Słońce prerii gorzało bezlitosnym żarem, rozciągnięte o równej godzinie ponad samymi głowami mieszkańców miasta o imieniu, które nie miało znaczenia oraz historii, która nigdzie się nie zapisze. Palący gorąc był jedynym świadkiem ich istnienia, towarzyszem budzącym ich rankiem, jak również katem mordującym ich w południe. Jednak teraz, w tej chwili, to oni czuli się panami swojego losu i przyszłości, gdy ludzie szeryfa przybijali ostatnie gwoździe do podestu szubienicy, wystarczająco dużej, by udźwignąć ciężar pięciu grzeszników. To oni wybierali, co ujrzy zawisłe w górze oko świata, czyniąc z niego świadka sprawiedliwości, a nie będąc jedynie poddanymi jego rytmowi twarzami z rozmazanymi w pamięci innych mianami. W mieście bez wartościowego imienia i wartej spisania historii przywilej ten zdarzał się na tyle rzadko, że większość wyszła ze swoich szarych domów, zostawiła szare obowiązki szarego życia i czekała na nacieszenie się czymś, co nie było tanią kawą, pyłem i rozczarowaniem. Czyjeś cierpienie zawsze smakuje lepiej od własnego.
Nadzorujący przygotowania do wymierzenia kary szeryf był niezdarnym, starym pijakiem szanującym butelkę whiskey mocniej niż własną odznakę. Krzyczał z werwą podkreślającą jego przeszłość w wojsku, na tyle głośno i pompatycznie, jakby mógł przekonać siebie samego, że jego podwładni, ta dwójka butnych mężczyzn, darzą go czymś więcej niż wzgardą, a sukces sprawiedliwości zostanie mu przypisany niczym order.
Tristan rzucił ostatni raz okiem w dół ulicy, na zbiegowisko sprawdzające sznury, po czym wszedł do biura szeryfa. Wytrych, który ledwie chwilę pracował przy zamku, zniknął w jego kieszeni.
Przystanął, wsłuchał się w zastałą, ciężką przestrzeń biura, dla pewności, że nikogo nie zastał. Dwa kroki, zrobione na wstrzymanym tchu, postawiły go tuż przy wylocie korytarza prowadzącego do cel. Czysto. Tylko złapani banici w środku. Zostawili budę zamkniętą, inaczej brakowałoby im rąk do pracy na placu. Okna domknięte, ale liche, jak cała ta trzymająca się na słowo honoru rudera, mogły się przysłużyć jako droga ucieczki. Poza tym mało miejsca, żeby się schować, skryć i zrobić coś więcej. Musiał załatwić swoje interesy, wyjść i zamknąć z powrotem drzwi wytrychem, zanim komuś przyjdzie do głowy sprawdzić stan więźniów. Tristan postąpił w głąb korytarza.
Wzrok sam padł na tego, co przyciągał najmocniej uwagę, choć był milczący i związany. Wolny stróż prawa znał go dobrze, za dobrze wręcz. Jego ciemną kamizelkę utrzymaną w nienagannym stanie, koszulę z odsłoniętym kołnierzykiem mającym odciągnąć uwagę od rzeczy ważnych, kapelusz zawsze skrywający pod swym rondem jeszcze jedną zagadkę, jeszcze jedną tajemnicę. Onieśmielał urokiem, ale jedyne, co Tristan widział, to człowieka niewiedzącego, kiedy przestać szukać zaczepki. Gdy mężczyzna wreszcie podniósł głowę, Tristan skrzywił się instynktownie na irytujący uśmiech witający go zza krat.
— A niech mnie, czyżby sam pan Fragarach odwiedził mnie w moich nowych, skromnych progach? — odezwał się Arthur Hart z radością człowieka, który na pewno nie miał zostać niedługo powieszony.
Jego brudnozielone oczy spojrzały na stróża prawa z uwagą szakala, zawierając w sobie coś dzikiego i skupionego, przygotowanego do skoku albo zgrabnego uniku. Banicja na prerii wpływała na ludzi w przeróżny sposób – stawali się pokrywającym ich twarze brudem, rozrywali własnymi zębami resztki swojego człowieczeństwa bądź też załamywali się i zapijali, każdego dnia przy pomocy skradzionej butelki próbując dowiedzieć się, kiedy nie wstaną. Arthur wymykał się schematowi. Wyglądał, jakby w każdej chwili mógł z powrotem stać się prawym członkiem społeczeństwa, gdyby nie ten uśmiech pełen kłamstw.
— Żałosnym sposobem je zdobyłeś — burknął Tristan, stając krok od krat. Arthur odepchnął się od przeciwległej ściany, podszedł niespiesznie do niego. Dłonie miał związane parcianym sznurem za plecami, podobnie jak czwórka jego towarzyszy. Szeryf mieściny pewnie nie miał więcej niż jednej pary kajdanek przy pasie i musiał improwizować.
Stanęli naprzeciw siebie, nie licząc już, który to był raz, a niewielka odległość ich dzieląca wydawała się jak zawsze przepaścią, do której próbowali się zepchnąć. Arthur gonił od przestępstwa do przestępstwa, Tristan zaś podążał jego tropem, czasem oddalając się w kierunku innej, bardziej naglącej sprawy, ale zawsze wracał, wiernie niczym pies ze wściekłą pianą przy pysku, szukając Harta i jego zbrodni popełnionych pod imieniem większego gangu. Tym razem ślad zaprowadził go do jednej z wielu dziur, gdzie wyczyszczenie banku nie stanowiło problemu, jeśli miało się więcej ludzi i dobrą broń. Hart miał wszystko, czego potrzebował, poza tym jednym, na brak czego nigdy nie narzekał – szczęścia. Akurat w dzień napadu, o wyznaczonej porze, w mieście zjawił się jakiś urzędnik z własną obstawą i arsenałem przekraczającym grupę wataszków chcących sprawnie zarobić. Przytłoczyli ich, złapali, osądzili jeszcze tego samego popołudnia.
— Ranisz moją dumę — westchnął dramatycznie banita.
— Ty nie masz dumy, tylko potrzebę pokazania wszystkim, że masz większego.
— Chciałbyś się przekonać, czy tak faktycznie jest?
Wstręt na twarzy Tristana wywołał skromny śmiech mężczyzny.
— Wiesz już, jak uciekniesz? — zapytał, ignorując wcześniejsze jego słowa.
— A co cię to, kurwa, interesuje? — wyrwało się jednemu z rabusiów. Jego wrogie spojrzenie Tristan przyjął z obojętnością, ale Arthurowi niespecjalnie się spodobało, że ktoś wtryniał się w jego zabawę. Wymierzył wzrokiem w mężczyznę, który się odezwał. Ten ustąpił pola.
— Spokojnie, chłopcy — odezwał się, a w łagodnym głosie dało się słyszeć pojedynczą nutę ostrzeżenia. — Ja rozmawiam ze stróżem. — To powiedziawszy, zwrócił się z powrotem do Tristana. — A co cię to interesuje?
Tristan zacisnął usta.
— Tak czy nie?
— Nie martw się, włos mi z głowy nie spadnie.
Odpowiedź nie była przekonująca, choć nie wątpił, że Hart miał plan. Jakiś. Pozwolił więc sobie wpłynąć na ten plan, poprowadzić go pewniejszą ręką w stronę, w którą sobie życzył. W dłoni stróża prawa pojawił się nożyk wyciągnięty zza pasa. Niewielki, służący może do strugania w drewnie, lecz naostrzony i zdolny naciąć sznur na nadgarstkach, by móc zerwać go zupełnie w dogodnym momencie.
— Ciekawe znalezisko, panie Fragarach — powiedział oględnie Arthur, zerkając na nożyk. — Z rodzaju tych, których nie podaje się zbirom trzymanym w więzieniu szeryfa.
— Bierz i nie pierdol.
Hart podniósł wzrok, prychnął krótko, zanim roześmiał się szczerze i z głębi piersi, opierając czoło na metalowym pręcie. Kapelusz podjechał mu w górę, odsłaniając potargane włosy.
— O nie — rzucił z rozbawieniem. — O nie, nie, nie… Nie będzie pan tu się pojawiał i bez słowa wyjaśnienia dawał mi łatwą drogę ucieczki od pętli, a potem oczekiwał, że ja grzecznie zrobię wszystko, co pan mówi. Może przy lepszym poznaniu stanę się taki posłuszny, ale nie teraz.
— To nie jest twój dzień na śmierć — odparł stanowczo Tristan, nie przejmując się pogłębioną wesołością na twarzy Arthura. Zbliżył się, zniżył głos do nienawistnego szeptu. — Chcesz umrzeć? Zasłuż więc na to. Zrób coś, za co będę musiał ci wpakować kulkę w łeb, bo nie będzie innego wyjścia.
— Od kiedy to ty decydujesz o mojej śmierci? — Arthur zmrużył nieznacznie oczy.
— Od kiedy zdecydowałem, że to ja ci ją wręczę.
Zatarte ślady, przemilczane śledztwa, opowiedzenie kłamstwa w imię samowolki prowadzącej go dalej, do siedliska przestępstw na zachodzie – to był jego ciężar do dźwigania, cena zapłacona za to, by ukrywać Harta na tyle, ile mógł przed wymiarem sprawiedliwości, który nie był Tristanem. Gnał za nim nie z jakieś pomylonej pasji, lecz bardzo konkretnej, zaplanowanej potrzeby dotarcia tam, gdzie spali jego ludzie. Gdzie gang przejadał skradzione pieniądze, a banici przez chwilę czuli się, że gdzieś przynależą. To tam prowadziła jego droga, Arthur był tylko elementem większego obrazu ścieżek i kryjówek nanoszonych sukcesywnie na mapę. Nic nie znaczył, ale nie po to Tristan spędził tyle czasu na śledzeniu jego działań, żeby teraz ten wziął i zawisnął, zmuszając stróża prawa do rozpoczęcia całej szarady od nowa z kimś innym.
Wykorzysta go do końca, a potem przyjdzie czas na pokutę za każde niedomknięte śledztwo. Własnymi rękoma zabije Arthura, oddając sprawiedliwość tym, którym jej wpierw odmówił. Cokolwiek Hart nie zrobi, zasłuży na ten koniec dopiero wtedy, kiedy Tristan tak powie. Ale niech wierzy w to, co najbardziej mu schlebia, niech wierzy, że jest jeszcze jakaś granica, której nie odkrył.
— Czuję się zaszczycony — mruknął mężczyzna.
— Gówno mnie interesuje, jak się czujesz. Bierz nóż.
Czas się kończył. Arthur czekał. Jego niezdecydowanie wzięło górę nad Tristanem. Stróż prawa zrobił krok, wsadził rękę między kraty i wepchnął nożyk w dłoń banity. Przepaść pogłębiła się. Im bliżej siebie byli, tym bardziej Tristan pragnął popchnąć w nią Harta, lecz resztkami woli się powstrzymywał. Gdy przyjdzie czas.
Palce zacisnęły się na nożyku, więc stróż prawa dłużej nie zwlekał. Odwrócił się, czując, jak zielone oczy wiercą dziurę w jego plecach.
— Skąd wiesz, że to ty strzelisz pierwszy?
Tristan wykonał półobrót na pięcie.
— Słucham?
— Skąd wiesz, że to ty strzelisz do mnie pierwszy, a nie ja do ciebie?
Milczał. I tak też pozostawił jego pytanie – bez odpowiedzi i tanich przechwałek, jedynie z twardą, niemą obietnicą przekazaną całą swoją napiętą postawą, że się razem przekonają.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz