Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Kary za książki oddane zbyt szybko
Biblioteka Narodowa Novendii ogłasza kary nie tylko za spóźnienia, ale i za zwrot woluminów „w stanie zdradzającym, że nie zostały przeczytane”. Powodem jest fala czytelników wypożyczających grube tomy wyłącznie dla prestiżu, nagrania jednej rolki na AllTube, i oddających je już następnego dnia nietkniętymi. „Książka to nie ozdoba,” oświadcza główny bibliotekarz „Zresztą, nawet ozdób nie traktuje się lekceważąco!”. Nowy regulamin przewiduje krótką rozmowę weryfikacyjną przy podejrzanie szybkim oddaniu książki, której niezaliczenie będzie skutkowało karą finansową. Pierwsi czytelnicy już protestują, że to za dużo pracy, na co bibliotekarz odpowiada, że książki są warte każdego poświęcenia.

Nagłówek

13 sierpnia 2026

Od Nikolaia — Stalowa bestia (I) [AU]

Słońce chyliło się horyzontowi. Rzucało ostatnie złociste promienie na rozgrzaną dniem prerię. Sucha trawa kołysała się na zachodnim wietrze, unosząc w powietrzu migoczące drobinki kurzu. Dzikie ptactwo poderwało się nagle do lotu z krzykiem przedzierającym wieczorną ciszę. Zostały zbudzone i przepłoszone ze swojej kryjówki  przez tętent zbliżającego się konia.
Biegnący siwy jabłkowity ogier ugniatał kopytami trawę przedzierając się przez ogrom stepu. Na grzbiecie rumaka rytmicznie kołysał się jego jeździec. Twarz mężczyzny osłaniał przed rażącym światłem szeroki kapelusz. Przysłaniał tym samym jego fioletowe oczy i spaloną od promieni słońca skórę. Spod samego nakrycia głowy niczym szalejący potok spływały dłuższe włosy w nietypowej dla tych stron barwie fioletu. Rozpuszczone na wietrze kołysały się jak rosnąca wokół złota trawa.
Jeździec nie mógł liczyć więcej niż dwadzieścia kilka lat. Miał smukłą, drobną sylwetkę. Choć niski, siedział w siodle dumny i wyprostowany, nucąc pod nosem wesołą melodyjkę. Ze spokojem na twarzy wbijał wzrok w morze traw przed sobą.
Koń gnał przez piaszczyste wydmy, sunął slalomem pomiędzy wyschniętymi krzakami. Zanim słońce w całości ukryło się za skalistymi zboczami, zwolnił tempa, aż wreszcie po długim galopie zatrzymał się na granicy przepaści. Tuż przed nim rozciągała się obszerna dolina, a w jej wgłębieniu znajdowało się miasto.
Budynki były stare, drewniane, wybudowane tuż obok siebie. Wystarczyłaby jedna nieszczęśliwa iskra, aby połowa mieszkańców Kamiennych Dołów została bez dachu nad głową. Oprócz zwykłych domów mieszkalnych odnaleźć tu można było typowe miejskie ośrodki: saloon, bank, sklepy, ratusz, biuro szeryfa, aptekę, a nawet przecinającą pustkowie kolej. W najbliższej okolicy znajdowały się także liczne rancza, opustoszałe już kopalnie złota oraz targ, który w odpowiednie dni gromadził niemały tłum kupców z okolicznych ziem.
Kamienne Doły był największą osadą w tych stronach. Głównie ze względu na swoje korzystne położenie: za dnia nie doskwierały tu upały, a nocą panował przyjemny chłód. Sama mieścina znajdowała się też nieopodal rzeki. Nie brakowało więc ani wody, ani odpowiedniej ziemi do uprawiania zbóż czy hodowania bydła. Warunki idealne do osiedlenia się tutaj na stałe.
Jeździec, bacznie rozglądając się wokół, okrążył dolinę, a następnie wjechał do miasta od strony głównej drogi.
Życie toczyło się tutaj powoli. Mieszkańcy Kamiennych Dołów szykowali się już do zasłużonego po długich godzinach ciężkiej pracy snu. Skończyli już na dzisiaj wszystkie obowiązki, kręcili się więc beztrosko wśród domostw, rozmawiali z sąsiadami. Rzucali także przybyszowi ciekawskie spojrzenia. Tutaj wszyscy się znali. Pojawienie się nowej twarzy nie umknęło bez komentarzy.
Młody mężczyzna nie zwracał jednak uwagi na szepty. Z uniesioną głową powoli przemierzał szeroką główną ulicę miasta. Nie rozglądał się, nie odzywał. Nie czuł potrzeby, aby zwracać na siebie zbędnej uwagi. Miał prosty cel — chciał spełnić swoją małą misję jak najszybciej.
W blasku ostatnich promieni, już o własnych nogach, słońca dotarł do stacji. Była jedyna w tych okolicach. Kolejny przystanek znajdował się wiele, wiele mil stąd. Wielka stalowa bestia miała dotrzeć tutaj o poranku, a następnie ruszyć w dalszą przeprawę przez niezmierzone pustkowia.
Wcześniej z głębokim żalem musiał zostawić konia na pobliskim gospodarstwie. Nie wprowadziłby go do wagonu tak, aby pozostał on niezauważony. Zwierzę zdecydowanie zbyt bardzo rzucało się w oczy. Nie było innego wyjścia, więc Szarak pozostał u dawnych znajomych Nikolaia. Bandy, z którą niegdyś podróżował. Której ufał na tyle (o ile tę nikłą nić porozumienia można zaufaniem zwać), żeby powierzyć im jednego ze swoich cennych towarzyszy. Za opiekę kowboj rzucił im garstkę złota i groźbę, że jeśli jego rumak choćby straci jedną podkowę, on znajdzie winowajców choćby na drugim końcu nieskończonej prerii.
Nie rozstał się jednak ze swoim krukiem. Ptak pozostał na jego ramieniu do samego rana. Spał wtulony w zagłębieniu jego ramienia po sam świt, nim zbudził go świst zbliżającej się stalowej bestii.
Lokomotywa słyszalna była już z daleka. Jej świst rozdarł pogrążone w śnie miasteczko. Tory drżały pod pędem zbliżającego się pociągu. Na peronie zaczął zbierać się niemały tłum. Jedyni przyszli tylko popatrzeć i podziwiać cud współczesnej technologii, drudzy — choć oni byli w znacznej mniejszości — z ciężkimi torbami i niecierpliwością wymalowaną na twarzy oczekiwali na podróż.
Wreszcie przybyła. Ze świstem i hukiem, od którego pękały uszy. Stację ogarnął duszący, piekący w oczy dym i ściskająca gardło woń spalenizny. Część gapiów musiała się cofnąć, nie mogąc dłużej znosić bijącego od lokomotywy żaru.
Budziła grozę. Szczególnie, gdy ze zgrzytem osiadła na torach i buchnęła wokół siwą parą. Lokomotywa była ogromna, ciemna, całkowicie obca. Z trudem dało się objąć ją wzrokiem. Przytłaczała całym swym przerażającym majestatem.
Młody kowboj przyglądał się jej ze zmrużonymi oczyma przez dłuższą chwilę. To nie był pierwszy raz, kiedy ją widział, lecz wciąż robiła na nim to samo wrażenie, co zawsze. Przyzwyczaił się już do konnych podróży. Niemal całe swe życie spędził na grzbiecie konia — przemierzanie świata w zamkniętym dusznym wagonie wciąż stanowiło dla niego nowość, do której stopniowo się przekonywał. Tłumy zgromadzone w ciasnych przedziałach stanowiły wspaniałą okazję… na zarobek.
Wkrótce na stacji zapanowało zamieszanie. Nastąpiła wymiana podróżujących — jedni zaczęli wysiadać, drudzy wciskać się w tym samym czasie do wagonów. Nikolai nie wahał się ani przez chwilę. Przemknął niezauważony prosto do jednego z wagonów. Niemal potknął się w wejściu, próbując czmychnąć przed wzrokiem konduktora.
Zajął miejsce przy oknie, zasłonił twarz kapeluszem. Teraz wystarczyło tylko czekać na dogodną okazję.
Pociąg stanowił idealne miejsce do kradzieży. Szczególnie łatwy cel stanowi zaspani podróżnicy. Pogrążeni na granicy jawy i snu, niezwykle ufni, nie byli w stanie pilnować swoich dóbr — idealna okazja dla wprawionego złodzieja.
Wystarczyło tylko trzymać się z dala od konduktora. Unikać go jak ognia. Szczególnie, gdy nie kupiło się wcześniej biletu. Nikolai nie miał zamiaru dokładać do swojego interesu. Jest tutaj, aby zarobić, a nie tracić.
Niedługo później rozbrzmiał gwizdek. Pociąg szarpnął gwałtownie, wagony zakołysały się, a pasażerowie, którzy nie zdążyli jeszcze zająć miejsc, zachwiali się na nogach. Wśród huku i świstu pociąg ruszył w drogę.
Krajobraz za oknem powoli zaczął się zmieniać. Wkrótce drewniane budynki ustąpiły miejsca niezmierzonym równinom, ciągnącym się aż po horyzont. Nikolai ze znużeniem obserwował dopiero wschodzące Słońce, kamienne formacje i drzewa powykrzywiane przez wiatr. Świat za oknem zdawał się wirować. Wszystko pędziło tak szybko, że z trudem można było zatrzymać na czymkolwiek wzrok, zanim kolejny obraz zniknął z pola widzenia.
Znudził się szybko. Nie mógł się wprawdzie doczekać, aby przejść do działania. W głowie liczył już zarobione (skradzione) dobra. Rozejrzał się powoli. Wagon wypełniał tłum ludzi. Tak bezbronnych i niewinnych, czekających tylko, by ktoś zajął się ich niepilnowanym bagażem.
Niby przez nieuwagę, podnosząc się z miejsca, trącił siedzącego obok mężczyznę. Przy gorliwych przeprosinach złapał go za nadgarstki, a wychodząc z przedziału, obracał już w palcach srebrny zegarek — pierwszy udany fant tego dnia.
Zmienił wagon. Tam dosiadł się do grupki kobiet. Grały akurat w karty, a on nie potrafił odmówić sobie rozgrywki. Wziął więc udział w kilku rozdaniach, śmiejąc się podczas gry i żartując. Był przy tym niezwykle kulturalny i szarmancki — wszystko, aby uśpić ich czujność. Wkrótce z żalem oznajmił, że musi się oddalić, a do następnego przedziału wchodził z kieszenią wypchaną po brzegi biżuterią: pierścionkami, bransoletkami i jednym sznurem pereł.
Niedługo później wpadł na kogoś, więc korzystając z okazji, buchnął mu z kamizelki pozłacaną papierośnicę. Jego ręce doprawdy czyniły cuda — nim zainteresowany w ogóle zdążył zauważyć, że coś mu zniknęło, Nikolai już dawno zabawiał kogoś innego wiele wagonów dalej, nawet nie pamiętając już twarzy swojej ofiary. Młody kowboj nie poświęcał zbyt wiele uwagi temu, kogo właśnie okradał. Wystarczyło, że ktoś wyglądał choć odrobinę majętnie albo sprawiał wrażenie zupełnie nieświadomego tego, co działo się wokół niego, by chwilę później odkryć, że jego portfel zniknął.
Kierując się tą logiką, Nikolai dostrzegł siedzącego przy oknie młodego mężczyznę. Drzemał sobie spokojnie przy oknie z kapeluszem zasłaniającym mu oczy. Nie wyglądał na kogoś specjalnie bogatego, ale jego beztroski sen zdawał się być dla złodzieja idealną okolicznością, której nie mógł tak po prostu przegapić. Wręcz nie mógł powstrzymać się przed tym, aby nie usiąść tuż obok śpiącego — miejsce obok na szczęście pozostawało wolne, tak jakby właśnie na niego czekało.
Krótką chwilę przyglądał się podróżnikowi — jego umięśnionej sylwetce, którą najwyraźniej celowo eksponował, mając na sobie jedynie przetartą skórzaną kamizelkę; kapeluszowi, spod którego wyłaniała się pokryta piegami twarz; oraz skromnemu bagażowi — znoszonemu workowi, w którym zapewne mieścił się pewnie cały jego dobytek. Nikolai doskonale wiedział, że nie zarobi, lecz odczuwał pokusę tak wielką, że nie potrafił przejść obok takiej okazji obojętnie.
Siedział w ciszy, to poprawiając kapelusz, to układając koszulę, czekając tylko na odpowiednią okazję. Nadarzyła się ona szybko, jakby cały świat wokół zachęcał go do działania, wspierając jego zaradne przedsięwzięcia. Wagon zachwiał się pod wpływem nieoczekiwanego szarpnięcia lokomotywy. Wtedy też Nikolai — niby całkowicie przypadkiem — zachwiał się i osunął się prosto na siedzącego obok młodzieńca. Następnie, również niby przypadkiem i nieświadomie, przesunął dłoń wzdłuż jego torsu po skórzanej kamizelce. Sekundę później cofnął dłoń i odsunął się, pośpiesznie przepraszając:
— Ah, te wagony! Wciąż tylko szarpią i szarpią! Nie miej mi tego za złe, dobry przyjacielu!
Młodzieniec, przebudzony raptownym i nieoczekiwanym zdarzeniem, otrząsnął się, ale wciąż na pograniczu snu, wymruczał zaspanym głosem:
— Nic się nie stało, nic się nie stało…
Nie podniósł jednak głowy ani nie dodał nic więcej. Poprawił tylko kapelusz, szczelniej otulił się kamizelką i już chwilę później ponownie zapadł w spokojny sen. Nikolai, zadowolony z powodzenia swojej intrygi, odczekał minutę, może dwie, drapiąc w tym czasie kruka po białych piórach na głowie. Później po prostu podniósł się ze skórzanego siedzenia i tak, jak wcześniej, zapragnął zmienić wagon. Zatrzymał się jednak w wąskim przedsionku. Będąc samemu, wyciągnął z kieszonki skradzioną sakiewkę. Tak jak się spodziewał — była prawie pusta. Na jej dnie znalazł wyłącznie kilka monet o niskich nominałach.
— No cóż, lepsze to niż nic — westchnął i wysypał pieniądze na dłoń, by od razu przełożyć je do swojego portfela. Wtem zamarł. Poklepał się po kieszeni ukrytej po wewnętrznej stronie kamizelki. Raz. Drugi. Trzeci. Nie wyczuł znajomego wybrzuszenia.
Chwilę zajęło mu zrozumienie, że właśnie został okradziony! On! Specjalista w tych sprawach, nawet nie zauważył, kiedy ktoś ukradł mu portfel! Ogarnęła go fala złości i palącego wstydu. Rosnące upokorzenie nie dawało mu spokoju. Cóż za kompromitacja! Zniewaga! Musiał znaleźć winowajcę, który dosłownie napluł mu w twarz.
Odwrócił się gwałtownie i spostrzegł, że z wagonu, który chwilę wcześniej opuścił, zniknął tajemniczy zaspany młodzieniec. Nikolai od razu domyślił się więc, kogo powinien podejrzewać. Zdenerwowany ruszył w przeciwną stronę, niż wcześniej zamierzał — skoro on sam stał przy tych drzwiach, to mężczyzna w kamizelce musiał uciec przez te na drugim końcu wagonu. Nie mógł jednak zbiec daleko. Nie rozpłynąłby się przecież w powietrzu na tak ograniczonej przestrzeni. Wciąż musiał znajdować się gdzieś w pociągu.
Nikolai, ignorując drżenie posadzki pod nogami, z trudem trzymając się niekiedy w pionie, niemal biegiem ruszył przez pociąg. Przeskakiwał między wagonami, przeciskając się przez ściśniętych na wąskich przejściach pasażerów. Kompletnie ignorował przy tym ich oburzenie i rzucane w jego kierunku nerwowe komentarze oraz niezadowolone pomrukiwania Kokosa. Nikolai pozostawał nieprzerwanie skupiony wyłącznie na jednym celu. Niemal nim zaślepiony, rozglądał się wokół, poszukując znajomego kapelusza i tej — jak mu się wcześniej zdawało — niewinnej piegowatej twarzy.
Aż wreszcie go odnalazł. Rozpoznał go po znoszonej kamizelce. Młodzieniec stał w przedsionku na samym końcu pociągu, oparty ramieniem o okno i odwrócony plecami do drzwi. Nikolai z dużą wprawą zręcznie przeskoczył między wagonami. Ciężko oddychając, ze zmarszczonymi brwiami i gniewnym grymasem na twarzy, stanął tuż za nim. Byli sami.
— Rąbnąłeś mi portfel. — Od razu przeszedł do rzeczy. Na brzmienie jego rozgniewanego głosu, niespodziewający się konfrontacji młodzieniec, drgnął i ułamek sekundy później odwrócił się do niego twarzą. Na widok niższego od siebie, rozgniewanego kowboja, uśmiechnął się szerzej.
— Mówisz? Myślałem, że się wymieniamy — mówiąc to, wysunął z kieszeni znajomy Nikolaiowi portfel i pomachał nim kilkukrotnie. Dźwięk obijających się o siebie monet rozbrzmiał po ciasnym przedsionku.
Nikolai westchnął cicho i skrzyżował ramiona na piersi. Cóż, nie potrafił nie docenić umiejętności drugiego mężczyzny — sprzątnął mu portfel sprzed nosa tak zręcznie, że gdyby nie ograniczona przestrzeń, pewnie już dawno zniknąłby z nim w siną dal.
Ta myśl nawet go rozbawiła. On, niekoronowany Król Szarad i Oszustw, dał się okraść jakiemuś obieżyświatowi w podartej koszuli. Musiał przyznać, że drugi złodziej właśnie zapracował sobie na jego uznanie.
— Wymiana? Prawdę mówiąc, nazwałbym to raczej kiepskim układem, na którym zyskała tylko jedna ze stron — prychnął, wyciągając z kieszeni sakiewkę tego drugiego. Rzucił nią w kierunku młodego mężczyzny, a ten bez większego problemu złapał ją w locie. Nie mówiąc nic, odrzucił Nikolaiowi jego własny portfel.
Stali w ciszy, wpatrując się w siebie intensywne. Choć przedsionek wypełniało wyczuwalne napięcie, żaden z nich nie odezwał się więcej. Uśmiechali się do siebie chytrze, jakby oczekiwali na kolejne niespodziewane zdarzenie losu.
I nadeszło ono chwilę później. Do przedsionka wszedł konduktor. Obrzucił on krótkim spojrzeniem dwójkę ściśniętych tu mężczyzn, a następnie rzucił beznamiętnie:
— Kontrola biletów.
Nikolai kompletnie zapomniał o pierwszej zasadzie podróży koleją — unikaniu konduktora za wszelką cenę. A teraz utknął w doprawdy niekorzystnym położeniu. Czuł, że musi szybko coś wymyślić. Na szczęście genialne rozwiązanie wpadło mu do głowy niemal od razu. Odwrócił się do stojącego za nim młodzieńca i pogodnym głosem zapytał:
— Pokażesz panu bilety? Obiecałeś rano, że je spakujesz.
Na twarzy mężczyzny wymalowało się zakłopotanie. Uniósł wyżej brwi i otworzył usta, jakby zastanawiał się, jak powinien zareagować. Wtem Nikolai posłał mu znak. Puścił mu oczko — dając mu znać, że powinien mu zaufać. Grać na czas.
— Wydawało mi się, że to ty je wziąłeś — młodzieniec podjął się dyskusji z małym rozbawieniem.
— Doprawdy? — Nikolai zbliżył się do niego o krok. — No tak! Wszystko na mojej głowie! Zapakuj ubrania, zrób kanapki na drogę, weź bilety! To ja mam zawsze o wszystkim pamiętać?
— Czyli panowie mają bilety czy…? — Konduktor próbował wbić się w rozmowę i zbadać grunt, ale Nikolai raptownie odwrócił się w jego kierunku.
— Czy pan nie widzi, że teraz rozmawiamy?! — zrzucił rozgniewany, a następnie ponownie zwrócił się do stojącego się obok młodzieńca: — To jak? Wziąłeś je czy nie?
Młody mężczyzna zastanowił się przez chwilę nad odpowiedzią.
— Sprawdźmy nasz bagaż. Wydaje mi się, że schowałem je do bocznej kieszonki — odparł, przykładając dłoń do żuchwy. — Tak, na pewno tam są.
— W takim razie, zaraz je panu przyniesiemy — zapewnił Nikola, zwracając się uprzejmie do konduktora, a następnie ruszył przed siebie w stronę przeciwległych drzwi.
W tej samej chwili pociąg zatrzymał się z charakterystycznym hukiem i szarpnięciem. Dotarli do kolejnej stacji. Nikolai powoli otworzył drzwi przedsionka. Zanim zeskoczył z wagonu na żelazne tory obsypane żwirem, po raz ostatni odwrócił się w stronę konduktora:
— Ani razu w swoim życiu nie kupiłem biletów.
A następnie ruszył biegiem przez zaludniony peron. Biegł przed siebie kilka minut, nim umknął przed wzrokiem zarządu kolei. Zatrzymał się dopiero na obrzeżach miasteczka. Stąd słyszał, że pociąg ze świstem rusza w dalszą drogę. Daleko w siną dal. Nikolai był już bezpieczny.
Wtedy też usłyszał kroki. Ktoś zbliżał się w jego kierunku, więc odwrócił głowę w stronę dźwięku. W pierwszej chwili pomyślał, że ochrona kolei ruszyła jego tropem, lecz gotowość do dalszej ucieczki szybko minęła, gdy w nadchodzącej postaci rozpoznał młodego mężczyznę poznanego w pociągu. Rozluźnił się na jego widok i, opierając się o pobliski drewniany budynek, rzucił mu zaciekawione spojrzenie. Czyżby wyskoczył z pociągu razem z nim?
Mężczyzna podszedł bliżej i uśmiechnął się szeroko.
— Ani razu w życiu nie kupiłeś biletów? — powtórzył wyznanie wyskakującego z wagonu Nikolaia. — Łączy nas więc chyba więcej, niż się wydaje.
Na twarzy Nikolaia mimowolnie pojawił się typowy dla niego szelmowski uśmiech. Zaśmiał się cicho i pokręcił głową.
— Pewnie masz rację — przytaknął, gdy tamten podszedł jeszcze bliżej i również oparł się o deski.
— To co teraz z tym zrobimy? — zapytał pogodnie, niemal głupkowato mężczyzna, poprawiając swój kapelusz.
Niespodziewanie i całkiem irracjonalnie, na to jedno słowo — „zrobimy” — serce Nikolaia zabiło szybciej.
— Łapiemy powrotny pociąg, nim wydadzą za nami listy gończe. I wracamy do Kamiennych Dołów. Muszę odebrać stamtąd swojego konia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz