Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Medwia: Mężczyzna pokłócił się z niedźwiedziem o borowika
Mieszkaniec wsi pod Miedwogradem trafił na izbę przyjęć z licznymi zadrapaniami i, jak sam to ujął, „nadszarpniętą dumą”. W czwartek rano, podczas grzybobrania, mężczyzna natknął się na wyjątkowo okazałego borowika, którego w tej samej chwili upatrzył sobie niedźwiedź. Postanowił bronić znaleziska, powołując się na zasadę „kto pierwszy, ten lepszy”. Niedźwiedź tego argumentu nie uznał. „Godło kraju czy nie godło, ja go zobaczyłem pierwszy” – upiera się poszkodowany, który mimo obrażeń nie zamierza rezygnować z grzybobrania. Leśnicy przypominają, że jesienią niedźwiedzie intensywnie gromadzą zapasy przed zimą i nie są skłonne do negocjacji.

Nagłówek

04 listopada 2026

Od Octavii - Obcy, Kto pływa w Kokytos? (I)

Powrót nie był w żadnym stopniu cudowny, choć przez pierwsze kilka chwil Octavia, leżąc na zimnej ziemi i patrząc w niebo, była skłonna uznać go za coś równie niezrozumiałego. Nie było w nim chwały, czy należytej powagi, lecz jedynie cichy, niemal zawstydzający odgłos wymiotów. Klęczała na czarnym brzegu rzeki, wsparta jedną dłonią o wilgotną ziemię, i wypluwała z siebie wodę, której nie powinna była nigdy zaczerpnąć. Powietrze osiadło na jej twarzy wilgotnym, lepkim całunem, a wraz z pierwszym oddechem do jej wnętrza wdarł się zapach tak intensywny i wielowarstwowy, że przez krótką chwilę poczuła mdłości: stęchlizna starych piwnic, kwaśna woń rozkładających się szczątków, słodycz gnijących owoców, mokra pleśń, stojąca woda i coś jeszcze, trudnego do rozpoznania, a zarazem nieprzyzwoicie bliskiego. Pomiędzy jej wargami ciągnęły się śliskie pasma śluzu, a kiedy tylko próbowała zaczerpnąć oddechu, poczuła na języku smak starej krwi, rozkładających się wodorostów i czegoś jeszcze, czego nie potrafiła nazwać, choć pamiętała ten smak doskonale.
Octavia uniosła twarz ku spowitemu szkarłatem niebu. Jej świat leżał przed nią. Nie rozpoznała go jednak od razu, chociaż znała jego zapach i ciężar powietrza. Pamiętała rozległe doliny, w których rosły srebrzyste trawy, kamienne mosty przerzucone nad głębokimi wąwozami, klasztory zbudowane z białego marmuru, których wieże sięgały ku niebu niczym wyciągnięte ręce proszące o błogosławieństwo. Firmament jej dzieciństwa zniknął jednak bezpowrotnie. Nie było już błękitu, który rozpościerał się niegdyś nad białymi wieżami świątyń, ani złotego światła poranków, w którym kamienne krużganki nabierały miękkości, a skrzydła przelatujących aniołów zdawały się jaśnieć własnym blaskiem. W ich miejscu rozciągało się olbrzymie sklepienie chmur o barwie zakrzepłej krwi, zbrunatniałej purpury i popiołu, poprzecinane długimi, czarnymi smugami, które ciągnęły się ku horyzontowi niczym rozdarcia w tkaninie świata. Octavia nieustannie odnosiła wrażenie, że raz po raz coś łypie na nią groźnie zza ciemnych chmur. Nie było ani jednej szczeliny, przez którą mogłoby przedostać się słońce. Światło, jeśli w ogóle można było tak nazwać tę bladą, chorobliwą poświatę, zdawało się sączyć z samego powietrza, rozlewając się po ziemi bez wyraźnego źródła i odbierając rzeczom ich naturalne barwy. Daleko na zachodzie wznosiły się góry, ale ich zbocza nie były szare ani brunatne, jak przystało na nagą skałę; miały odcień zasinionej skóry, przechodzącej miejscami w głęboką czerwień, a pomiędzy poszarpanymi grzbietami wisiały obłoki pyłu, które poruszały się wbrew wiatrowi. U ich podnóża ciągnęły się lasy. Zamiast zieleni wypełniała je czerń, przełamana sinym połyskiem liści i mdłym fioletem kwiatów przypominających narośla na skórze trędowatego. Drzewa były powykręcane, powyginane pod ciężarem własnych konarów, a ich pnie rozsadzały długie, pionowe pęknięcia, z których sączyła się ciemna żywica. Niektóre stały zupełnie nagie, z korzeniami wyciągniętymi ponad ziemię, inne uginały się pod masą owoców tak nabrzmiałych i ciężkich, że opadały niemal do samego gruntu. Owoce pękały samoczynnie, uwalniając gęsty, różowawy sok, i wabiły roje much, które unosiły się wokół nich w czarnych, drżących chmurach. Octavia, choć z pewnym dyskomfortem, dostrzegła, że rozciągała się przed nią równina, której nie zdołałaby rozpoznać nawet w najgorszym koszmarze, a jednak od pierwszego spojrzenia wiedziała, że wróciła do domu.
Znów poczuła niemożliwy do zniesienia fetor. Znała ten zapach. Wypełniał świątynie, osiadał na włosach kapłanów, na złotych naczyniach, na haftowanych szatach i na wszystkim, co przeznaczano do kontaktu z boskością. Wdychała go podczas modlitw, których słów nie rozumiała, zanim nauczyła się ślepo je powtarzać, a potem powtarzała je tak długo, aż przestała rozróżniać własne myśli od słów, które siłą wkładano jej w usta. Kadzidło oznaczało obecność Boga. Teraz jego woń wydobywała się z ziemi, z martwych drzew i z cuchnących kałuż, a ona nie potrafiła oprzeć się wrażeniu, że cały świat jest jednym wielkim naczyniem ofiarnym, w którym ktoś przez pomyłkę zamiast kadzidła spala ludzkie szczątki.
— Jakże hojnie nas pobłogosławiłeś — powiedziała.
Jej głos był ochrypły i nieprzyjemny po wcześniejszych wymiotach, ale zabrzmiał w pustce wyraźniej, niż się spodziewała. Żaden ptak nie poderwał się do lotu, żadne zwierzę nie odpowiedziało szelestem. Nawet wiatr, który dotąd przesuwał się po równinie nisko nad ziemią, ucichł na moment. Splunęła przed siebie.
— Ojcze nasz, któryś jest w niebie — wyszeptała z przesadną nabożnością. — Święć się imię Twoje.
Przerwała i spojrzała na swoje brudne dłonie. Pod paznokciami miała czarną ziemię, a na nadgarstku zaschniętą krew, która z całą pewnością nie należała do niej samej. Przesunęła językiem po spierzchniętej wardze, czując pod nią maleńkie pęknięcie.
— Przyjdź królestwo Twoje.
Wypowiedziała te słowa z nienaturalnym spokojem. Potem parsknęła krótkim, suchym śmiechem, który zabrzmiał w jej gardle niepokojąco obco. Królestwo już przyszło. Nie musiała go wzywać. Znalazła je rozlane po ziemi, wypełzające z każdej szczeliny, rosnące na kościach i pożerające wszystko, czego nie zdążyło jeszcze zabić.
Podniosła się powoli. Jej ciało, niegdyś posłuszne rozkazom, teraz drżało z wysiłku, a rozpostarte za plecami skrzydła ciążyły jak okowy narzucone na ramiona skazańca. Muł zaczął delikatnie falować pod jej stopami, gdy stawiała kolejne kroki. Zatrzymała się i cofnęła nogę. W błocie otworzyła się niewielka szczelina, z której wydobyło się kilka bąbli, a potem na powierzchnię wypłynął biały, obły przedmiot. Obrócił się powoli, odsłaniając pusty oczodół. Była to ludzka czaszka, pozbawiona dolnej szczęki, oblepiona włóknistymi korzeniami. Z jej wnętrza wyrastały niewielkie, czerwone grzyby, których kapelusze drżały w nieruchomym powietrzu. Octavia patrzyła na nią przez moment. Potem odwróciła się i ruszyła w głąb lądu.
Nie wiedziała jeszcze, ile czasu zajmie jej dotarcie do Boga i czy w ogóle uda jej się do niego dotrzeć. Nie miało to zresztą większego znaczenia. Czas był w jej oczach jedynie pojęciem wymyślonym przez żywych, aby mogli oswoić przemijanie, nadać cierpieniu jakąkolwiek kolejność i przekonać samych siebie, że każda rzecz, nawet najgorsza, kiedyś się skończy. Tutaj dni nie następowały po sobie w sposób naturalny. Nie było poranków, które przynosiły ulgę po nocy, ani wieczorów, które pozwalały uwierzyć, że wraz z ciemnością znikną również troski. Niebo przez cały czas pozostawało równie ciężkie, a blada poświata nie zmieniała się nawet wtedy, gdy Octavia mijała kolejne pagórki i doliny. Mogła iść godzinę albo trzy dni i nie potrafiłaby tego rozstrzygnąć.
Teren stopniowo opadał ku rozległemu obniżeniu, w którym niegdyś musiało znajdować się jezioro. Teraz pozostało po nim ogromne zagłębienie pokryte popękaną skorupą różowawej soli, a pod nią, w głębokich szczelinach, połyskiwała czarna ciecz. Na dnie leżały szczątki domów, zwalone kolumny, resztki kamiennych schodów i niezliczone ludzkie kości. Niektóre były całe, wybielone i gładkie, inne wciąż pokrywała brunatna tkanka, przywierająca do nich w długich, wyschniętych płatach. W wielu miejscach kości układały się w regularne rzędy, jakby ktoś starannie segregował zmarłych według wzrostu lub wieku, lecz kiedy Octavia zeszła niżej, zauważyła, że te pozorne porządki były jedynie skutkiem działania wody. Czaszki, kręgi i kości kończyn spłynęły w zagłębienia terenu, a potem osiadły w nich jedna na drugiej, tworząc wały, które z daleka mogły przypominać kamienne umocnienia. Pośród nich sterczały fragmenty dziecięcych szkieletów, drobne żebra i maleńkie czaszki z zapadniętymi sklepieniami. W jednej z nich zachowały się jeszcze mleczne zęby.
Octavia zatrzymała się przy wyschniętym korycie i spojrzała w dół. Kiedy powstała, uczono ją, że śmierć stanowi przejście, nie koniec, że ciało jest jedynie naczyniem, które dusza opuszcza wraz z chwilą, gdy Bóg uzna je za niegodne dalszego zamieszkiwania. Kapłani mówili o tym z taką pewnością, jakby osobiście zaglądali za zasłonę, a potem wracali, by opowiedzieć o jej pięknie. Mówili o białych szatach, świetlistych ogrodach, wodach, których nie mąci żaden brud, i o głosie Stwórcy, przy którym wszystkie ziemskie troski miały znikać. Octavia pamiętała ich twarze, skupione i spokojne, kiedy błogosławili chorych, a następnie odwracali się od tych, których nie potrafili uleczyć. Pamiętała matki przyciskające martwe dzieci do piersi, podczas gdy kapłani obiecywali im spotkanie w lepszym świecie. Pamiętała, jak łatwo przychodziło im mówić o Bożym planie, kiedy to nie ich własne ciała puchły od choroby, nie ich płuca wypełniały się płynem i nie ich bliscy gnili pod ziemią. Bez słowa ruszyła dalej.
Na drugim brzegu wyschniętego jeziora wyrastały ruiny miasteczka. Z początku wydawało jej się, że ogląda pozostałości po pożarze. Wszystkie budynki były poczerniałe, a dachy zapadły się do wnętrza pomieszczeń. Dopiero kiedy podeszła bliżej, zrozumiała, że ogień nie miał z tym nic wspólnego. Mury pokrywała gruba warstwa narośli, ciemnej i spękanej, która przypominała korę, a miejscami wielkie płaty zaschniętej skóry. Wypełzała z okien, oblepiała framugi drzwi i łączyła sąsiednie budynki w jedną bezkształtną masę. W niektórych miejscach pękała pod własnym ciężarem, odsłaniając miękkie, wilgotne wnętrze, pulsujące drobnymi ruchami robactwa. Z dachów zwisały długie sznury porostów, które kołysały się na wietrze. Pod nimi stały wozy, przewrócone i częściowo zapadnięte w ziemię, a w ich wnętrzach leżały sterty przedmiotów, które mieszkańcy musieli porzucić w pośpiechu: garnki, buty, połamane zabawki, zbutwiałe koce, drewniane figurki świętych z twarzami startymi przez wilgoć.
Na jednym z placów stała fontanna. Kamienna figura przedstawiała kobietę z szeroko rozłożonymi ramionami, ubraną w długą szatę i zwieńczoną aureolą złożoną z dwunastu metalowych promieni. Woda dawno przestała płynąć z jej dłoni, lecz z pęknięć w kamieniu wyrastały cienkie, czerwone włókna, które opadały ku misie fontanny i zanurzały się w stojącej w niej cieczy. Twarz kobiety była gładka, niemal pozbawiona rysów, jakby ktoś starł ją starannie, nie chcąc, by święta patrzyła na to, co dzieje się u jej stóp. W misie pływały szczątki ptaków, obrzmiałe liście i białe larwy. Pośrodku, na niewielkim cokole, ktoś ustawił ludzką czaszkę, a w jej oczodołach umieścił dwie świece. Obie dawno się wypaliły, pozostawiając na kości długie, zastygłe strużki wosku.
Octavia podeszła do figury i dotknęła jej stopy. Kamień był ciepły. Z obrzydzeniem cofnęła rękę. Ciepło wydało jej się zniewagą. W tym mieście nie było niczego, co powinno zachować choćby pozór życia, a jednak posąg emanował temperaturą ludzkiego ciała, jakby pod kamienną szatą ukryto żywą kobietę, skazaną na wieczne stanie w jednym miejscu i wysłuchiwanie modlitw ludzi, których nie mogła ocalić. Octavia spojrzała na jego gładką twarz. Przypomniała sobie litanię, którą śpiewano w świątyniach, wezwanie po wezwaniu, aż głos wiernych łączył się w jeden długi, jednostajny lament. Stwórco, módl się za nami. Ucieczko grzesznych, módl się za nami. Pocieszycielu strapionych, módl się za nami. Niegdyś te słowa wydawały jej się piękne. Dziś z trudem przeszłyby jej przez gardło.
— Módl się za nami — powiedziała Octavia do posągu. — Za umarłych, za konających, za tych, których jeszcze nie zdążyłeś zabić.
Pochyliła głowę w karykaturalnym geście czci.
— I za siebie, jeśli potrafisz — wycedziła słowa przez zęby, kierując je przed siebie niczym groźbę.
Uderzyła w kamienną misę. Rozległ się trzask, po którym fontanna pękła na pół, a stojąca w niej ciecz rozlała się po placu. Wypłynęły z niej dziesiątki drobnych, białych stworzeń, pełzających po bruku, szukając szczelin. Octavia patrzyła na nie z niechętną uwagą. Jedno z nich wspięło się na czubek jej buta, pozostawiając na skórze śluzowaty ślad. Strząsnęła je i poszła dalej, nie oglądając się za siebie.
Miasteczko nie było puste. Zrozumiała to, gdy dotarła do wąskiej ulicy biegnącej pomiędzy dwoma rzędami domów. Z wnętrza jednego z budynków dochodziło ciche stukanie, miarowe i cierpliwe, jakby ktoś nieprzerwanie pracował w warsztacie. Zatrzymała się, nasłuchując. Stukanie ustało, a po chwili rozległo się ponownie, tym razem bliżej drzwi. Octavia podeszła do wejścia i zajrzała do środka. W pomieszczeniu siedział mężczyzna. Nie potrafiła określić jego wieku. Mógł mieć trzydzieści lat albo nawet i osiemdziesiąt. Choroba odebrała jego twarzy wszelkie proporcje, pozostawiając jedynie nabrzmiałą skórę, zapadnięte policzki i spękane usta. Mężczyzna siedział przy stole, pochylony nad małym drewnianym przedmiotem, który obrabiał nożem. Na ścianie za jego plecami wisiały religijne podobizny. Figura Stwórcy była poczerniała, a jej kończyny obrosły tą samą naroślą, która pokrywała zewnętrzne mury. Ciemne włókna oplatały ramiona, przecinały klatkę piersiową i znikały pod przepaską na biodrach. Nad jego głową ktoś przybił niewielką tabliczkę z wyrytym napisem: Pan nasz miłosierny.
Mężczyzna uniósł wzrok. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Potem chory uśmiechnął się, odsłaniając dziąsła, z których wyrastały nieliczne, przegniłe zęby.
— Wróciłaś — powiedział.
Octavia nie odpowiedziała.
— Wiedzieliśmy, że wrócisz. Mówili, że anioły nie mogą opuścić Jego królestwa na zawsze. Że nawet jeśli zboczą z drogi, wkrótce i tak znów ją odnajdą.
Mężczyzna odłożył nóż. Na stole leżała niewielka figurka, nad którą pracował. Octavia dostrzegła, że przedstawiała skrzydlatego człowieka z twarzą pozbawioną oczu. Drewno było wilgotne i miękkie, a spod ostrza wypływał różowawy sok.
— Kim jesteś? — zapytała w końcu.
— Byłem arcykapłanem. Potem grabarzem. Teraz jestem nikim. — Wzruszył ramionami, a spod jego koszuli dobiegł mokry szelest.
Octavia spojrzała na walające się wszędzie ikony.
— Ty wciąż wierzysz? Po tym wszystkim, co stało się z tym światem? Po tym, jak was porzucił?
Mężczyzna podążył za jej wzrokiem. Jego uśmiech stał się łagodniejszy, niemal czuły.
— Oczywiście. Czymże byłoby to wszystko, gdyby On nie istniał?
Octavia poczuła, jak coś zaciska się w jej piersi. Nie był to gniew, przynajmniej nie ten, do którego zdążyła przywyknąć. Było to uczucie znacznie gorsze, bo podszyte zrozumieniem. Nie widziała w nim szaleńca, którego należałoby się bać, ani potwora, którego można byłoby zabić bez najmniejszego wyrzutu sumienia. Widziała kogoś, kto musiał znaleźć sposób, aby przetrwać w świecie, w którym każde doświadczenie przeczyło obietnicom, jakie składano mu od dzieciństwa. Jeżeli uznałby, że Bóg jest okrutny, musiałby również uznać, że jego cierpienie nie prowadzi do niczego, że umierający nie zostaną wynagrodzeni, a jego własne życie nie było próbą, lecz przypadkiem. Łatwiej było więc kochać sprawcę. Łatwiej było nazywać zniszczenie tajemnicą, chorobę próbą wiary, a rozpacz niegodnością duszy. Octavia znała tę drogę. Sama szła nią przez większą część życia.
— Nie — powiedziała wreszcie, zaciskając pięści. — Nie jesteś mu niczego winien. Oboje doskonale wiemy, że nigdy nie chodziło tu o miłość. Porzucił was, odsunął i sam ukrył się w bezpiecznym miejscu z dala od choroby — głos nieznacznie się jej załamał — Uwierz mi, że zdaję sobie z tego sprawę lepiej, niż ktokolwiek inny. Służyłam mu, sama pomogłam mu was od niego odgrodzić.
Twarz mężczyzny stężała.
— Bluźnisz. Będzie wściekły, kiedy o tym usłyszy. A na pewno usłyszy.
— Na to liczę.
Chory gwałtownie poderwał się z krzesła. Przez moment wydawało jej się, że chce rzucić się na nią, lecz mężczyzna jedynie wyciągnął rękę ku struganej wcześniej figurce i przycisnął do niej palce. Z jego ust popłynęła modlitwa, szybka i niezrozumiała, wypowiadana z gorliwością i żałością.
Octavia przyglądała mu się jeszcze przez chwilę, a potem bez słowa wyszła z powrotem na ulicę i ruszyła przed siebie, pozostawiając go wśród jego modlitw, figurek i gnijących świętości. Dopiero za rogiem zorientowała się, że zaciska dłonie tak mocno, że paznokcie wbiły się w skórę. Rozluźniła palce. Na wewnętrznej stronie dłoni pojawiły się drobne pęknięcia, z których sączyła się czarna ciecz. Nie chciała zabijać tych ludzi. Nie dlatego, że była od nich lepsza, ale dlatego, że ich śmierć niczego by nie zmieniła. Zniszczony człowiek mógł umrzeć na tysiąc sposobów, a świat nadal pozostawałby dokładnie taki sam. Można było rozbić wszystkie posągi, spalić świątynie, obedrzeć kapłanów z ich złotych szat i wrzucić święte księgi do najgłębszych czeluści, ale dopóki istniał Ten, który ustanowił cierpienie prawem, każde zwycięstwo pozostawałoby jedynie chwilowym aktem wandalizmu. Octavia nie wróciła po to, aby ulżyć światu w jego niedoli. Nie była wybawicielką. Nie zamierzała stawać przed ludźmi z otwartymi ramionami, obiecywać im nowego początku ani składać przysiąg, których nie mogłaby dotrzymać. Pragnęła jedynie dotrzeć do źródła, z którego wypływało całe to nieszczęście i na zawsze je zniszczyć.
Po obu stronach drogi rozciągały się pola, na których nie rosło nic, co można byłoby uznać za plon. Ziemia miała barwę zakrzepłej krwi, a jej powierzchnię pokrywały gęste, czarne pęknięcia. W niektórych miejscach wyrastały z niej łodygi przypominające ludzkie kręgosłupy, z cienkimi, białymi wypustkami zamiast liści. Na ich końcach zwisały workowate kwiatostany, które otwierały się powoli, gdy Octavia przechodziła obok, odsłaniając wnętrza pełne drobnych, drgających włosków. Kiedy wiatr poruszał roślinami, z ich kielichów wysypywał się pył o barwie złota. Opadał na ziemię, na kamienie i na martwe zwierzęta, tworząc cienką, niemal piękną powłokę, która kontrastowała z całym otaczającym je zepsuciem. Przy jednym z pól leżała krowa. Jej ciało było rozdęte do rozmiarów, które wydawały się niemożliwe, a skóra napięta tak mocno, że wzdłuż brzucha powstały szerokie, czerwone szpary. Z pyska zwisał długi, ciemny język, pokryty muchami. Oczy zwierzęcia zostały wyjedzone, a puste oczodoły wypełniała czarna woda. Na grzbiecie, w miejscu, gdzie niegdyś rosła sierść, wyrósł gęsty kobierzec drobnych grzybów. Ich kapelusze były blade i niemal przezroczyste, a spod nich zwisały cienkie strzępki, które poruszały się przy każdym podmuchu wiatru. Kiedy Octavia przechodziła obok, z wnętrza zwierzęcia dobiegł cichy, mokry trzask. Zatrzymała się zaciekawiona. Przez chwilę miała wrażenie, że brzuch krowy oddycha. Skóra uniosła się nieznacznie, potem opadła, a z jednej ze szczelin wypłynęła strużka gęstej cieczy. Octavia patrzyła na nią z niechęcią, której nie potrafiła oddzielić od fascynacji. Śmierć stała się pożywką tego chorego świata, warunkiem dalszego trwania i jedyną formą płodności, jaka pozostała tej ziemi. Wszystko rodziło się z rozkładu, a potem samo ulegało rozkładowi, nie pozostawiając po sobie niczego poza kolejną warstwą materii. W innym miejscu mogłaby uznać to za naturalny porządek rzeczy, za odwieczną wymianę pomiędzy życiem a śmiercią. Tutaj jednak nie było równowagi. Nie było odnowy ani odpoczynku. Ziemia nie przyjmowała umarłych po to, by dać życie następnym pokoleniom. Pożerała ich bez końca, jakby głód stał się jej jedyną cechą, jedynym prawem i jedyną modlitwą.
Octavia splunęła na pole i odeszła. W miarę jak posuwała się na północ, krajobraz stawał się coraz bardziej obcy, choć wszystko wskazywało na to, że zbliża się do samego serca swojego świata. Roślinność gęstniała, a jej kształty stawały się coraz mniej podobne do czegokolwiek, co mogło wyrosnąć w zdrowej ziemi. Wzdłuż drogi piętrzyły się kępy czerwonych pędów, przypominających z daleka krzewy róży, lecz ich łodygi pokrywały krótkie, twarde kolce, a na końcach wyrastały blade, mięsiste płatki. Kiedy Octavia dotknęła jednego z nich, roślina zacisnęła się wokół jej palca. Ruch ten był powolny, niemal delikatny. Octavia wyrwała rękę z uścisku, rozcinając skórę o kolce. Z rany wypłynęła czarna ciecz, lecz zanim zdążyła spłynąć na nadgarstek, roślina wygięła łodygę w jej stronę i pochwyciła pierwszą kroplę. Patrzyła na nią, czując na twarzy nieprzyjemne ciepło.
— Głupie, chciwe, żarłoczne zielsko — Zgniotła kwiat pod obcasem — Powinnam wyrwać cię z korzeniami, spakować do kieszeni i po wszystkim dać Zahrze do spalenia.
Mięsiste płatki pękły z cichym mlaśnięciem, a spod nich wypłynęła lepka, jasna substancja. Zapach, który się z niej wydobył, przypominał skwaśniałe mleko. Octavia odwróciła wzrok, lecz smród przylgnął do jej nozdrzy i pozostał tam jeszcze długo po tym, jak roślina zniknęła za jej plecami.
Wkrótce dotarła do lasu. Drzewa rosły tak blisko siebie, że ich korony tworzyły nad drogą niemal szczelny dach. Konary splatały się w ciemną plątaninę, z której zwisały długie, cienkie pasma porostów. Kora była miękka i wilgotna, miejscami pokrywały ją pęcherze wypełnione ciemnym płynem, a gdy wiatr poruszał gałęziami, pęcherze pękały, rozsiewając wokół mdły zapach. Wnętrze lasu wypełniała przytłaczająca cisza. Nie było słychać owadów, śpiewu ptaków ani szelestu małych zwierząt ukrywających się w ściółce. Słychać było natomiast odgłosy, których Octavia nie potrafiła przypisać żadnemu znanemu stworzeniu: przeciągłe skrzypienie, jakby ktoś obracał ogromnym, zardzewiałym kołem; odległe, urywane zawodzenie; ciche skrobanie dochodzące spod ziemi. Zatrzymała się, a dźwięk natychmiast ucichł. Nie poszła za nim.
Ściółka uginała się i zapadała pod jej stopami. Zalegały w niej warstwy liści, czarnych i zlepionych, pomiędzy którymi wyrastały grzyby o cienkich, pomarszczonych kapeluszach. Niektóre przypominały uszy, inne ludzkie dłonie zaciśnięte w pięści. Na jednym z pni Octavia dostrzegła dziesiątki małych otworów, ułożonych w regularne rzędy. Z każdego wystawał biały, cienki wyrostek, który co jakiś czas cofał się w głąb drewna, pozostawiając na korze wilgotną smugę. Kiedy zbliżyła twarz, poczuła zapach krwi. Cofnęła się odruchowo, a wtedy z otworów dobiegł cichy szmer, przypominający szepty. Niektóre z tych szeptów wypowiadały jej imię.
Octavia szła dalej, nie przyspieszając kroku, chociaż jej ciało zdradzało, że była zestresowana. Mięśnie karku stwardniały, a skrzydła przylgnęły do pleców, jakby próbowały ją przed czymś osłonić. Z początku słyszała tylko pojedyncze głosy, lecz po kilku minutach las wypełnił się nimi tak szczelnie, że trudno było odróżnić jeden od drugiego. Szeptały kobiety, starcy i dzieci. Głosy miały różne wysokości, różne akcenty, niektóre brzmiały znajomo, inne należały do ludzi, których Octavia nigdy nie spotkała. Powtarzały urywki modlitw, fragmenty psalmów i błogosławieństw, czasem wypowiadając słowa z taką czułością, jakby chciały ją pocieszyć.
Octavia zacisnęła szczękę.
— Zamknijcie się wreszcie.
Szepty jednak nie ucichły. Zostałaś wybrana. Byłaś kochana. Wszystko, co ci uczyniono, miało swój cel.
Przystanęła tak nagle, że czubek jej buta zahaczył o korzeń. W głowie pojawił się obraz, którego nie chciała oglądać: biała sala, zapach wosku, złote światło padające z wysokich okien i postać stojąca pośrodku, otoczona ludźmi klęczącymi tak nisko, że ich czoła dotykały kamiennej posadzki. Pamiętała własne kolana na zimnym marmurze, pamiętała ciężar skrzydeł, kiedy kazano jej je rozpostrzeć, i ręce, które dotykały jej piór z nabożną ostrożnością. Pamiętała głos, spokojny i łagodny, mówiący, że ból jest darem, że posłuszeństwo stanowi najczystszą formę miłości, a wątpliwości są jedynie cieniem rzucanym przez cielesną słabość. Pamiętała, jak uwierzyła w każde z tych słów. Pamiętała, jak pragnęła, by ktoś zapewnił ją, że jej cierpienie nie jest bezsensowne, że wszystkie rany prowadzą do jakiegoś większego dobra, a śmierć, jeśli tylko zostanie przyjęta z pokorą, stanie się bramą do czegoś piękniejszego.
Najbardziej nienawidziła w sobie tego, że przez pewien czas była szczęśliwa i tak niezwykle dumna ze wszystkiego, co robiła. Octavia nie pamiętała już, kiedy dokładnie ta wiara zaczęła się rozpadać. Pamiętała jedynie, że pewnego dnia spojrzała na własne ręce i nie potrafiła zrozumieć, dlaczego Bóg, który miał ją kochać, uczynił z niej narzędzie tak doskonale przystosowane do zadawania bólu. Nie miała zamiaru wybaczać sobie, że tak długo zajęło jej dostrzeżenie prawdy.
Zrobiła kilka kroków, po czym zatrzymała się ponownie, gdy pomiędzy drzewami zamajaczyła sylwetka przypominająca człowieka. Stała na skraju drogi, zwrócona do niej plecami. Miała na sobie długą, białą szatę, która powinna była lśnić w mroku, lecz była tak zabrudzona, że przypominała szary całun. Wzdłuż pleców spływały jej jasne włosy, posklejane w grube pasma. Ramiona opadały nienaturalnie nisko, a dłonie zwisały niemal do kolan. Nad głową unosił się metalowy pierścień, który mógł być aureolą, gdyby nie to, że pokrywała go rdza, a z jego dolnej krawędzi zwisały drobne, czarne grudki, zwieńczone podłużnymi gałkami ocznymi.
— Zejdź mi z drogi — Octavia warknęła.
Postać nie odpowiedziała. Przechyliła tylko głowę, jakby nasłuchiwała czegoś dochodzącego z głębi lasu. Octavia zrobiła krok naprzód.
— Powiedziałam, żebyś zszedł mi z drogi.
Wówczas postać odwróciła się. Nie miała twarzy. W miejscu, gdzie powinny znajdować się oczy, nos i usta, rozciągała się gładka, blada powierzchnia, poprzecinana cienkimi naczyniami. Pośrodku czoła tkwił niewielki otwór, z którego wypływała ciemna ciecz. Aureola nad głową obróciła się powoli, wydając z siebie dźwięk podobny do tarcia metalu o kamień. Z wnętrza szaty dobiegł szelest, a potem postać wyciągnęła ku Octavii zdeformowaną, pokrytą pęcherzykami dłoń.
Octavia poczuła, że serce uderza jej mocniej. Nie ze strachu. Coś w tym geście, w tej nienaturalnej niewinności, budziło w niej odrazę tak głęboką, że przez chwilę nie potrafiła oddychać. Postać zwracała się do niej w sposób tak niezwykle podobny do tego, w jaki On zwracał się do niej tak dawno temu, kiedy chciał, by ślepo za nim podążyła. By bez słowa oddała się w jego ręce i dała prowadzić. W sposób, w jaki zwrócił się do niej, gdy spróbował na zawsze się jej pozbyć. Postać przechyliła głowę.
— Nie, nie, nie, nie. Nigdzie z tobą nie pójdę. Zejdź mi z drogi — Octavia warknęła.
Stworzenie cofnęło rękę. Potem, w miejscu, gdzie powinna znajdować się jego twarz, rozwarła się długa, lepka od śluzu szczelina, a z jej wnętrza wydobył się głos, który Octavia rozpoznała natychmiast. Był łagodny. Ciepły. Doskonale spokojny.
— Dlaczego znowu mi się sprzeciwiasz? Czy nie byłem dla ciebie dobry?
Przez jedną krótką chwilę Octavia znów była jedynie sługą, stojącym na zimnej posadzce świątyni, z głową uniesioną ku górze i sercem pełnym nadziei, której jeszcze nie zdążono jej odebrać. Wystarczył ton tego głosu, aby wszystkie lata nienawiści cofnęły się pod naporem czegoś znacznie starszego i bardziej upokarzającego: pragnienia, by zostać ponownie przez niego przyjętą. By usłyszeć, że nie zrobiła nic złego. Że ból nigdy nie był jej winą. Że ktoś, choćby na samym końcu świata, żałuje tego, co jej uczyniono. Octavia znienawidziła siebie za tę chwilę słabości. Potem wyciągnęła rękę i chwyciła stworzenie za szyję.
Jej palce zacisnęły się na czymś miękkim, wilgotnym i zaskakująco ciepłym. Pod skórą wyczuła pulsowanie, a potem gwałtowny ruch, jakby stworzenie próbowało połknąć własny krzyk. Octavia ścisnęła mocniej. Z jego szaty wysypały się drobne, czarne owady, które spadły na ziemię i zaczęły pełzać pomiędzy korzeniami. Metalowa aureola zadrżała, a głos Boga, nadal łagodny, zabrzmiał jej tuż przy uchu.
— Nie musisz dłużej cierpieć. Jeśli żałujesz, wybaczyłbym ci nieprawość twojego grzechu.
Octavia patrzyła w gładką powierzchnię, z której wypływała ciemna ciecz. Szarpnęła. Stworzenie rozpadło się bez kolejnych słów. Jego ciało osunęło się na ziemię, rozpływając się w czarną, gęstą substancję, która wsiąkała pomiędzy korzenie. Aureola potoczyła się po ściółce, zatrzymała przy kamieniu i zgasła. Czymkolwiek było to stworzenie, zniknęło na dobre. Przez chwilę w lesie panowała cisza. Potem szepty powróciły, lecz tym razem były cichsze, bardziej odległe. Octavia stała nad pozostałościami stworzenia z dłonią uniesioną przed sobą. Jej palce pokrywała czarna maź. Czuła na skórze ciepło, którego nie potrafiła znieść, więc wytarła rękę o pozostawioną przez stworzenie szatę. Potem zrobiła to ponownie, mocniej, aż materiał zaczął się pruć, a porcelana ukruszyła się od tarcia. Nie czuła triumfu. To również ją rozgniewało.
Przez wiele lat wyobrażała sobie, że nienawiść będzie czymś czystym, niemal świętym w swojej intensywności, że kiedy wreszcie wróci do świata, który ją stworzył i zniszczył, każdy krok ku Bogu będzie przybliżał ją do chwili, w której poczuje się wolna. Teraz jednak, stojąc pośród gnijących drzew i cuchnącej ściółki, rozumiała, że nienawiść nie czyniła jej silniejszą. Nie oczyszczała jej. Nie nadawała sensu temu, co się wydarzyło. Była jedynie tym, co pozostało po miłości, której nie potrafiła już ani odzyskać ani pogrzebać.
Mimo to ruszyła dalej. Kiedy wyłoniła się z lasu, docierając do przeciwległego zbocza, jej skrzydła były ciężkie od pyłu, a nogi pokrywała gruba warstwa mazi. Wspięła się na szczyt i zatrzymała, by zaczerpnąć oddechu. Dolina rozciągała się za nią jak ogromny, otwarty grób. Niebo nie zmieniło barwy. Światło wciąż pozostawało blade i nieruchome, a na horyzoncie wznosiły się góry, które teraz wydawały się znacznie bliższe. Pomiędzy nimi, wysoko ponad zniszczonymi dolinami, dostrzegła coś, co mogło być wieżą. Była smukła, niemal biała, i wznosiła się ponad poszarpanym grzbietem górskim jak kość wystająca z rany. Wokół jej szczytu krążyły ptaki, choć z tej odległości nie potrafiła określić ich wielkości ani kształtu. Poniżej wieży, na stromych zboczach, ciągnęły się mury i schody, które znikały w chmurach. Nawet tutaj, pośród całego tego zniszczenia, budowla zachowała pozór majestatu. Jej ściany były gładkie, regularne, niemal nieskazitelne, a ich jasna powierzchnia odbijała mdłe światło nieba. Wydawała się nietknięta przez chorobę, rozkład i czas, jakby wszystko, co znajdowało się wokół niej, mogło gnić bez końca, podczas gdy ona sama pozostawała poza zasięgiem wszelkiego zepsucia. Octavia patrzyła na nią długo.
Pomyślała, że właśnie tak musiał wyglądać Bóg w oczach swoich wiernych: odległy, doskonały, nieskalany, górujący nad światem, którego cierpienia nie mogły dosięgnąć jego stóp. Wszystko poniżej mogło się rozpadać, ludzie mogli umierać na drogach, dzieci mogły wtulać się w piersi swoich martwych matek, czekając na pomoc, która nigdy nie nadchodziła, a ziemia mogła zamieniać się w bezkresne cmentarzysko. Wystarczyło, że wysoko w górze pozostawała jedna biała wieża, by ktoś mógł uklęknąć i powiedzieć, że istnieje plan, którego nie potrafimy pojąć.
— Znalazłam cię — powiedziała, choć odległość pomiędzy nią a wieżą była tak wielka, że jej słowa wcale do niej nie docierały.
Przed nią rozciągały się kolejne doliny, lasy i ruiny. Droga wspinała się po zboczach, ginęła pomiędzy czarnymi skałami, a potem pojawiała się znów, przecinając ziemię jak blizna. Gdzieś daleko rozległo się bicie dzwonu. Było głębokie i przeciągłe, a jego echo przesunęło się nad równiną, odbiło od gór i powróciło jako słaby, drżący pomruk. Octavia zatrzymała się tylko na moment, nasłuchując. Pamiętała ten dźwięk. Znała go z uroczystości, podczas których kapłani wznosili dłonie ku niebu, a wierni klękali, prosząc o przebaczenie. Dzwon oznajmiał początek modlitwy, wezwanie do pokuty, czasem śmierć kogoś ważnego. Teraz jednak brzmiał jak sygnał alarmowy. Nie miało to dla niej jednak znaczenia. Nie szła po odpowiedzi. Nie szła po przebaczenie. Nie szła nawet po sprawiedliwość. Szła, ponieważ przez całe życie uczono ją, że należy kochać i słuchać się Boga, choćby miłość ta wymagała od niej wszystkiego, co miała; ponieważ kazano jej wierzyć, że posłuszeństwo jest cnotą, cierpienie próbą, a pokora najwyższą formą piękna. Szła, ponieważ przez lata próbowała znaleźć w sobie miejsce, w którym mogłaby pomieścić wszystkie te kłamstwa. Nie poprosi o ochronę. Nie będzie błagać o znak. Znała już wszystkie odpowiedzi, jakie mógłby jej udzielić. Mogłyby przybrać postać świętych ksiąg, objawień, cudów i milczenia; mogłyby być wypowiedziane głosem łagodnym jak szept matki albo potężnym jak grzmot rozrywający niebo. Nie miało to znaczenia. Wszystkie sprowadzały się do jednego: że cierpienie jest konieczne, że kreacja nie ma prawa osądzać swojego Stwórcy, że miłość nie musi być sprawiedliwa, a wszechmoc nie musi nikomu niczego wyjaśniać. A Octavia zamierzała odrzucić każdą z tych odpowiedzi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz