Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Medwia: Mężczyzna pokłócił się z niedźwiedziem o borowika
Mieszkaniec wsi pod Miedwogradem trafił na izbę przyjęć z licznymi zadrapaniami i, jak sam to ujął, „nadszarpniętą dumą”. W czwartek rano, podczas grzybobrania, mężczyzna natknął się na wyjątkowo okazałego borowika, którego w tej samej chwili upatrzył sobie niedźwiedź. Postanowił bronić znaleziska, powołując się na zasadę „kto pierwszy, ten lepszy”. Niedźwiedź tego argumentu nie uznał. „Godło kraju czy nie godło, ja go zobaczyłem pierwszy” – upiera się poszkodowany, który mimo obrażeń nie zamierza rezygnować z grzybobrania. Leśnicy przypominają, że jesienią niedźwiedzie intensywnie gromadzą zapasy przed zimą i nie są skłonne do negocjacji.

Nagłówek

03 listopada 2026

Od Vaerila — Wina [AU]

— Chcesz zagrać?
Niespodziewane pytanie całkowicie wybiło Vaerila z równowagi, wyrywając go z chwilowej zadumy. Zachwiał się na krześle i prawie upuścił trzymaną w ręce kromkę chleba. Będąc całkowicie skupionym na toczącej się obok rozmowie, kompletnie nie zauważył, że ktoś właśnie stanął u jego boku.
Iversen, z trudem przełykając ledwo przeżuty gryz pieczywa, powoli podniósł głowę. Tuż obok znajdował się ten młodzieniec o fioletowych włosach, który rzucił mu się w oczy już w pierwszej chwili spędzonej w karczmie. Teraz opierał się o blat, w rękach tasując zniszczoną już talię kart. Pod pachą trzymał zaś butelkę wina. Uśmiechał się przy tym szeroko — jednocześnie olśniewająco i niezwykle uprzejmie.
Ten urok nie działał jednak na Vaerila.
— Nie mam pieniędzy — odparł niechętnie, lecz jak najbardziej zgodnie z prawdą. Przecież w kieszeni brzęczały mu same grosze, więc ostatnią rzeczą, o jakiej teraz marzył, było utracenie ich w grze, której zasad nawet nie rozumiał. Zresztą z daleka wyczuwał podstęp. Vaeril może i był naiwnym szlachcicem, ale nie aż tak naiwnym, by dać się uwikłać w pierwszy lepszy przekręt.
Przynajmniej nie tym razem.
Prawdę mówiąc, dorastał w przekonaniu, że nikt nigdy nie zechce go oszukać ani skrzywdzić. Wszyscy wokół troszczyli się o niego, otaczając go pieczołowitą opieką i kierując się wyłącznie szczerymi intencjami. Przywykł do takiego serdecznego traktowania. Taką samą postawę naturalnie przybierał więc wobec innych ludzi.
Lecz w jego obecnym położeniu wyuczona ufność okazywała się jednak słabością. Zdążył się już niejednokrotnie przekonać, że samym zaufaniem człowiek się nie naje. Naiwność sprawiała, że mniej uczciwi pracodawcy wypłacali mu mniejsze wynagrodzenie, niż początkowo obiecywali. Zdarzało się również, że wykonywał pracę za darmo, bo osoba obiecująca mu zapłatę znikała, gdy tylko kończył powierzone zadanie.
Teraz Vaeril doskonale czuł, że jeśli zgodzi się na tę grę, zostanie z niczym. Był tego pewien całym sobą, jakby wykształcił w sobie zupełnie nowy zmysł, który za każdym razem, gdy ktoś podejrzany składał mu propozycję, wykrzykiwał jedno słowo: OSZUSTWO.
Choć być może były to efekty po prostu bolesnej nauki na wcześniej popełnionych błędach.
— To więc świetna okazja, aby je zdobyć! — Drugi mężczyzna niczego jednak nie wiedział o doświadczeniu Vaerila i nie odpuszczał, pozostając upierdliwie upartym, a wesoły uśmiech nie znikał mu z twarzy przez cały ten czas. — Pierwsza gra za darmo, na mój koszt!
Szlachcic nie ukrywał swojego niezadowolenia, krzywiąc się nieznacznie. Naprawdę nie chciał grać. Pragnął jedynie zjeść swój suchy chleb w spokoju i ruszyć w dalszą drogę, a nie zaprzątać sobie głowy żadnymi błahymi głupotami. Musiał skupić się na swoim celu. Każda zmarnowana sekunda mogła go przecież kosztować życie.
— Spieszę się — mruknął wymijająco. Odwrócił wzrok i spojrzał w dół na gliniany talerz ze swoim żałosnym posiłkiem. Z cichym westchnieniem sięgnął po gorzkie pieczywo. Zjeść i iść dalej — powtarzał sobie swój prosty cel. Ostatnie czego pragnął to rezygnacja z niego na rzecz jakiś głupich zabaw.
Chociaż wprawdzie dawniej nie odmówiłby żadnej gry. Wprost przepadał za przyjacielską rywalizacją. Kiedyś on i jego brat potrafili spędzać całe dnie na wspólnych partyjkach szachów lub kart. Sprzeczali się wtedy i przekomarzali przez długie godziny, aż po sam wieczór, nim któryś z nich wreszcie nie przyznał się do porażki. Paradoksalnie jednak każda rozgrywka jeszcze bardziej ich do siebie zbliżała.
Z żalem przypominał sobie o tym, że Derek wcale nie był złym bratem. Zawsze poświęcał Vaerilowi mnóstwo czasu, szczególnie wtedy, gdy ich rodzice zbyt zajęci byli swoimi sprawami. Nigdy zresztą nie pozwalał mu się nudzić ani czuć samotnym. Za każdym razem, gdy młodszy brat zaczynał narzekać na brak zajęcia, Derek potrafił wymyślić coś, co go zainteresowało i pochłonęło na długie godziny. Niekiedy sam porzucał własne obowiązki, by zaproponować nową zabawę i wspólnie wziąć w niej udział.
Na tę myśli Vaeril zagryzł zęby. Bolesne ukłucie zdrady ścisnęło go za serce.
Wiedział, że dziś nie może nawet pomyśleć o zabawie. Utracił do tego najmniejsze prawo.
— Przecież nie mówię, że zajmę ci wiele czasu! — wciąż jednak upierał się mężczyzna o fioletowych włosach. Był niemożliwy do odpędzenia, denerwujący niczym przyklejony rzep do psiego ogona. — Choć jeśli chcesz, to oczywiście mogę.
W tej samej chwili puścił Vaerilowi oczko. Na ten niespodziewany gest, zdecydowanie zbyt śmiały w mniemaniu dobrze wychowanego młodzieńca, policzki szlachcica natychmiast oblały się mimowolnym rumieńcem. Nie wiedząc, co począć w obliczu takiego typu propozycji, zaśmiał się nerwowo, a potem, niewiele myśląc, niezdarnie wrzucił nadgryziony chleb do kieszeni skórzanej kamizelki i raptownie zerwał się na równe nogi, już gotowy do wyjścia. Nie odwracając się za siebie, ruszył w kierunku drzwi.
— Nie, nie! Czekaj, żartowałem, nie miałem zamiaru cię przestraszyć! — zawołał za nim tajemniczy młodzieniec, równie zaskoczony, co rozbawiony zawstydzoną reakcją swojego rozmówcy. Nie przypuszczał, że jego dowcip go tak przepłoszy!
Wtedy też podjął nawet odważną próbę zatrzymania uciekającego Vaerila. Prawdopodobnie pierwotny plan zakładał złapanie go za róg znoszonej podróżą szaty, lecz ostatecznie chybił i zamiast tego omyłkowo chwycił za fikuśną rękojeść miecza wystającego ze skórzanej pochwy na jego plecach.
Intensywnie lśniące ostrze powoli wysunęło się z pochwy zaledwie na kilka centymetrów, kiedy Vaeril, już nie tyle, co zakłopotany, co przerażony, wyrwał broń z uścisku nieznajomego mężczyzny. Odskoczył niczym poparzony, a następnie ściskając skórzaną pochwę do piersi, jakby próbował chronić ją całym sobą, nie patrząc za siebie, wybiegł z karczmy.
Biegł, ile sił w nogach, potykając się o kamienie i wystające korzenie. Zatrzymał się dopiero na niewielkim leśnym dziedzińcu. Rozejrzał się i gdy spostrzegł, że nikogo wokół nie ma, osunął się po chropowatym pniu drzewa na zimną i mokrą od rosy trawę. Oddychał ciężko, wyczerpany szaleńczą ucieczką. W głowie miał jedynie pustkę.
Zdawał sobie sprawę, iż pewnie wszyscy, którzy go widzieli, pomyśleli, że oszalał. Że nagle postradał zmysły. Niegdyś przejąłby się tym niepomiernie, a całe zdarzenie spędzałoby mu sen z powiek przez wiele kolejnych nocy. Opinia postronnych była dla niego niezwykle ważna. Choć w aktualnym położeniu nawet nie przyszło mu do głowy, aby zamartwiać się takimi głupotami. Musiał chronić miecz. Swoją jedyną nadzieję. Sama myśl o tym, że mógłby go utracić, napełniała go nieopisanym przerażeniem. Bez swojego zaklętego ostrza właściwe już byłby martwy. Miało ono zbyt wielką wartość, aby ktokolwiek w ogóle się o nim dowiedział. Było zbyt cenne, zbyt wyjątkowe.
Wtem za jego plecami rozbrzmiało radosne: 
— Tu jesteś! Myślałem, że już cię nie dogonię!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz