Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Kary za książki oddane zbyt szybko
Biblioteka Narodowa Novendii ogłasza kary nie tylko za spóźnienia, ale i za zwrot woluminów „w stanie zdradzającym, że nie zostały przeczytane”. Powodem jest fala czytelników wypożyczających grube tomy wyłącznie dla prestiżu, nagrania jednej rolki na AllTube, i oddających je już następnego dnia nietkniętymi. „Książka to nie ozdoba,” oświadcza główny bibliotekarz „Zresztą, nawet ozdób nie traktuje się lekceważąco!”. Nowy regulamin przewiduje krótką rozmowę weryfikacyjną przy podejrzanie szybkim oddaniu książki, której niezaliczenie będzie skutkowało karą finansową. Pierwsi czytelnicy już protestują, że to za dużo pracy, na co bibliotekarz odpowiada, że książki są warte każdego poświęcenia.

Nagłówek

13 sierpnia 2026

Od Bashara – Ten zamek mógłby mieć dwóch panów (XI) [AU]

Krucha relacja, zachowawcze wypowiedzi i ostrożnie ważone słowa odchodziły powoli w niepamięć, gdy kolejne tygodnie wspólnej pracy, rozmów, spędzania razem czasu, poruszania tematów, których nie poruszało się z każdym, tworzyło mosty nad przepaścią dzielącą wampira i człowieka, hrabiego i wędrowca. Tak jak na samym początku Bashar napotykał same zamknięte drzwi, tak teraz nie było przejścia, które by się przed nim nie otwierało, hrabia zaś nie czekał już na to, aż jego gość zawędruje w jakąś część zamczyska, lecz aktywnie prowadził go tam, gdzie było coś, co pragnął mu pokazać.
Tak było i tamtego wieczora, gdy hrabia szedł sprężystym krokiem przez korytarze swego zamku, zwalniając ledwie tyle, by Bashar za nim nadążył i obdarzając swego ulubionego gawędziarza enigmatycznym, pełnym samozadowolenia uśmiechem.
— Opowiadasz mi tyle o świecie, Bashar, jednak nie powiedziałem ci, że cóż… jeszcze nim postanowiłeś mnie odwiedzić, brałem swoją wiedzę z innego miejsca, niż jedynie książki. Możesz znaleźć to źródło interesującym.
Bashar uniósł brew, zmierzył uśmiech hrabiego spojrzeniem.
— Chcesz mi powiedzieć, panie, że od początku miałem… konkurencję?
— Ha, tak sądziłem, gdy dopiero zjawiłeś się na mym progu, dlatego też zataiłem przed tobą wiedzę o istnieniu tego ciekawego urządzenia. — Dante uśmiechnął się szerzej. — Nie chciałem, żeby było ci przykro.
— To doprawdy wspaniałomyślne z twojej strony, panie. Jednak muszę spytać, co pchnęło cię do zmiany tej decyzji?
Hrabia zerknął na niego, lecz choć spojrzenie to było tak przelotne, odbiła się w nim ta łagodna miękkość.
— Zrozumiałem, że to dla ciebie żadna konkurencja, Bashar. Ale urządzenie może ci się przydać.
To powiedziawszy, Dante przystanął przy masywnych drzwiach na końcu korytarza, ułożył dłonie na skrzydłach i pchnął. Drzwi ustąpiły bezszelestnie, ukazując ich dwójce niemal pusty pokój. Jedynym, co się w nim znajdowało, prócz ozdobnego i puszystego dywanu, był wygodny fotel z podnóżkiem oraz zwierciadło.
Bashar widział w swym życiu wiele zwierciadeł, a jako człowiek uczony był świadom, że powyżej pewnej wielkości lustro trzeba było dzielić na mniejsze płytki, bo niemożliwym było wykonanie aż tak olbrzymiej tafli. Tutaj jednak miał przed sobą twór niezwykłej magii i technologii, bo zwierciadło zajmowało niemal całą przestrzeń, sprawiając, że pokój wydawał się dwakroć większy.
— Co to takiego? — spytał Bashar, domyślając się, że na pewno nie ma przed sobą zwyczajnego lustra.
— Okno — odparł Dante, podprowadzając swego gościa i wskazując mu fotel. — Okno na świat. Pozwala mi widzieć odległe miejsca takimi, jakie są w tej chwili. To nie to samo, co twoje podróże – nie czuję zapachów, nie słyszę rozmów, a i śmiertelnicy nie są świadomi mojej obecności, lecz… mogę choć obejrzeć sobie to, o czym słyszę od ciebie.
— Fascynujące — przyznał Bashar, siadając na fotelu.
Dante oparł się biodrem o jego oparcie, gestem dłoni przywołał magię zwierciadła.
Ich oczom ukazał się pustynny kraj, o którym Bashar tyle opowiadał, ze swymi czerwonymi piaskami, tłocznymi targami, pełnymi życia oazami i słonecznym żarem lejącym się z nieba. Zaraz jednak obraz się zmienił, płynnie przechodząc z rozgrzanej czerwieni w łagodną, uspokajającą zieleń bambusowego ogrodu i delikatnych, drewnianych pawilonów ukrytych wśród starannie utrzymanych krzewów. Lecz i to miejsce rozpłynęło się wraz z magią, zastąpione miriadem barw krainy obfitującej w przyprawy, gdzie ludzie malowali sobie dłonie, a najbogatsi podróżowali na grzbietach ustrojonych w złoto słoni.
— Doprawdy niesamowite — przyznał lekarz, pochylając się w stronę zwierciadła. — Nawet nie wiem, o co spytać najpierw.
Dante uśmiechnął się z zadowoleniem, nie odrywając wzroku od Bashara.
— O to, czy mogę pokazać ci miejsce, którego sobie życzysz — odparł hrabia.
Bashar parsknął śmiechem.
— Dobrze, panie. W takim razie życzyłbym sobie zobaczyć najbliższe twojej posiadłości miasto. Czy jesteś w stanie spełnić to życzenie?
— Chyba mnie nie doceniasz — prychnął Dante, wyciągając znów dłoń w stronę zwierciadła. Jeden płynny gest i obraz zmienił się nie do poznania. Obaj mężczyźni zamarli.
Ulice, zwykle pełne ludzi, były upiornie puste. Gdzieniegdzie przemykały tylko pojedyncze, zakapturzone postaci, omijając się nawzajem, nawet nie patrząc w swoją stronę. Na drzwiach wielu domów Bashar dostrzegł upiorne, białe krzyże, namalowane niechlujnie wapnem, ostrzegające przed tym, co czaiło się w środku. Jedną z alejek zastawiał porzucony wóz, a spod wypełniającej go góry worków i pakuł wystawała pojedyncza, gnijąca dłoń. Lekarz poczuł, jak zimno biegnie wzdłuż jego kręgosłupa.
— Zaraza — stwierdził Bashar, a w jego głosie nie było pytania czy obawy, została jedynie pewność wystawionej precyzyjnie diagnozy.
— Nie martw się, nie dotrze do ciebie — powiedział Dante, w pośpiechu wygaszając obraz.
— W to nie wątpię — odparł Bashar, wstając. — To ja dotrę do niej.
Reakcja Dantego była błyskawiczna.
— Nie mówisz poważnie.
— Jestem lekarzem — powiedział spokojnie Bashar, podnosząc wzrok, by spojrzeć prosto w oczy hrabiego. — Moja wiedza i to, czego nauczyłem się od ciebie, będą nieocenione w walce z zarazą.
— Nigdzie nie będziesz szedł! — W głos Dantego wkradły się spanikowane nuty. — To samobójstwo!
— To mój obowiązek.
— Nie, na pewno nie. — Hrabia potrząsnął głową. — Poświęcisz się na próżno! Pójdziesz tam, pomożesz może dwóm osobom, nim zaraza dopadnie też ciebie, a wtedy będziesz po prostu kolejnym chorym. Nikt ci za to nie podziękuje.
— Nie oczekuję tego.
Dante zmarszczył brwi, stanął między Basharem i wyjściem z komnaty.
— Co ty sobie myślisz? Że sam jeden powstrzymasz zarazę, która opanowała miasto? Rzucisz się w ogień i spłoniesz bez sensu!
— Nawet jeśli uratuję jedno życie, to nie będzie bez sensu. Każde życie jest cenne, bez względu na to, jak krótkie — powiedział spokojnie Bashar. — Nie mogę siedzieć tutaj bezczynnie, bezpieczny w twoim zamku, obojętny na śmierć innych, skoro mogę im pomóc. W głębi serca to rozumiesz.
Dante zacisnął pięści, cała jego postać emanowała ledwie wstrzymywanymi emocjami.
— Rozumiem tylko, że chcesz umrzeć! Chcesz mnie opuścić dla kompletnych nieznajomych, którzy i tak umrą, z tobą czy bez ciebie!
Bashar westchnął, jego spojrzenie zabarwiło się smutkiem.
— Mam wiedzę i umiejętności, które mogą ich uratować. Na co mi one, jeśli nie będę ich używał? Jestem im potrzebny.
Dante nabrał tchu, jakby chciał coś powiedzieć, lecz zdanie nie wybrzmiało, głęboka niezgoda odbijająca się w spojrzeniu zniknęła nagle pod warstwą lodu. Hrabia zacisnął usta, spojrzenie stwardniało.
— Jeśli odejdziesz, możesz tu nie wracać.
Zdanie zawisło w powietrzu, zimne i ostateczne. Bashar skinął głową.
— Nie taki miałem plan, lecz uszanuję twoją wolę, panie. Mam nadzieję, że nasze ścieżki przetną się jeszcze kiedyś w bardziej sprzyjających okolicznościach.
To powiedziawszy, skłonił się i minął Dantego. Obrócił się ostatni raz, wychodząc, lecz jego wzrok natrafił na kompletną pustkę.


Smród uderzył go już przy bramie miejskiej – ciężki, słodkawy zapach rozkładu mieszający się z wonią dymu i spalenizny. Bashar zacisnął dłoń na ramieniu swojej torby lekarskiej i ruszył przed siebie.
Miasto wyglądało jeszcze gorzej niż w zwierciadle. Ulice zaściełały śmieci i maź, której pochodzenia Bashar wolał nie roztrząsać, a posępną ciszę wypełniało brzęczenie wszechobecnych much. Gdzieniegdzie leżały ciała – nikt nie miał już siły ich nawet pochować, szacunek wobec zmarłych zszedł na dalszy plan, gdy żywi czepiali się każdej szansy, by dotrwać następnego dnia. Bashar minął dom oznaczony białym krzyżem, usłyszał zza drzwi stłumiony jęk. Przystanął, lecz drzwi zabito deskami. Ktoś krzyczał z drugiego piętra, błagając o wodę.
Najpierw musiał znaleźć władzę miasta, ktokolwiek jeszcze ją sprawował.
Ratusz był niemal pusty. Jedynie dwóch strażników, z twarzami owiniętymi w wilgotne szmatki, namiastkę maseczki, pilnowało wejścia. Kiedy zobaczyli jego torbę lekarską, wpuścili go bez słowa.
Burmistrz okazał się starym człowiekiem o zapadniętych oczach i drżących dłoniach. Przypominał zjawę, zniszczoną szalejącą w mieście chorobą i wszystkim tym, co spadło na jego barki. Spojrzał na Bashara, jakby nie dowierzał w jego realność.
— Lekarz? Ostatni uciekł tydzień temu.
— Ja nie zamierzam uciekać — odparł Bashar, siadając bez zaproszenia. — Potrzebuję waszej pomocy. Przede wszystkim czystej wody. Dużo czystej wody, potem ludzi – każdego, kto jeszcze może chodzić i w miarę dobrze się czuje. I miejsca, gdzie mogę przygotować lekarstwa.
Burmistrz patrzył na niego z niedowierzaniem.
— Leki? Na zarazę nie ma leków.
— Jest wiedza — poprawił go Bashar. — I są środki zaradcze, ale muszę działać szybko, póki wciąż w mieście są zdrowi ludzie.
Wspomnienie chłodnych rąk Dantego poprawiających mu postawę, tego ciepłego głosu wyjaśniającego właściwości ziół, przebiegło przez jego umysł niczym ukłucie. Zepchnął je głęboko. Nie było teraz na to czasu.


Laboratorium urządzili w opuszczonym magazynie przy rynku. Bashar natychmiast kazał wymyć wszystko octem – podłogi, ściany, stoły. Ludzie patrzyli na niego jak na wariata, ale robili, co kazał. Może dlatego, że w jego głosie nie było wahania, a może dlatego, że nie mieli już nic do stracenia.
Quinta essentia, przypomniał sobie wykład Dantego nad tym niezrozumiałym manuskryptem. Esencja życia, którą trzeba ochronić przed zanieczyszczeniem. Choroba rozprzestrzenia się przez kontakt – przez dotyk, powietrze i wodę.
— Każdy, kto dotyka chorego, musi potem zdezynfekować ręce octem — instruował ludzi, którzy zgodzili się mu pomagać. — Nie ocierać ich o ubranie, nie dotykać twarzy, nie dotykać innych. Umyć w wodzie z octem, dokładnie, też między palcami i pod paznokciami. Zrozumieliście?
Patrzyli na niego z powątpiewaniem, ale przytakiwali.
— Maski. Wszyscy mają nosić maski z wilgotnego płótna. — Pokazał, jak je zawiązywać. — I rękawice, jeśli macie. Skórzane, nie płócienne.
To była wiedza zdobyta nie tylko z ksiąg w bibliotece, lecz coś, co stworzyli tamtej nocy w laboratorium, pochylając się nad starożytnymi traktatami, łącząc stare teorie z nowymi obserwacjami. Dante przynosił księgi, Bashar odczytywał je na głos, a potem przez godziny dyskutowali, póki nie znaleźli sensu w tym, co napisali dawni mędrcy.
Nie myśl o tym teraz, mówił sobie Bashar, tłumiąc ból ściskającego się tęsknotą serca.


Mikstury przygotowywał przez całą noc. Jego dłonie mechanicznie sięgały po właściwe składniki – berberys na oczyszczenie krwi, czosnek na wzmocnienie, wywar z kory wierzby na gorączkę. Pamiętał każdy z traktatów i każdą ich rozmowę. Dante stojący obok niego przy alembiku, wskazujący właściwą temperaturę. Jego głos: Jeśli zagrzejesz za mocno, zniszczysz jego właściwości. Musisz być cierpliwy.
Pierwsi chorzy przyszli o świcie. Bashar badał ich po kolei – sprawdzał puls, oglądał język, słuchał oddechu, oglądał skórę. Większość miała już czarne znamiona pod pachami i w pachwinach. Zaraza była w zaawansowanym stadium.
— To nie jest koniec — powiedział spokojnie do pierwszej kobiety, której dłonie drżały tak, że nie mogła podnieść kubka z wywarem. — Musisz dużo pić. Organizm musi mieć czym walczyć.
Wiedział, że nie wszystkich uda się uratować, lecz każde uratowane życie było zwycięstwem.
Po tygodniu gorączka zaczęła opadać u pierwszych jego pacjentów. Po dwóch – liczba nowych zachorowań znacząco spadła. Ludzie zaczęli wychodzić z domów, czyścić ulice, palić zainfekowane szaty. Miasto wracało do życia.
Bashar chodził od domu do domu, odwiedzał swych pacjentów, zostawiał instrukcje. I przez cały czas, przy każdym pacjencie, przy każdej podanej dawce leku, czuł tę dziwną pustkę w piersi. Udało mu się, uratował dziesiątki ludzi, wykorzystawszy wiedzę nabytą w zamku.
A jednak, gdy nocami kładł się na twardym posłaniu w magazynie zamienionym szybko w szpital polowy, wspominał ciche komnaty zamku, ciepłe światło świec w bibliotece, złote loki opadające na ramię, gdy razem nachylali się nad księgą. Wspominał muzykę, która opowiadała historię bez słów oraz dotyk, który poprawiał jego postawę szermierczą i pozostawał odrobinę dłużej, niż to konieczne.
Jeśli odejdziesz, możesz tu nie wracać.
Ludzie dziękowali mu, nazywali zbawcą, błogosławili jego imię. Bashar uśmiechał się, przyjmował podziękowania, i wiedział, że żadne z nich nie wypełni tej pustki. Bo to, co zostawił na zamku, było czymś więcej niż wiedzą z ksiąg czy umiejętnościami alchemicznymi. Serce, które wreszcie zaczęło bić w odpowiedzi na jego uśmiech, tak długo samotne, pokaleczone i spragnione bliskości.
Teraz żadne z nich nie mogło wrócić do domu.
Bashar obrócił się na swym posłaniu, sięgnął dłonią, by podrapać się w ramię i pod palcami poczuł ciemne, twarde znamiona.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz