Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Medwia: Mężczyzna pokłócił się z niedźwiedziem o borowika
Mieszkaniec wsi pod Miedwogradem trafił na izbę przyjęć z licznymi zadrapaniami i, jak sam to ujął, „nadszarpniętą dumą”. W czwartek rano, podczas grzybobrania, mężczyzna natknął się na wyjątkowo okazałego borowika, którego w tej samej chwili upatrzył sobie niedźwiedź. Postanowił bronić znaleziska, powołując się na zasadę „kto pierwszy, ten lepszy”. Niedźwiedź tego argumentu nie uznał. „Godło kraju czy nie godło, ja go zobaczyłem pierwszy” – upiera się poszkodowany, który mimo obrażeń nie zamierza rezygnować z grzybobrania. Leśnicy przypominają, że jesienią niedźwiedzie intensywnie gromadzą zapasy przed zimą i nie są skłonne do negocjacji.

Nagłówek

04 listopada 2026

Od Vaerila — Zasięg [AU]

Ciałem Vaerila wstrząsnęły dreszcze. Odwrócił głowę w kierunku niespodziewanego dźwięku. Na popielatym koniu spokojnym tempem zbliżał się do niego spotkany w gospodzie młodzieniec o fioletowych włosach. Zauważając siedzącego pod drzewem szlachcica, zeskoczył zwinnie z rumaka i sięgnął pod pazuchę swojego ciemnego skórzanego płaszcza. Vaeril, spostrzegając ten nieznaczny ruch, w jednej chwili poczuł rosnący niepokój. Nieznajomy jednak, zamiast spodziewanej broni, bez słowa wyciągnął z wewnętrznej kieszeni odzienia pokaźną sakiewkę. Przerzucał ją wesoło z dłoni do dłoni, uśmiechając się przy tym szeroko.
— Wybacz, źle zaczęliśmy. Muszę przyznać, że wina w całości leży po mojej stronie — rzekłszy to najspokojniej na świecie, ukłonił się lekko. — Zwą mnie Nikolai. Jestem obieżyświatem i znanym kupcem, mile widzianym na wielu szacownych dworach. Lubię błyskotki i dobre interesy. A tak się świetnie składa, że mam jeden do ubicia właśnie z tobą.
Vaeril przeczuwał, że stojący naprzeciw niego młody mężczyzna zwiastuje kłopoty. Mimowolnie, na wszelki wypadek, zacisnął dłoń na rękojeści miecza. Nie uszło to uwadze Nikolaia, który zaśmiał się serdecznie i w geście poddania uniósł dłonie do góry (w jednej z nich wciąż ściskając jednak tajemniczą saszetkę):
— Po co te nerwy? Nie wiesz, że złość piękności szkodzi?
— Czego chcesz?
Vaeril ostrożnie, nie spuszczając wzroku z kupca, podniósł się z ziemi. Nie czuł się komfortowo, nie wiedząc niczego o zamiarach stojącego naprzeciwko siebie mężczyzny.
— Więc od razu do rzeczy? Wspaniale! — Uradowany Nikolai, wcisnął sakwę pod pachę i klasnął w dłonie. — Kupię od ciebie ten miecz. Zapłacę dużo. Wystarczająco, abyś do następnej wiosny mógł jeść coś innego niż tylko suchy chleb.
Na tę niespodziewaną propozycję Vaeril zmarszczył brwi. Co mu po pieniądzach, skoro bez miecza nie dożyje nawet do poranka?
— Nie jestem zainteresowany — odparł stanowczo, niemal bez zastanowienia, kolejny raz tego dnia odrzucając propozycję Nikolaia. Ile razy można odmawiać jednej osobie, nim ta rozumie, że nic tutaj nie ugra? Ten osobnik powoli zaczynał go drażnić.
— A jeśli zaoferuje ci dwukrotność tego, co obiecałem?
— Nie jestem zainteresowany.
Nikolai przewrócił oczami i westchnął ostentacyjnie. Schował sakiewkę do kieszeni.
— Daj spokój. Kupisz za to co najmniej dziesięć nowych mieczy. Lepszych, większych, ładniejszych czy jakich tam lubisz. Sam mogę dać ci nawet namiary na wspaniałego kowala, fachowca najlepszego w okolicy! — przekonywał charakterystycznym kupieckim tonem. — Każdy inny miecz przyda ci się bardziej od tego. Ty nawet nie potrafisz wykorzystać jego pełnego potencjału.
Słowa te poniekąd zbiły Vaerila z tropu. Pełen potencjał? O jakim potencjale on mówił? Szlachcic zaczął się intensywnie zastanawiać, czy tajemniczy kupiec wiedział cokolwiek więcej na temat zaklętego ostrza. Czyżby już wcześniej zetknął się z czymś podobnym?
Mimo wszystko Vaeril nie zamierzał pozwolić, by ktoś obrażał go prosto w twarz. Słowa Nikolaia naprawdę go dotknęły. Był przecież szlachcicem, do którego jeszcze niedawno nikt nie odważyłby się zwrócić w tak lekceważący, wręcz kpiący sposób!
— Doskonale znam jego potencjał! — odparł więc ostro, nie kryjąc już swojej wrogości. — Dlatego nie mam najmniejszego zamiaru go sprzedawać. Daj mi wreszcie spokój albo sam zaraz się przekonasz, do czego jestem zdolny!
Mówiąc to, wysunął miecz z pochwy. Stanął naprzeciw Nikolaia, kierując połyskującą końcówkę ostrza w jego stronę.
Ten z kolei na ten żałosny (w jego mniemaniu) widok zaśmiał się głośno.
— Ależ się boję! Spójrz, wprost trzęsę się ze strachu! — mówił przez łzy rozbawienia. — Masz tragiczną postawę. Przede wszystkim: nogi trochę szerzej. Schyl się, bo wyglądasz, jakbyś miał kija za koszulą. I co to w ogóle za chwyt? Zero zasięgu! A oprócz tego, przecież wystarczyłoby jedno uderzenie, aby wytrącić ci ten twój cenny mieczyk z rąk!
Nieoczekiwana krytyka sprawiła, że Vaeril nie potrafił ukryć zakłopotania, które wraz z płomiennym rumieńcem pojawiło się na jego twarzy. Nieśmiało poprawił swoją pozycję według zasłyszanych wskazówek. Mocniej zacisnął też dłonie na rękojeści w obawie, że faktycznie ktoś byłby wstanie skorzystać z okazji i wyrwać mu go niepostrzeżenie z uścisku.
— To jest ten cały potencjał, o którym mówiłeś? Daj spokój, sprzedaj mi po prostu ten miecz, bo żal patrzeć. Tylko marnuje się w twoich rękach, naprawdę.
— To nieprawda! — oburzył się szlachcic. Jego duma po raz kolejny została właśnie poważnie obrażona. — Jeśli będzie trzeba, to z niego skorzystam! Ostrzegam!
— No, już, już, spokojnie — Nikolai wciąż nie krył swojego rozbawienia. Wcale jednak nie wyglądało na to, że przejął się którąkolwiek z rzuconych w jego stronę gróźb. — Przecież mówiłem, że nie chcę się bić. Przyszedłem do ciebie w interesach, nie w poszukiwaniu zwady.
Mimo zapewnień Vaeril wciąż nie był w pełni przekonany. Ani na chwilę nie tracił czujności. I bardzo słusznie. W jego sytuacji nawet najmniejsze rozkojarzenie mogło mieć przykre konsekwencje.
Niewiele brakowało, by i tym razem los rzucił mu kolejną kłodę prosto pod same nogi. W całym zamieszaniu Vaeril dopiero w ostatniej chwili zauważył, że słońce zdążyło skryć się już za drzewami. Jego ostatnie promienie nieśmiało wyglądały ponad czubkami drzew. Zbliżał się wieczór, a pierwsze cienie powoli ogarniały okolicę. Ciągnęły się wzdłuż polany, centymetr po centymetrze zawłaszczając ją pod władanie ciemności.
Doskonale wiedział, że przyjdą.
Zawsze przychodziły. 
Pierwszym zwiastunem nadchodzących kłopotów był oczywiście piekący ból tuż pod obojczykiem. Iversen z cichym sykiem mimowolnie przycisnął dłoń do wyrytego na skórze jarzma. Rana krwawiła. Sącząca się z niej krew przesiąkała przez materiał koszuli, barwiąc na czerwono palce młodego mężczyzny.
Zdążył się już przekonać, że próby zatamowania krwawienia nie przynoszą żadnego rezultatu. Mimo to nie potrafił z nich zrezygnować. Musiał przynajmniej spróbować. Z każdą kolejną kroplą krwi odnosił wrażenie, że uchodzi z niego życie. Nie pozostawało mu nic innego, jak tylko trzymać się go za wszelką cenę.
I przetrwać. 
Wtedy też gdzieś w pobliskich krzakach coś zaszeleściło.
Wraz z nadejściem nocy przybyli, by odebrać to, co do nich należy.
Vaeril instynktownie się spiął, gdy z pobliskich krzaków powoli wyłonił się przerażający łeb. Chwilę później ukazała się w swojej pełnej okazałości cała kreatura — o wężowym pysku i ogromnym cielsku pokrytym łuskami. Zasyczała i warknęła, stając tuż przed dwójką młodych mężczyzn. Wpatrywała się w nich złocistymi, rozgniewanymi oczami. Przez moment trwała bez ruchu, jakby oceniała swoje szanse. Choć wcale nie musiała tego robić.
Oczywiście, że miała przewagę.
Oczywiście, że doskonale o tym wiedziała.
Mimo to celowo przedłużała tę chwilę. Karmiła się każdą sekundą zwłoki oraz płynącym z niej strachem i przerażeniem ofiar. Nie było dla niej nic przyjemniejszego niż dostrzec ostatni błysk nadziei w oczach, zanim przypuści atak i rozpocznie swoją obiecaną ucztę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz