był zwykłym mężem, trupem za życia, którego rozkładała żałoba po żonie. Katniss też to zauważyła. Wykorzystała tę ropiejącą ranę, bo rana oznaczała, że zostało coś jeszcze do wyleczenia. Chwyciła się tej najmniejszej szansy, że jeszcze zdoła uratować tego człowieka, podniosła się powoli i, tak jak podchodzi się do rannego zwierzęcia, postawiła pierwszy krok.
— Panie Hibbercie zrobiliśmy wszystko, co tylko się dało — przemówiła ze współczuciem i zaskakującą łagodnością.
Mężczyzna potrząsnął głową.
— Nie.
— Mogę sobie tylko wyobrażać, jaki ból pan czuł.
Łzy popłynęły, przetoczyły się po wyrytych przez smutek i cierpienie zmarszczkach i zatrzymały się na drżącej brodzie.
— Ja? Co ja czułem? Ona nie mogła oddychać. Wiesz, jak to jest? — szlochał, ale jego spojrzenie twardniało z każdym kolejnym słowem. — Chcę, żebyś wiedziała, co czuła. Wszyscy poczujecie. — Palce chwyciły pewnie kurek. — To twoja…
— Panie Hibbercie!
Katniss rzuciła się na niego. Przetoczyli się z jękiem po posadzce i wypadli przez drzwi na izbę. W którymś momencie butla upadła z hukiem, przetoczyła się kawałek i zatrzymała u nóg wózka medycznego. Wszystkie oczy zatrzymały się na niej w przerażającej ciszy. Aż usłyszeli cichy syk. Sammy poruszył się pierwszy.
— Toksyczny wyciek. Natychmiastowa ewakuacja!
Usłyszał krzyk, gdy zbierał przyjaciółkę z podłogi. Pan Hibbert leżał obok, nieprzytomny.
— Kod pomarańczowy! Wszyscy na zewnątrz. Wyprowadzić pacjentów! Kod pomarańczowy. Zagrożenie toksyczne na izbie. Powtarzam, zagrożenie toksyczne na izbie, Żadnych nowych przyjęć. Wdrożyć procedury bezpieczeństwa.
Głos Yeldan rozlał się z głośników, zmieszał się z krzykami, piskiem kółek i wydawanymi poleceniami.
Sammy poprowadził oszołomioną przyjaciółkę w stronę wyjścia, gdzie kierowała się reszta personelu, a gdzie na straży stała już doktor Maride.
— Wszyscy na zewnątrz! Ruszać się!
Katniss nagle zaparła się nogami. Nie zdążył jej zatrzymać, wyślizgnęła mu się z rąk i pognała z powrotem do szóstki. Chciał pobiec za nią, ale ktoś szarpnął go za nadgarstek.
— Walker! Nie stój tak!
Gdy Maride siłą wyciągała go na zewnątrz, ten nadal próbował się wyrwać i gorączkowo oglądał się za przyjaciółką. Z rosnącym niepokojem obserwował, jak z sekundy na sekundę na oddziale robi się coraz bardziej siwo. A Katniss dalej nie było widać.
Ordynatorka trzymała go mocno, a Sammy zamarł u jej boku. Nie oddychali, nie mrugali, zbyt skupieni na zamkniętych drzwiach przed nimi, aż nagle otworzyły się z impetem, zawiasy cudem nie puściły pod naporem wilkołaczej siły i zza oparów gazu wyłoniła się Katniss. Na plecach taszczyła winowajcę całego tego zamieszania. Maride szybko przejęła nieprzytomnego mężczyznę, za to Sammy pomógł przyjaciółce zejść po schodach na plac, gdzie przeniósł się cały chaos ze szpitalnych murów.
Przystanęli lekko na uboczu. Katniss odetchnęła pełną piersią, ale dopiero po odkasłaniu i wypluciu gęstej wydzieliny.
— Wszystko w porządku? — zapytał Sammy, podczas gdy ona odnalazła wzrokiem pana Hibberta. Nie mogli go ocucić, saturacja spadła do zbyt niskiego poziomu, więc Maride podjęła decyzję o podłączeniu maski tlenowej.
Sammy nie wiedział, co czuć. Ten człowiek groził jego przyjaciółce, groził całemu personelowi SOR-u i pacjentom, a mimo to, wspominając łzy i brzydki szloch, nie potrafił się na niego gniewać.
— Bywało lepiej — odparła po chwili Katniss.
— Wróciłaś po niego.
Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się słabo.
— W końcu jest moim pacjentem. — Zerknęła na Sammy’ego, jej spojrzenie zabarwiło ciepło. — Ale żeby nie było, takie akcje są zarezerwowane tylko dla mnie. Tobie nie wolno.
— Co? Dlaczego? — obruszył się.
— Bo było to wyjątkowo głupie — wtrąciła się Yeldan i zdzieliła wilkołaczkę w ucho. Ta tylko zachichotała. — Koniec pogaduch, cieszymy się, że wszyscy żyjemy i wracamy do roboty. Renard idź pomóż Garcii z pacjentami, a ty, Walker, pomożesz mi z segregacją-
Urwała. Katniss jakoś tak pobladła, ręka odruchowo uniosła się ku nabrzmiałej szyi. Wydała z siebie dziwny dźwięk, mokre rzężenie i wlepiła w niego przestraszone spojrzenie. Nie może oddychać, dotarło do Sammy’ego z opóźnieniem.
— C-co ci? — wyjąkał, ale nie doczekał się odpowiedzi, bo przyjaciółka praktycznie osunęła mu się w ramiona. Objął ją mocno. Nie mógł pozwolić jej upaść. — Pomocy!
Zaraz pojawiła się dodatkowa para rąk z wolnymi noszami i wspólnymi siłami podpięli nieprzytomną Katniss pod aparaturę i tlen. Wraz ze wsparciem wróciła doktor Maride.
— Saturacja 86 — oznajmił nerwowo Sammy. — I wciąż spada.
Ordynatorka zacisnęła mocno usta.
— Potrzebujemy czasu, by dowiedzieć się, co ten facet rozpylił. Leczymy objawowo. Podajcie salbutamol wziewnie i hydrokortyzon.
— Nie ma — odezwał się ktoś nieśmiało przy łóżku pana Hibberta.
— Jak to nie ma?
Yeldan prawie rzuciła się na drugą pielęgniarkę, która zaraz cała zzieleniała i wskazała bezradnie na puste fiolki.
— Podałyśmy panu Hibbertowi! Jego saturacja też zaczęła coraz bardziej spadać i nie mógł oddychać! W tym chaosie nie zdołałyśmy wynieść więcej… reszta została w szpitalu…
— No, po prostu cudownie. Dobra robota.
— Yeldan.
Maride odciągnęła oddziałową na słówko. Sammy został przy Katniss. Przełknął ciężko ślinę. Musiał coś zrobić, ale ręce miał spocone i dygotał, jakby właśnie wepchnięto go do zamarzniętego jeziora. A najgorsze w tym wszystkim było to, że dobrze wiedział, co trzeba było zrobić, ale…
Zacisnął powieki.
Żaden z niego bohater.
— Poczekamy na strażaków — oznajmiła mu doktor Maride.
Odgłos syren z każdą sekundą był coraz wyraźniejszy. Mogli tu być lada chwila, jednak nim przygotują sprzęt, nim ktoś dostanie instrukcje, które leki ma wyjąć z tej czy innej szafki, nim znajdzie tę szafkę… Sammy potrząsnął głową. Spojrzał to na przyjaciółkę, to na wejście na SOR.
— Nie mamy tyle czasu.
Przeciętny człowiek mógł wstrzymać oddech na minutę. Do znalezienia leków potrzebował co najmniej czterech. Spojrzał z powrotem na Katniss, na jej sine usta walczące o każdy oddech.
Ludzka rzecz, bać się groźnego, i ludzka rzecz strachu tego nie słuchać, bo zwierzątko panikuje, jak się czegoś przestraszy, a człowiek lęk w karby weźmie i zrobi to, co do niego należy.
Zadecydował. Musiała mu wystarczyć ta minuta.
— Walker! Natychmiast wracaj!
Puścił się biegiem, jakby ktoś go gonił, jakby sam Nieznajomy przyszedł w końcu się o niego upomnieć. Wziął ostatni, głęboki wdech, zakrył usta i nos dłonią, i wpadł przez drzwi nie jak dzielny superbohater z nagłówków wiadomości, ale jak zwierzyna w popłochu, która wiedziała, że kończy jej się czas. Poślizgnął się, ale szybko odzyskał wcześniejsze tempo. Było siwo, a kurtyna gazu zasłaniała mu widok, ale wcale nie musiał nic widzieć. Nogi dobrze wiedziały, gdzie go zaprowadzić i już po chwili przegrzebywał się przez szafki w jednej z sal i garściami pakował salbutamol i hydrokortyzon, bo może zaraz więcej osób będzie ich potrzebowało.
Minuta minęła. Wytrzymał dodatkowe dwadzieścia sekund i zaczerpnął zdradliwego powietrza. Zapiekło go w gardle, mimo to dalej wypychał kieszenie, a gdy już nie mógł schować ani jednej fiolki i ampułki więcej, wycofał się.
Czuł w ustach metaliczny posmak, krew ciekła mu z nosa, spływała spomiędzy zaciśniętych palców, kapała na uniform i posadzkę. Zwolnił. Zakręciło mu się w głowie i zatoczył się do przodu. Instynktownie wyciągnął ręce, by oprzeć się o ścianę, ale żadnej ściany nie było. Upadł z łoskotem. Kilka fiolek pękło w kieszeni, substancja przeciekła przez materiał spodni. Dusił się, choć ta świadomość jeszcze do niego nie docierała, bo właśnie pierwszy raz od miesięcy nie nawiedziło go widmo ojca.
Słyszał głos mamy. Choć jej szept załamywał się, jak głos dziewczynki, dokładnie tak jak wtedy, gdy czuwała przy jego łóżku, a małe ciałko trawiła gorączka, jej modlitwa ukołysała go do snu:
Pośród życia jesteśmy zanurzeni w śmierć:
u kogo znajdziemy pomoc,
jeśli nie u Ciebie Ojcze,
który za nasze grzechy okazujesz słuszne zagniewanie?
Święta Matko,
Święty Pasterzu,
Święty Gospodarzu,
Święty miłosierny Nieznajomy,

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz