Po długim czasie spędzonym to w bibliotece, to w laboratorium, Bashar poczuł, że brakuje mu świeżego powietrza. Bądź co bądź, był żywą istotą, te zaś nie zostały stworzone do tego, by wciąż siedzieć w zamkniętych komnatach, choćby nie wiem, jak były strojne. Kierowany impulsem, zamiast schodzić w dół i gubić się gdzieś w zamkowych korytarzach, zaczął wspinać się po krętych schodach jednej z wież, zastanawiając się, gdzie tym razem doprowadzi go jego przypadkowy spacer. Schody pięły się coraz wyżej i wyżej, zdawało się, że bez końca, aż doprowadziły go do masywnych, ciężkich wrót. Jakież byłoby jego rozczarowanie, gdyby wrota okazały się zamknięte! Bashar ufnie ułożył jednak dłoń na starym drewnie, a gdy popchnął, drzwi ustąpiły posłusznie, wypuszczając go na zewnątrz.
Uderzyła go fala chłodnego, nocnego powietrza, tak orzeźwiającego po długim czasie, jaki spędził w twierdzy. Wiatr wiał łagodnie, mierzwiąc starannie zaczesane włosy, zaczepnie bawiąc się połami kamizelki. Bashar zapiął te parę guzików, ruszył przed siebie.
Księżyc lśnił na nieboskłonie, od czasu do czasu skrywając się za cienkim woalem chmur, gwiazdy migotały zapraszająco, a w powietrzu unosił się niezwykły, zielny aromat. Bashar popatrzył za barierkę odgradzającą rozległy taras od ciemności w dole, a jego wzrok objął odległy, groźny las, ponoć pełen krwiożerczych wilków pilnujących przystępu do warowni, popatrzył na długą drogę prowadzącą ku głównemu wejściu i jego myśli mimowolnie wróciły do jego pierwszego dnia tutaj. Pamiętał, jak daleką drogę musiał pokonać, jak nieprzystępny wydawał się masyw straszliwego zamku i jak legendy i opowieści grozy otaczały go na podobieństwo ciernistych obwarowań, odstraszających wszystkich potencjalnych gości. Tutaj, na dachu starodawnej posiadłości, na samym jej szczycie, budowla nie wydawała się aż tak groźna i przytłaczająca. To raczej reszta świata wydawała się mała i odległa, skulona niczym wystraszone zwierzę, gotowe w każdej chwili ugryźć wyciągniętą dłoń.
— Oczywiście, że w końcu tu przyszedłeś.
Dante pojawił się znikąd, po prostu wyszedł z mroku, jakby te nieprzeniknione cienie wśród kamiennych przypór były dla niego niczym otwarte drzwi.
— Zdawało mi się, że te schody mogą prowadzić ku tej górnej galerii, stamtąd zaś, jak wiesz, jest już bardzo blisko ku mej komnacie — odparł Bashar, posyłając hrabiemu uprzejmy uśmiech. — Widać, musiałem się pomylić.
— Czy zamierzasz teraz zawrócić, skoro nie znalazłeś tu tego, czego szukałeś?
— Tego nie powiedziałem. I wręcz przeciwnie – skoro odnalazłem zacną kompanię, z chęcią oddałbym się wspólnej przechadzce. Jeśli, rzecz jasna, nie wadzi to hrabiemu.
Dante roześmiał się, podszedł bliżej.
— Nie wadzi. Ale pozwolę sobie zadecydować o trasie tej przechadzki. Chodź ze mną.
To powiedziawszy, Dante ruszył za jeden z załomów, Bashar zaś podążył za nim. Jedno spojrzenie na rozciągający się widok odpowiedziało mu na pytanie, co też było źródłem tego niezwykłego, aromatycznego zapachu niesionego wraz z łagodnym, nocnym wiatrem.
Całą przestrzeń dachu obrócono w ukryty, otulony szkłem ogród, do którego Dante wprowadził swego gościa. Z kamiennych donic i skrzyń wylewały się rośliny o ciemnych łodygach i rozłożystych liściach, o kształtach niespotykanych w okolicznych lasach. Co poniektóre kwitły księżycową bielą wonnych kwiatów, inne czepiały się starannie ustawionych pałąków, pnąc jeszcze wyżej, prosto w stronę nieba. Większość z nich Bashar rozpoznawał, lecz jedynie z kart ksiąg, pozostałą część widział pierwszy raz.
Ciche, żywe sanktuarium, kontrastowało z resztą zamku, pełną wiedzy i przedmiotów, lecz nie życia. Tutaj jednak widać było rękę ogrodnika, troskliwego i rozważnego, opiekującego się każdą z roślin jakby była ostatnią w świecie.
— Selenicereus grandiflorus — wyjaśnił Dante, widząc, jakim spojrzeniem Bashar obdarza jeden z niezwykłych kwiatów. — Otwiera się o zmierzchu, gdy nadchodzą mgły, i zamyka wraz z pierwszym blaskiem dnia. Jeden z kwiatów nocy.
— Nigdy nie widziałem tego gatunku.
— Bo nie rośnie na tym kontynencie.
Przeszli dalej, a Dante wskazywał kolejne okazy – niespotykane nigdzie indziej orchidee, barwne magnolie i lilie, anturium o nieprzeniknionej, czarnej barwie, i wiele, wiele innych, których nazwy w końcu zaczęły uciekać Basharowi od samego ich nadmiaru.
— To wszystko… to nie są tylko kwiaty i rośliny przydatne w alchemii. Wiele z nich to rośliny ozdobne.
— Nie wszystkie muszą być użyteczne, to nie ogród warzywny.
— Wymagają jednak wiele pielęgnacji i troski.
Dante wzruszył ramionami.
— Mam czas, mogę się nimi zajmować. To mi nie przeszkadza. Czy pan zamku nie może mieć kaprysów?
Bashar uśmiechnął się lekko.
— Nigdy bym mu tego nie odmawiał — odparł.
Szczególnie, że sam przecież jestem jednym z takich kaprysów.
Bashar popatrzył na Dantego, przechadzającego się leniwie wśród swych roślin, uważnym okiem spoglądającego na kruche barwy rozkwitłych kwiatów, i po raz kolejny utwierdził się w przekonaniu, że owo bezlitosne serce, które ponoć biło w piersi wampira, jest dużo czulsze i delikatniejsze, niż niejedno z ludzkich serc.
Zbrojownia była jednym z niewielu miejsc w zamku, w których okolicy Bashar jak dotąd się nie gubił. Zajmowały go inne sprawy, a starodawna broń i pancerze, zamknięte w pomieszczeniu, mogącym na dobrą sprawę służyć za muzeum, nie wydawały się tak interesujące, jak pełne dzieł sztuki salony, niewiadomego przeznaczenia pokoje, czy sama biblioteka i laboratorium. Jednak ciekawość, jak zawsze, w końcu wzięła górę.
Uchylił ciężkie wrota, z jakiejś niewiadomej przyczyny niezamknięte, wszedł do środka.
O ile większość pomieszczeń w zamku bogata była w miękkie dywany, drogie obrazy, kunsztownie wykonane meble i wygodne siedziska, wprowadzające atmosferę przytulnego przepychu i odpowiedniego dla statusu hrabiego wypoczynku, o tyle zbrojownia była chłodem, metalem i kamieniem, zbiorem ostrych krawędzi i twardych linii. Bashar przeszedł wzdłuż jednej ze ścian, jego wzrok prześlizgiwał się po wystawionych na stojakach napierśnikach, po egzotycznych ostrzach ustawionych na swych postumentach. Broń nie nosiła ani śladu kurzu, jakby ledwie poprzedniego dnia ktoś ułożył ją do zasłużonego odpoczynku, nieruchomą, lecz wciąż gotową, by wrócić na pole bitwy. Lekarz przyglądał się jednej z szabli, przeszedł kawałek dalej, popatrzył na ozdobny korbacz. Z zaciekawieniem wyciągnął dłoń, by dotknąć pokrywających drzewce metalicznych rytów.
— Jeśli chcesz zburzyć ścianę, są na to szybsze i łatwiejsze sposoby.
Głos Dantego, rozbawiony i pogodny, rozległ się od strony wejścia do zbrojowni. Hrabia stał w przejściu, nonszalancko oparty o framugę, z płaszczem przerzuconym przez ramię i swym charakterystycznym półuśmiechem malującym się na twarzy.
Bashar cofnął dłoń od broni.
— Chciałem się jedynie przyjrzeć. Nie sądzę, bym był w stanie posługiwać się czymś takim. Zapewne byłbym o wiele większym zagrożeniem dla samego siebie, niż dla kogokolwiek innego.
Dante parsknął śmiechem, odepchnął się od framugi, wkroczył sprężystym krokiem do wnętrza.
— Może robiłbyś na tyle groźne wrażenie, że przeciwnicy sami by uciekli?
— Nie jestem wojownikiem — przyznał Bashar. — Moje dłonie służą uzdrawianiu, nie zaś zabijaniu.
Hrabia przeniósł wzrok na dłoń Bashara, po chwili podszedł jeszcze krok, delikatnie chwycił smukły nadgarstek.
— To widać — powiedział, oglądając dłoń, a początkowe rozbawienie zaczęło ulatniać się z jego spojrzenia, stopniowo zastąpione czymś innym. — Jednak w tym świecie nawet uzdrowiciel musi czasem umieć się obronić. A ja wiem, jaka broń leżałaby dobrze w twojej dłoni.
To powiedziawszy, puścił nadgarstek Bashara, podszedł do jednej ze ścian, sięgnął po zdobiące ją ostrza. Bliźniacze rapiery przypominały rozbłyski księżycowego światła zamknięte w kutym metalu, a ich ozdobne kosze, niczym splecione, kwietne girlandy, gubiły wzrok roziskrzoną barwą bezcennych kamieni.
— To będzie bardziej odpowiednie — powiedział Dante, odwracając się, i wyciągnął jeden z rapierów w stronę Bashara. — Wymaga nie siły, lecz rozwagi i precyzji. To cechy, które nie są ci obce, jako lekarzowi.
Dante stanął naprzeciwko, bez wysiłku przyjął idealną postawę szermierczą.
— Stań tak, jak ja.
Bashar spróbował odtworzyć postawę, efekt daleki był jednak od doskonałości.
— Prawie dobrze, poczekaj.
Hrabia podszedł bliżej, dotknął ramienia, ugiął mocniej jego łokieć, pochylił się, by wyrównać biodra, naparł lekko na niego, by Bashar obniżył środek ciężkości.
— Musisz stać lekko na nogach, być gotów do ruchu w każdej chwili.
Instruował go, delikatnym dotykiem ustawiając nawykłe stołowi operacyjnemu ciało tak, jak stać powinien wprawny szermierz. Złote loki musnęły policzek, oddech owiał kark, gdy Dante dotknął jego podbródka, uniósł go lekko.
— Nie patrz na miecz, patrz na przeciwnika. To jego postawa zdradzi ci następny ruch. — Hrabia uśmiechnął się, choć uśmiech ten nie sięgał oczu. Coś było nie tak i Bashar czuł ciężar rosnący w piersi jego gospodarza.
— Dlaczego mi to pokazujesz? Chcesz nauczyć mnie też walki rapierem?
— Czemu nie? — Dante odsunął się od niego, spojrzał gdzieś w bok. — Byłoby szkoda, gdyby cała ta wiedza w twojej głowie przepadła, bo spotkałeś na swojej drodze kogoś, komu zasady decorum są kompletnie obce. Nie będziesz tutaj wiecznie. — Wrócił do niego wzrokiem. — W końcu mnie opuścisz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz