Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Niebezpieczni przestępcy uciekli z więzienia na miotłach przemyconych w torcie
Novendyjska policja poszukuje trójki groźnych przestępców, którzy w miniony weekend zbiegli z zakładu karnego pod Stellaire w sposób tyleż zuchwały, co – zdaniem śledczych – „uwłaczający regulaminowi zakładu”. Miotły, na których dokonano ucieczki, przemycono do celi wewnątrz olbrzymiego tortu urodzinowego, dostarczonego przez pracownika usługi Lisek, dowożącej zakupy online. Co gorsza, jak ustalono, były to modele wyścigowe – szybkie, zwrotne i doskonale znane z nielegalnych wyścigów. „Od dawna mówiłem, że ta subkultura skończy się w więzieniu,” komentuje zmęczony rzecznik policji. „Nie sądziłem, że dosłownie z niego wystartuje. Jedyne dobre to to, że tort był wyśmienity.”

Nagłówek

26 października 2026

Od Constancii – Halloween To an anomalous species of terror I found him a bounden slave.

TW: body horror

Spisuję tę oto notatkę, bądź wpis w dzienniku, bo pokazać jej nikomu nie zamierzam, by nie zapomnieć o tym, co mnie spotkało. Piszę również, by to, co się wydarzyło, stało się bardziej mi zrozumiałe, choć wątpię, że to nastąpi. Nie mogę dłużej zwlekać, z każdą sekundą tracę z pamięci kolejne fragmenty. Bogini Niam mi świadkiem, że nie uczyniłam nic, co byłoby sprzeciwieniem się przeciwko Bogom. Czymże zawiniłam, kogo mam przekląć, za to co mi się przydarzyło?

To nie był ten zagajnik, którego codziennie pokonuję, by dotrzeć do kaplicy. Mimo, że wszystko było jak dawniej, kątem oka byłam w stanie zauważać to, co działo się niezgodnie z jakimkolwiek prawami natury. Zanurzałam się między drzewami, nie czując żadnej potrzeby, by zawrócić. Już wtedy Bór mnie miał w sidłach na swój tylko pożytek. Ciągle miałam nadzieję, że wyjdę po drugiej stronie, niedaleko mojego celu. Nie stało się tak, a wędrówka dłużyła mi się w nieskończoność.

Pamiętam, że zraniłam się. Nie zwróciłabym na to uwagi, gdyby nie fakt, że ta gałąź żłobiąca bezpłodny zagon, nie zadała mi żadnego bólu. Rana nie dawała o sobie zapomnieć, ale przez przyjemność płynącą z jej obecności.

Po długiej wędrówce w głąb gaju, doszłam do części lasu tak gęstej, że nie przedziera się przez liście żadne światło. Przejście między drzewami jest coraz mniej możliwe. Ból rozsadza mi głowę. Zaczyna brakować mi powietrza w płucach. Błądzę, przedzierając się między pniami, nie bacząc na oślizgłe od krwi rozwarcia skóry. Krótkie oddechy żegnają moje usta, by wrócić słabsze, mniej życiodajne.

Zatrzymuję się, migrena jest nie do zniesienia. Drobinki światła, które nie dają rady już oświetlać mi drogi przeszywają moje oczy włócznią bólu tak skoncentrowanego, że myślę, że straciłam wzrok. Wrzeszczę, ale dźwięk zostaje w tej klaustrofobicznej przestrzeni, wracając do moich uszu. Ból nie mija, ale w końcu przyzwyczajam się do niego. Kłucie rozpalonym ostrzem w gałki oczne nie ustaje. Na twarzy czuję trawę i opadnięte igły z drzew. W którymś momencie musiałam upaść. Nie wydaje się to możliwe, ale korzenie dotykają moich nóg. Czuję, że się poruszają, krążą po mojej skórze jak węże. Robaki pełzną po mojej skórze, gryząc, próbując zagnieździć się w skórze lub dotrzeć do mózgu, kawałek po kawałeczku. Na moich nogach wyczuwam otwarte, mokre rany. Nie powinnam ich dotykać, ale pokusa wydłubania małych ciałek szkodników jest silniejsza. Moje płuca walczą o powietrze, ale mój nos wypełnia tylko lepkie od żywicy powietrze. Duszę się. Ostatkiem sił czołgam się do przodu.

Podłoże zmienia się. Nie czuję drzew ściskających moje żebra, powietrze jest nadal gęste, ale bogatsze w tlen. Zachłystam się nim, wykaszlując flegmę ze zmęczonego gardła. Przeklinam, moje usta są suche. I wtedy to czuję, ten słodki zapach, ale tak inny od poprzedniego. Kuszący. Słodki, zapachem przypominający miód. Moje ciało go pragnie. Nie wiem czy jest czymś więcej niż zapachem, ale całe moje ludzkie mięso domaga się go bardziej niż powietrza. Brnę na kolanach do przodu, dobrze wiedząc, że tam znajduje się moje ukojenie. Skóra zdziera się, jeśli nie przestanę, naskórek zastąpi równie mięsisty mech. Docieram do przeszkody, rozpoznaję w niej drzewo. Dłonie błądzą po nim, ale jest ono tak różne od tych poprzednich. Czuję to w duszy i czuję to całym mym nędznym ciałem. Szum drzew nie przypomina już nieregularnego dźwięku, ale melodię tak uzależniającą, że usta same układały się, by wydawać kolejne dźwięki. Kolejne nuty wydają się już tak znajome, jakby samo moje serce biło w ich rytm. Czuję na języku osad słodkiego pyłku i igieł. Wiem, że wędrują w dół mego ciała, wżynają się w ścianki żołądka, chcąc je przebić. Wymiotuję, a w ustach czuję metal. Mimo to uśmiecham się lekko, z wdzięcznością. Nie panuję nad tym. Zamiast łez czuję kalafonię, boleśnie opuszczającą moje kanaliki łzowe, sklejającą mi powieki.

Nie wiem, co wtedy mną owładnęło. Skuliłam się przed tym drzewi jakby do modlitwy, szukając korzeni, grabiąc ziemie już i tak zmęczonymi dłońmi. Suchość gardła mogła być ukojona jedynie Tym Drzewem. Gdy znalazłam odpowiedni korzeń, moja szczęka sama się rozluźniła, tworząc w ustach szparę. Każdy skrawek mojego ciała krzyczał, by spożyć, by to już na wpół martwe ciało stało się nieśmiertelne i swym rozkładem karmiło Bór. Czuję ogromny ból w paliczkach, wydłubują drogę poza mięso, chcąc być jak najbliżej ziemi, domu Drzewa. Rozlegają się ciche mlaśnięcia napinanej skóry, gotowej wypuścić kościste korzenie. Słyszę swój własny wrzask, ale dociera do mnie z oddali.

Bogowie, jak wdzięczna jestem za tego ptaka, który mignął mi w kąciku oka. Nie zauważyłam nawet, że światło już mnie nie raniło. To zwierzę wybudziło mnie z tego zwodniczego transu, otrzeźwiałam w chwili. Zebrałam się z klęczek, prawie przewracając się na powrót. Obolałe ciało ledwo mnie niosło, nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Ostatkiem wolnej woli biegłam do domu. Wiedziałam, że jeśli przestanę myśleć o celu, moje nogi zawrócą. Czułam w całym moim ciele obolałe żyły, z których powoli ustępowało to, co nie było krwią.

Las zostawiłam już dawno za sobą, czułam to w lżejszej głowie i ciele powracającym do mojej władzy. Duszący zapach opuścił moje nozdrza, dając miejsce orzeźwiająciu wiatru. Nigdy nie biegłam tak szybko, wysiłek zostawił w ustach klejącą maź, przypominającą ślimaka. Pamiętam, że każdy nabierany haust powietrza bolał niemiłosiernie, raniąc moje płuca. Płakałam, tego jestem pewna. Nie wiem jednak od jak dawna i ile się to utrzymywało. Nim zdążyłam zarejestrować, przed czym tak właściwie uciekłam, szukałam drżącymi dłońmi klucza do mieszkania. Telefon nie włączał się, rozładowany mimo, że nie używałam go. Na pewno go nie używałam. A może… Nie, Bogowie, czy nawet mój własny mózg musi mnie zawodzić?

Gdy w końcu udało mi się naładować telefon, sprawdziłam godzinę. Mimo tak długiej podróży, czas jak gdyby stanął w miejscu. Spostrzeżenie daty przesuniętej o trzy doby w przód zajęło mi dłużej niż powinno. Nadal byłam oszołomiona. Znalazłam w nim też nagrania. Połowa z nich była jedynie czarnym ekranem, nie udało mi się usłyszeć żadnego dźwięku poza szumem drzew i statycznym, urywanym dźwiękiem. Nim zdążyłam zauważyć, na sam ten odgłos zaczęłam kaleczyć swoje ręce paznokciami. GŁĘBIEJ GŁĘBIEJ GŁĘBIEJ NIECH ZIEMIA BĘDZIE GOTOWA NA JEGO KORZENIE Czy ja na pewno kontroluję to ciało? Zmuszam się do odwlekania zadawanej sobie krzywdy. Gdy patrzę na dłonie leżą bez ruchu, nietknięte, lekko zaczerwienione od poprzedniego ataku, lecz gdy unoszę głowę, czuję jak w piecze mnie naskórek i rozwarstwia skóra. Nie wiem co ze mnie zostało. Nie jestem niczym więcej niż roztrzęsionym stworzeniem na łaskach lasu.

Ostatnie z nagrań zawierało dźwięk. Musiałam wielokrotnie go słuchać, by zrozumieć jego sens. Nie pamiętam wszystkich odsłuchań w całości. Przebudzałam się z tego transu na ziemi, zapłakana z krwią pod paznokciami i kępami włosów. CZY TO MOŻE WYJŚĆ Z MOJEJ GŁOWY!? Ból i piekący, irytujący swąd na skórze głowy nie odstępują mnie na krok odkąd znalazłam nagranie. KURWA KIEDY TEN BÓL SIĘ SKOŃCZY Wiem, że tracę zmysły. Oto transkrypcja nagrania.

Nie pojmuję dlaczego Bór wybrał mnie, ale to też uczynił. [śmiech] Słyszę jego małych, oślizgłych wysłanników we własnych żyłach, jak stukają swoimi odnóżami po ich ściankach, jak przepychają się między morzami krwinek i zatruwają [niezrozumiałe] serce, bym Jemu była droga. [głośne, chrapliwe nabieranie powietrza] Czy nie pojmuje On, żem ja komu inniu ślubna? [przerywany chichot]

To nie jest mój głos. Na bogów, zaklinam! To nie jest mój głos! Brzmi jak ja, ale to nie moja barwa głosu, nie mój ton. To brzmi, jak coś udające mnie. Zbyt to podobne do mojej mowy. Śmiem nawet twierdzić, że nie mówię tak… sztucznie, tak wyniośle. A może i mówię? Już nic nie wiem, niczego nie mogę być pewna. Bogowie, co zostało przebudzone w tym zagajniku? Czy Bór przyszedł zastąpić mnie swoim wysłannikiem sklejonym z Jego ziemi i żywicy? Obawiam się o swoje życie, jeśli stanie się cokolwiek, co przeczy memu dotychczasowemu żywota — zgładźcie to coś, co będzie nosić moje ubrania i posilać się moim jedzeniem, a mną nie będzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz