— Zawracamy, Lu.
Znajome, długie palce ujęły moją dłoń, splatając się z moimi. Minki ścisnął ją, raz, na tyle delikatnie, by nie bolało, ale na tyle mocno, by przykuć uwagę mojego nagle otępiałego umysłu. Zmusić do oderwania się od tego, co się przed nami znajdowało.
Drzewo. Jego kora… układała się we wzory, łudząco przypominające boleśnie realną twarz śpiącego dziecka. Może pięcioletniego? Dziewczynka, oczy schowane pod przymkniętymi powiekami, lekki uśmiech wykrzywiający usta. Bił od niej spokój.
Druga dłoń przyjaciela zasłoniła mi oczy. Stanął za mną, blisko, tak, żebym czuła, że tam jest. Przyciągnął mnie do siebie, nie pozwalał zatracić w widoku, na który natrafiliśmy, szukając jakichkolwiek informacji o tym zaginionym chłopcu, z którego rodzicami zawarłam pakt. Chciałam im pomóc, widziałam rozdzierający ich smutek po utracie dziecka i nie potrafiłam odmówić ich błaganiom.
Dwunastoletni chłopak, przykładny uczeń, dobry kolega wielu dzieciaków z sąsiedztwa. Wyszedł z przyjaciółmi do lasu zbierać jagody. Nigdy nie wrócił.
— Oddychaj.
Oparłam się na nim, w wielu znaczeniach tego słowa. Nogi miałam jak z waty, nie byłabym w stanie sama na nich w tej chwili ustać. Rozpłakałabym się już dawno, gdyby nie stał tuż obok. Spanikowała, wrzeszczała, uciekała byle dalej od tego miejsca. Tego lasu. Tego…
— Oddychaj, Lucille.
Odwrócił mnie twarzą do siebie, zdjął rękę z moich oczu, zamiast tego opierając swoje czoło o moje. Jego twarz wypełniła całe moje pole widzenia, łagodne, brązowe oczy stały się na chwilę moim jedynym łącznikiem z rzeczywistością.
Wzięłam głęboki, desperacki wdech, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że moje płuca błagały o tlen.
— Tam… To… — język mi się plątał, myśli mi się plątały, nie wiedziałam, co chcę powiedzieć. Nie miałam bladego pojęcia, co właśnie zobaczyłam. — Minki, cały las…
— Nic się nie dzieje. Serio — poklepał mnie po plecach, ale jakby bez przekonania.
— Czy to prawdziwi ludzie? — mój szept był ledwo słyszalny, porwał go szelest poruszanych wiatrem liści setek drzew wokół nas. — Wyglądają jak prawdziwi, dlaczego… Dlaczego są drzewami?
— Wydaje ci się — jego głos był pewny, mówił z przekonaniem, którego jednak brakowało w jego oczach… Chciałam się raz jeszcze odwrócić, spojrzeć za siebie, tam, w tę dziecięcą twarz… Minki przytrzymał mnie za ramiona, zatrzymując, nie dając przestrzeni do dyskusji. — Nie patrz tam.
— Skoro wcale nie ma tam tego, co przed chwilą widziałam, to dlaczego nie pozwalasz mi się odwrócić?
— Po prostu nie patrz.
Słyszałam kiedyś pewną historię, zakorzenioną w ludowych wierzeniach. Zawsze sądziłam, że jest swego rodzaju metaforą, pokazaniem, że różne osoby żyją według różnych zasad, a coś nieakceptowalnego dla jednego, jest czymś zupełnie normalnym dla innych. Daje możliwość rzucenia okiem na społeczności, gdzie sama jednostka nie ma znaczenia, jedynie to, co tworzy wspólnie ze wszystkimi… Miało to sens. Dużo sensu.
Metafora. To miała być przecież tylko metafora.
Opowiadać rodzicom, którzy stracili dziecko, jak wyglądały jego ostatnie dni, godziny, minuty… Nie potrafiłabym być policjantem. Musieć patrzeć tym ludziom w oczy raz za razem, uczestniczyć w kolejnych ludzkich tragediach… To było zbyt wiele. Nie potrafiłam przekazywać złych wieści. Nienawidziłam tych zrzuconych na mnie w ramach paktu zadań, które nie mogły zakończyć się takim powodzeniem, jakiego chciałam. Myślałam, że zdołam wyciągnąć chłopaka z kłopotów, w jakie się wpakował, bo przecież nie minęło znowu aż tak dużo czasu. Jego matka, pewnego stopnia jasnowidzka, twierdziła, że jest żywy i że nie może się co do tego mylić, nie widziałam więc powodu, by się nie zgadzać w zamian za ułamek jej zdolności…
Pomyliła się? Nie… Właśnie nie. Jej syn żył, tylko…
Nie był już tym samym dzieckiem, jakie znała.
Moje słowa brzmiały chłodno w ciszy, jaka zapadła po dostarczonej przeze mnie informacji. Cały zeszły wieczór spędziłam płacząc, chyba nie potrafiłam wydusić już z siebie więcej emocji. Tragiczną historię losu ich dziecka przedstawiałam suchymi faktami, które, och, tak bardzo chciałabym móc zmienić, a jednak… Nie chciały dać się do tego przekonać. Nigdy nie poddawały się największym ludzkim prośbom, błaganiom o litość. O to jedno, jedyne, odstępstwo od istniejących reguł.
Widziałam przed oczami to dziecko, które jeszcze nie do końca uległo przemianie. Na które natknęliśmy się w drodze powrotnej. Dziewczynka, zapytała nas, czy się z nią pobawimy. Jej skóra wciąż jeszcze bardziej przypominała ludzką, choć z kilku miejsc jej ciała wyrastały drobne gałązki. Skronie pokrywała kora, włosy przywodziły kolorem na myśl jesienne liście, tuż zanim opadną na ziemię, przygotowując drzewo na zimę. To dzięki niej mogliśmy poznać prawdę o tym lesie, do którego trafiliśmy. Widocznie spragniona towarzystwa, opowiedziała nam wszystko, o co ją zapytaliśmy. Zaprowadziła do ukrytej wśród wiekowych drzew wioski, pokazała rozpadające się domy i pilnujące je drzewa, których pnie niepokojąco przypominały powykręcane, ludzkie sylwetki. I te twarze, tak wiele szczegółów odwzorowanych w korze…
Był pewien lekarz, oferujący śmiertelnie chorym pacjentom nadzieję. Któż by po nią nie sięgnął na ich miejscu? Nadzieję na pozbycie się trawiącej ich choroby, której żadne zabiegi medyczne ani leki nie były w stanie pokonać. Żadne zaklęcia, żadne rytuały…
Stał się ich ostatnią nadzieją.
Nie jestem pewna, czy to, co robił, można nazwać leczeniem. Z czasem to ewoluowało. Przekonał kilku — dlaczego więcej osób miałoby nie zakochać się w jego wizji? Zechcieć dołączyć do tego, co tworzył, choć mogliby żyć zwyczajnym życiem i bez jego pomocy? Tak wiele istnień pochłonął ten las, ten człowiek…
Nie byłam pewna, czy sam już nie stał się tego częścią. Dziewczynka wyglądała na naprawdę samotną, jakby od bardzo, bardzo dawna nie miała do kogo się odezwać, z kim pobawić... Minki zabrał ją stamtąd, gdy już nam wszystko opowiedziała. Byliśmy zgodni co do tego, że nie może tu zostać. Że cokolwiek by się z nią teraz nie działo, musi być jakiś sposób, by to odwrócić. By wróciła do bycia po prostu dzieckiem, dziecięcych zabaw i czasu spędzanego z rówieśnikami. Nie… Nie zasługiwała na taki koniec.
Nikt nie zasługiwał.
Istnieje świat, w którym wszyscy jesteśmy równi. Nie ma cierpienia, wyniszczających chorób, pieniędzy, które mogłyby być zarzewiem rozłamu wśród ludzi. Gdzie nikt nie czuje głodu, zimna, bólu.
Gdzie wszyscy jesteśmy sobie równi.
— Naprawdę podoba ci się ten świat? — Minki zabarwił swoje słowa odpowiednią dozą spokoju i życzliwości, choć widziałam, jak napiętą ma szczękę z irytacji. — Gdzie niezależnie od tego, co robisz, jak bardzo się starasz, zawsze będziesz na równi ze wszystkimi?
— Przecież wszyscy starają się jednakowo — dziewczynka wzruszyła ramionami, uśmiechnęła tym niewinnym, dziecięcym uśmiechem. Kopnęła piłkę do kitsune. — Jak wszyscy będziemy równi, to nie będziemy się kłócić. Będziemy rozumieć siebie nawzajem, bo będziemy tacy sami!
— Jakieś pokrętne to myślenie — mężczyzna przejął piłkę, odkopał ją do dziewczynki tak, żeby na pewno zdołała ją trafić i odesłać z powrotem w jego stronę.
— Dlaczego?
— Nikt nie jest równy. Świat tak nie działa. Patrz, nawet te drzewa, które nazywasz rodziną. Jedno jest wyższe, drugie niższe. Ten — kitsune wskazał jedno z drzew — ma ładniejszy układ gałęzi, a tamto nieco więcej liści od pozostałych — kolejno wskazał jakieś chyba dość losowo wybrane drzewa. Siedziałam na pobliskim kamieniu i przyglądałam się im, nieświadomie bawiąc się końcówką swojego warkocza.
— Nie rozumiesz. Jesteśmy równi — upartość dziecka, pełne przekonanie do tego, co wpajano jej od kto wie jak długiego czasu. Widziałam, jak w Minkim narasta irytacja, bo żadne przedstawione przez niego logiczne argumenty do tej pory nie zadziałały. — Niedługo ja również dołączę do reszty i będziemy mogli żyć wiecznie, szczęśliwie razem! Nie będziemy czuć głodu i nigdy nie umrzemy. Fajnie jest być nieśmiertelnym!
Kitsune skrzywił się na to stwierdzenie, spojrzał na mnie, jakby błagając o wsparcie w rozmowie… Nie byłam jednak w stanie nic zrobić. Znak umowy z rodzicami chłopaka palił, przysiadł na karku i tam to nieznośne gorąco nie dawało mi spokoju. Przypominało, że czas się kończy.
— I co, niby nigdy się z nikim nie pokłóciłaś? O jakąś błahostkę?
— Hmm — dziewczynka schyliła się, podniosła piłkę z ziemi, otrzepała z resztek liści i ziemi. — Kiedyś. Może na początku, chłopcy mi dokuczali. Ale szybko przestali. W końcu jesteśmy równi, dlaczego ktoś miałby być niemiły dla drugiej osoby, takiej samej jak ona, albo zazdrosny o coś, co przecież sam też ma?
Minkiemu zadrżała powieka. Wyglądał, jakby miał wybuchnąć, jeśli jeszcze raz usłyszy stwierdzenie ,,wszyscy jesteśmy równi”.
— Naprawdę chcesz dołączyć do nich? — gestem ręki objął spory fragment otaczającego nas lasu. — Pomyśl. Ale tak naprawdę, pomyśl. Co jest fajnego w tkwieniu całe życie w jednym miejscu?
— Wszystko! — uśmiech na jej twarzy był jak cios zadany nożem w moje serce. Nie mogłam na to patrzeć, nie mogłam słuchać tych bredni, które jej wpojono. Nie mogłam znieść tego miejsca. — Będziemy żyć sobie razem z resztą, codziennie rozmawiać, śmiać się razem… Wolni od wszystkich przyziemnych problemów, nareszcie szczęśliwi!
— A teraz nie jesteś szczęśliwa, grając ze mną w piłkę? — Minki nie dawał za wygraną.
Pierwszy raz się zawahała. Na moment, mgnienie oka dosłownie… Potem znowu się uśmiechnęła w ten rozbrajający sposób.
— Jestem, ale jak do nich dołączę, to będę jeszcze szczęśliwsza.
Wszystkie te istnienia, połączone ze sobą. Tworzące jedną, wspaniałą istotę, wolną od przyziemnych problemów zwykłych ludzi. Będącą ponad tym wszystkim, czekającą na zmiany, które nadejdą. Bierny obserwator przyszłych pokoleń, uczestnik rzeczy wielkich. Setki umysłów tworzących jeden, wielki umysł. Zdolny do rzeczy wielkich. Wielkość…
Sen starego lekarza, który udało mu się spełnić. Tylko… Za jaką cenę?
Wyszliśmy z Minkim z domu cierpiących rodziców. Linia na moim karku, utworzona przez zaklęcie, uformowała się już w symbol mocy, którą otrzymałam za wykonane zadanie. Przestał tak okropnie palić moją skórę, a jednak… Świadomość jego obecności gryzła moje sumienie. Nie chciałam go. Nie chciałam niczego w zamian za wieści, które przyniosłam. Las odebrał im jedyne dziecko, a do tego jeszcze ja odebrałam zapłatę za tak bezsensowną przecież pomoc…
W takich momentach nienawidziłam tego zaklęcia i wszystkiego, co ze mną robiło, jeszcze bardziej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz