Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Kary za książki oddane zbyt szybko
Biblioteka Narodowa Novendii ogłasza kary nie tylko za spóźnienia, ale i za zwrot woluminów „w stanie zdradzającym, że nie zostały przeczytane”. Powodem jest fala czytelników wypożyczających grube tomy wyłącznie dla prestiżu, nagrania jednej rolki na AllTube, i oddających je już następnego dnia nietkniętymi. „Książka to nie ozdoba,” oświadcza główny bibliotekarz „Zresztą, nawet ozdób nie traktuje się lekceważąco!”. Nowy regulamin przewiduje krótką rozmowę weryfikacyjną przy podejrzanie szybkim oddaniu książki, której niezaliczenie będzie skutkowało karą finansową. Pierwsi czytelnicy już protestują, że to za dużo pracy, na co bibliotekarz odpowiada, że książki są warte każdego poświęcenia.

Nagłówek

09 sierpnia 2026

Od Vaerila — Cudze chwalicie, swego nie znacie (I) [AU]

Wystarczyło tylko przełknąć ślinę, by poczuć pieczenie w gardle — pierwszy zwiastun zbliżającego się przeziębienia.
Vaeril nie mógł sobie pozwolić na chorobę. Nie teraz, kiedy nad głową wisiały mu zbliżające się egzaminy. Nie, gdy wciąż nie dostał wypłaty, z której mógłby opłacić wizytę u lekarza. Postanowił więc po zajęciach zajść do apteki, aby zaopatrzyć się tam w witaminy i tabletki na ból gardła. Miał nadzieję, że to prowizoryczne rozwiązanie pozwoli przetrwać mu sesję. Wychoruje się później, choćby wiązało się to z przeleżeniem całych wakacji w łóżku. Wszystko, byle tylko nie rozłożyło go teraz.
Zapowiadał się więc niełatwy dzień. Myśl o długich godzinach, które miał spędzić na uczelni, przyprawiała go o dreszcze. Stanowczo uważał, że obowiązkowe wykłady od samego rana aż po zmrok powinny być odgórnie zakazane. Szczególnie te na ostatnim roku studiów.
Nic jednak nie mógł na to poradzić. Wobec władz uczelni był całkowicie bezsilny. Choćby wyrażał głośny sprzeciw i tak przecież potrzebował zaliczyć te nieszczęsne zajęcia, aby ukończyć semestr. W tym przygnębieniu pocieszała go jednak wizja wieczornego spotkania z Sorenem. Dawno się nie widzieli, więc Vaeril od rana nie potrafił doczekać się tych wszystkich rozmów, podczas których wymieniają się opowieściami z minionego tygodnia i zwyczajnie nacieszą utraconą przez nadmiar obowiązków bliskością.
I to właśnie rosnąca potrzeba przytulenia się do swojego chłopaka motywowała Vaerila do zagryzania zębów oraz przetrwania zbliżającego się męczącego dnia. Nie narzekał, nie wymyślał, nie rzucał wrogich spojrzeń znajomym z kierunku (wyjątkowo). Po prostu przyszedł na uczelnię i zajął miejsce w auli z pełną gotowością stawienia czoła wszelkim wyzwaniom, jakie miały przynieść mu najbliższe godziny. Słuchał nudnych wykładów, z których notował co drugie słowo, przechodził z sali do sali, dzielnie starał się przyswajać nową dawkę obowiązującej na egzaminach wiedzy. Z nadzieją jednak niezłomnie zerkał na zegarek, w napięciu wyczekując na wybicie godziny kończącej wszystkie dzisiejsze zajęcia.
Aż wreszcie ona nadeszła. Vaeril nie zwlekał ani chwili. Nie żegnając się z nikim, wrzucił do plecaka wszystkie swoje rzeczy, a następnie wyszedł, kierując się prosto do akademika. I wtedy też jak na złość nieprzyjemny ucisk w gardle znów o sobie przypomniał.
Apteka znajdowała się kawałek stąd, prawie na drugim końcu dzielnicy. Vaerilowi zwyczajnie nie chciało się iść tam na nogach, a jadący w tamtą stroną autobus właśnie odjechał z przystanku, pozostawiając za sobą wyłącznie szary dym z rury wydechowej. I tyle go widziano.
Elf przez chwilę zastanawiał się, czy nie napisać do Sorena i poprosić go, aby kupił mu po drodze tabletki na ból gardła. Szybko jednak porzucił ten pomysł, przeczuwając, że jego chłopak wyolbrzymi całą tę sprawę do absurdalnego poziomu i zamiast leków przyjedzie z całym personelem szpitalnym. Nie było najmniejszej potrzeby, aby go tak bezpodstawnie zamartwiać.
Zamiast tego wysłał wiadomość do Sammy’ego. Wierzył, że apteczka jego współlokatora na pewno jest wypełniona po brzegi przydatnymi lekarstwami. Ten z kolei wcale jednak nie odpisywał, najpewniej mierząc się aktualnie ze szpitalnym dyżurem prosto z piekła. Szanse na to, że odezwie się przed kolejne kilka godzin były raczej marne.
Ostatnia deska ratunku zatonęła w morzu pecha Vaerila. Zaczął zapewniać samego siebie, że przecież wcale nie czuje się tak źle. Do rana przeziębienie na pewno minie, a on wstanie z łóżka wypoczęty, niczym nowo narodzony. Potrzebuje tylko odpoczynku.
Z tą myślą ruszył w kierunku akademika. I już właściwie widział znajomy gmach domu studenckiego, gdy niespodziewanie jego uwagę przykuł przydrożny sklepik. Vaeril zatrzymał się w półkroku. Przechodził tędy często, niemal codziennie. Nigdy wcześniej nie zwrócił jednak uwagi na kolorowy szyld jednego z budynków.
Magiczne Różności, według spisanej poniżej barwnego szyldu listy licznych usług, oferowały pomoc z niemalże każdym znanym ludzkości problemem. Vaeril wahał się chwilę. Walczył z myślami, aż ostatecznie uznał, że nie ma nic do stracenia. Z tym postanowieniem wszedł do środka.
Owiał go duszący aromat kadzideł i zapachowych świec. Mimowolnie zakaszlał — drażniąca woń tylko pogorszyła ból schorowanego gardła. Zasłaniając usta dłonią i co chwilę pokasłując, zaczął rozglądać się po nietypowym asortymencie sklepiku. Faktycznie znajdowało się tam prawie wszystko. Połowy widzianych rzeczy nie potrafił nawet nazwać.
Wtedy też spostrzegł siedzącego za ladą młodego mężczyznę. Sklepikarz wyprostował się i uśmiechnął szeroko na widok nowego klienta.
— Witamy w Magicznych Różnościach! — przywitał się serdecznie, a jego donośny głos rozbrzmiał echem w uszach przeziębionego Vaerila. — W czym mogę służyć?
Elf czuł się malutki w skali tych wszystkich otaczających go dziwactw. Nie potrafił na niczym dłużej zawiesić wzroku — mimowolnie wiódł oczami po licznych księgach, kolorowych fiolkach, kryształach. Na słowa sprzedawcy odchrząknął cicho i zwrócił się bezpośrednio do niego:
— Potrzebuję czegoś na ból gardła.
Z twarzy mężczyzny o fioletowych włosach zniknął uśmiech. Na jego miejsce pojawiło się zakłopotanie, a może nawet niedowierzanie.
— Ale wiesz, że to nie jest apteka? — zapytał, unosząc wysoko brwi.
Oczywiście, że przecież Vaeril o tym wiedział! Ale jemu po prostu nie chciało się iść do apteki. Pełna oburzenia reakcja sprzedawcy zirytowała go jednak nieco, więc wzruszył ramionami i kierując się w stronę wyjścia, rzucił tylko:
— Cóż, wychodzi na to, że zmylił mnie wasz szyld. Myślałem, że naprawdę potraficie poradzić sobie z każdym problemem. Skoro jednak zwykłe przeziębienie was przerasta, to chyba nie mam tu czego tutaj dłużej szukać.
Sklepikarz aż podniósł się z miejsca. 
— Oczywiście, że potrafimy poradzić sobie z byle głupim przeziębieniem! To tylko drobnostka! — nastroszył się. — Daj mi chwilę!
Odgarnął fioletowe włosy z czoła i odwrócił się na pięcie w stronę stojącej za jego plecami szafki, której półki uginały się pod ciężarem wielobarwnych eliksirów. Sklepikarz ze skupieniem przeglądał kolejne fiolki. Sięgał po nie jedną po drugiej, uważnie czytał etykiety, po czym z niezadowoleniem marszczył brwi i odkładał je na miejsce. Aż w końcu podjął decyzję. Z dumą i błyskiem satysfakcji w oczach położył na ladzie niebieski eliksir w fikuśnej buteleczce.
— Pijesz przed snem, a rano budzisz się zdrowy, silny, pełen energii i tak dalej.
Vaeril rzucił podejrzliwe spojrzenie na zaprezentowany mu specyfik. Następnie przeniósł wzrok na zadowolonego z siebie sprzedawcę.
— I to naprawdę zadziała? — próbował się upewnić, a jego głos zdradzał niepewność.
— Gwarancja jakości — potwierdził ochoczo młodzieniec o fioletowych włosach. — Ale zwrotów nie przyjmujemy.
To nie była przekonująca odpowiedź. Mimo wszystko Vaeril postanowił podjąć ryzyko. Nie miał wprawdzie żadnej innej sensowniejszej alternatywy. Ani właściwie niczego do stracenia. Mógł tylko zyskać.
Dłuższą chwilę licytowali się o cenę. Portfel Vaerila jak zwykle świecił pustkami, więc nie był w stanie zapłacić zaproponowanej przez sprzedawcę wygórowanej kwoty. Sprzeczali się więc o wartość eliksiru, a negocjacje trwały w najlepsze. Po kilku minutach udało im się wreszcie dojść do porozumienia. Cena jednocześnie nie krzywdziła biednego elfa i zadowoliła łasego na pieniądze sprzedawcę. Dobili obustronnie satysfakcjonującego targu. Vaeril wrzucił miksturę do swojego plecaka, pożegnał się i opuścił Magiczne Różności z nadzieją, że kupione tutaj lekarstwo postawi go na nogi (a on sam nigdy więcej swojej nogi tu nie postawi).
Wrócił do pokoju. Zauważył, że Sammy widocznie spieszył się do pracy. Świadczył o tym mały bałagan, który zostawił, ale Vaeril nie przejmował się tym zbyt długo. I tak zamierzał posprzątać przed wizytą Sorena. Pozbierał więc rzeczy z podłogi, pościelił starannie oba łóżka, a na sam koniec schował leżący pod prysznicem płyn 13w1 do szafki, aby nie bolał kogoś w oczy. Na stolik odłożył zakupiony eliksir. Krótką chwilę przyglądał mu się, zastanawiając, czy nie wypić go przed randką. Ostatecznie postanowił trzymać się zaleceń sklepikarza i grzecznie zażyć lek dopiero przed snem.
Soren, zgodnie z obietnicą, zjawił się punktualnie. Zapukał do drzwi, ale nie czekał, aż Vaeril je otworzy. Wystarczyło, że usłyszał jego głos. W następnej chwili przeteleportował się prosto do pokoju i od razu zamknął elfa w mocnym uścisku, całując go jednocześnie w czoło na przywitanie. Zaraz po tym pochłonęła ich gorliwa rozmowa. Usiedli tuż obok siebie na łóżku i zaczęli nadrabiać te wszystkie dni, kiedy nie było dane im się widzieć. Rozmawiali tak, jakby za chwilę znów mieli zostać rozdzieleni. Wchodzili sobie w słowo, przerywali z podekscytowania i śmiali się z każdego przejęzyczenia, a nawet z żartów, które wcale nie były szczególnie zabawne. Vaeril opowiadał o męczących wykładach i ostatnich zmianach w barze, Soren wspominał o swoich nowych sukcesach i dzielił się zasłyszanymi ze świata mody plotkami. Gdy jednak mówił o pani Cerese, uśmiech z twarzy elfa momentalnie zniknął. Pragnął cieszyć się chwilą spędzoną ze swoim chłopakiem, a nie wysłuchiwać o pałającej nienawiścią do niego kobiecie.
Wkrótce intensywność rozmowy przygasła. Mówili spokojniej i ciszej, już raczej skupiając się na samych sobie i na teraźniejszości, niż na nadrabianiu wszelkich zaległości. Teraz leżeli obok siebie, ściśnięci na pojedynczym akademicki łóżku. Brak przestrzeni zdawał się wcale jednak im nie przeszkadzać.
— Wracasz dzisiaj ze swoim menedżerem? — dopytywał Vaeril, obracając pomiędzy palcami jeden z białych kosmyków włosów Sorena.
— Ma przyjechać, gdy po niego zadzwonię — przytaknął z rozbawionymi iskierkami w oczach. — Ale znając go, pewnie już czeka pod akademikiem w obawie, że wymyślimy coś głupiego.
Vaeril zaśmiał się cicho. Fakt, że Soren nie musiał prowadzić, wyjątkowo go ucieszył. Dzięki temu mogli bez wyrzutów sumienia napić się czegoś mocniejszego.
— W takim razie, masz może ochotę na piwo?
Propozycja nie spotkała się z odmową, więc elf (z małą niechęcią) wyplątał się z uścisku swojego partnera i zajrzał do lodówki. Wyciągnął z niej kilka kolorowych trunków. Ostatnio była na nie promocja, więc nie wahał się uzupełnić swoich zapasów.
Vaeril ułożył wszystkie butelki na szafce nocnej, pozwalając Sorenowi zdecydować, na jaki smak ma akurat ochotę. Dostał pierwszeństwo wyboru, bowiem zmęczonemu całym tygodniem elfowi było już wszystko jedno, czego się napije, byle tylko zawierało w sobie procenty.
Wkrótce atmosfera na ich randce stała się znacznie bardziej… luźniejsza. Alkohol odsunął na bok jakikolwiek pozostały stres czy wstyd (przynajmniej ten Vaerila — Soren raczej wstydem nie przejmował się nawet na trzeźwo).
Pod wpływem buzujących procentów postanowili zagrać też w Monopoly. Ich ulubioną grę, podczas której kłócili się w najlepsze, krocząc po trupach po zwycięstwo. Jeden nie odpuszczał drugiemu. Liczyła się wyłącznie wygrana, a ich ostatnia rozgrywka zakończyła się jednak remisem, więc przyszedł najwyższy czas na rewanż. Vaeril ustawił planszę i przygotował bank.
Wkrótce, zgodnie z oczekiwaniami, rozpętała się awantura.
— Nie, nie możesz wyjść z więzienia za ładne oczy, Sorenie.
— Tak? To patrz teraz na ten hotel. W życiu mi się nie wypłacisz, jak wejdziesz na to pole.
— Żeby zaraz urząd skarbowy nie zainteresował się tymi posiadłościami. Masz na nie pozwolenie czy to samowola budowlana? Przecież widziałem, jak kradłeś pieniądze z banku, oddawaj te domki!
I tak przez cały wieczór. Niemal do północy. Do momentu, kiedy Soren nie wyrzucił dla siebie tragicznej liczby oczek i wszedł na willę Vaerila w Stellaire. Wtedy zbankrutował doszczętnie. Druzgocące zwycięstwo wpadło na konto elfa, który z dumą i satysfakcją wpatrywał się w swoje imperium. Czuł się jak absolutny milioner, właściciel licznych posiadłości, który pociąga za wszystkie sznurki tego świata. Pławił się swoją wygraną, ostentacyjnie licząc zarobione fikcyjne banknoty.
I wtedy przez krótką chwilę, dosłownie na ułamek sekundy, Vaeril całkowicie zignorował Sorena. Niezadowolony ze swojej przegranej model mamrotał coś niezrozumiałego pod nosem i odruchowo sięgnął po kolejne piwo. Z tą różnicą, że kolorowa butelka stojąca na szafce nocnej, którą otworzył, nie zawierała alkoholu (chyba). Była to kupiona przez Vaerila buteleczka syropu na gardło z Magicznych Różności. Soren nie zwrócił najmniejszej uwagi ani na podejrzanie fikuśny kształt butelki, ani na zaskoczenie pojawiające się na twarzy elfa. Zanim Vaeril zdążył w ogóle zareagować, mężczyzna na jego oczach jednym haustem opróżnił całą zawartość fiolki. Następnie odruchowo skrzywił się i z grymasem spojrzał na pustą już butelkę.
— Coraz paskudniejsze robią te piwa — stwierdził z niesmakiem. — Muszę kupić ci jakieś droższe alkohole, bo tego przecież nie da się pić.
Vaeril westchnął ciężko i podrapał się po karku z zakłopotania.
— Tak właściwie, to był mój lek na przeziębienie.
— Od kiedy sprzedają tak dziwne lekarstwa? — zdziwił się Soren, mrużąc oczy, aby przyjrzeć się niepokojącemu flakonikowi. — Vaeril, skąd ty to właściwie wziąłeś?
— Z tego sklepiku na rogu — wyjaśnił niechętnie ściszonym głosem. — Wiesz, ten magiczny ze wszystkim i niczym jednocześnie.
Soren wpatrywał się w elfa intensywnie przez kilka sekund ze zmarszczonymi brwiami. Vaeril odwrócił wzrok i zaśmiał się nerwowo pod wpływem tego piorunującego spojrzenia. Zrobiło się niezręcznie.
— A nie mogłeś po prostu iść do apteki? Albo zadzwonić do mnie? Czy ty przypadkiem nie mieszkasz z lekarzem?!
Padły zbyt dobre pytania, aby odpowiedzieć na nie sensownie. Zgadza się, że Vaeril może popełnił mały błąd. Ale przecież nic wielkiego się nie wydarzyło. Bez słowa przysunął się więc do swojego chłopaka i wyciągnął z jego rąk pustą buteleczkę, odrzucając ją gdzieś na bok, jakby chciał pozbyć się problemu z zasięgu wzroku.
— Oj, daj spokój. To tylko lek. Pewnie jakieś zioła na wzmocnienie barwione niebieskim barwnikiem i posypane brokatem. Lubisz brokat, więc nic ci nie będzie.
Starał się udobruchać Sorena. Przeczuwał jednak, że tym razem wcale nie będzie to takie łatwe. Szczególnie, że chwilę temu absolutnie zniszczył go w Monopoly. A takie urazy Soren trzymał w sercu długo.
Nie zdążyli jednak kontynuować rozmowy. Niezręczną ciszę przerwał dźwięk przychodzącej wiadomości na telefon modela. Pisał jego menedżer z naprawdę żałosną prośbą o zakończenie tego nieszczęsnego spotkania. Tłumaczył, że jest już zmęczony, ma dość czekania i chce wracać do domu.
Soren postanowił się zlitować, a więc z żalem musieli się rozstać. Ostatni raz przytulili się na pożegnanie, nim Acedia zniknął z jego pokoju. Rzucił tylko krótkie “Tylko dbaj o siebie, proszę”, a następnie rozpłynął się w powietrzu, zostawiając elfa z narastającym ciężarem przytłaczającego poczucia winy. Na naprawienie błędu było jednak zbyt późno. Wieczorem tak bardzo cieszył się na spotkanie ze swoim chłopakiem, że nawet nie zastanowił się nad konsekwencjami kupna tajemniczego lekarstwa. Nie chciał nikogo martwić ani prosić o pomoc. Jak zwykle uparł się, że poradzi sobie sam.
A teraz pozostawało mu tylko mieć nadzieję, że ten specyfik nie zaszkodzi Sorenowi.
Usilnie pocieszał sam siebie myślą, że przecież kupił miksturę w całkowicie legalnym sklepie. Jego właściciel na pewno nie pozwoliłby sobie na stratę klientów, więc wszystko, co sprzedawał, musiało spełniać narzucone wymogi jakości oraz bezpieczeństwa. Nie było więc jakichkolwiek podstaw, aby podejrzewać, że eliksir mógłby stanowić choćby malutkie zagrożenie dla życia Sorena. No, chyba że akurat w jego składzie znajdują się truskawki, bo o inne trucizny raczej nie musiał się martwić.
Vaeril starał się nie rozważać żadnych czarnych scenariuszy, mimo że napływały one go jego głowy bez końca. Zamiast tego obiecał sobie, że nazajutrz jakoś wynagrodzi swojemu chłopakowi ten nieszczęśliwy incydent. Soren, choć pamiętliwy, to zwykle akurat na niego nie gniewał się zbyt długo. Cokolwiek by się między nimi nie wydarzyło, na koniec dnia dochodzili do porozumienia.
***
Mimo tego o poranku Soren nie odpowiedział na żadną z wysłanych przez Vaerila wiadomości. Na początku myślał, że jego chłopak ukarał go milczeniem za wczorajszą przegraną i zwyczajnie zgrywa niedostępnego, chcąc skupić całą uwagę na sobie — klasyczny dramatyzm, niemal książkowy przykład.
Lecz z każdą kolejną godziną ciszy zdenerwowanie elfa rosło.
Zwykle Soren uprzedzał go, że przez jakiś czas nie będzie miał telefonu pod ręką. Ale nawet wtedy co jakiś czas wysyłał krótką wiadomość albo zdjęcie. Całkowite odcięcie się od technologii po prostu nie leżało w jego naturze. I to właśnie martwiło Vaerila.
Zdążył już się na niego zezłościć, pokłócić sam ze sobą i przeprosić w prywatnych wiadomościach, ale Soren nie raczył zostawić go choćby na odczytanym. Wyglądało na to, że całkowicie ignoruje emocjonalne wiadomości swojego chłopaka. Vaeril szybko stracił cierpliwość. W ciągu jednego poranka przez jego głowę przeleciało wiele niepokojących myśli i hipotetycznych scenariuszy tego, co złego mogłoby przydarzyć się modelowi. Przed oczami wciąż miał ten przeklęty eliksir. A jeśli faktycznie zaszkodził on Sorenowi? Jeśli potrzebuje on jego pomocy?
Nie mogąc poradzić sobie z niepewnością i strachem, Vaeril postanowił osobiście odwiedzić modela w jego mieszkaniu. Zabrał tylko kilka najpotrzebniejszych rzeczy, a następnie wyszedł z akademika i złapał autobus jadący w odpowiednim kierunku. Przez całą drogę z nadzieją wyczekiwał jakiejkolwiek wiadomości od swojego chłopaka. Najmniejszego zapewnienia, że wszystko jest w porządku. Ukojenie jednak nie nadeszło. Vaeril z sercem bijącym szybciej niż zazwyczaj, dotarł pod znane sobie osiedle apartamentowców.
Cudem udało mu się ominąć portiera i dostać na odpowiednie piętro bez większych problemów. Ze zniecierpliwieniem zapukał do znajomych drzwi. Zdawało mu się, że przez krótką chwilę słyszy po drugiej stronie hałas. Dźwięk czegoś upadającego na ziemię. Następnie wszystko umilkło. Nikt nie wpuścił elfa do środka.
Vaeril nerwowo zapukał po raz kolejny. Ponownie odpowiedziała mu jedynie cisza. Postanowił zadzwonić. Znajomy dzwonek telefonu Sorena rozbrzmiał po drugiej stronie. Model musiał być w środku, ponieważ nigdy nie wyszedłby z domu bez komórki. Nie wybaczyłby sobie, jeśli zdarzyłoby się coś niezwykłego, a on nie zrobiłby sobie zdjęcia na tle tego.
Istniały więc dwa możliwe scenariusze. Oba bardzo prawdopodobne: Sorenowi stała się krzywda i nie jest w stanie mu odpowiedzieć albo obraził się na śmierć i teraz oczekuje, że Vaeril stanie dla niego na głowie. Cóż, właściwie to elf był na już to przygotowany.
Ze zniecierpliwieniem chwycił za klamkę i ku swojemu zaskoczeniu odkrył, że drzwi nie zostały zamknięte. Uchylił je i nieśmiało zajrzał do środka.
— Sorenie, to ja!
Zatrzymał się na progu, uważnie rozglądając się wokół. Nigdy nie widział mieszkania Sorena w podobnym stanie. Wszystko wokół było w nieładzie — meble były poprzewracane, ozdoby porozrzucane po podłodze, ubrania porzucone wzdłuż ścian. Oznaczało to, że albo Soren po drodze zahaczył jeszcze o bar, gdzie przeżył imprezę życia, a teraz nie jest w stanie podnieść się z łóżka albo w jego mieszkaniu miało miejsce włamanie. Obie te opcje równie przeraziły Vaerila, chociaż radzenie sobie ze zmęczonym po nieprzespanej nocy Sorenem na pewno było mniej ryzykowne niż natknięcie się na groźnego włamywacza. W tej samej chwili elf zrozumiał, że prawdopodobnie postąpił bardzo głupio krzycząc od progu i wchodząc do środka jak do siebie. Chociaż na śmierć zamartwiał się o swojego partnera, postanowił zachować resztki zdrowego rozsądku i szybko się wycofać, aby zajrzeć do mieszkającego na niższym piętrze Angusa. Menedżer na pewno będzie wiedział, co robić.
Nie zdążył. Nie zdążył się nawet odwrócić, gdy niespodziewanie poczuł, że ktoś za nim stoi. Wpadł na kogoś plecami. Jego serce z paniki zabiło szybko, a przez głowę przeszły setki niepokojących myśli. Właściwie już żegnał się ze swoim życiem, ledwie zbierając się na odwagę, żeby lekko przechylić głowę i spojrzeć w górę.
Kamień spadł mu z serca dopiero na widok znajomych oczu Sorena — wreszcie mógł odetchnąć. Na widok swojego chłopaka odsunął się i zaśmiał nerwowo, łapiąc się za klatkę piersiową, jakby w ten sposób próbował się uspokoić.
— Prosiłem cię z setkę razy, żebyś nie teleportował się prosto za moje plecy! Przestraszyłem się! Prawie umarłem na zawał! Co ci strzeliło do głowy?!
Vaeril czuł jednak ogromną ulgę. Widok Sorena — całego i zdrowego — napełnił go upragnionym spokojem. Nic mu nie było. Wyglądał doskonale, zresztą, tak jak zwykle. Eliksir go nie zabił. Naprawdę nic się nie stało.
Wtedy niespodziewanie Soren ruszył w jego kierunku. Bez słowa, bez wyjaśnienia ścisnął go drżącym ramieniem w żelaznym uścisku. Vaeril zamarł z szoku i chwilowego braku możliwości wzięcia oddechu. Instynktownie jednak wtulił się w swojego partnera, klepiąc go delikatnie po ramieniu — próbował dać mu znać, że wraz z tym nietypowym powitaniem Soren zaraz połamie mu kości. Wyszeptał słabo:
— Możesz mnie już puścić, nigdzie się przecież nie wybieram, a zaraz mnie udusisz.
Minęła długa chwila, zanim Soren niechętnie się odsunął. Jednak nawet wtedy nie wypuścił Vaerila z objęć, jedynie przesunął dłonie na jego ramiona i przez moment intensywnie mu się przyglądał. W jego spojrzeniu kryło się coś dziwnego, trudnego do odczytania. Vaeril to dostrzegał, lecz w całym zamieszaniu nie potrafił poświęcić temu większej uwagi. Odwrócił jednak wzrok w zakłopotaniu, czekając na jakiekolwiek wyjaśnienia.
Sorenowi zajęło długo wykrztuszenie z siebie słów.
— Tak bardzo się o ciebie martwiłem! — zabrzmiał nietypowo, Vaeril powiedziałby, że nawet dość płaczliwie. — Myślałem, że już nigdy więcej cię nie zobaczę!
Elf wreszcie odważył się spojrzeć mu prosto w oczy. Widział w nich dziwaczne wzruszenie, a  nawet ulgę, której nigdy wcześniej w postawie Sorena nie zauważał. Zaskoczyło go to i całkowicie zbiło z tropu. Nie wiedział nawet, co odpowiedzieć i jak na to wszystko zareagować. Czuł się bezsilny z braku świadomości tego, co spotkało jego chłopaka, że zachowywał się w taki niepodobny do siebie sposób. Odpowiedział więc równie zmartwionym głosem, właściwie nie mogąc nic poradzić na to, jak żałośnie przy tym zabrzmiał:
— Próbowałem się z tobą skontaktować od rana! Nawet nie wiesz, jak ja bardzo się martwiłem. Odchodziłem niemal od zmysłów. Dlaczego się nie odzywałeś? Wciąż jesteś na mnie zły za wczoraj?
Na dźwięk ostatniego pytania brew Sorena drgnęła. Vaeril trafił w punkt. Nie pozostało mu nic innego, jak tylko przeprosić.
— Mówię to z bólem serca, ale przyznaję ci rację. — Słowa te z trudem przeszły mu przez gardło. — Postąpiłem głupio, więc miałeś się prawo na mnie zezłościć. Przepraszam za to przeklęte lekarstwo. Przepraszam też za tę grę. Niechętnie, ale muszę się przyznać, że również oszukiwałem. Kiedy nie patrzyłeś, ja także podkradałem pieniądze z banku i tylko dzięki temu wygrałem. Więc się nie liczy. Potraktujmy tę rundę jako rozgrzewkę, dobrze? — mówił to właściwie na jednym wdechu. — Przepraszam też za ten komentarz odnośnie twoich miast i hoteli. Odwołuję to, że są w nich pluskwy. Nie powinienem tak powiedzieć, biorąc pod uwagę to, że mieszkam pod jednym dachem z karaluchem. Naprawdę mi przykro! Nie bądź więc na mnie dłużej obrażony. Nie jestem w stanie tego dłużej znosić! Od rana nie myślę o niczym innym, jak tylko o tobie…
Z każdym kolejnym wypowiadanym przez Vaerila słowem twarz Sorena wyrażała coraz to większe zdziwienie. Stał w osłupieniu wpatrując się w elfa z szeroko otwartymi oczyma. Zdawało się, że próbuje coś z siebie wykrzesać, ale całkowicie zaniemówił. Dopiero po dłuższej chwili milczenia odezwał się niepewnie:
— Vaeril, ja… chyba nie mam pojęcia, o czym ty mówisz. — Wtedy też niespodziewanie przyłożył dłoń do czoła elfa i zapytał z niekrytym niepokojem: — Czy dobrze się czujesz? Może masz gorączkę?
Ciało Vaerila drgnęło pod wpływem dotyku. Niemal od razu odsunął się i rzucił podejrzliwe spojrzenie w kierunku Sorena.
— Czy JA dobrze się czuję? — powtórzył, zaplatając ręce na piersi. — Cały dzień się o ciebie zamartwiam, a ty nawet nie raczyłeś mi odpowiedzieć!
Elf ze zmarszczonymi brwiami zastanawiał się, czy Soren specjalnie gra głupa i udaje, że nie pamięta wczorajszej sprzeczki, aby wyprowadzić go z równowagi. Może oczekiwał dłuższych, bardziej wylewnych przeprosin? Albo po prostu nie chciał ciągnąć tego tematu, więc zachowuje się tak, jakby nic z tego nie miało nigdy miejsca?
Cóż, Soren wciąż pozostawał dla Vaerila niekończącą się księgą pełną zagadek. Ilekroć wydawało mu się, że rozszyfrował i poznał choć jedną z jego tajemnic, zaraz na jej miejsce pojawiała się kolejna. Nigdy nie potrafił przewidzieć jego następnego ruchu. W końcu przestał nawet próbować. Pogodził się z tym, że Soren zawsze będzie go czymś zaskakiwał.
Pewnie tak samo był tym razem. Vaeril przeczuwał w tym wszystkim jakiś nieznośny żart. Próbę wkurzenia go za wczorajsze nieporozumienie. Zwykłą igraszką, która ma na celu tylko go zirytować. Bardzo w jego stylu.
Wtedy też Vaeril dostrzegł na podłodze telefon swojego chłopaka. Wydało mu się to bardzo dziwne — wprawdzie Soren nie porzuciłby go nigdy tak bezdusznie. Podejrzliwy elf podniósł urządzenie i odblokował je. Od razu jego oczom ukazał się szereg nieodczytanych wiadomości. Nie tylko od niego samego, ale też od zmartwionego menedżera i pani Cerese. Łącznie prawie setka powiadomień. Rozchwytywany chłopak, nie ma co.
— Więc wszystkich tak zbywasz? — zaśmiał się, przeglądając swoje własne zezłoszczone wiadomości z rana. — Chociaż byś to odczytał, żebym wiedział, że żyjesz.
Ku jego zaskoczeniu Soren na widok telefonu wzdrygnął się i cofnął o krok.
— Odłóż ten przeklęty przedmiot! — zawołał niespodziewanie. — Może być niebezpieczny! Od rana wydaje dziwne dźwięki!
— Hę? — Vaeril przekrzywił głowę.
Musiał przyznać, że od chwili spotkania Soren zachowywał się naprawdę niepokojąco. Stał wyprostowany pośrodku salonu, rozglądając się nerwowo, jakby sam nie wiedział, co się wokół niego dzieje. Jakby zaraz mogło nadejść zagrożenie. Na pytania odpowiadał równie osobliwie, a każde kolejne wypowiadane przez niego słowo tylko zbijało elfa z tropu. Czy ten eliksir sprawił, że całkiem postradał zmysły? Oby nie.
Zmartwiony Vaeril postanowił dokładniej zbadać sprawę i przyjrzeć się swojemu partnerowi. Wcześniej rzucał mu jedynie krótkie, przelotne spojrzenia. Teraz bez słowa okrążył go, centymetr po centymetrze badając wzrokiem jego sylwetkę.
Soren miał na sobie naprawdę nietypowe ubranie — Vaeril nigdy wcześniej nie widział go w czymś takim. Chociaż wciąż spokojnie mógł nazwać je dość wyzywającym, odkrywającym co nieco, zarówno materiał jak i wykonanie odzienia wyglądało, jakby wykonano je co najmniej kilka epok temu. Dodatkowo w niektórych miejscach było ono poprzecierane czy postrzępione lub też zacerowane nieumiejętną ręką. Soren, którego zna, nie założyłby czegoś takiego dobrowolnie.
Największe zaskoczenie ogarnęło jednak elfa, kiedy jego wzrok padł wysoko, tuż na czubek głowy swojego chłopaka. Z białych, tak dobrze mu znanych włosów, wyrastały dwa rogi — a dokładniej mówiąc półtora, bowiem jeden z nich był wyraźnie krótszy.
Vaeril dwukrotnie obszedł Sorena, aż wreszcie zatrzymał się tuż przed jego twarzą. Zmarszczył brwi i drapiąc się po brodzie, próbował ułożyć sobie to wszystko w jedną całość. Aż nagle doznał olśnienia.
— Dostałeś angaż w jakiejś reklamie albo serialu historycznym! — zgadywał. — Od rana pewnie siedziałeś u wizażystów, więc dlatego nie odpowiadałeś, a teraz tak wczułeś się w rolę, że próbujesz mnie nabrać? Możesz przestać, bo już cię przejrzałem.
Czuł się bardzo zadowolony ze swojego genialnego procesu dedukcji. Uśmiechnął się od ucha do ucha. Soren na pewno od dawna planował ten żart, dlatego nic wcześniej mu nie zdradzając, przygotowywał całą tę szopkę w tajemnicy. Pewnie miał zamiar przez cały dzień nie wychodzić z roli, drocząc się z elfem i udając, że wcale nie ma pojęcia, o co mu chodzi.
— Vaeril, ja… ja chyba nie rozumiem — wydukał z siebie Soren, rozglądając się nerwowo po bokach, lustrując dokładnie cały salon od ściany do ściany. — Obudziłem się i nie wiedziałem, gdzie jestem i skąd właściwie się tu wziąłem. A co najgorsze — ciebie nie było obok. Bałem się, że nas rozdzielono już na zawsze. I chociaż w nieznany dla mnie sposób odnalazłeś do mnie drogę, to zachowujesz się i wyglądasz… inaczej — tłumaczył powoli, ale nie krył wzburzonych emocji. — Chyba potrzebuję wyjaśnień. Mój drogi Vaerilu, jaki bank? Jakie kradzieże? Jakie miasta? Mówisz o moim królestwie? Przecież doskonale wiesz, że po ostatnim incydencie, mamy zakaz pokazywania się tam…
Elf przewrócił oczami i zaśmiał się cicho.
— Wczułeś się w rolę, co nie? Kto ci napisał ten scenariusz? — Uśmiech nie znikał mu z twarzy, kiedy ponownie zbliżył się do swojego chłopaka, aby spojrzeć mu prosto w oczy. — Wciąż jesteś na mnie zły, więc to zemsta za wczoraj, prawda? Jednak muszę docenić twoją przebiegłość. W pierwszej chwili nawet udało ci się mnie zmylić, lecz teraz wiem wszystko, więc możesz już przestać, Sorenie.
Sprawa została przedstawiona jasno, a zagadka rozwiązana. Vaeril wyprostował się z dumy, gratulując sobie w myślach geniuszu. Jednak mimo bijącej od elfa pewności siebie oraz zapewnień świadomości odkrytego dowcipu, wyglądało na to, że model wciąż nie zamierzał wychodzić z roli. Zamiast tego Soren wziął głęboki wdech i po chwili milczenia, odrzekł najspokojniej, jak tylko potrafił:
— Zacznijmy od początku. Wiesz, kim jestem, tak?
Pytanie odrobinę zbiło Vaerila z tropu, ale niewiele myśląc, postanowił podjąć się dyskusji, aby wreszcie sprowadzić swojego upartego chłopaka na ziemię i złapać go na kolejnych kłamstewkach za rękę:
— Soren Acedia, model, mój niemądry partner, który równie mocno uwielbia dobrze wyglądać, co pakować się w kłopoty przy każdej możliwej okazji. Świetnie gotujesz i genialnie wychodzisz na zdjęciach. Najbardziej na świecie nienawidzisz karalucha, który mieszka w moim pokoju oraz płynu 13w1. Jesteś obrzydliwie bogaty i dzięki temu możesz pozwolić sobie na to ogromne mieszkanie. Ah, i co najważniejsze — posiadasz najwspanialszego chłopaka na całym świecie.
Soren z uwagą wsłuchiwał się w każde z wypowiadanych przez elfa słów. Pozwolił mu skończyć cały wywód, nie przerywał mu ani o nic nie dopytywał. Dopiero, gdy Vaeril zamilkł, odparł:
— Coś tu się nie zgadza — mówiąc to, zaczął nerwowo chodzić po pomieszczeniu. — Tak, jestem Sorenem Acedią, ale wychodzi na to, że nie tym Sorenem Acedią, za którego mnie bierzesz.
To przecież nie miało sensu. Brednie. Vaeril pokręcił głową.
— To ilu was jest w takim razie? — prychnął z rozbawienia. — Ledwo radzę sobie z jednym, więc nie wiem, jak przetrwam kilku.
— Wychodzi na to, że wielu — stwierdził po chwili zawahania Soren. — Ale najwyraźniej coś poszło potwornie nie tak. Zamiast obudzić się we własnym łóżku w moim świecie, znalazłem się tutaj. To jakaś magiczna zamiana? Klątwa? Mam wielu wrogów, więc to całkiem możliwe…
Mężczyzna przyspieszył kroku, jeszcze z większym zdenerwowaniem kręcąc się po salonie. Potykał się o porozrzucane rzeczy, mówił bardziej do siebie, niż Vaerila. Elf natomiast stał przy ścianie, przyglądając się całej tej scenie z niemałym zdumieniem.
— Zaczynam się o ciebie martwić, Sorenie — przyznał szczerze, nie spuszczając wzroku z modela. — Przestań żartować. Jak na jeden dzień, wystarczy nam emocji.
— Ale ja nie żartuję! — Mężczyzna zatrzymał się w półkroku. — Doszło do nieporozumienia. Powtarzam po raz kolejny — obudziłem się tutaj, ale to nie jest mój dom. Ja nie jestem twoim Sorenem.
— Jeśli nie moim, to czyim? — Vaeril zmarszczył brwi, próbując zrozumieć, czego właśnie jest świadkiem.
Soren wziął głęboki oddech. Stanął przed elfem, patrząc mu prosto w oczy.
— Wychodzi na to, że również nazywam się Soren Acedia i także wspaniale wyglądam dosłownie we wszystkim — przedstawiając się, delikatnie się skłonił. — Jednak stoi przed tobą pozbawiony brutalnie z tronu książę Terpheux. Do niedawna jeszcze włóczęga, proszący się o kłopoty wszędzie tam, gdzie rzucił mnie przewrotny los. Wszystko zmieniło się, gdy na mojej drodze pojawiłeś się ty. Znaczy się, pojawił się Vaeril. Po wielu trudach i zawiłych przygodach, tak się zdarzyło, że zamieszkaliśmy razem. Zaczęliśmy wspólnie prowadzić piekarnię w Behobes, nim pycha znów zaślepiła mi oczy i pozwoliła na ulotną chwilę oddechu. Straciłem czujność. Złudnie wierzyłem, że wreszcie mogę odpocząć, aż tu nagle obudziłem się tutaj. Daleko od domu, bez świadomości tego, jak właściwie się tutaj znalazłem.
Głos Sorena co chwilę się łamał. Był wyraźnie poruszony, a Vaeril z rosnącym niedowierzaniem słuchał tego, co próbował mu przekazać. To wszystko brzmiało niedorzecznie, ale elf mimowolnie poczuł narastający niepokój.
— To prawda? Mówisz szczerze? — zapytał podejrzliwie. — Naprawdę mnie nie okłamujesz?
— Czy Soren okłamałby cię, gdyby chodziło o coś tak ważnego?
Zapadła cisza. Vaeril nie wiedział, co odpowiedzieć. Odwrócił wzrok i zaśmiał się nerwowo. Cóż, nie byłby to przecież pierwszy raz, kiedy jego chłopak mijał się z prawdą. Nawet w sprawach, które naprawdę miały znaczenie.
Soren, widząc jego reakcję, ukrył twarz w dłoniach.
— Oczywiście, że bym ci o tym nie powiedział — jęknął, jakby właśnie przeżywał ogromną samorealizację. — Wygląda na to, że ja i twój Soren jesteśmy naprawdę podobni, więc nie dziwię ci się, że nie potrafisz mi uwierzyć. Sam sobie jestem winny, pracowałem na to długo. Ale przysięgam, że teraz mówię prawdę.
Vaeril potrzebował chwili, aby ułożyć sobie to wszystko w głowie. Milczał, zagryzając mocno zęby. To wszystko przecież… nie miało najmniejszego sensu!
— Czyli chcesz mi teraz powiedzieć, że owszem, jesteś Sorenem, ale Sorenem z jakiegoś innego świata? Takim analogicznym Sorenem? Który w jakiś tajemniczy sposób zamienił się miejscami z moim Sorenem?
— Sam nie do końca to pojmuję, ale tak. Wychodzi na to, że tak.
— Czyli to znaczy, że mój Soren aktualnie jest w jakimś średniowiecznym świecie? Pozbawiony bieżącej wody, telefonu i lakieru do włosów? — Vaeril wysnuł takie wnioski, widząc styl ubioru stojącego przed nim mężczyzny.
— Nie mam pojęcia, o czym właściwie mówisz, więc pewnie tak.
— Przecież on tego nie przeżyje! — Vaeril złapał się za głowę i bezwładnie osunął po ścianie na podłogę. Nie potrafił nawet wyobrazić sobie, co musi przeżywać teraz Soren. Samotny. Zagubiony. Porzucony gdzieś pośrodku niczego. Budzący się w jakiejś śmierdzącej lepiance, bez najmniejszego pojęcia, gdzie jest i co się wokół niego dzieje.
— Nie przejmuj się, jestem przekonany że pewnie jest w dobrych rękach. — Stojący obok mężczyzna próbował go uspokoić. — Skoro los sprawił, że ja trafiłem na ciebie, to twój Soren na pewno spotkał już mojego Vaerila. A on dopilnuje, aby nie stała mu się krzywda. Wierz mi, wiem, co mówię. Jest specjalistą w ratowaniu mi życia.
To było raczej marne pocieszenie. Vaeril skulił się jeszcze bardziej, bowiem właśnie zdał sobie sprawę, że całe to zamieszanie, to najprawdopodobniej jego wina.
Ten przeklęty eliksir. To on musiał być on. Co innego mogło sprowadzić na nich to nieszczęście, niż ta nieznana mikstura, którą w nocy wypił Soren? Ten cholerny specyfik musiał namieszać. Zamienić miejscami z tym innym “Sorenem”. Gdyby nie głupota Vaerila, nigdy do czegoś takiego nawet by nie doszło!
— Wczoraj — wymamrotał niechętnie, wciąż wbijając spojrzenie w podłogę — Soren wypił dziwaczny eliksir, który kupiłem w tajemniczym sklepiku na rogu ulicy. Miał mi pomóc z przeziębieniem, ale wychodzi na to, że przy okazji niósł ze sobą naprawdę przeklęty efekt uboczny. Podróż między wymiarowa! Szkoda, że nie napisano tego na etykiecie!
— Pozwoliłeś mu wypić coś takiego? — Mężczyzna nie krył swojego zaskoczenia.
— Przecież nie zapytał mnie o pozwolenie! Wyzerował to perfidnie na moich oczach, nim w ogóle zdążyłem zareagować! — Brzmiało to jak marna wymówka, ale Vaeril nie kłamał. W żadnym stopniu nie obwiniał jednak o to zamieszanie Sorena — wręcz przeciwnie — czuł, że cała odpowiedzialność za to nieporozumienie spoczywa na jego barkach. On jako jedyny był winny. Wiedział, że nigdy nie wybaczy sobie, jeśli jego partnerowi cokolwiek się stanie — cóż, jeśli Soren w ogóle kiedykolwiek wróci do domu.
— Musimy coś z tym zrobić. — Elf niespodziewanie zerwał się na równe nogi i podobnie, jak wcześniej “Soren”, zaczął szybkim krokiem kręcić się po salonie. — Trzeba was zamienić. Jak najszybciej.
— Oczywiście, ale czy masz jakiś pomysł, od czego zacząć? Trochę nie wiem, co się wokół mnie dzieje, więc choćbym pragnął tego najbardziej na świecie, obawiam się, że nie jestem w stanie zbyt wiele pomóc.
— Najpierw zadzwonię do tego czarodzieja, który sprzedał mi eliksir — stwierdził Vaeril po chwili zastanowienia. Wyciągnął telefon i wyszukał Magiczne Różności. Niestety na stronie sklepu było napisane, że dzisiaj jest on nieczynny (“Zasłużony urlop <3”). Mimo tego elf próbował dodzwonić się na podany numer, lecz wciąż łapała go poczta głosowa. Nie mógł nawiązać żadnego kontaktu.
— A niech go! Ten cholerny czarodziej! Wiedziałem, że coś kombinuje! — Vaeril rzucił telefonem o kanapę. — Nie odbiera. Musimy poczekać, aż kiedyś łaskawie oddzwoni.
— Czyli nic z tego? A nie znasz żadnego innego czarodzieja który może nam pomóc? — dopytywał “Soren”. — W moim świecie mój przyrodni brat, Emilio, pomagał nam, kiedy sprawy wymagały magicznej interwencji. Może tutejszy też wybawi nas z opresji?
Vaeril wyprostował się. Soren nigdy nie wspominał mu o żadnym Emilio. Czy to kolejna zatajona prawda?
— Nie mam pojęcia, o kim właściwie mówisz — powiedział z żalem. — Ja… nie znam zbyt wielu osób. Szczególnie czarodziejów.
— W takim razie, dopóki nic innego nie przyjdzie nam do głowy, musimy założyć, że mój Vaeril i twój Soren poproszą Emilio o pomoc? Jestem pewien, że na pewno też szukają sposobów na zamianę.
Mimo wszystko elf nie chciał siedzieć bezczynnie. Zresztą nie potrafiłby. Głowę rozsadzało mu poczucie winy, ale nie umiał wymyślić niczego sensownego, co mogłoby rozwiązać ten problem. Nie znał się na magii. Nie miał nawet kogo o nią zapytać. Czuł się zupełnie bezsilny. Nienawidził, gdy sprawy wymykały mu się z rąk. Gdy nie mógł pomóc.
Skulił się na kanapie. Więc miał po prostu czekać? Aż nagle dozna olśnienia? Albo aż jego alternatywna wersja okaże się bardziej pomysłowa i użyteczna? Nie potrafił znieść takiej myśli. To on sprowadził niebezpieczeństwo na Sorena. Sorenów? Bo przecież przy okazji wyrwał z jego świata także tego drugiego. Nieświadomie uwięził ich obu w tej tragicznej komedii, nie mając najmniejszego pojęcia, jak sprowadzić ich z powrotem do domu. Najgorsza była jednak świadomość, że być może już nigdy więcej nie zobaczy swojego chłopaka. Sama ta myśl napełniała go przerażeniem. Nie chciał nawet wyobrażać sobie, że takowy koszmar mógłby się w ogóle spełnić. Co wtedy? Jak miałby spojrzeć w oczy jego bliskim? Jak powiedzieć im, że to przez niego?
— Mówiłeś, że twój Soren jest modelem. — Z panicznych myśli wyrwał go głos mężczyzny. “Soren” kręcił się po salonie, oglądając wszystkie pamiątki swojej tutejszej wersji. — Co to znaczy?
Vaeril westchnął cicho. Nie mógł dłużej siedzieć i użalać się nad sobą. Niechętnie podniósł się z kanapy i podszedł do okna. Odsunął ciężkie zasłony, a następnie wskazał ręką w stronę ogromnego billboardu. Znajdowała się na nim reklama niezwykle drogiego produktu, którego twarzą akurat był Soren.
— Cieszy się niemałą sławą — wyjaśnił, nie potrafiąc ukryć narastającej dumy. — Wszyscy go znają, podziwiają i kochają. Chcieliby być choć odrobinę tacy wspaniali, jak on. Soren pozuje do zdjęć, reklamuje drogie rzeczy, wyznacza trendy w modzie. Nie ma na tym świecie osoby, która by nie rozpoznała jego twarzy. Jest absolutnie niezwykły pod każdym względem.
— Więc nie musi się ukrywać ani zabijać za pieniądze? Miła odmiana.
Vaeril zesztywniał, ale po chwili zaśmiał się nerwowo.
— Nie, ale zabija, ponieważ ma pieniądze. Nikt nie może mu nic udowodnić.
— A więc wiesz o tym? — zapytał z nieskrywanym zaskoczeniem “Soren”, wysoko unosząc brwi. — Ja… nie miałem jeszcze dogodnej okazji, aby powiedzieć o tym mojemu Vaerilowi.
— Cóż, przecież Soren też mi się nie przyznał. Bardziej… postawił przed faktem dokonanym. — Elf przewrócił oczami. — Ale twój Vaeril zasługuje na to, żeby poznać prawdę. Skoro ja zdołałem się z tym pogodzić, to on również da radę.
Na te słowa “Soren” uśmiechnął się delikatnie. W jego oczach błysnęło coś, czego Vaeril nie potrafił nazwać.
— Masz rację. Jeśli uda mi się wrócić, opowiem mu o wszystkim.
Jeśli. A co jeśli się nie uda? Obawy znów ogarnęły myśli Vaerila. Domyślał się, że stojący obok niego mężczyzna na pewno tęskni za swoim domem. Został wyrwany ze swojej rutynowej codzienności i brutalnie otoczony czymś całkowicie sobie nieznanym. Elf nie chciałby nigdy znaleźć się w takiej sytuacji. A skazał na nią dwie osoby — w tym jedną sobie najbliższą.
Oh, Vaeril tak bardzo tęsknił. Brakowało mu obecności i bliskości Sorena, znajomego zapachu perfum na ubraniach czy ciepłych słów szeptanych prosto do ucha. Nie potrafił przestać o nim myśleć, zamartwiając się na śmierć. Jego Soren… nie był osobą gotową na egzystowanie bez technologii. Korzystał z luksusów współczesności pełnymi garściami i absolutnie kochał wygodne życie, które z uciechą prowadził. Elf nie miał pojęcia, jak jego partner przetrwa bez całego tutejszego przepychu i udogodnień. Przecież ta zmiana będzie dla niego prawdziwym koszmarem!
— Przepraszam… — Vaeril ponownie ukrył twarz w dłoniach, czując się doprawdy beznadziejnie. Oparł się o szybę okna. — Ja naprawdę nie wiem, co robić. Próbuję wymyślić cokolwiek, ale mam pustkę w głowie. Nie chcę jednak stać z założonymi rękoma, ale od czego mamy zacząć? Powinniśmy biegać po mieście i po prostu mieć nadzieję, że ktoś nam pomoże?
— Z doświadczenia wiem, że impulsywne działanie nie jest najlepszym pomysłem — wtrącił “Soren”. — Wierz mi, gdybym tylko wiedział, jak wrócić, to nie zastanawiałbym się ani chwili. Ale na ten moment, skoro i tak już tutaj jestem, możesz opowiedzieć mi więcej… o mnie? Muszę przyznać, że jestem naprawdę ciekaw, jak żyje sobie tutejsza wersja Sorena.
Cóż. I tak przecież nie mieli niczego do stracenia. Działanie zawsze było lepsze od siedzenia i użalania się nad sobą.
— Jeśli jesteście tak bardzo do siebie podobni, to nawet wiem, co na pewno ci się spodoba — zapewnił Vaeril, zmuszając się do uśmiechu. — Chodź za mną.
Zaprowadził swojego gościa z innego świata do garderoby Sorena. Tam przywitał ich szereg uginających się pod nadmiarem najdroższych ubrań wieszaków, liczne stojaki na akcesoria, kolorowe dodatki i akcesoria oraz rzędy równo ułożonych butów. Wszystko to starannie uporządkowane i pachnące drogim płynem do płukania, było gotowe do złożenia w jak najbardziej szokujące kreacje.
“Soren” wydawał się być oczarowany. Jego oczy zalśniły pod widokiem nadmiaru wszystkich tych odzieżowych dóbr. Zaczął przemierzać tę ogromną szafę z zachwytem i podekscytowaniem.
— Czy mogę przymierzyć? — zapytał z nadzieją, ściągając z wieszaka długie aż po samą ziemię różowe boa.
— Cóż, to wszystko jest bardziej twoje, niż moje, więc się nie krępuj — przytaknął Vaeril, wzruszając ramionami. — Zresztą, rozmiar i tak pewnie macie taki sam.
Kiedy “Soren” zajął się oglądaniem ubrań, elf usiadł na miękkiej pufie w rogu pomieszczenia i nie potrafił oderwać od niego wzroku. Byli z Sorenem niemal tacy sami. Ten sam wzrost. Ta sama sylwetka. Ten sam kolor włosów. Nawet uśmiech i charakterystyczny błysk w oczach, pojawiający się zawsze, gdy coś wzbudzało ich zainteresowanie. Jedyną wyraźną różnicę stanowiły rogi, ostro kontrastujące z doskonale znajomą twarzą.  Bez nich Vaeril nie byłby w stanie powiedzieć, który z nich stanąłby przed nim.
Lecz mimo tego niezwykłego podobieństwa, “Soren”, który właśnie prezentował mu narzucone na siebie kompletnie niepasujące do siebie ubrania, zdawał się być tak niezwykle obcy. Odległy i nieznany. To nie był jego Soren, nieważne, jak podobnie by nie wyglądali. Nie był to ktoś, kogo pokochał. Stała przed nim właściwie kompletnie obca osoba, która jedynie sprawiała złudne i kłamliwe pozory znajomej bliskości. I to bolało Vaerila najbardziej. To, że ta tak dobrze znana mu uśmiechnięta twarz nie jest twarzą jego Sorena.
Przy okazji mimowolnie zastanawiał się nad samym sobą — a właściwie nad “Vaerilem” z tego drugiego świata. Przerażała go wizja, że gdzieś tam, w alternatywnym wymiarze, żyje ktoś niemal identyczny, lecz wciąż tak odmienny. Jaki był tamten “Vaeril”? Czy da radę zająć się jego Sorenem? Będzie on potrzebował... wiele cierpliwości.
— Ej, pomożesz mi? — Z zamyślenia ponownie wyrwał go zniecierpliwiony głos mężczyzny. Zaczepił się właśnie rogiem o ciasny kołnierzyk i nie mógł się uwolnić z tej nietypowej pułapki. Wyglądał dość zabawnie — skrępowany przez jasną koszulę i wygięty pod wpływem jej mało elastycznego materiału.
— Tak, tak, już idę. — Vaeril niewiele myśląc zeskoczył z pufy i pognał mu na ratunek. Nie widział sensu, aby na siłę próbować wcisnąć koszulę (jeśli by się porwała, to Soren po powrocie by go zabił), więc podciągnął ją do góry, aby uwolnić nieszczęśnika z uwięzi. Wtedy też jego oczom ukazał się nie tylko nagi tors mężczyzny, ale też przedmiot, którego Vaeril nie oczekiwał zobaczyć.
Odskoczył jak poparzony na widok tak dobrze znanego sobie srebrnego medalika. Ten “Soren” miał na szyi rodową pamiątkę Iversenów! I nosił ją, jak gdyby nigdy nic!
— S-skąd to masz? — Vaeril nie przeżyłby, gdyby nie dowiedział się prawdy.
— Że ten wisiorek? — upewnił się mężczyzna, obracając w dłoniach błyskotkę. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. — Oświadczyłeś mi się nim. To znaczy, mój Vaeril to zrobił.
Elf zamarł, a jego twarz momentalnie zalała się czerwienią. Wstrzymał oddech i prawie stracił równowagę, odwracając się plecami do mężczyzny, aby ukryć przed jego oczami swój szok.
ŻE ZROBIŁ CO?
— Soren nie może się o tym dowiedzieć — wybełkotał, łapiąc się przez koszulkę za swój własny zwisający z szyi medalik. — Zabiję tamtego Vaerila, jeśli mu o tym powie.
— Nie chcesz się oświadczyć? — “Soren” nie krył swojego zdziwienia, choć nie zwracał jednak zbytniej uwagi na kulącego się nieopodal elfa — przynajmniej nie patrzył w jego kierunku. Przegląd szafy pochłonął go doszczętnie.
— To nie tak, po prostu… — Vaeril zawahał się, próbując dobrać odpowiednie słowa — …on nie da mi żyć. Twój Vaeril właśnie zawyżył wszystkie możliwe standardy. Jeśli Soren się o tym dowie, to on i jego przyjaciele “niby przypadkiem” zaczną wysyłać mi zdjęcia pierścionków oraz nie będą szczędzić mi aluzji. Ale mnie aktualnie nie stać! — mówiąc to, złapał się za głowę. — Chyba od jutra będę musiał zacząć oszczędzać. I to tak porządnie.
“Soren” zaśmiał się głośno. Przypadkiem upuścił jeden z wieszaków na ziemię. Podniósł go jednak jak gdyby nigdy nic się nie stało i odwiesił pospiesznie do szafy.
— Może wcale nie będzie aż tak nieznośny.
— Będzie — westchnął elf. — A ty byś nie był?
— Cóż, prawdę mówiąc, gdyby Vaeril tak mnie nie zaskoczył, to pewnie trochę byłbym…
— No właśnie o tym mówię!
Absolutna tragedia. Soren mu tego nie odpuści. Po powrocie na pewno będzie to pierwsza rzecz, o jaką się upomni. O tę nieszczęsną zamianę pokłócą się pewnie dopiero zaraz po tym.
Vaeril nie potrafił przestać myśleć o tym, o czym przed chwilą się dowiedział. Wychodziło na to, że jego inna wersja nie dzieliła z nim żadnych wrodzonych obaw. Oświadczył się ”Sorenowi”. Tak po prostu? Bez najmniejszego zawahania? Wprawdzie bardzo mu tego zazdrościł — odwagi, że nie bał się tego zrobić. Elf miał nadzieję, że kiedy nadejdzie odpowiednia chwila, on także nie stchórzy. Jeśli ”Soren” się zgodził, to jego chłopak też raczej go nie odrzuci, prawda?
Mimochodem przy całym tym zamieszaniu związanym z oświadczynami, Vaeril przypomniał sobie o najlepszych przyjaciołach swojego chłopaka — Dante i Lilian. Przez krótką chwilę rozważał, czy nie powinien poprosić ich o pomoc. Równie szybko jednak ten pomysł porzucił. Lilian ma wiele swoich problemów na głowie, a Dante, gdyby tylko dowiedział się o całym tym incydencie, śmiałby się przez kolejny tydzień, rzucił jakiś dwuznaczny żart, a później nie dał im o tym zapomnieć do końca życia. Ta dwójka od razu została wykreślona z krótkiej listy osób, które mogą udzielić im teraz wsparcia.
Więc może Sammy? Vaeril odruchowo sięgnął po telefon, lecz równie szybko odłożył go z powrotem. Już wyobrażał sobie reakcję współlokatora. Najpierw zrobi mu wykład o skinwalkerach, potem wciśnie Martin w kieszeni „na wszelki wypadek”, a na końcu zacznie barykadować drzwi i okna. Nie, zdecydowanie lepiej będzie, jeśli Sammy o niczym się nie dowie.
Jedynym czarodziejem, którego Vaeril znał, był jego rodzony brat. Lecz proszenie Dereka o pomoc, to dobrowolna prośba o nieszczęście. Oczywiście, że z ogromną przyjemnością ruszyłby im na ratunek, ale znając jego sympatię do Sorena, to magicznie zniknąłby jego obie wersje z powierzchni ziemi. Bez szans, aby kiedykolwiek Vaeril opowiedział mu o zaistniałej sytuacji.
W tej samej chwili elf usłyszał dźwięk przychodzącego powiadomienia. Był to jednak telefon Sorena. Mimo to, elf postanowił odczytać wiadomość.
Była ona od pani Cerese. Mrożące krew w żyłach “Miej trochę szacunku do mnie oraz do siebie samego i wreszcie się odezwij albo sama zaszczycę cię swoją obecnością. A żadne z nas tego nie chce.” z wymowną kropką na końcu wypowiedzi.
Wtedy Vaerila olśniło. Bardzo, bardzo, bardzo niechętnie uświadomił sobie, że jedyną osobą, która zawsze ratowała Sorena z najgorszych opresji była pani Cerese. Tylko ona potraktuje ten problem z należytą powagą. Tylko ona może im pomóc.
Była to oczywiście ostateczność. Rozwiązanie, którego Vaeril obawiał się najbardziej. Przed panią Cerese nic się nie ukryje. Ona od razu będzie wiedziała, że to on sprowadził na Sorena zagrożenie i z całą pewnością nie pozwoli mu o tym zapomnieć.
Lecz w tej sytuacji mógł liczyć tylko na panią Cerese. I zdał sobie z tego sprawę z ogromnym żalem oraz przerażeniem. Wiedział, że to ryzykowne posunięcie, ale dla Sorena był w stanie się narazić. Nie miał zbyt wiele do stracenia w jej oczach. I tak od zawsze darzyła go szczerą niechęcią — nic też nie zapowiadało, aby miało się to zmienić.
— Szykuj się, Sorenie! — zawołał do wciąż przebierającego się mężczyzny. — Chyba wiem, kto może nam pomóc. Odwiedzimy kobietę, która albo rozwiąże nasz problem, albo nas obu zabije. Szanse są mniej więcej po równo, ale i tak warto zaryzykować.
Wreszcie spojrzał na “Sorena” i omal nie dostał zawału. Nigdy w życiu nie przypuszczałby, że zobaczy go... w czymś takim. Miał na sobie dwie pary spodni — na zwykłe, długie spodnie narzucił jeszcze kolorowe plażowe szorty. Do falbaniastej koszuli dobrał jeansową kurtkę, a całość dopełnił wcześniej podziwianym różowym boa. Oczy skrył za ciemnymi okularami przeciwsłonecznymi, a na głowę wcisnął czapkę, przez którą zdążył już przebić otwór dłuższym z rogów. Wyglądał potwornie.
Vaeril przeczuwał, że jeśli Cerese zobaczy swojego wychowanka w takim stanie, to szansę, że obu ich zamorduje, drastycznie wzrosną.
No cóż, nie mieli jednak innego wyjścia. Byli skazani poprosić ją o pomoc i liczyć, że akurat ma dobry dzień (a przynajmniej jeszcze go ma), więc będzie dla nich łaskawa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz