Bashar natknął się na feralne recenzje czystym przypadkiem – a raczej to Grace podsunęła mu pod nos ekran telefonu, twierdząc, że to „coś, co koniecznie musi zobaczyć, w interesie firmy”. Im dłużej czytał, tym bardziej jego usta zaciskały się w wąską, pozbawioną rozbawienia kreskę, a palce wbijały się w obudowę urządzenia, jakby to ono ponosiło winę za wyświetlane słowa.
— „Pozwolę mu na zrobienie mi czegokolwiek tymi dłońmi” — przeczytał na głos, płasko, beznamiętnie, brwi ściągnęły się w chłodnej naganie. — To nie jest recenzja kawiarni, Grace. To jest napastowanie w formie pisemnej.
Kobieta z trudem zdusiła śmiech.
— Ktoś tu chyba bardziej ceni sobie baristę niż kawę.
— To dziecięce wygłupy i mam nadzieję, że jak wszystkie dziecięce zabawy, wkrótce staną się nudne i ulegną zapomnieniu — odparł sztywno, oddając jej telefon.
Wrócił do ekspresu, do znajomego rytmu przycisków i pary, a jego ruchy szybko odzyskały typowy spokój, wyćwiczenie i profesjonalizm. Autorem tych pozbawionych smaku i polotu recenzji mógł być tylko jeden człowiek, Bashar zaś za punkt honoru postawił sobie niemyślenie o nim i nieprzejmowanie się jego przypadkowymi wygłupami. Skoro nie uzyskiwał zadowalającego odzewu, te gierki i zabawa wkrótce powinny mu się znudzić i Bashar już wkrótce będzie mógł na powrót cieszyć się swym spokojem i wolnością.
Tak, tego właśnie się trzymał.
Resztę tygodnia Bashar spędził na uczelni, sumiennie uczęszczając na wszystkie wykłady, ćwiczenia i laboratoria, wieczory zaś trawiąc w bibliotece, by uzupełnić notatki, powtórzyć te fragmenty, których prowadzący nie wytłumaczyli adekwatnie oraz zająć się tematami, które akurat przykuły jego uwagę. Możliwe, że wyrzuciłby w końcu z pamięci owego irytującego klienta, gdyby nie wiadomości od Grace, że oto jasnowłose utrapienie pojawiło się znów w drzwiach kawiarni i cmokało z niezadowoleniem, widząc przy ekspresie kogoś innego, niż jego ulubiony obiekt zaczepek.
— Znowu przyniósł kwiaty — głosiła wiadomość. — Ładne były.
Bashar westchnął w duchu, nim wystukał odpowiedź. Nie zdziwiłby się, gdyby kolejny bukiet zawierał wrotycz, pomarańczowe lilie lub podobnie przyjemne w przekazie wiązanki. Cokolwiek ten człowiek próbował osiągnąć bukietami, jego próby skazane były na porażkę.
Nowy tydzień, nowy bukiet.
Bashar drgnął przy ekspresie, gdy dzwonek oznajmił pojawienie się właśnie tego klienta. To już był złośliwy chichot losu, że ledwie chwilę temu Grace, korzystając ze spokoju na sali i mniejszej liczby klientów, poszła na zaplecze zrobić listę kończących się produktów, zostawiając Bashara samego na placu boju. Barista odetchnął, dotknął jakiegoś pokrętła, dając sobie jeszcze te pół sekundy, nim odwrócił się, podszedł do lady, przywołując swój profesjonalny uśmiech.
— Dzień dobry. Słucham pana zamówienia.
— Dzień dobry — Mężczyzna wyszczerzył się do niego. — Dante wystarczy, doprawdy… Nie widzieliśmy się aż trzy długie dni, ale niemożliwe, żebyś zapomniał!
— W kwestii pana zamówienia… — spróbował Bashar, lecz nie dane mu było skończyć.
Dante wyjął zza pleców nowy bukiet, dużo bardziej szykowny niż poprzedni – wściekle pomarańczowe lilie szczerzyły się groźnie, oplecione błyszczącą wstążką, w akompaniamencie koronkowej zieleni paproci i pojedynczych, białych łebków innych roślin.
— Proszę, to dla ciebie — odezwał się, zaraz kontynuował. — Wiem, co myślisz. „Znowu kwiaty?” Ale te są wyjątkowe, przyszły do nas dzisiaj rano! Pomyślałem, że może jeśli nie przyjmiesz ich jako… no wiesz… to przynajmniej jako wyraz uznania dla jakości przygotowanej kawy?
Spojrzenie patrzyło wyczekująco zza zasłony różowych szkiełek.
— To bardzo miłe z pana strony, lecz w takim razie kwiaty te należą się naszemu menadżerowi – to on ustala menu, ja jedynie podążam za instrukcjami. Poza tym, jak już mówiłem, przyjmowanie kwiatów od klientów jest nieprofesjonalne, toteż jestem zmuszony odmówić.
— Jesteś bardzo… zasadniczy — mruknął Dante, odkładając bukiet z boku lady. — To godne podziwu, naprawdę… — Westchnął i już wydawało się, że odpuści, lecz próżne były nadzieje Bashara. Coś rozbłysło w spojrzeniu, wrócił krnąbrny uśmiech, Dante znów nachylił się przez ladę. — W takim razie może po prostu pogadamy? Nie ma przecież klientów… Powiedz mi, pracujesz tu długo?
Bashar zerknął, westchnął w duchu. Faktycznie było spokojnie, kolejka nie formowała się wcale za plecami problematycznego klienta.
— Wystarczająco długo, by umieć przygotować kawę — odparł gładko Bashar. — Którą mogę panu zaproponować?
— Uparciuch — zaśmiał się Dante. — Dobrze, ale to nie jest tak, że spędzasz tu cały swój czas? Co robisz poza pracą?
— Może będzie pan zainteresowany naszą ofertą sezonową?
— Wyglądasz na studenta — kontynuował kłopotliwy klient. — Co studiujesz? Hm, pewnie mi nie powiesz…
Bashar odpowiedział wszystko mówiącym spojrzeniem.
— To musi być coś trudnego. Pewnie jakieś prawo albo medycyna, co?
Barista nawet się nie poruszył. Dante westchnął ciężko, uśmiech stracił na intensywności, palce zabębniły o blat.
— W takim razie poproszę to, co zawsze.
— Przykro mi — odparł Bashar, wcale nie czerpiąc satysfakcji z odsłoniętej flanki przeciwnika. — Mamy dość sporo klientów i niestety nie pamiętam zwyczajowych zamówień każdego.
— Auć — burknął Dante, ale jego obolały grymas wyparował w okamgnieniu, zastąpiony przez zwyczajową wesołość. — Wiesz co? Zaskocz mnie. Przygotuj mi coś, co według ciebie jest warte spróbowania. Cokolwiek. Ufam twojemu osądowi.
Coś demonicznego pojawiło się w uśmiechu baristy.
— Oczywiście. Proszę chwilę zaczekać.
Udał się do lodówki z ciastami, tej dalszej, kryjącej w sobie maleńkie dzieła sztuki cukierniczej, wybrał te najbardziej fikuśne i niesamowite, ułożył w staranną kompozycję na tym większym talerzu, na którym serwowali pełne śniadania. Potem przyszło mu do zaklinania ekspresu – w młynku znalazła się aromatyczna kawa sprowadzana z daleka, a gdy tylko maszyna uczyniła z ziaren czarny niczym sama noc płyn, Bashar przystąpił do czarowania. Przyprawy, słodycz, drobiazgi, dekoracja, bita śmietana, posypka – droga kawa obróciła się w coś, co mogło pojawić się jedynie na królewskim stole.
Odwrócił się, postawił przed Dantem talerz z ciastkami i filiżankę z kawą. Ten patrzył na wszystko z lekko rozchylonymi ustami.
— To… wygląda niesamowicie!
— Najlepsze, co mamy — odparł Bashar, niezobowiązująco nabijając wszystko na kasę. — Sto sześćdziesiąt osiem pięćdziesiąt — powiedział, podnosząc wzrok. — Kartą czy gotówką?
— Ile?! — wyrwało się Dantemu.
Uśmiech Bashara tylko się poszerzył.
— Zaskoczony?
Grace stała właśnie przy jednym ze stolików, pochłonięta tłumaczeniem starszej pani różnicy między flat white i cappuccino, toteż Bashar nie miał wyboru – gdy tylko dzwoneczek przy drzwiach zadzwonił oznajmiając nadciągający, jasnowłosy kłopot, to właśnie on musiał się nim zająć. Barista westchnął, odłożył ważne zadanie, jakim było zaprowadzenie porządku wśród syropów do kawy, podszedł do lady, splótł na niej dłonie, przywdziewając swój typowy, profesjonalny uśmiech.
— Dzień dobry, co mogę dla pana zrobić?
— Kilka rzeczy by się znalazło — odparł klient, szczerząc do niego zęby. — Na przykład zacząć mówić do mnie po imieniu.
— A coś z oferty kawiarni?
— To potem — Dante odgarnął złoty kosmyk z twarzy, zza pleców wyciągnął kolejny bukiet. — Teraz zaś mógłbyś przyjąć w końcu kwiaty ode mnie.
— Jak już mówiłem…
— …to nieprofesjonalne. Wiem, pamiętam, słyszałem, ale — zrobił lekką pauzę dla pokreślenia swoich słów — powiedziałbym, że znamy się już na tyle długo, że jesteśmy niemal przyjaciółmi, więc tak po przyjacielsku mógłbyś te kwiaty przyjąć.
Bashar obrzucił bukiet spojrzeniem. Róże pachniały słodko, ich żółta barwa była ze wszech miar urokliwa, a drobne plamki w ciepłym, pomarańczowym kolorze, tylko dodawały im specyficznego czaru. Jakże ironiczne, że w mowie kwiatów bukiet taki oznaczał zakończenie przyjaźni, zazdrość i niewierność. Barista westchnął.
— Zostaję przy swych słowach – nie przyjmę żadnych kwiatów, a już w szczególności tych.
— Doprawdy, jesteś bezlitosny — fuknął Dante, odkładając kwiaty na ladę. Jego wzrok powędrował w górę, na tablicę z wypisanym kredą ozdobnym menu wiszącą nad ekspresem. Mężczyzna przechylił głowę, zmrużył oczy. — Wiesz co, ta tablica…
— Słucham.
— No, nie chcę być nieuprzejmy, ale... — Dante skrzywił się lekko. — Jest trochę... staroświecka? Byłaby absolutnym hitem, ale jakieś sto lat temu. Ta kaligrafia, te wszystkie zawijasy... to wygląda jak muzealny relikt.
Coś zabłysło w oczach Bashara.
— Doprawdy? Interesujące… — w jego głosie pojawiła się nutka czegoś, co łatwo było pomylić ze zwyczajnym zainteresowaniem. — W jakim sensie staroświecka?
— No wiesz — Dante ożywił się, najwyraźniej zadowolony, że w końcu udało mu się wciągnąć baristę w coś, co przypominało rozmowę. — Ten krój pisma jest bardzo... sztywny. Bez polotu. Widzisz te litery? Idealnie równe, każda kreska na swoim miejscu, wszystko tak precyzyjne... To wygląda jakby pisała to osoba, która uczyła się kaligrafii z jakiegoś zakurzonego podręcznika.
— Mhm — mruknął Bashar, przechylił głowę. — Czyli problem ze stylem pisma. Co jeszcze?
— Och, no... — Dante rozgrzewał się do tematu. — Całość jest po prostu nudna. Brakuje tu świeżości, nowoczesnego podejścia. Widzisz te klasyczne ozdobniki? Tę kolorystykę w sepii i brązach? Rozumiem, że ktoś chciał nadać temu vintage'owy charakter, ale efekt jest raczej... no cóż, to wygląda jak coś, co podobałoby się jakiejś starszej pani. Klasyka klasyką, ale nie można cały czas robić tego samego, powielać tyle razy wybieranych schematów.
— Fascynujące — odparł Bashar, a jego uśmiech stał się odrobinę szerszy. W innym oświetleniu mógłby uchodzić za groźniejszy. — Więc krój bez pomysłu, styl staromodny, całość nudna i dobra wyłącznie dla starszych pań. Coś jeszcze?
— Cóż, skoro tak pytasz... — Dante wyraźnie poczuł się pewniej. — To po prostu nie pasuje do współczesnej kawiarni. Ludzie chcą czegoś lżejszego, bardziej dynamicznego, z polotem – jasne kolory, może jakaś nowoczesna czcionka... A to? — Wskazał na tablicę. — Hit domu spokojnej starości.
— Rozumiem — Bashar skinął głową. — Cóż, komentarze od klientów nie muszą ograniczać się jedynie do serwowanej tu kawy – przyjmujemy również przemyślenia na temat wystroju.
— Wiedziałem, że mnie zrozumiesz! Przekaż temu, kto tę tablicę wykonał, że nie powinien nigdy brać do ręki kredy. — Dante nachylił się mocniej przez ladę, kontynuował innym tonem. — Jakbyś chciał, mógłbym nawet... no wiesz, pomóc w zmianie projektu. Znam się trochę na współczesnym designie. Moglibyśmy spotkać się po twojej zmianie, przedyskutować koncepcję przy kawie… Pokazałbym ci, co potrafię — głos przeszedł w przyjemne mruczenie.
— To bardzo miłe z pana strony — odpowiedział mu gładko Bashar. — Ale nie sądzę, żebym musiał przekazywać pana krytykę twórcy tej tablicy.
— A to czemu? — Dante wyglądał na zaskoczonego.
— Ponieważ — przerwał mu Bashar, a jego profesjonalny uśmiech nabrał naprawdę drapieżnego charakteru — sam pan to właśnie uczynił.
Dante zamilkł, zamrugał.
— Ty... to ty ją zrobiłeś?!
— Osobiście — potwierdził Bashar. — Każdą sztywną, pozbawioną polotu literę, każdy archaiczny ozdobnik i całą tę nudną, muzealną kompozycję.
Twarz Dantego przeszła przez fascynującą paletę emocji – od zaskoczenia przez panikę do czegoś, co mogło być zawstydzeniem.
— Ja... przepraszam, nie chciałem... — zaczął, ale Bashar już podniósł rękę.
— Nie ma potrzeby. A teraz — jego ton wrócił do tej suchej, profesjonalnej uprzejmości — czy mogę przyjąć pana zamówienie? Mamy dziś nową pozycję sezonową, jeśli pan jest zainteresowany. Osobiście napisałem dla niej nazwę moim przestarzałym, staromodnym charakterem pisma.
Dante otworzył usta, zamknął je, otworzył ponownie.
— Podwójne espresso — wydusił w końcu. — Proszę.
— Intrygujące. Powielanie tyle razy wybieranych schematów, ale w końcu klasyka to klasyka — odparł Bashar, wstukując zamówienie na kasę. — Siedem osiemdziesiąt. Kartą czy gotówką?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz