Zaczęło się od dwóch rzewnych dźwięków.
Trudno było to nazwać melodią – co to są, dwa dźwięki? Ot, interwał. Trójdźwięk, czy tetrachord (tetra-, cztery, piękna, równa połowa skali) potrafiły krótko i zwięźle nakreślić charakter utworu. Natomiast dwa dźwięki ujmowały w sobie jedynie informację, ile dźwięków między nimi brakowało, jaką energią wypełniona była dziura między nimi.
A te dwa dźwięki miały między sobą przepaść.
Jesień w oczach Nikandros była przybierała kolor monotonii. Dosyć paradoksalnie, biorąc pod uwagę odcienie drzew za oknami i lasu za ogrodzeniem. Jednak jesień w obliczu sztuki była nieśmiała. Stawiała pierwsze, niepewne kroki w przestrzeń – nowe sezony teatralne, plany na edukacyjne programy w muzeum. Nawet Czarna Dzierzba wydawała się konserwatywna – studenci sztuki dopiero rozgrzewali się po letniej przerwie, niektórzy dopiero zaczynali przygodę z tworzeniem, inni, po obronieniu dyplomów zapadli w pewien marazm. Już zima, z błyszczącym w blasku słońca śniegiem, z nadciągającymi zaliczeniami, z potrzebą rozruszania mózgu w chłodzie, była dla Nikandros bardziej orzeźwiająca i kreatywna.
Ta jesień zapowiadała się podobnie do poprzednich, jak i przyszłych. Filharmonia stellaryjska postanowiła otworzyć sezon dość biernym recitalem – ponad stuletnia symfonia oraz koncert skrzypcowy z solistą, który mógłby równie dobrze wiele lat temu pójść na emeryturę, bo, bądźmy szczerzy, jest wiele młodszych i lepszych od niego instrumentalistów. Nikandros dobrze wiedziała, że czeka ją wieczór dość… nudny, jednak mimo wszystko przygotowała jedną z lepszych jej sukien, aksamitne rękawiczki i złotą biżuterię. W końcu zapłaciła sporą sumę, by jej nazwisko pojawiało się pośród bardziej wylewnych patronów.
Symfonia, jak spodziewała się Nikandros, była bierna i mało angażująca. Nic nowego, żadnych nowych, świeżych interpretacji. Jednak po przerwie wreszcie zaczęło się dziać coś ciekawego.
Sala ucichła po ostatnim dzwonku. Światła przygasły na widowni, zostawiając jedynie skupione reflektory na scenie, bijące ciepłem i blaskiem przepoconą orkiestrę. Po chwili, w rytmie oklasków słuchaczy na scenę wdrapała się dyrygentka. Przetarła twarz chustką i zamiast rozpocząć kolejny utwór, nachyliła się nad widownią.
– Moi drodzy, nadeszła drobna zmiana – po sali przepłynęła fala szmerów, szeptów i westchnień tak głośna i rozemocjonowana, że nawet w loży tuż nad sceną, Nikandros miała problem dosłyszeć, co dyrygentka chciała przekazać słuchaczom – Zmienił nam się solista.
Kolejna fala szmerów, tym razem gęsta i wzburzona, niczym sztorm na morzu. Dziwne. Nic nie było wcześniej wspomniane o zmianie. Czyżby skrzypek nagle zachorował? Skąd ta nagła decyzja?
Na scenę wprowadzili dość młodego muzyka. Nikandros przez mgłę kojarzyła jego twarz z któregoś z wyżej cenionych konkursów, może laureat któregoś miejsca czy też wyróżnienia? W każdym razie poradził sobie bardzo dobrze jak na koło ratunkowe w ostatniej chwili, bez próby ani jakichkolwiek omówień tempowych.
Jednak bardziej niż satysfakcję z udanego koncertu, Nikandros czuła zainteresowanie zniknięciem oryginalnego solisty. Oznajmiając zmianę, dyrygentka wyglądała na zestresowaną, co oznaczało, że musiała być to naprawdę nagła decyzja. Co mogło spowodować zastępstwo?
Po odpowiednio długich kurtuazjach z innymi patronami sztuk wyższych Stellaire Nikandros, zamiast kierować się ku wyjściu, ruszyła w głąb budynku. Miała dziwne przeczucie, kotwiczące się gdzieś między jej żebrami a ścięgnami, które mówiło jej, że zbliża się odpowiedzi tajemnicy.
Przy garderobach muzyków minęła parę perkusistów, którzy kiwnęli jej głową – jej dotacja pomogła im zasponsorować nowy wibrafon – a przy drzwiach oklejonych kartką SOLISTA, KONCERT INAUGURACYJNY, spotkała młodego skrzypka.
Stał przy drzwiach, z futerałem na plecach i czapką na głowie. Wychodził. Ale z jakiegoś powodu stał przodem do garderoby, z dłonią uniesioną w górę, jakby właśnie miał zapukać. Jego wzrok był dziwnie pusty i zamyślony.
– Przepraszam – Nikandros musiała powtórzyć się trzy razy, zanim młody muzyk otrząsnął się i zwrócił ku niej oczy – Gratuluję koncertu.
– A, tak – młodzik uśmiechnął się, kiwnął głową. Jego głos drżał niepewnie w rogach, jakby dostał pierwszy w życiu komplement i nie był pewien, jak na niego zareagować – Dziękuję.
– Czy tutaj…
– Nie, to nie moja garderoba – skrzypek, ewidentnie speszony, odskoczył od drzwi, niby oparzony – Chciałem porozmawiać z profesorem Guarnerim, ale–
Guarneri. Oryginalny solista, ten, który miał zagrać koncert. Ale jeżeli był tutaj, cały ten czas, w swojej garderobie, to czemu znaleźli kogoś innego, by zagrał za niego na scenie? Nikandros podniosła brwi.
– Jest tutaj?
Młody skrzypek zająknął się. Jego dłoń, wciąż zawieszona w powietrzu, zadrżała, podobnie jak gdy na scenie wydobywał ze swojego instrumentu rzewne vibrato.
– Znaczy się, nie wiem. Podobno… podobno nie chciał wyjść? Ale nie wiem, czy nadal tu jest.
– Co się stało?
– Nie wiem. Nikt nie wie. Chyba po prostu… może źle się czuł? – westchnął niepewnie skrzypek, obejrzał się wokoło.
Korytarz był już pusty. Wszyscy muzycy dawno wyszli z budynku, nie mogąc doczekać się odpoczynku w domu. Młodzik również rozważał tę decyzję, Nikandros widziała to w jego bladych oczach. Sam zastanawiał się, co tu dalej robi. Pewnie jego znajomi czekali na niego przed bramami filharmonii, chętni na celebracyjne opicie występu. Skrzypek kiwnął głową, odsunął się jeszcze dalej od drzwi. Wcisnął dłonie w kieszenie puchowej kurtki.
– Tak, źle się czuł. Pewnie poszedł już do domu. Ja też muszę już iść. Porozmawiam z nim na kolejnych zajęciach. Już pójdę. Dziękuję. I… dobranoc.
Stukot lakierków długo odbijał się echem po pustym korytarzu. Nikandros stała przy drzwiach na tyle długo, na tyle nieruchomo, że światła nad jej głową zgasły. W oddali słychać było jedynie głuchy szum halogenów z pobliskich zakrętów budynku. A może to jedynie szumiało jej w głowie od tej pustoty?
Wtem, szelest. Spod drzwi błysnęło światło, jakby ktoś zapalił lampę. Kilka kroków na miękkim dywanie, światło znikło za cieniem obiektu. Nie… osoby?
Cisza. Szumiąca, tępa cisza. Nagle, przerwana głuchym odbiciem smyczka od strun, nieudane col legno włosiem, pomyłka amatora. Profesor albo ktoś, ktoś, kto miał skrzypce lub inny smyczkowy instrument, nadal był w garderobie. Smyczek znów odbił się od strun przygłuchym echem, jakby ręce artysty drżały na tyle, by nie mógł spokojnie zacząć utworu. Wszystko wstrzymało oddech – Nikandros, szum halogenów, nawet powietrze na korytarzu, które zdawało się zatrute i zbyt gęste do nabrania w płuca.
Wtedy, dwa rzewne dźwięki. Żałosne i roztrzęsione, zagrane tak szerokim vibrato, że trudno było rozpoznać, jakiej są wysokości i jaki interwał, jaka przepaść, je dzieli. Głębokie i ciężkie, jednocześnie cierpkie, jakby struny były piłowane tępym nożem. Coś było nie tak z tymi dźwiękami.
Nikandros podniosła głowę i czar prysł w mgnieniu oka. Korytarz rozbłysł brzęczącymi halogenami, melodia rozpłynęła się w powietrzu, urwana ostro i nagle. Jak gdyby nigdy jej nie było. Nikandros wyprostowała plecy, zignorowała dziwny chłód na karku, i zapukała do drzwi garderoby.
Wystarczyło jedno uderzenie, a zawiasy jęknęły lekko i pokój stanął przed nią otworem.
Pusty.
Ciemny, cichy i pusty.
Nigdzie nie było widać śladu życia. Szafa była pusta, na żadnym z krzeseł nie leżał futerał, pulpit stał nagi i wciśnięty w róg. Dziwne, przed chwilą słyszała stąd muzykę. Przecież widziała nawet czyjś cień. Co się stało?
Ochroniarz przy wyjściu personelu pokręcił głową.
— Solista, ten stary? Wyszedł dawno temu. Jakoś podczas koncertu. Ze dwie godziny temu? Zostawił klucz do garderoby, wypisał się. Może niechcący nie przekręcił klucza wychodząc, ale nikogo nie powinno tam być. Wszyscy wiedzą, że do podpisanych i zarezerwowanych pokoi się nie wchodzi.
Nikandros skinęła głową. Jeszcze czego, żeby wyszła na niezrównoważoną przed jakimś dozorcą. Widocznie monotonny koncert na tyle wymęczył jej mózg, że zaczął jej on płatać figle. Zdarza się i najlepszym.
Długo nie mogła zasnąć, bo dziwnie nawiedzone dźwięki garderobianych skrzypiec kołatały jej po głowie.
Minęły cztery dni, zanim się poddała. Cztery dni spędzone w dziwnej mgle, Nikandros nie potrafiła zmusić się do skupienia na jakkolwiek dłuższą chwilę, bo myśli zajmowała jej melodia z garderoby. Znowu, trudno nazwać dwa dźwięki melodią, ale z jakiegoś powodu tak uczepiły się one jej myśli, że nie potrafiła ich nazwać niczym innym.
Czwartego dnia, wieczorem, przy świecach i przy kieliszku czerwonego wina, wyciągnęła wiolonczelę z futerału.
– Nie zawiedź mnie – szepnęła w struny, wciskając szpicę w dywan.
Nikandros uczyła się instrumentu od dziecka. Znała budowę i możliwości wiolonczeli jak własną kieszeń, miała nawet całkiem dobry słuch – choć nie absolutny, potrafiła dość szybko złapać i skopiować dowolną melodię, w odpowiedniej oktawie i z poprawnymi dźwiękami jeden do jednego.
Ale z jakiegoś powodu, jakiegoś dziwnego, podejrzanego powodu, te dwa dźwięki usłyszane zza garderobianych drzwi były jej całkowicie obce. Widziała je krystalicznie czysto w głowie, słyszała ich cień, ale nie ważne, którą strunę próbowała, czy to pełnymi dźwiękami, czy może dziwnie współczesnymi ćwierćtonami – nic nie pasowało. Próbowała zanucić. To też wydawało się niemożliwe – coś blokowało jej gardło, zduszało jakikolwiek dźwięk, zabierało oddech. Jakby te dwie nuty, ta melodia była spisana obcym językiem, całkowicie innym alfabetem.
Tej nocy przespała całe dziesięć minut, próbując nieprzerwanie odwzorować melodię skrzypiec. Nad ranem opuszki jej palców pulsowały z bólu, spęczniałe i zakrwawione, a głowa tętniła ze zmęczenia, nękana w kółko dwoma przeklętymi, nieuchwytnymi dźwiękami.
Piątego dnia wróciła do filharmonii. Nie znalazła tam starego profesora, ale dzięki kilku wystarczająco słodkim słówkom i przypomnieniem ile potu i łez (pieniędzy) włożyła w tę orkiestrę, otrzymała wyrwaną z notesu kartkę z niezdarnie nabazgranym adresem skrzypka.
Melodia nadal wwiercała dziurę w jej głowie, wierciła się jak opętana. A sama Nikandros chwilami czuła się jak niewolnik, jak przesłuchiwana kryminalistka, przypięta grubymi pasami do krzesła elektrycznego. Myślenie o dźwiękach przyprawiało ją o wymioty po nieprzespanych nocach, ale gdy próbowała skupić się na czymkolwiek innym, dźwięki dudniły jej w uszach, wyjąc jak syrena alarmowa.
Zjawiła się pod mieszkaniem skrzypka o godzinie normalnej i poprawnej na wizytę. Po godzinach pracy, przed nocą, kiedy uliczne światła dopiero powoli rozpalały pomarańczą i żółcią mgliste, opustoszałe po tłumach wydostających się z korporacyjnych przytułków.
Profesor mieszkał na siedemnastym piętrze, a jego mieszkanie miało numer 70. Co ciekawiej, winda w bloku, z jakiegoś dziwnego powodu, dojeżdżała na piętra wszystkie, oprócz 5, 7 i 17. Nawet nie chodziło o awarię, te poziomy nie istniały pośród guzików. Po prostu, jakby ich tam nigdy nie było.
Nikandros wysiadła na osiemnastce i powolnym krokiem, przy akompaniamencie stukotu obcasów i szumu halogenów, zeszła piętro niżej.
Korytarz był brudny. Brudny to w sumie mało powiedziane – ze ścian odchodziła szerokimi pasmami tapeta, zwijając się w serpentyny chylące się ku rozpadającej się podłodze. Przy suficie piętrzyły się zacieki, a czarne plamy w rogach niebezpiecznie przypominały pleśń.
Drzwi do mieszkania 70 były staromodnie obite sztuczną skórą. Numerek do nich przypięty był bardziej brązowy niż złoty, w dodatku siódemka wisiała krzywo, a zero wyglądało, jakby zaraz miało odpaść.
Zanim Nikandros mogła się zastanowić, czy na pewno podarowano jej odpowiedni adres, zza drzwi, stłumiona i lękliwa, wydobyły się prześladujące dźwięki. Coś odblokowało się w jej kręgosłupie, w jej płucach, jakby po raz pierwszy od dawna mogła wreszcie wziąć głęboki oddech. Jakby cały ten czas się dusiła i dopiero teraz zaciągnęła się tlenem.
Melodia trwała dalej, dwa dźwięki, od spokojnego largo drżącym vibrato, po vivace tak szybkie, jakby skrzypek gubił palce. Dwie nuty, które nie chciały osiąść w skali żadnego instrumentu. Potem skala zaczęła się powoli rozrastać — niczym korzenie młodego drzewa rozwarstwiały podłogę pod nogami Nikandros, zatrzymując ją w miejscu, nie pozwalając uciec. Trzy, cztery, pięć, siedem — potem to siedem, siedem dźwięków, jedna płynna fraza powtarzana w kółko. Znów, od żółwiego powolnego tempa, tak cicho jakby włosie smyczka lewitowało nad strunami, po presto, nie, prestissimo, pędzące na łeb na szyję. Melodia trwała i trwała, powtarzana w błędnym kole, raz szybko, raz wolno. Potem na najniższych dźwiękach skrzypiec, z grubymi strunami drżącymi w zatęchłym powietrzu korytarza, aż po piskliwe flażolety, od których bolała głowa.
Nikandros stała tak i stała, nieruchomo jak posąg. Melodia miała w sobie jakąś dziwną moc, jakąś magię, która nie pozwalała oderwać od niej skupienia. Była jak zaklęcie, jak klątwa, jak modlitwa. Miała nadzieje, że jeżeli usłyszy ją jeszcze raz, jeszcze kolejny raz, może wtedy uda jej się ją spisać i zagrać własnoręcznie. Może wtedy przestałaby ją prześladować po nocach.
Nagle, ostro i niespodziewanie, jakby ktoś wyrwał instrument z dłoni muzyka, melodia umarła. Korytarz przepełniła cisza. Nikandros wstrzymała oddech, mając wrażenie, że jak tylko się poruszy, jak tylko zakłóci powietrze nawet najdrobniejszym ruchem, czar pryśnie.
Zza drzwi słychać było brzęk strun — ktoś musiał odłożyć skrzypce, niezdarnie i nieodpowiednio — po czym kroki zbliżyły się do drzwi.
– Odejdź.
Głos, choć wydawał rozkaz, drżał podobnie do rzewnej melodii. Przerażony, niepewny, zdarty, jakby jego właściciel krzyczał nieprzerwanie, choć Nikandros ludzkiej mowy nie usłyszała, od kiedy pojawiła się pod drzwiami. A miała wrażenie, że czekała tam wieki.
Złapała za klamkę, dziwnie wilgotną, i pociągnęła. Zawiasy jęknęły, ale drzwi nie ruszyły.
– Guarneri? – Nikandros zapukała, kłykcie zapadające się w skórę drzwi ledwo co wydały dźwięk – Profesor Guarneri?
– Nie! – Krzyknął starzec za drzwiami. Szelest, poruszenie, skrzypce znów wróciły w ruch. Melodia trzęsła się, dźwięk po dźwięku, jakby nuty stawiały swoje pierwsze kroki – nie spojrzę tam, nie… nie otworzę okna–
Melodia przyspieszyła, ledwo rozpoznawalna w swoim pędzie, w rozmachu vibrato i drżeniu alikwotów. Głos profesora nadal jęczał niczym echo skrzypiec. Mamrotał coś pod nosem, powtarzał monotonnie w niezrozumiały dla Nikandros sposób. Tenor wzrastał na sile wraz z muzyką, jakby struny skrzypiec i te głosowe próbowały się przekrzyczeć. Coraz głośniej, głośniej, aż jedyną słyszalną rzeczą była kakofonia pisków, i pochodzących z instrumentu, i tych ludzkich. Kwik, skrzek włosia na strunach, bolesny ryk, jakby ktoś rozrywał profesora na strzępy, po czym wszystko zamilkło.
Nikandros przełknęła ślinę.
– Profesorze?
Nic.
Zapukała w drzwi. Pociągnęła za klamkę.
Cisza.
Przypomniało jej się, że ma we włosach spinkę. Jako nastolatka wymykała się ze szkolnej bursy — wiedziała dobrze, jak należy pogrzebać w zamku, by móc wydostać się skądś bez użycia klucza. Może trik zadziałałby w drugą stronę?
Po kilku próbach coś kliknęło w maszynerii drzwi, klamka podskoczyła lekko. Tym razem drzwi otworzyły się po lekkim popchnięciu.
Mieszkanie było w podobnym stanie, co korytarz — zatęchłe, wyniszczone latami zaniedbań, wilgotne i zapleśniałe. Wyglądało na opuszczone od dłuższego czasu. Trudno było sobie wyobrazić, że szanowany profesor i solista filharmonii Stellaire mieszka w takich warunkach. Co prawda to prawda, muzycy nie zarabiali dużo, ale żeby tak się zapaść? Coś nie grało w tym miejscu.
Nie grała na pewno muzyka, bo po profesorze i skrzypcach nie było ani śladu. Znów, jak w garderobie, wszystko wyglądało na nietknięte ludzką dłonią od dłuższego czasu. W takim razie skąd wydobywał się głos, kto grał na instrumencie?
– Chyba tracę rozum – szepnęła do siebie Nikandros, krzywiąc się z ironii losu. Ale żeby mówić do siebie, naprawdę? Cóż za banał.
Profesor — starzec, skrzypek, ktokolwiek, kto przed chwilą tu był — wspominał coś o oknie. Tyle że Nikandros żadnego okna nie potrafiła w opustoszałym mieszkaniu dojrzeć. Jedyne, co mogło w jakikolwiek sposób sugerować o istnieniu okna, była gruba zasłona, nie, kotara, przysłaniająca większość jednej ze ścian.
Niczym kurtyna na scenie teatru, była gruba, aksamitna i krwistoczerwona. Dopiero po głębszym przyjrzeniu się materiałowi, Nikandros zauważyła, że zasłona falowała lekko, niczym poruszana wiatrem. Tyle że powietrze w mieszkaniu było ciężkie i lepkie, jakby pokój nie był wietrzony od miesięcy – zapach przypominał bardziej zapleśniałą piwnicę, niż czyjś salon. Mimo tego, mimo zimnego wiatru na dworze versus duchoty tutaj, kotara trzepotała leniwie. Może okno było uchylone, a grubość firany po prostu tłumiła świeże powietrze?
Nikandros zrobiła kilka kroków w stronę ściany, stąpając palce–pięta — bestia na tropie ofiary. Złapała rąbek weluru, zacisnęła go w dłoni i pociągnęła w bok. Kółka, na których zawieszona była zasłona szczęknęły, jakby zastały się w miejscu, dawno nieużywane. Od razu poczuła ciężar i stagnację materiału między palcami, chociaż prawie wypuściła kotarę z dłoni, jak tylko zobaczyła, co się za nią kryje.
Nic.
Znowu to wielkie, pierdolone nic.
Ściana wyglądała jak wszystkie inne w mieszkaniu. Poplamiona, pełna zacieków i pleśni. Nigdzie nie było śladu po oknie.
– Co do cholery…
Wyszła z mieszkania, szurając zębami. Coś z nią było naprawdę nie tak. Nie, coś… coś ogólnie było nie tak. To nie była jej wina. To ta melodia. To od niej się to wszystko zaczęło, to ona wprowadziła Nikandros w wir dziwnych sytuacji, nawiedzonych starców, przeklętych skrzypiec i zdematerializowanych okien. Ta pieprzona melodia.
Nikandros wiele lat temu nauczyła się, że najlepszym sposobem na pozbycie się natrętnej myśli — czy też, jak w tej sytuacji, melodii — jest wykonanie jej samemu. Dopiero wtedy przestanie ona kołatać się po głowie, wreszcie ucieknie, spełniona i usatysfakcjonowana.
Tego samego wieczoru, po powrocie z wizyty u profesora, Nikandros znów zasiadła w salonie z lampką wina, wyciągnęła z futerału wiolonczelę i przymknęła oczy.
Tym razem nie miała przed sobą jedynie dwóch dźwięków, a całą frazę. Skrzypce powtórzyły melodię tyle razy, że Nikandros była wręcz pewna, że uda jej się przelać ją na swój instrument. Oparła palce na gryfie, uniosła smyczek i wzięła oddech.
Znów nie przespała nocy. Chociaż była pewna, że będzie w stanie skopiować nękającą ją melodię, nie potrafiła wydać z wiolonczeli ani jednego poprawnego dźwięku. Gdyby nie straciła tej umiejętności dawno temu, pewnie popłakałaby się z bezsilności. Dlaczego ta melodia była tak nieuchwytna, tak nieosiągalna? Przecież Nikandros słyszała ją krystalicznie czysto w głowie, nieprzerwanie. Co powodowało ten dziwny mentalny blok, to uczucie przyduszenia, gdy tylko próbowała zanucić dźwięki? Jaka dziwna moc tworzyła barierę między jej palcami a gryfem, co zatrzymywało melodię przed wybrzmieniem w ciszy wieczoru?
Nikandros spróbowała wszystkiego. Naprawdę, wszystkiego. Krztusiła się przekrwioną śliną, próbując wyśpiewać dźwięki, wiolonczela ślizgała się w jej dłoniach, gdy układała dłonie w kolejny akord. Struny brzęczały, kołki wirowały, wiecznie je rozstrajając. Ołówek łamał grafit, gdy starała się spisać nuty.
Nic nie działało. Nadal melodia międliła się w jej głowie, naskakiwała na i przyciskała swym ciężarem jakiekolwiek inne myśli. Jakby ktoś zawiesił ją na sznurku tuż nad głową Nikandros — blisko, ale poza zasięgiem.
Miała wrażenie, jakby traciła rozum. Albo może już dawno go straciła? W końcu kto normalny daje się opętać jednej, prostej melodii na tyle, by wyniszczała jej życie? Coraz mniej dziwiła się staremu profesorowi. Jeżeli on też był nękany przez… czymkolwiek było to coś, co grał — klątwą, modlitwą, zaklęciem, błaganiem — to nie dziwota, że oszalał.
Kiedy, jeszcze jako nastolatka, chodziła na prywatne lekcje instrumentu, jej nauczycielka miała sztuczkę na chwile, kiedy postęp w nauce utworu ulegał stagnacji. Zmień perspektywę, mówiła. Przesuń krzesło w inne miejsce, odwróć pulpit tak, by patrzeć w inny kąt pokoju. Jak to za mało, idź do całkowicie innego pokoju. Spróbuj zagrać to samo, ale w innych warunkach.
Zmień perspektywę.
Nikandros pojawiła się pod mieszkaniem profesora, jak najszybciej mogła. Na szczęście w środku nocy ulice Stellaire były praktycznie puste, co pozwoliło jej na bezbolesny transport na drugi koniec miasta.
Mieszkanie było otwarte — tak, jak je zostawiła. Drzwi lekko uchylone, jakby przyduszony zgnilizną pokój chciał wziąć oddech. Ale nie miał czym, bo korytarz był w tak samo opłakanym stanie. Nikandros miała wrażenie, że wręcz gorszym, niż poprzedniego dnia. Serpentyny obdrapanej tapety w cieniu nocy przypominały rozczapierzone pazury, rzucające ostre cienie na pozostałe ściany. Coś, gdzieś, kapało z sufitu, tworząc monotonny, lepki metronom. Plamy na suficie wydawały się rosnąć i pełznąć w stronę drzwi z numerem siedemdziesiąt.
Nikandros wsunęła się do mieszkania. Wnętrze wyglądało podobnie — dziurawa kanapa z wystającymi sprężynami, skamieniały czajnik na przyrdzewiałej kuchence, nieruchoma firana osłaniająca gołą ścianę. To samo ciężkie, duszne powietrze. Tutaj nic się nie zmieniło, jakby mieszkanie zatrzymane było w dziwnej stazie wymykającej się czasowi.
Usiadła na jedynym niepołamanym krześle — wysunęła je na sam środek pokoju, tak, by móc wbijać wzrok w karmazyn kotary. Czuła wokół siebie gęsty zapach weluru — starego materiału, wypsikanego niegdyś ciężkimi, kwiatowymi perfumami — dziwnie kojącego, kontrastującego z resztą pokoju.
Oparła pudło wiolonczeli o pierś, czując ciężar i chłód drewna gryfu przy szyi. Wzięła głęboki oddech. Przymknęła oczy. I zaczęła grać.
Melodia wyrosła gdzieś zza jej płuc, jakby płynęła w jej żyłach. Sunęła wraz z tętnem ku powietrzu, łapczywie zduszając jakiekolwiek inne dźwięki w okolicy. Rosła i rosła, wybijała rytm z krwią, pędząc na łeb na szyję, wypełniając wszystkie możliwe części ciała. Nikandros miała wrażenie, jakby dawno przestała grać, a jakaś inna, dziwna moc — sama melodia — poruszała jej dłońmi, by skończyć frazę. Vibrato drżało, jakby sama wiolonczela opłakiwała dźwięki, włosie smyczka trzeszczało, oparte silną ręką o struny.
Instrument wibrował, rozgrzewany nieznaną energią od środka. Nikandros zaciskała i rozluźniała szczękę naprzemiennie, czując dziwny nacisk w głowie. Tajemnicza melodia już wypłynęła zza jej uszu, ale miała wrażenie, jakby słyszała szum wody. Wody? Przecież była w samym środku miasta, najbliższa rzeka była oddalona od mieszkania kilka kilometrów. Nawet jeśli ona, nigdy nie była wystarczająco duża i wzburzona, by dźwiękiem przypominać morze podczas sztormu.
Melodia nadal trwała, rzewna i trwoga. Każda z nut trwała jednocześnie mgnienie oka i wieczność, szum fal się nasilał, jakby sam ocean sunął ku pokojowi. Nikandros czuła posmak soli między ustami. Miała wrażenie, że jej płuca wypełniają się słoną wodą, jej oddech stał się lepki, a dotyk strun parzył opuszki. Wiolonczela nagrzewała się, jak szkło na ogniu, jakby miała w sobie rozpalony pożar.
Nagle, powiew wiatru. Nikandros otworzyła oczy, zachłysnęła się ciężkim powietrzem. W duchocie mieszkania wybrzmiała ostatnia nuta melodii — ciężka, szeroka, finalna. Nikandros odsunęła od siebie instrument, czując, jak jego temperatura wypala jej dziury w skórze i ubraniach.
Kotara falowała. Welur błyszczał w bladym półświetle nocy, z karmazynu w winny fiolet tam, gdzie materiał wydawał się mokry. Firana drżała, zabierając ze sobą warstwy kurzu. W powietrzu czuć było nutę orzeźwiającej świeżości — okno, musiało być tam okno. Nikandros czuła powiew wiatru na zrogowaciałej skórze, cierpki zapach mokrego asfaltu i przegniłych, jesiennych drzew nie mógł oznaczać nic innego, niż okno.
Nikandros podeszła do kotary. Złapała za rąbek ciężkiej zasłony, wilgoć słonej wody i czegoś innego wdała się w przepalone palce, piekąc niemiłosiernie. Zanim stary profesor zniknął, zanim skończył swoją żałosną, modlitewną arię, mówił coś. Że nie spojrzy. Nie otworzy okna. Ale skoro na swej skórze Nikandros czuła powiew wiatru, musiało znaczyć, że okno od dawna jest już otwarte, prawda?
Powietrze zadrżało. Nikandros wzięła głęboki oddech. Jej głowa była błogo pusta. Jakby wraz z melodią wypłynęły z niej wszystkie myśli. Jakby nie musiała już nigdy się nad niczym zastanawiać. Spokój. Przyjemna pustota.
Pociągnęła za kotarę.
cytat w tle jest parafrazą słów Niccolò Paganiniego
morał historii - never trust a violinist
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz