Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Kary za książki oddane zbyt szybko
Biblioteka Narodowa Novendii ogłasza kary nie tylko za spóźnienia, ale i za zwrot woluminów „w stanie zdradzającym, że nie zostały przeczytane”. Powodem jest fala czytelników wypożyczających grube tomy wyłącznie dla prestiżu, nagrania jednej rolki na AllTube, i oddających je już następnego dnia nietkniętymi. „Książka to nie ozdoba,” oświadcza główny bibliotekarz „Zresztą, nawet ozdób nie traktuje się lekceważąco!”. Nowy regulamin przewiduje krótką rozmowę weryfikacyjną przy podejrzanie szybkim oddaniu książki, której niezaliczenie będzie skutkowało karą finansową. Pierwsi czytelnicy już protestują, że to za dużo pracy, na co bibliotekarz odpowiada, że książki są warte każdego poświęcenia.

Nagłówek

14 stycznia 2025

Od Tristana – Jaki Nowy Rok, taki cały rok (I)

Agencja rządowa nigdy nie spuszczała swojego czujnego oka ze spraw Novendii, gotowa niezależnie od pory oraz dnia dokonać przełomu w sprawie i schwytać tego, który uważał się za mądrzejszego, wyjętego spod prawa geniusza o umiejętnościach do wywinięcia się z każdego problemu, przechytrzenia dyszącej mu w kark sprawiedliwości. Wraz z mijającymi latami i rosnącym doświadczeniem w terenie Tristan nauczył się, że wielu ściganych przez Biuro przestępców mało odróżniało od świątecznych balowiczów, co dostali dodatkowy dzień wolny i nagle nadmiar wolnego czasu uderzył im jak woda sodowa do głowy. Oba typy był zwyczajnie głupie, wierząc w swoje święte przekonanie, że nic im nie grozi.
Druga godzina po północy w ciszy mijała na zegarku, ostatnia cyferka w dacie już się zmieniła, a jedyną uwagę, którą Tristan zamierzał jej poświęcić, to przez najbliższe dwa tygodnie wyklinanie głupiego kalendarza przy notorycznych pomyłkach w datowaniu raportów. Westchnął, skreślił coś w notatkach po przeczytaniu raz jeszcze transkrypcji przesłuchania podejrzanego o morderstwo, postukał końcem długopisu w otwartą teczkę. Nikt go na nocnym dyżurze nie denerwował przypominaniem, że za nadgodziny szef mu nie zapłaci, Marhalt i Ceartas z niespotykaną dla ich dwójki kulturą szczypali się gdzieś z tyłu jego głowy, prawie go nie rozpraszając, a jednak cały czas miał problemy ze skupieniem. Pojedyncze fajerwerki wciąż słyszane za oknem doprowadzały mężczyznę do szału, bo wolał skupiać się na agresji niż lęku, i cholerny segregator, który przestawiał nie tak dawno temu, znowu go denerwował swoim ustawieniem.
Co jeszcze?
Służbowy telefon zadzwonił. Tristan zaklął.
— Agent Tristan Fragarach? — zapytał ktoś po drugiej strony. Nieco spięty, zmęczony głos, ale należący do kogoś wciąż myślącego klarownie o tej godzinie. Centrum powiadamiania ratunkowego.
— Czego? — burknął, mimowolnie skupiając wzrok na tym przeklętym segregatorze. Stał źle, stał bardzo źle. Tristan miał wrażenie, że ten widok dosłownie wydrapuje mu oczy i wwierca się brutalnie w mózg. Długopis zaczął szybciej stukać o teczkę.
— Jest pan wpisany w dyżur policyjny… — odezwał się mężczyzna z centrali, niezrażony.
— Do rzeczy.
— Ogólne zgłoszenie przyszło. Pożar samochodu, ratownicy są już na miejscu i kazali przekazać, że domyślają się, że nietrzeźwy sprawca podpalił go wybuchem jakieś silnej petardy.
Nagle zaschło mu w ustach, zapiszczało w lewym uchu. Ten segregator zaraz złamie półkę, pomyślał, a mi serce wyskoczy przez gardło. Kilka kolejnych słów mężczyzny zdołało dotrzeć do niego, nim jakiś zbłąkany imprezowicz nie wystrzelił w okolicy kilku fajerwerków, a huk w uszach Tristana spotęgował się do piorunującej eksplozji.
— Z tego co mi wyjątkowo wiadomo, ze wszystkich obecnych na dyżurze to pan ma największe doświadczenie z materiałami wybuchowymi i pirotechnicznymi…
Tylko zaciskające się boleśnie gardło powstrzymało go przed parsknięciem pustym śmiechem, kiwnięciem głową i wyrzuceniem mężczyźnie, jak doskonałe jego dwie amputowane nogi, poparzone biodro, nadszarpnięte ucho i niedosłuch w nim mają doświadczenie z wybuchami. Jak świetnie jego zmysły pamiętaj zapach spalonego mięsa, oderwanych kończyn, krwi mieszającej się z drapiącymi drogi oddechowe oparami, skruszonego kamienia i pyłu ze ścian opadającego mu na twarz jak popiół po erupcji wulkanu. Jak zabił niejeden raz w przeciągu ostatnich lat, lecz tylko tamte śmierci go prześladują.
Dzwonienie nasilało się, jakby zaraz miało rozerwać bębenek w prawym uchu, tym sprawniejszym, dokończyć to, czego nie udało się zniszczyć osiem lat temu. Segregator z niego kpił, mężczyzna coś mówił w słuchawce, lecz równie dobrze mógł znajdować się dla agenta pod ziemią.
Tristan wstał, a dźwięk jego kroków rozchodził się echem jak kręgi na wodzie. Przestawił wreszcie segregator w bok, zaczerpnął głęboki wdech, jak po wyłonieniu się z morza popiołów.
— Panie Fragarach? — Huk i dzwonienie zniknęły, Tristan usłyszał ponownie gościa z centrali. Przestawił jeszcze jeden segregator. I kolejny. Zmienił ich cały układ, który ustawiał jeszcze przed północą. — Może pan tam pojechać?
— Tak, już ruszam — mruknął, rozłączając się prędko po dostaniu adresu.
Oparł się plecami o ścianę, drżącą dłonią przeczesując włosy.


— Coś mu jest?
Dwóch ratowników medycznych kręciło się przy obcym mężczyźnie, poprawiając mu na ramionach koc termiczny i upewniając się o braku uszkodzeń ciała. Gość nieobecnym wzrokiem wodził po zapełnionej pojazdami służbowymi posesji swojego domu, z zaciekawieniem oglądając mrugające światełka straży pożarnej i ginący płomień podpalonego samochodu pod gaśnicami. Nie tylko alkohol grał tu rolę.
— Jakimś cudem nie — odpowiedział jeden z ratowników na pytanie Tristana — tylko nietrzeźwy i…
— Super — rzucił agent. Bez ceregieli szarpnięciem za ramię postawił sprawcę na nogi, wywinął mu ręce do tyłu i zakuł w kajdanki, prowadząc do swojego samochodu . — Idziemy.
Medycy spojrzeli po sobie, ale żaden nie zareagował, nie czując powodu do kłótni z tą nienawiścią, która płonęła w oczach Tristana.
— Ale prosz pana, ja niż taiego… — odezwał się mężczyzna, kiwając się na boki. Agent znów szarpnął, wzmocnił chwyt na łokciu typa. I tak praktycznie wlókł go do pojazdu.
— Stul pysk — warknął przez zaciśnięte zęby, otwierając szeroko tylne drzwi i pakując faceta na odgrodzony od przodu tył. Ten mruknął coś niezrozumiałego, a Tristan wymierzył mu policzek, po czym złapał go mocno za szczękę jedną dłonią, zmuszając gościa do spojrzenia na niego. Rozbiegany od nietrzeźwości wzrok stał się na chwilę bardzo uważny. — Poczekasz sobie teraz w samochodzie, a jak ktoś ze strażaków albo medyków poinformuje mnie, że próbowałeś spierdolić albo cokolwiek innego odjebać, to bez mrugnięcia okiem zapiszę w raporcie, że zatrzymany w czasie transportu obił sobie mordę sam poprzez walenie nią w drzwi. Dotarło?
Mężczyzna pokiwał energicznie głową. Tristan pchnął go na resztę siedzeń i zamknął samochód.
Za rogiem budynku, w lekko uchylonych drzwiach stała kobieta, przyglądając się niepewnie kończącym gaszenie pożaru strażakom. Obgryzała nerwowo paznokcie i mamrotała coś do siebie. Siostra sprawcy, już zdążyła zamienić z agentem kilka słów chwilę po jego przyjeździe. Dobrze, że całe zajście przy samochodzie było poza zasięgiem jej wzroku.
— Co z nim będzie? — zapytała, wlepiając szeroko otwarte oczy w Tristana.
— Pani brat, według moich domysłów, odpalał petardy klasy F4, które są zakazane w Novendii nawet dla osób z uprawnieniami pirotechnicznymi. — Agent pobłądził spojrzeniem na wypaloną ziemię przy samochodzie, gdzie uderzyła petarda. Tylko szczęście głupiego uchroniło gościa przed straceniem ręki przez ręczne zapalanie czegoś takiego i rzucanie tym. I może jeszcze jakaś ponadprzeciętna siła. — Czeka go zatrzymanie, przesłuchanie, żeby dowiedzieć się, jak petardy znalazły się w jego posiadaniu, potem grzywna albo do trzech lat więzienia.
Kobieta pobladła wyraźnie, pokręciła niedowierzająco głową.
— Ale on na pewno nie chciał wyrządzić żadnej krzywdy…
Tristan powstrzymał się przed wytykaniem jej, ile przestępców nie chciało wyrządzić żadnej krzywdy. Był na to zwyczajnie zbyt zmęczony.
— To jedyna w tym momencie okoliczność łagodząca dla niego, że nikomu nic się nie stało — odpowiedział zamiast tego. — Muszę jednak przeszukać dom i skonfiskować pozostałe nielegalne materiały, jeśli coś zostało.
— O-oczywiście — powiedziała cicho, robiąc więcej miejsca w przejściu. — Joachim trzymał w piwnicy petardy i inne takie zabawki, w kanciapie dziadka. Dziadek też lubił takie rzeczy wybuchowe majstrować różne, chociaż on to…
— Pójdę z panem.
Agent odwrócił się ze swoim drugim najbardziej zgorzkniałym wyrazem twarzy, marszcząc brwi i wykrzywiając usta na przypadkową propozycję. Zawahał się, widząc przed sobą szeroką klatę schowaną pod ochronnym strojem strażaka. Uniósł głowę wyżej. I wyżej. Aż wreszcie natrafił spojrzeniem na gąszcz rudej brody i łagodne, żółte jak słoneczniki oczy. Ogarnęła go jakaś dziwna niechęć, niepokój, którego nie potrafił wyjaśnić. Marhalt, oczywiście, milczał jak grób, nie mając nic mądrego do powiedzenia o wielkoludzie.
— Um… nie? — burknął Tristan. Drugi mężczyzna nie wydawał się jakkolwiek poruszony jego nastawieniem.
— Jak ma coś wybuchnąć jeszcze… — zaczął łagodnie.
Tristan spiął się w sobie, zareagował bardzo szybko.
— Nic nie wybuchnie.
— …to lepiej, żeby przy mnie wybuchło.
Zastanawiał się nad ciągnięciem dyskusji, lecz ponownie zmierzył wzrokiem wielkoluda i uznał, że nie do końca warto było marnować czas i opierać się gościowi, który mógłby robić za taran. Tristan westchnął ciężko, machnął ręką, przestępując próg domu.
— Jeden pierdolony pies. Miejmy to z głowy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz